Iced Earth - "The Glorious Burden"


 Iced Earth - jakaż to wspaniała według mnie grupa. Długo mógłbym w samych superlatywach głosić ich siłę. I może to co powiem będzie jeszcze zbyt pochopnym osądem, ale czyż to nie najlepsza obecnie kapela power, nie to wiadomo, heavy metalowa?! Godni kontynuatorzy tradycji klasyków Iron Maiden czy Judas Priest, poza tym z mocno wypracowanymi własnymi cechami, które czynią Iced Earth zespołem grającym bardzo charakterystycznie, opierając się jednak na tym co stworzyły zespoły-bogowie. Bez wątpienia IE jest grupą, na którą nie tylko należy zwracać uwagę, ale także darzyć ich szacunkiem, bo stworzyli nie mało pięknych rzeczy.

 Czas oczekiwania na nowy krążek Amerykanów dłużył się niemiłosiernie. Jakże bardzo pałałem chęcią zagłębienia się w nowe nagrania Schaffera i spółki, po tym jak grupa ta wydała niezbyt ciepło przeze mnie przyjęty "Horror Show". Jednak trudno było się spodziewać, aby następca genialnego "Something Wicked This Way Comes" mógł spełnić i tak wygórowane moje oczekiwania. Rok 2003 był rokiem oczekiwania, a temperatura wokół Iced Earth dochodziła do szczytu skali. Kolejne wieści przedostawały się do opinii publicznej, jednak najważniejsze to były te o zmianie wytwórni na SPV i o odejściu gitarzysty Larry`ego Tarnowskiego i Matta Barlowa. To był szok dla świata metalowego. Ten znakomity wokalista był przez wielu uważany za znak charakterystyczny formacji Iced Earth, a teraz kiedy odszedł wielu fanów patrzyło z niepewnością i smutkiem na dalsze losy Iced Earth, bo lukę po tak charakterystycznym wokaliście, jakim niewątpliwie jest Matt, zapełnić jest trudno. Nie będę zagłębiał się nad powodem odejścia Matta i Larry`ego z zespołu. W końcu nie o to w tym chodzi.

 Tak więc Jon Schaffer został na lodzie. Musiał znaleźć wokalistę, który z powodzeniem mógłby nagrać partie wokalne na nowy krążek. Z pomocą przyszedł mu Tim "Ripper" Owens, a parę dni później stał się oficjalnym członkiem grupy. Bardzo ucieszyła mnie ta wiadomość. Ale jedziemy dalej. Emocje wokół nowej płyty sięgały zenitu. W internecie pojawiła się okładka, która jak zawsze w przypadku IE, jest po prostu świetnie wykonaną grafiką. Lider grupy - Jon Schaffer - mówił o nowej płycie w kontekście najlepszego dzieła Iced Earth. Premiera wyznaczona na koniec października przesunęła się na styczeń. Wyszedł singiel, a ze Stanów Zjednoczonych dochodziły optymistyczne wieści, iż singiel ten uplasował się w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych w USA, bijąc przy tym na głowę gwiazdy pop. Premiera zbliżała się wielkimi krokami. Wkrótce po niej otrzymałem "The Glorious Burden" - nowe dziecko Iced Earth...

 Zaskoczenie. Tak, niewątpliwie. Już, gdy z głośników sączą się pierwsze akordy intro w postaci hymnu Stanów Zjednoczonych czuje się ten klimat. Tak - a będzie on towarzyszył przez resztę płyty. Jest świetnie! Następne utwory uderzają między oczy. To było na pewno pozytywne zaskoczenie. Nie wiem jak mam opisać to co zastałem na "The Glorious Burden". Najprościej - dostajemy dawkę świetnego jak zawsze w wykonaniu Iced Earth heavy metalu. Cała płyta na motywach historycznych nie jest bynajmniej koncept-albumem. Mamy tu teksty o wojnie secesyjnej, Deklaracji Niepodległości, ale także jest coś o Attyli - wodzu Hunów, czy też Czerwonym Baronie, ponadto na tak przesiąkniętej patriotyzmem płycie nie mogło zabraknąć utworu ku czci ofiar zamachu na WTC - jest to przepiękna ballada "When The Eagle Cries", której na krążku mamy też wersję akustyczną (lepszą wg mnie od oryginalnej). Mówiąc o patriotyzmie w kontekście "The Glorious Burden" na pewno nie mam na myśli infantylizmu w stylu Manowar. To z pewnością byłoby przegięcie w stronę czegoś nie zbyt gustownego. 

