ALTARS OF MADNESS

Witajcie dziatki! Właśnie tak sobie słuchałem "A Blaze In The Northern Sky" Darkthrone, kiedy wpadłem na pomysł, że ja - Alfa i Omega opiszę wam - maluczkim kilka fajnych płytek zawierających amerykański death metal, ważnych z tych czy innych powodów. Jestem przekonany, że znacie te płytki na pamięć więc tekst ten jest tylko swego rodzaju przypomnieniem. Chyba, że się mylę? Nie pytajcie mnie nawet czemu ten pomysł wpadł mi do głowy akurat podczas słuchania Darkthrone, bo wam nie powiem. Pokrętna jest natura kobiety.

DEATH "Leprosy" 1988 [CD Combat / Relativity]
Mój stosunek do Chucka jest jaki jest, ale muszę mu przyznać : na "Leprosy" napisał na spółkę z Rickeim Rozzem osiem skurczysyńsko dobrych kawałków. Ta płyta dzisiaj brzmi dobrze, a jak musiała zabijać w latach osiemdziesiątych!? "Leprosy" to jest jeden z tyzh kultowych, klasycznych albumów, o których pisać nie wypada, ale o których piszę bo akurat aktualnie mi się nie chce o niczym innym. Nie jestem pewien czy lepszy niż "Scream Bloody Gore", ale jako że tego drugiego aktualnie nie posiadam na półce (miałem na kasetce, ale jakiś rok temu przeprowadziłem akcyjkę pod tytułem "sprzedaż wszystkich kaset" to zmuszon byłem powiedzieć mu "I'm sorry mama") powstrzymam się z porównaniami. Jezeli chodzi o skład, to na minus zmieniło się to, że nie ma Krzysia Reiferta (za którego pewnikiem w przyszłości wyjdę, bo go kocham ponad życie) na plus jednak, że jego zmiennikiem został Bill Andrews (bycie podobnym do niego z twarzy byłoby dla mnie wystarczającym powodem do popełnienia samobójstwa, a posiadanie kogoś o jego wygladzie w rodzinie doprowadziło by mnie do strasznej depresji) - bardzo utalentowany perkusista. Na płycie graja jeszcze basista Butler i gitarzysta Rozz (może nie jest aż tak brzydki jak Andrews, ale też gdybym spotkał go na ulicy to bym się trzykrotnie w nocy zmoczył ze strachu), który w niczym nie ustępował Schuldinerowi, a ten jak wiemy był cholernie dobrym gitarzystą. Jak wiemy (to znaczy ja wiem, a wy pewnie nie) Andrews, Butler i Rozz mieli ze sobą zespół Massacre (nie mylić z kolumbijskim Masacre i francuska Massacra), z którym nawet wydali świetną płytę "From Beyond" (Earache MOSH27CD), której jednak mi się nie chce na razie opisywać. Może w drugiej części, o ile takowa w ogóle będzie. Cóż mogę o "Leprosy" nowego napisać? Jest to płytka w srednich tempach, dość techniczna, kawałki nie są jakieś super hiciarskie czy rozpoznawalne, ale fajne, Chuck i Rick rzeźbią ładne solóweczki, klimat milusi, okładka Repki rozwala. Wokal jest w sumie dobry, ale muszę przyznac, że miedzy wokalami Chucka a zaśpiewami takich kolesi jak Benton, Vincent, Hoffman, Corpsegrinder, Kam Lee, Pillard czy Mullen jest prawdziwa przepaść. Ale w sumie pieprzyć to, wokale są niezłe a co najważniejsze rozpoznawalne na pierwszy rzut ucha (tak się chyba nie mówi, ale co mi tam) i czytelne. Jest to tez ostatnia płyta Death na której są fajne teksty. Potem Chuck poszedł w stronę filozofowania, a że wybitnym filozofem to on nie był więc je przemilczę. Płytka jest równa, słucha się jej przyjemnie a pierwsze wydanie (nie chwaląc się powiem, że właśnie to mam) jest trochę warte, więc posiadanie tej płyty na półce cieszy. Podsumowania nie będzie, bo Death jest ogólnie znany i i tak macie juz wyrobione zdanie na tej płyty. No chyba, że szczyt ekstremy to dla was Children Of Bodom, Linkin Park i Saltus. Chociaż w sumie będzie : dobra płyta, ale nieco siermiężna, do "Scream Bloody Gore" się nie umywa (bo sbd rządzi jak ksiądz pedofil [nie wiem co to za durnawe porównanie, ale nic innego mi nie przychodzi do łba {no i jeszcze kolejność nawiasów mi sie popierdoliła}]) Kto nie lubi tej płytki zespołu pana Chucka, temu za chwil kilka obrzezam siusiaka, oh yeah!

