The Lord Of The Rings - Wielkie Porównanie Trylogii 

Ta wieść huknęła nagle i jeszcze szybciej obeszła cały świat. Jednak będzie! Wkrótce będzie! U nas będzie! Wszędzie będzie! Nieznany dotąd reżyser Peter Jackson objął kierownictwo produkcji i reżyserię nad filmem na który czekały pokolenia, filmem który kilkukrotnie już (nieudolnie zresztą) próbowano kręcić, wreszcie - filmem na podstawie dzieła, co uznane zostało za powieść tysiąclecia. Będzie kręcona trylogia "Władca Pierścieni" !


" O zetknięciu się autora z wielkim dziełem "

Pewnego ranka, pragnąc nadrobić zaległości filmowe, obywatel spoxgreq wybrał się do kina na film wspaniały, acz niezbyt ambitny - bo na Shreka. Miało to miejsce kilka lat temu, ale ważniejsza jest inna kwestia - po reklamach poprzedzających film, zobaczyłem zapowiedź czegoś, co różniło sie od reszty. Facet, który siedział kilka siedzeń w lewo ode mnie, non-stop powtarzał: " Jezu, muszę na to iść, Jezu muszę na to iść, Jezu muszę... ", aż zapowiedź nie dobiegła końca. Co nim tak wstrząsnęło? No właśnie, zapowiedź tejże adaptacji. Tatuś mój od najmłodszych lat podstawiał mi "Hobbita" pod nos i ładnie prosił bym czytał, ale jakoś mnie nic nie pociagało ku temu. Ale, że słyszałem sporo głosów na ten temat, jednak sięgnąłem. W "Hobbicie" zakochałem się nagle, szybciej niż w jakiejkolwiek dziewczynie (ha,ha mam Was;). Potem zacząłem się uczyć tongwaru, czyli pisma elfów, ale tylko dlatego by móc sobie pokreślić - Tolkien był pasją. Wspomniany tatuś - który miał spory wpływ na moją Tolkienowską edukację, opowiadał mi potem, że jest jeszcze inna księga, która rozwija wydarzenia "Hobbita", tam też miałem spotkać bohaterów poznanych już wcześniej. Pazernie rzuciłem się na "Władcę Pierścieni" (tłum. Maria Skibniewska, 1986), by porzucić go gdzieś między Bag End a Bree, nie przymierzając - ok. 80 strony. Straciłem zapał... co na tę herezję miało wpływ - doprawdy nie mam pojęcia. Jednak zbliżająca się wielkimi krokami premiera "Drużyny Pierścienia" dała mi sporego kopa, sporego na tyle, że 1 tom trylogii skończyłem na godzinę przed seansem...

" Z dawna wyczekiwane przyjęcie " 

Setki tysięcy fanów dziadka Tolkiena zjednoczyło się , by ostro podyskutować i polemizować, nad tym, co wkrótce mieli ujrzeć. Oczywiście najważniejsze pytania zostawały bez ripost. Jednego wszyscy byli pewni - to co ujrzą da odpowiedź na pytanie: "Czy pierwsza oficjalna adaptacja książki tysiąclecia będzie wygwizdana i hańbić będzie to co tak wszyscy kochamy?" Nie zaprzeczę - była masa obaw. Od tych ważniejszych poczynając ("Czy postacie będą odpowiadać naszym wyobrażeniom? Czy będzie się dało wyczuć wszędobylską magię bijącą z książki? Czy scenarzysta nie wymyśli sobie własnych historyjek (vide "Wiedźmin") etc."), na tych błahych kończąc ("Czy hobbit będzie dużo niższy od człowieka? Czy szata Gandalfa Szarego będzie szara? etc.) 

" Godzina 0 nadeszła " 

...i tysiące fanatyków oraz przeciętnych widzów zgromadziło się licznie przed srebrnymi ekranami. W tym i obywatel spoxgreq, jakżesz by inaczej. Przyznaję bez bicia, szczerze i otwarcie - film oglądałem z rumieńcem podniecenia na twarzy, to o czym mówiło się tyle - znalazło swoje odzwierciedlenie. Klimat dzieła wgniatał mnie w fotel i miażdżył każdą komórkę mojego ciała. Widownia na te 3h przeniosła się do Śródziemia, żyła tym, co było na ekranie. Ja również uciekałem Nazgulom, czułem brzemię Pierścienia, opłakiwałem śmierć Gandalfa i walczyłem na Amon Hen. Pierwszy raz w życiu tak mocno przeżyłem jakiś film. Ale nie istniałby on, gdyby nie pewna powieść, z którą byłem wtedy "na świeżo". Pragnę jeszcze podkreślić rolę muzyki, bez której wszystko byłoby bardzo jałowe. Do jej tematu powrócę za chwilkę. 

