Oj wiele nasłuchałem się różnorakich opinii na temat S&M przed jego kupnem. Niektórzy wykrzykiwali niczym Dead po nawdychaniu się aromatów rozkładających kruków, iż jest to najwspanialszy album Metallicy itp.... Inni zaś opluwali go jadem ze wszystkich możliwych stron hasłami ,,Metallica znów się sprzedała", ,,Co to ma kurwa być? Orkiestra?!". Cóż, ponieważ ja miałem wówczas (końcówka 2000r) takie pojęcie na Metallice jak A. Błochowiak na polityce odczekałem z zakupem owego albumu. Jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłem, że pod moją unholy choinką leży S&M z małą karteczką: ,,od unholy Mikołaja". Wow! Wreszcie mam coś Metallicy!!! Skutkiem otrzymania tej koncertówki było nabycie do mojej (wtedy baaardzo niewielkiej) kolekcji większości płyt i kaset Metallicy (odmówiłem sobie tylko Garage Inc., ale to akurat nie jest teraz istotne). Obecnie, gdy dysponuje jaką taką wiedzą o historii panów z San Francisco a żaden ich utwór nie jest dla mnie wielką niewiadomą mogę zabrać się za recenzję podobnież ,,najsłynniejszej koncertówki świata".
Zacznijmy od tego, iż sam pomysł zagrania koncertu z orkiestrą symfoniczną był co najmniej szalony, bowiem wydawać by się mogło, że ,,przerzucenie" ostrych i szybkich metalowych (niestety tych w znikłej ilości) pieśni na instrumenty klasyczne jest niewykonalne. Dlatego też należy się wielkie uznanie dla Michaela Kamena za to, że wziął na swe barki całe przedsięwzięcie (brawo - klask, klask, klask).
Koncert rozpoczyna motyw z ,,Dobrego, złego i brzydkiego" - The Ecstasy Of Gold, które właśnie od tego występu z San Francisco inauguruje większość późniejszych koncertów Metallicy. Po tym ,,interku" chłopaki zaczynają grać The Call Of Ktulu. I tu pierwszy zawód, ten instrumentalny majstersztyk posiadał swój klimat, ponieważ był nastawiony głównie na bas, a Newsted jak gra każdy słyszy. Po nim legendarny i kultowy Master Of Puppets. Zagrany został świetnie, orkiestra i gitary stanowiły idealną symbiozę, lecz posiadał jeden mankament - NIE SŁYCHAĆ REFRENU!!! Publika ni ryczy, ni ,,śpiewa" niczym podpita grupka meneli z pod budki z piwem ,,o młaaster, młaaster!" - coś takiego powinno być karalne! Następnie leci Of Wolf And Man. Hmm... choć wykonany bardzo dobrze, to i tak nie mogę się do niego przekonać. Natomiast kolejny The Thing That Should Not Be jest rewelacyjny. Symfonia wspaniale podkreśla nastrój grozy i szaleństwa a gitary oraz pekra nie pozwalają o sobie zapomnieć. Szóstka to Fuel... całkiem niezły, lecz tak jak w przypadku Wolfa nie przepadam za nim. Potem może być tylko lepiej, gdyż czas na najlepszą piosenkę z ReLoad - The Memory Remains. Ten kawałek zagrano wręcz bosko. Świetny wstęp, którego mógłbym słuchać godzinami a także wspaniała sekcja ,,Na, na, na, na, na" wykonana przez publikę. Coś mi się zdaje, że zrozumiała jaki grzech popełniła przy Masterku i chyba jako zadośćuczynienie dała z siebie wszystko. Następnie atakuje nas jedna z nowych pieśni, czyli No Leaf Clover, jak dla mnie miód na uszy (tak nawiasem pisząc nie mam pojęcia dlaczego Metallica w ogóle nie gra tego na koncertach). Kolejne Hero Of The Day i Devil's Dance ani mnie nie zachwyciły ani nie obrzydziły, ot tak na pół jeża zagrane utworki. Półmetek zamyka bardzo fajna ballada Bleeding Me, aczkolwiek można ją było skrócić, gdyż troszkę przynuża.
Drugą połowę otwiera jedna z najsłynniejszych ballad Nothing Else Matters. Coś wspaniałego! Właśnie dla niej warto kupić S&M. Jak słucham tego utworu oczyma wyobraźni widzę morze płomyczków z zapalniczek - cudo. Co prawda w oryginalnej wersji na ,,Czarnej" Hetfieldowi i spółce także towarzyszy orkiestra, lecz tutaj jest o wiele wyraźniej zaznaczona jej obecność. Potem czas na następną loadowską balladkę Until It Sleeps, która jest o niebo lepiej zagrana od oryginału (wow!). Po nim mamy prawdziwy thrashowy klasyk oraz koncertowy killer For Whom The Bell Tolls. Tego nie da się opisać, orkiestra idealnie podkreśla ciężar gitar a James wykrzykuje z siebie kolejne wersy tego hymnu, aż do ,,Take a look to the sky just before you die" po czym publiczność dostaje wręcz spazmów. Później idzie drugi z nowych kawałków Human. W sumie całkiem przyzwoity, lecz w porównaniu z Cloverem się chowa. Następnie Czterej Jeźdźcy wykonali Wherever I May Roam, znów ot taki przeciętniak. Dalej Outlaw Torn, który mimo iż grany przez 10 minut trwa zbyt krótko! Dzięki symfonii ta piosenka dostała zupełnie nowe brzmienie, lepsze aniżeli na ReLoad. Następnie chyba najcięższy utwór w historii Metallicy Sad But True, tak jak Whenever nic co mogłoby zachwycić. Po nim hicior z AJFA a zarazem antywojenny hymn One. Mogę go określić jednym słowem - bomba! A raczej wybuch granatu lub miny. Dzięki dodaniu sekcji orkiestry wyszło coś wspaniałego i wręcz epickiego. Dwudziesty kawałek to kolejny szlagier z ,,Czarnej" Enter Sandman, po prostu kawał dobrego heavy. Wieńczącym koncert utworem jest Battery, też niezły. Potem czas na pożegnania i podziękowania publiczności oraz Kamenowi za wsparcie. Koniec.
Ogółem oficjalna koncertówka Metallicy jest... w miarę dobra. Nie świetna, bo niektóre kawałki zostały zagrane ,,byle by były", lecz są także dzieła a nawet arcydzieła wybitne. Niektórym starszym fanom może razić fakt iż wykonano 7 utworów z obu Loadów, 5 z Black Album a tylko jeden z AJFY (co akurat można zrozumieć - utwory z tego albumu nie nadają się na występy Live, choć bardzo dobre, są trudne i ciężkie w odbiorze) oraz 3 i 2 z kultowych Master'a i Ride'a. Moim zdaniem szkoda, że zapomniano o Fade To Black i Sanitarium, które idealnie wpasowały by się w orkiestrę.
Ocena: 7+/10