MORBID ANGEL "Altars Of Madness" 1989 [CD Earache]
Przed wydaniem debiutu Morbid Angel wydali dobre demo "Abominations Of Desolation" i bardzo dobry singiel "Thy Kingdom Come". Ta płytka jest jeszcze lepsza. Powiem więcej - jest lepsza niż to, co wydali kiedykolwiek wcześniej i kiedykolwiek później. Zbiór klasyków. Earache mieli nosa podpisując kontrakt z tymi chłopaczkami, ponieważ Trey Azagthoth i spółka do dnia dzisiejszego wypychają ich portfele milionami bilionów dolarów. Każda kolejna płyta Morbid Angel (obecnie jest to już "H") było to kilkadziesiąt minut bardzo dobrze skomponowanej, zagranej i nagranej muzyki, lecz żadna swym klimatem nie może mierzyć się z jedyneczką. "Altars Of Madness" to kult, kult i po stokroć kult. Jak na standardy obowiązujące w roku 1989 płyta jest nieziemsko brutalna, zawrotnie szybka a brzmienie urywa głowę. Patrząc na nią z dzisiejszej perspektywy muszę rzec, że jest to cholernie dobry kawałek szybkiego, technicznego death/thrasha z bardzo przyjemnym klimatem i fajnym, oldskulowym feelingiem. Jest tu wszystko o czym prawdziwy maniak mógłby pomarzyć - jest Diabeł, jest corna magia, są wyśmienite riffy, szybkie solówy i bardzo łatwe do zapamiętania, wpadające w ucho metalowe hity. Z resztą chyba znacie "Lord Of All Fevers & Plague", "Visions From The Darkside", "Immortal Rites", "Maze Of Torment" i przede wszystkim dwa największe szlagiery Morbidów - "Blasphemy" i "Chapel Of Ghouls". To co na swej perkusji wyczyniał wtedy Sandoval było wprost niewyobrażalne (to co wyczynia teraz na perksusji też jest, przynajmniej dla mnie, niewyobrażalne), a gitarowe boje Treya i Brunelle'a do dziś budzą zasłużony respekt. Jednak najlepiej na płycie brzmi ukochany przez fanów frontman - David Vincent (drugi kandydat na moją pannę młodą). Jego wokale są potwornie rozpoznawalne i charyzmatyczne, wyobraźcie sobie jak by brzmiała ta płyta z takim Tuckerem - kicha. Trzeba znać, bo Diabeł będzie zły. Na sam koniec muszę się przyznać, że mam czeskie wydanie z Globus Records na którym jako bonus są trzy remixy, ale jako że ze średnio-dobrze poinformowanego źródła wiem, że na zwykłym wydaniu z Earache też są te remixy to to przemilczę. Kto nie krwawi dla Szatana tego jaja bolą z rana, hell yeah!