 Niestety, płyta na pewno nie dorównuje "Something Wicked". Brak mi na TGB tego ciężaru. Owszem, taka kompozycja jak "Greenface" odznacza się "zadziornością", ale brakuje mi tych cudownych ciężkich riffów - tak charakterystycznych dla Iced Earth. Osobną sprawą są wokale. Tim Owens włożył w nie całe swoje serce. To słychać - ten facet wykonał swoją robotę bezbłędnie, 100 % fachowego podejścia do sprawy. Tim znakomicie przechodzi od drapieżnego falsetu ("Declaration Day") po świetny melodyjny, delikatny głos ("When The Eagle Cries"). Jego wokale są wspaniale zmiksowane. Czy Owens lepiej śpiewa w Iced Earth niż "na stażu" w Judas Priest? Moim zdaniem tak - od czasu "Demolition" trochę się rozwinął i jeszcze lepiej operuje swoim wysokim acz mocny głosem. Wokal "Rippera" bezsprzecznie podnosi wartość "The Glorious Burden". Zresztą Tim potwierdza tu tylko swój talent i udowadnia, że jest jednym z najlepszych wokalistów metalowych na świecie, jeżeli nie najlepszym, bo takim mistrzom jak Halford czy Dickinson brakuje jeszcze do poziomu pana Owensa, tak technicznie, jak i jeśli chodzi o skalę głosu. Tim Owens to mój faworyt wśród "krzykaczy". 

 Raczej trudno tutaj porównywać TGB z jakąkolwiek płytą Iced Earth. Biorą w łeb porównania z "Something Wicked". Pierwsze, mroczne i cięższe krążki też nijak nie przypominają muzyki z nowej płyty. Widziałbym jeszcze świetne solówki - no, możecie mi powiedzieć co się dzieje na tym świecie? Panuje jakaś niechlujna moda na brak solówek! Jeśli chodzi o TGB to nie uświadczymy tutaj przepięknych popisów jak (jeszcze raz nawiążę do tego krążka...) "Something Wicked". A szkoda... Solówki nie grzeszą przepychem czy też melodyjnością. Na szczęście na ich brak narzekać nie możemy. Schaffer, kompozytor całego materiału, wyraźnie skupił się na warstwie tekstowej i aranżacji. Za to mamy świetne refreny i dużo melodii. Pojawiają się chóry jak w świetnym "Attila". Czeka nas też miły prezent w postaci trylogii "Gettysburg 1863" na limitowanej edycji. Są to trzy długie utwory z głównym podkładem w postaci orkiestry. Jest to bardzo fajna sprawa - podkreśla to charakter patriotyczny utworów, a poza tym przyjemnie się tego słucha. Cóż mogę powiedzieć - Jon Schaffer zrealizował swoje marzenie, połączył swe dwie największe pasje: historię i muzykę, i chwała mu za to, bo z tej syntezy wyszła naprawdę porządna płyta, której wstydzić się nie powinien.

 Myślę, że część z fanów po przesłuchaniu "The Glorious Burden" stwierdzi, że Iced Earth się "wypaliło". Wg mnie to kapela, która wciąż się rozwija, a na pewno TGB to nie jest ślepy zaułek. Schaffer i spółka jest w świetnej formie, a koncerty u boku Primal Fear i Thunderstone tylko to potwierdzą. Iced Earth jeszcze Wam pokaże!

Ocena: 7+/10.


© PhantoM <phantom777@o2.pl>

Copyright by © PhantoM 2004