King Diamond - "The Puppet Master"


 
  Ja po prostu lubię tego gościa! Wiecie, co? Oczekiwanie na nowy krążek Kinga Diamonda zamienia się w mile spędzony czas, bo wiadomo, że Diamentowy Król uraczy nas, jak to zawsze ma w zwyczaju, świetnym albumem. Czy on kiedykolwiek nagrał słabą płytę? No właśnie - każda pozycja z jego dyskografii w mniejszym lub większym stopniu jest nasączona geniuszem właściwym Duńczykowi. Tak więc wyszedł jego nowy krążek i ... pokłony dla Kinga Diamonda! Ten facet się nie starzeje. Metallica kaleczy nas kolejnymi nagraniami, które tylko urągają tylko jej kultowi, no ale jeśli chodzi o Kinga Diamonda to w jego przypadku taka sytuacja po prostu zaistnieć nie ma prawa.

 "The Puppet Master" to trzeba przyznać cholernie solidna pozycja. Chore byłoby stwierdzenie, że Mistrz "jak zwykle" raczy nas świetną historią - no, to chyba jest fakt niepodważalny; opowieść zawarta na nowym albumie jest niesamowita! King Diamond tym razem zabiera nas do budapeszteńskiego teatru, w którym to spotykamy bardzo nietypowego jegomościa i jego żonę. Nie chcę Wam niszczyć przyjemności, także ograniczę się tylko do tych nielicznych informacji. Ponadto w opowieści pojawia się wątek miłosny, no i co jest bardzo ważne - po raz pierwszy King Diamond do nagrań zaprasza kobietę w celu zarejestrowania pełnych partii wokalnych!!! Tak, tak - pani Livia Zita udziela swojego pięknego, operowego wokalu w trzech, o ile dobrze pamiętam, utworach. Głos Livii jednak tak znakomicie komponuje się razem z partiami wokalnymi Kinga, że nie pozostaje nic tylko pogratulować Królowi Horroru całego przygotowania, a wokalistce świetnie wykonanej pracy, której naprawdę trudno nie doceniać po zaznajomieniu się z albumem. Poza tym partie wokalne są świetnie zmiksowane, co nadaje kompozycjom wrażenia przestrzenności. A jeśli chodzi o wokal samego Diamonda, to oczywiście nie mam do niego zarzutu, chociaż wyraźnie mniej używa on swojej "naturalnej" barwy, czyli falsetu...

 Warstwa muzyczna to popis panów Andy`ego LaRoque`a, Mike`a Weada, Hala Patino i Matta Thompson - goście swoją robotę wykonali perfekcyjnie. Jak zawsze, prym wiodą tutaj solówki duetu gitarzystów. Jedno jest pewne - do wykonania przyczepić się nie można. Inna sprawa to kompozycje. I już zaznaczam, że to nie minus tej płyty - są one trochę rozwolnione. Oczywiście, bez przesady, ale pojawia się i ballada miłosna, i ogólnie mamy do czynienia z dużą ilością wolniejszych zagrań. Brakuje mi takiego kawałka w stylu "Miriam" z poprzedniej płyty Kinga Diamonda, czyli rozpędzonego killera - takiego typowego wymiatacza. Szkoda, naprawdę, ale to nie znaczy, że wszystko się ciągnie jak flaki z kujawskim (z pierwszego tłoczenia, oczywiście ;-)). "The Puppet Master" to bardzo spójny materiał, kompozycje są mniej zróżnicowane niż na "Abigail II". Ogólnie rzecz biorąc - brak jakichś "odchyłów" od normy zawartej na albumie. No i przede wszystkim klimat - u Kinga to norma, także i po nowym albumie tego pana możemy spodziewać się naprawdę ekscytujących przeżyć; po prostu kolejny krążek na podstawie, którego można by nakręcić film! Mimo to myślę jednak, że "Voodoo" było lepsze...

Ocena: 8+/10.


© PhantoM <phantom777@o2.pl>

Copyright by © PhantoM 2004