AUTOPSY "Mental Funeral" 1990 [CD Peaceville]
Oh, baby, ale syf! Tylko takie coś mogłem wydusić z siebie po pierwszym przesłuchaniu tej płytki. Ale świry! Takie coś mi przeszło przez głowę, gdy przesłuchałem ją drugi raz. Kurka mać, nikt tak nie gra! To jest moja sentencja po trzecim przesłuchaniu "Mental Funeral". Krzysiu, kocham cię! Wykrzyknąłem w ekstatycznym uniesieniu, gdy zagościła w moim bumboksie po raz czwarty, a gdy przesłuchać ją raczyłem po raz piąty przesłuchać powziąłem plan, że uzbieram sobie ich całą dyskografię. Brakuje mi jeszcze "Severed Survival" z okładką z doktorkami i singla "Retribution For The Dead". Tu się nie gra, tu sie nie hałasuje, czy jakoś tak. Teraz już nie mogę sobie wyobrazić, jak mogły mi się kiedyś nie podobać te obrzydliwe, popieprzone pioseneczki, ten charakterystyczny rytm wystukiwany na kartonowych pudełeczkach, te nienormalne teksty no i ten chory, obleśny klimat. Po prostu czad! Pomyśleć, że Autopsy na demach i debiucie grało klasyczny (choć i tak zdeczko brzydki) death metal i dopiero na swej drugiej płycie poszło w stronę totalnej oryginalności. Gdybym miał pomyśleć o kapeli, zbliżonej choć muzyką do Autopsy to umarłbym sromotnie rozmyślając. Nie liczę oczywiście Abscess i The Ravenous, bo w końcu gra tam Krzysio. Jak cenicie sobie w muzyce oryginalność, nie polegającą jednak na inspirowaniu się tekno (pewien norweski zespół), przebieraniu się za kaktusy, (pewien inny norweski zespół) przebieraniu się za panienki (norweski zespół, którego muzyk jest pałkerem innego norweskiego zespołu) czy zmienianiu się z ponurego nordyka w rybaka-koprofaga a następnie w anorektyczną gwiazdę rocka (kolejny norweski zespół). Brzydota, smród, kartonowe pudełka, zeschizowany klimat i bliżej niesprecyzowana "fajność" - tak własnie można opisać "Mental Funeral" i jego, niestety dużo, dużo słabsze kontynuacje - "Acts Of An Unspeakable" i "Shitfun". 10 kawałków, w tym trzy krótkie przerywniki, które dają w sumię mniej niż 40 minut muzyki zdecydowanie wystarczą, by przerobić cię w furiata, tudzież kogoś o homoseksualnych marzeniach zwiazanych z Krzysiem Reifertem. Najbardziej rozwala środkowa część płyty od kawałka drugiego do ósmego włącznie, pomijając "Fleshcrawl" - same hity. "In The Grip Of Winter" ze schizującym fragmentem "dam dam dam - daradararadam", "Torn From The Womb" z piszczącą gitarą i "Hole In The Head" z solówką na garkach i pudłach zakończoną rozwalającym "yeah" Krzysia. Trza usłyszeć, trza mieć. Płyta oryginalnie wyszła w klasycznym pudełku, a ostatnio została wznowiona w digi-packu, który dostać jest bardzo łatwo (np. W Pagan Records). Ja się pochwalę, że mam pierwsze wydanie - w siakiejś limitowanej, niemieckiej edycji w digi-packu. Haha, magik ze mnie, co? Podsumując - muzika klasika z morderczym klimatem. Gdyby każda kapela grała jak Autopsy, to juz dawno bym siedział za gwałt na stuosiemnastoletniej ekspedientce warzywniaka albo wysiał na drzewie. Nie wytrzymałbym psychicznie. Mus! Kto tej płyty nienawidzi, tego w nocy rąbią żydzi - takie jest prawo death metalu.

SUFFOCATION "Human Waste" 1990 [CD Relapse]
Mój skarb wielki - Misio Krzysio Reifert raczył rzec, że ten zespół jest nudny i, że ciągną na jednym riffie. Ja oczywiście straciłem cały szacunek do jego osoby i porysowałem kluczami każdą płyte Autopsy i Abscess jaką mam, gdy to przeczytałem. Bo ja lubie Suffo. Suffo stworzyli nowa odmianę death metalu - tą pokręconą, niesamowicie techniczną i połamaną. Tą, której mistrzami teraz są takie zespoły jak Cryptopsy, Deeds Of Flesh czy Dying Fetus. W porównaniu do tych zespołów Suffo brzmią oczywiście bardzo archaicznie, ale muszę powiedzieć, że w tym czasie, kiedy wychodziły "Human Waste" czy "Effigy Of The Forgotten" był to szczyt brutalności i ekstremy. Od razu wam mówię, jak lubicie w muzyce melodię, skoczne rytmy jakieś takie mroczne klimaty czy jak to się teraz w środowisku metali nazywa to Suffocation z całą pewnością nie jest dla was. Powiem więcej, nawet jak lubicie sobie posłuchać wczesnych Morbid Angel czy Malevolent Creation to nie gwarantuję, że Suffo wam podejdzie. To jest muzyka z innej beczki. Jo zek też polubił ich dopiero po rocznym flirciku. Na początku nie wiedziałem z której strony to ugryźć. Pośpiewać z wokalista się nie da, bo Mullen sobie po prostu buczy, pomachać główką też za bardzo nie ma jak bo rytmy się zmieniają szybciej niż poglądy Roba Darkena a potańczyć nie można z wiadomych powodów. Brzmionko jest gęste i mięsiste. Technika muzyków wprost zabijająca ; Doug Cerrito i Terrance Hobbs (który, nawiasem okrągłym mówiąc wyglada bardziej cherlawo niż Michael Jackson) to kolesie do których się nie można doczepić pod żadnym względem, palce basisty Chrisa Richardsa po kilkunastu latach zabawiania się basem w ten sposób beda się nadawały tylko do amputacji no i wreszcie Mike Smith - jedyny w tym czasie bambolini w zespole grał na bębnach dużo bardziej siłowo niż Sandoval czy Andrews ale także bardzo technicznie. Aż dziw bierze, że podczas nagrywania blastów nie rozpieprzył perkusji w drobny mak. Płytka "Human Waste" był to ich debiutancki MCD wydany dla Relapse, a dystrybuowany w Europie przez Nuclear Blast. Znalazły sie na nim takie klasyczki Suffo jak "Infecting The Crypts", "Jesus Wept" i "Catatonia", która na mini "Despise The Sun" doczekała się nawet nowej wersji, oraz mój osobisty faworycik - numer tytułowy. Poza przednią muzyką rozwala także okładka - zły i straszny łoś-zombie kroi sobie serce nożem do pizzy. Kult. Wierszyka pożegnalnego nie będzie.

MALEVOLENT CREATION "The Ten Commandments" 1991 [CD Roadrunner]
Czuję się dzisiaj jak Smerf bzyknięty przez Klakiera, albo nawet jeszcze troszkę gorzej - a tu mam napisać kilka słów o płytce, która mi się kojaży jednoznacznie pozytywnie i która tak mniej więcej od listopada stanowi najczęściej przeze mnie słuchany materiał. Ja nie chce pisać o niczym dobrze! Ja chcę niszczyć! Chcę przeżuwać i wypluwać. Chcę palić, gwałcić i rabować. Albo nie. Jedyne co chce zrobić to iść do łóżka i spać przez trzynaście godzin. Mimo całego mojego znużenia światem przerwałem sobie rozmyślanie nad tym czy moze nie oddać swojej watroby do transplantacji i zapuściłem "Dziesięć Przykazań" jako soundtrack do mych ponurywch wynurzeń. Już od doskonałego "Premature Burial" czułem się cały w skowronkach, miałem ochotę tańczyć i śpiewać. Kiedy sobie słucham tak dobrego materiału jak debiut Malevolenta od razu czuję się lepiej. A kiedy czuję się lepiej to zdaję sobie sprawę, że te rzeczy które wypisuję we wstępach są po prostu jednym, wielkim nudziarstwem i przechodzę do konkretów. Malevolent Creation powstało pod koniec lat osiemdziesiątych jako zespół wykonujący brutalny thrash/death metal, na drugiej płycie proporcje się odwróciły i można było rzec, że grali death z elementami thrasha, a po odejściu wokalisty Bretta Hoffmana zespół ewoluował w stronę technicznego deatha ze standardowym, nudnym growlem Blachowicza. Mimo fanomenalnej muzyki zawsze pozostawali w cieniu innych zespołów ; mimo tego, że byli o wiele lepsi niz Death czy Cannibal Corpse nigdy nie zostali docenieni w stopniu w jakim na to zasługiwali. Pomimo tego Fasciana i koledzy do dnia dzisiejszego nie dali dupy i przycinają solidnego deatha nie bacząc na trendy. Właśnie za to ich cholernie szanuję. Muzyka, jaką zaserwowali nam na debiucie to, jak już napisać raczyłem brutalny, szybki i agresywny thrash/death, który porównać można do francuskiej Massacra i Devastation ; tyle że, przynajmniej dla mnie, Malevolent mieli najlepiej napisane kawałki, a patrząc już zupełnie obiektywnie - najlepszego wokalistę. Pewnych ludzi się po prostu bardzo lubię, dla mnie takim kolesiem jest Brett Hoffman (trzeci koleś z którym slub byłby spełnieniem moich planów zyciowych). Ukochany syn Toma Araji. On był pieprzonym, dewastującym buldożerem! Jego po prostu trzeba usłyszeć. Jedowity, agresywny krzyk - wyraźny i czytelny z chwilowymi przebłyskami w stronę wokaliz w stylu "uuuaaarrrgghhhh". Gdyby taki Schuldiner zbliżał się choć do jego poziomu wokalnego to pierwszym dwum płytom Death wybudowałbym ołtarze z kozich czaszek i poświęciłbym sam siebie, udając piękną dziewicę. Brzmienie uzyskane w Morrisound (zaskoczeni studiem, nie?) jest czyste, brutalne ; muzyka jest agresywna i brutalna co nie przeszkadza każdemu kawałkowi posiadać własne cechy charakterystyczne - świetne riffy i melodie ; wykonanie absolutnie bez zarzutu. Na płytce znalazły się trzy absolutne killery - "Premature Burial"; "Remnants Of Withered Decay" w którym Hoffman na początku ma nawet jeden prawie melodyjny zaśpiew oraz kawałek firmowy - "Malevolent Creation", który jest tak kultowy, że aż nie wypada o nim mówić. Reasumując - świetna płyta, świetne piosenki, świetne brzmienie, doskonały wokalista. Nie na darmo ten głupi Palowniś się tym jara, to jest naprawdę KUREWSKO dobre. Acha no i zapomniałem napisać o ich inspiracjach. Na pierwszej płycie najbardziej inspirowało ich pięć zespołów : Slayer, Slayer, Slayer, Slayer i Slayer.

MASSACRE "From Beyond" 1991 [CD Earache]
Już w sumie tekst ten skończyłem i miałem zabrać się za co innego, kiedy zek pomyślał, że napiszę jeszcze cosik o tej płytce, bo jest mało znana a bardzo fajniutka. Więc swoim pradawnym zwyczajem zrobiłek se czerwonej herbatki pu-erh, przywdziałem ulubione dresy umbro i szary podkoszulek fruit of the loom, włosy zawiązałem w ładny warkocz i wziąłem się do pracy. Tak sobię myślałem i doszedłem do wniosku, że cosik o pozostałych zespołach wam się kiedyś mogło obić o uszy, ale Massacre to pewnie dla statystycznego czytalnika KM'u corna magia więc zacznę o przedstawienia zespołu. Kojarzycie skład Death z "Leprosy", Schuldiner/Rozz/Butler/Andrews? Jedyna zmiana to taka, że zamiast Chucka jest Kam Lee (furiat, który na koncertach biegał w kółko i oblewał się coca-colą). Kolega ten tylko śpiewa więc w porównaniu z Deathem jest to jedna gitara mniej, ale lepszy wokalista. Dużo lepszy! Jeżeli wierzyć zapewnieniom z wkładki, że na płycie nie ma żadnych efektów na wokalach (w co nie wierze), to mozna rzec nawet o niebo lepszy. Inaczej mówiąc na płycie gra czterech utalentowanych oblechów. Ci goście są tak obrzydliwi, że aż trudno uwierzyć. Szczególnie Andrews, który bez dwóch zdan by wygrał w konkursie na najbardziej obleśnego muzyka w historii. Po nagraniu debiutu "From Beyond", który został wydany przez Earache jako Mosh 27 koledzy ci nagrali jakiś mini album, którego na oczy nie widziałem, i drugą płytę, która była potwornie beznadziejna. Po tym wszystkim rozpadli się na dobre. Wszystko co najlepsze w tej kapeli znajduje się na "From Beyond". 9 kawałków, w tym jeden prawdziwy hicior ("Corpsegrinder"!!!), które bym określił jako w stu procentach klasyczny death metal z rockandrollowym feelingiem i bardzo rozpoznawalnymi muzykami. Andrews miał wyrobiony swój własny styl rozwalania perkusji, solówki Rozza poznałbym z zamkniętymi oczami (w sumie to w rozpoznawaniu solówek oczy by mi się na chuja przydały, ale co tam) a Kam Lee growlował jak prawdziwy maniak - nisko, głęboko, czytelnie a raz na jakiś czas sobie piszczał. Butler to w sumie też był bardzo dobry basista (w Death w takich kawałkach jak "Born Dead" dosłownie rozwalał), lecz dzięki naszemu ukochanemu studiu Morrisound jego wyczynów w ogóle nie słychać (czasem słychać, ale ja nie słyszę bo w muzyce lubie tylko rzeźnię a słoń i hipopotam mi nadepnęli na uszka). Ogólnie brzmienie to jedyna wada tego krążka - jest przesadnie czyste, mało mięsiste i takie zdeczko płaskie. Właśnie przez to brzmienie przekonałem się do całej płyty dopiero po trzech miesiącach. Wcześniej słuchałem tylko "Corpsegrinder", ale tego kawałka mógłbym słuchać nawet w wersji dzwonka polifonicznego, bo jest kultowy jak corne knieje. Kiedy wreszcie udało mi sie przekonać do brzmienia doszedłem do wniosku, że wszystkie kawałki są świetne, każdy to potencjalny koncertowy hit. Podsumowując : cholernie dobra płyta, świetne kawałki, świetny feeling, świetne wykonanie tylko brzmienie raczej słabe. Muzycznie jest to lepszy materiał niż "Leprosy", wierzcie mi na słowo. Na koniec zamiast wierszyka opowiem wam o okładce. Repka zrobił bardzo fajną, ale potwornie kiczowatą okładkę, która oryginalnie jest różowa. Jeśli kiedyś znajdziecie "From Beyond" w wersji z niebieską okładką, to nie kupujcie, to zwykłe wznowienie. Rózowa ma duzo większą wartość kolekcjonerską, jest pierwszym wydaniem i bardzo ładnie wyróżnia się na półce. Wierzcie mi, kochaniutcy.

INCANTATION "Onward To Golgotha" 1992 [CD Relapse]
Na wstępie muszę wam powiedzieć słowa prawdy - Incantation to jest wyższa szkoła jazdy. Pierwszych płyt Morbid Angel czy Malevolent Creation dzieki tym rozpoznawalnym kawałkom i thrashowym naleciałościom słucha się bardzo przyjemnie od pierwszego przesłuchania, ale żeby czerpać przyjemność z Incantation trzeba naprawdę lubić metal śmierci, no i w skupieniu przesłuchać dysk przynajmniej kilka razy i to najlepiej na słuchawach. Jak by się tego słuchało jako tło do obiady to by się doszło do prostego wniosku : ściana dźwięku i buczenie. Debiut tej kapelki poprzedziły dwa winylowe single z masakrującymi okładkami Chrisa Moyena, z których wiał kult jak z Gliczarowa do Mexico City. "Onward To Golgotha" to kilkadziesiąt minut surowego, brutalnego, chaotycznego i technicznego death metalu w średnich tempach z charakterystycznym klimatem. Styl Incantation jest naprawdę rozpoznawalny. Najbardziej mroczne są wokale Craiga Pillarda, który na zdjęciu straszy koszulką Possessed z "Seven Churches" - niesamowicie głęboki i niski growling uzyskany bez pomocy bajerków, sztuczek i komputerowego fiku miku, a tylko dzięki wstawiennictwu św. Idziego, latom praktyki i posępnym rytuałom voodoo. Najbardziej udane kawałeczki to kultowy "Unholy Massacre" i "Rotting Spiritual Embodiment" z fajowymi motywami przewodnimi. Podsumowując, jak pan oczekiwać raczy po muzyce mroku, chaosu i surowości, w wolnych chwilach waćpan lubisz się spuszczać po linie do studni i bulgotać a nad dźwięk liry i cytry przedkładasz nisko strojone gitary i wyjący bas to "Onward To Golgotha" jest płytą stworzoną dla waćpana. Tylko nie oczekuj po niej waćpan jakiś kosmicznych szybkości, bo ich tu raczej nie znajdziesz. Ja ten zespół bardzo lubie i co wieczór go hołubię, a kto go nie lubić raczy ten od dziś jest kuper kaczy!

MALEVOLENT CREATION "Retribution" 1992 [CD Roadrunner]
Niespodzianka! Postanowiłek se, że tym kolegom opiszę dwie płyty, bo ich naprawdę bardzo lubię. Tak zek też zrobił. A więc rok po wydaniu debiutu, Malevolenci w troszkę zmienionym składzie (drugiego gitarzystę zastąpił lepszy, a pałkera szybszy) wydali swoja najbardziej klasyczną płytkę - "Retribution". Pokarali nas, oj pokarali! Przez cały czas trwania tej płyty słuchacz zrywa ciegi aż miło. Muzyka jest szybka, jest agresywna, jest brutalna i brzmi naprawdę dewastująco. Wszystkie kawałki na płycie trzymają poziom wyższy niż zawartośc dopalaczy w krwi Chrisa Reiferta, ale są tu cztry wyróżniające się piosenki, które są jednoznacznymi hiciorami : otwierający płytę "Eve Of The Apocalypse" ze świetnym blekowym riffem (ja potrafię się doszukać blekowych riffów nawet w The Rasmus, więc nie nastawiajcie się na żadne "Inno A Satana") i fajowym, chórkowanym refrenem "worlds collide - the weak step aside" ; "Slaughter Of Innocence", który jest dla mnie po prostu arcydziełem, z jedną z najlepszych wokaliz jakie słyszałem w życiu. Już na pierwszej płycie Brett potrafił ładnie zawyć, ale to "Slaughter of innocence - uuuuuueeeeeerrrrrggggghhhhhhh - die motherfucker!" jest po prostu czadowe ; motoryczne i ciężkie "Coronation Of Our Domain" oraz najszybszy na płycie, krótki i treściwy "Monster" ze świetną sekwencyjka instrumentalną w środku. W porównaniu do pierwszej płyty muzyka ewoluowała w stronę death metalu. Jest tu dużo mniej thrashowych zagrywek, brzmienie jest o wiele gęstsze, płyta jest dużo szybsza, wokele niższe, więcej jest blastów a brzmienie duzo bardziej gęste, lepiej słychać bas. Najbardziej mi się podobają oczywiście wokale Hoffmana, które jest jednym z moich ulubionych misiów-pysiów. Gdybym miał se wybrać trzech najlepszych wokalistów w amerykańskim death metalu, bez wątpienia bym odrzekł Hoffman - Benton - Vincent. Kurde no, piszę ten tekśik w stylu naprawdę żałosnym, pomysły mi się kończą i jestem troszkę "hangover" jak na prawdziwego thrashera przystało. Przepraszam kochani czytelnicy, tej nocy zbyt długo przebywałem w Stumilowym Lesie. (Sam się teraz zastanawiem o co mi chodziło, kiedy pisałem to zdanie / dopisek późniejszy) Okej. Świetna płyta, prawdziwa klasyka, zabójcze piosenki, fenomanalna technika gitarzystów, ciekawe teksty (Przeczytałem kilka razy tekst do "Monter" i mam wrażenie, że jest to kawałek przeciw marihuanie, co jak dla mnie jest bardzo dziwne ponieważ wszyscy w zespole lubia przypalić, a Hoffman, który ten tekst napisał, to w chwili obecnej niezły ćpun), dobre brzmienie. Czad, atomowy reaktor i sutki chomika Alfreda. Rekomendacja Misia Palownisia. Ale okładkę to oni mają chujową, że aż strach.

V/A "Harmony Dies" 1994 [CD Harmony Dies]
Gdyby ktoś mnie spytał na ulicy (ONI często to robia, bo ONI wiedzą, że tego nie lubie) "hej, jak ci się podoba składanka pod tytułem Harmony Dies", to bym z pogardliwym uśmiechem na twarzy odpowiedział : "Pan Krecik wstał dzisiaj rano w doskonałym humorze. Wyprasował swój ulubiony czerwony krawacik i czym prędzej go założył. Następnie zaparzył sobie herbatkę i począł rozmyślać o Pani Myszce. Pani Myszka ma ładną kokardkę w grochy.", a potem z całą pewnością bym przebrał się za indianina i wykonał posępny taniec ku chwale Burzy. Dużej burzy! Takiej z piorunami i iskierkami! Nie takiej zwykłej, tylko takiej MROCZNEJ! A potem bym płakał, bo nikt mnie nie docenia... Nikt nie docenia biednego recenzenta, który stara się być zauważony. Nie wiem po co opowiadam wam te historyjki, ale pewnie mam jakiś swój powód. Tak czy inaczej na wstępie muszę wyjasnic, co to do jasnej ciasnej jest ta składanka "Harmony Dies". Jest to najzwyklejszy w świecie bootleg z nagraniami Necrovore ("Demo '87" lub też jak kto woli "Divuus De Mortus"), Incubus (ten dowodzony przez Sterlinga von Scarborough'a, a nie ten od płyty "Serpent Temptation", materiał z demo "God Died On His Knees" z roku 1987) oraz demko lubianej tu i ówdzie kapeli Morbid Angel - "Thy Kingdom Come". I tak mamy tu totalnie surowy i prymitywny pomiot (Necrovore), Morbid Angel, którzy już wtedy próbowali coś tam pomieszać i Incubus - szczery, prosty i klasyczny w formie death metal. Wszystkie materiały są fajne, ale gdybym miał wybierać najlepszy, to postawił bym na Incubus, lecz zmuszon przyznać, że najlepszy feeling miał Necrovore. Totalny prymitywizm. Darkthrone przy tych kolesiach są finezyjni a Nunslaughter to kombinatorzy. Warto zwócić uwagę na pracę perkusji, jeśli słuchasz dużo starego grania to z pewnością skojarzysz sobie ten styl nawalania w gary z paroma kapelami. Incubus to też chaos, też czysty metal śmierci, ale taki bardziej cywilizowany i nie mówie tu oczywiście o graniu w stylu jakiś Dies Iraów czy Decapitatów. Tu i tam dołożona jakowa solóweczka, tu i tam jakiś refrenik. Ogólnie bomba. Szczególnie kawalek "Engulfed In Uspeakable Horror" rządzi. W jednym kawałku tekst jest strasznie podobny do "Blasphemy" Morbid Angel - te kapele były kiedyś ze sobą bardzo związane w sposób mroczny i pokrętny. Ktoś tam z Morbidów grał w Incubus a Sterling w Morbid. Hej hej. A Morbid Angel to Morbid Angel. Tu żadnych rewelacji nie ma. "Blasphemy Of The Holy Ghost", "Thy Kingdom Come" i "Abominations" zagrane z bardziej prymitywnym i surowym brzmieniem. Płytka wydana została przez Nie Wiadomo Kogo, ale jako że na płytce jest wypalony portret łosia Arne, a płyta jest dedykowana Bardowi Faustowi - istnieją pewne spekulacje, że wydał ją taki jeden Norweg. Czy to Czech jest czy Słowak, czy to ryba czy też ptak, zespoły te poznać musi, bo jak nie to się udusi. Juhu!

palownik
ps. Wszystkie recenzje napisane zostały na podstawie oryginalnych, PIERWSZYCH wydań tych płytek. Jeśli kiedyś zobaczycie np. jedynke Malevolenta czy Suffo w wydaniach Metal Mind za 19,90 to sugeruję, żebyście tego nie kupowali. Płyty się nie palą, nie trza się spieszyć - prędzej czy późnej znajdzie się pierwsze wydanie, albo jakiekolwiek inne - ale nie Metal Mind ani Koch Polska. Na to gówno szkoda wydawać te 19,90. Natomiast wznowienia pierwszych dwóch Autopsy z bonusami są godne polecenia. Szczególnie "Severed Survival" - pierwsza okładka znana z winyla!
ps2. jeśli kiedyś będę kontynuował ten tekst, to z pewnością znajda się w nim takie płyty jak Order From Chaos "Stillbirth Machine", Deeds Of Flesh "Gradually Melted", Immolation "Unholy Cult", Nuclear Death "Bride Of Insect / Carrion For Worm", Abscess "Seminal Vampires And Maggotmen", Cannibal Corpse "The Bleeding", Vital Remains "Dawn Of The Apocalypse" i Autopsy "Ridden With Disease". Mówiąc inaczej będzie mniej płyt zawierających w 100% klasyczny death a więcej takich jakiś "innych", no i rozrzut lat będzie o wiele większy. Ale znając życie pewnie nie napiszę.
ps3. przepraszam za luki w moim warsztacie pisarskim (szczególnie w recenzji "Retribution") i troszkę dziwną konstrukcję zdań. Ostatnimi czasy nie jest najlepiej z moja głową i logika rozumowania.