" Czas rozstań, czas powrotów, czas chłodnych kalkulacji "

Po kilku dniach, kiedy emocje nieco opadły, postanowiłem porównać to co widziałem, z tym co czytałem. Setki fanów zrobiły to przede mną, a zdania były baaardzo różne. Po przeczytaniu dziesiątek opinii fanatyków - oraz dla kontrastu zwykłych widzów, ujrzałem, że zdania są podzielone. Owszem, film wywołał kolosalne wrażenie, ale była grupka narzekaczy. Wielu z nich podawało się za super_ortodoksyjnych_Tolkien_fanatyków , którym nic nie pasowało. Marudzili , że tu za krótko, tu za długo, tu za smętnie - jednym słowem, czego by się tu czepić. Żałowano pominięcia motywu Toma Bombadila i kilku innych, ale wiele osób nie wzięło pod uwagę najważniejszego w swoim osądzie. Efektu finalnego. Przecież ten film był jedną z najdokładniejszych i najdoskonalszych adaptacji w dziejach kina! I to nie tylko moje zdanie. Jednym powodem ominięcia niektórych wątków były ograniczenia czasowe, sam Peter Jackson chciał by jego dzieło było doskonałe (bo było), chciał wynagrodzić malkontentów wypuszczając poszerzone o dodatkowe sceny wersje filmu. Ogólnie - film na 6+, dla gościa z blokowiska też fajny, bo, tu cytat: "2,5h nudy, potem coś się dzieje, ale fajne efekty". I tak "The Fellowship Of The Ring" dogodził niemal wszystkim.
Miałem powrócić do tematu muzyki. Była ona tworzona niemal pedantycznie przez Howarda Shore'a. Człowiek ten potrafił wszystko zmienić, pracować 14h na dobę - byle efekt finalny był zadowalający. A czym jest? Wystarczy powiedzieć, że płyta z muzyką do 1 części trylogii była najlepiej sprzedającym się krążkiem w kraju przez kilka tygodni. Któż nie pamięta kojącego głosu Enyi, przy "May It Be" ? Ja również tę płytę posiadam, i znam już na pamięć. Niestety na tej jednej się skończyło... 

" Do księgarni marsz! " 

Wielki boom na "Władcę Pierścieni" przycichł dopiero w kwietniu. Mniej więcej wtedy skończyłem czytać Powrót Króla i spokojnie czekałem na premierę "Dwóch Wież". Tymczasem księgarnie nie nadążały z dostarczaniem trylogii, schodziła z półek jak przysłowiowe ciepłe bułeczki. Najpopularniejsza i najtańsza (a raczej - najpopularniejsza, BO najtańsza) była trylogia w przekładzie Jerzego Łozińskiego. Facet chciał zrewolucjonizować to na czym wychowywały się pokolenia, i zaproponował swoje nazwy własne, "lekko" spolszczone ( Jeżeli jest jeszcze ktoś, kto ich nie zna, to proszę - Smeagol = Smaduł, Szeloba = Pajęczyca, Obieżyświat = Łazik, Bag End - Włości etc. etc., zaraz zwymiotuję. Z paroma kolegami-fanami robiliśmy sobie konkurs na kolejne fajne łozikowe spolszczenia. Wygrałem z Gandalf = Grzędalf :). Pan Łoziński powinien to ode mnie odkupić.. ) Jerzy Łoziński miał też jakąś swoją grupkę fanów, chociaż argumentów "za" jego tłumaczeniem nie poznałem po dziś dzień. Najbardziej cenione od lat i co za tym idzie - najdroższe i najlepiej wydane jest tłumaczenie pani Marii Skibniewskiej, które zresztą gorąco polecam. Łozik schodził z półek nieźle, jak już wspomniałem, ze względu na cenę, ale żaden fan by tego nie tknął. Spowodowało to ciekawy krok - otóż wydawnictwo zmieniło nazwy na oryginalne, na co nie zgadzał się nasz buntownik Łoziński. W efekcie otrzymaliśmy na stronie tytułowej następującą notatkę - "Za wiedzą autora, acz bez jego zgody pozostawiono oryginalne nazwy własne", czy coś w tym stylu. Nieoficjalnie wiadomo, że persona non grata Łoziński tłumaczył, a raczej próbował, także inne słynne książki - pod pseudonimami. (o, tak, ktoś kiedyś pisał o jego tłumaczeniu "Diuny", w którym Fremenów nazwał Wolanami. Pociąłbym, choć przyznam, że tłumaczenie WP w jego wersji mi się podoba. - m.)

" Minas Tirith, Minas Morgul za 15zł. "

Wielki zegar odliczał czas do wielce oczekiwanej premiery drugiej części adaptacji Tolkienowskiej trylogii. Siły wyższe chciały, że film do polskich kin zawitał dopiero 31 stycznia 2003! Czyli grubo ponad miesiąc, jak na zachodzie. Okazję tę skrzętnie wykorzystali piraci, którym osobiście przypisuję medialną klapę filmu. W zasadzie to kogo w nieletnim otoczeniu bym nie spytał, czy idzie do kina, odpowiadał - "Mam na płyyycie. Pożyczyć ci?" . Szczęśliwie fani czekali na kinową premierę i tak "Dwie Wieże" doczekały się widowni ponad 460tys. w pierwszym weekendzie wyświetlania, czyli mniej więcej tyle, co drugi Harry Potter. Wielkie dzięki i pozdrowienia wędrują do piratów i panów decydujących o tak błyskawicznym terminie premiery filmu w tej części Europy. Dla porównania "Drużynę Pierścienia" obejrzało około 490tys. widzów w pierwszym weekendzie wyświetlania, a sumując - dużo więcej.

" Kontynuujmy przygodę " 

Na "Dwóch Wieżach" byłem już na pokazie przedpremierowym, czyli 30 stycznia. Pierwszy raz ujrzałem tak rozwiniętą batalistykę, tak cudowne sceny bitewne i ogólnie pojęte fajerwerki. Obrona Helmowego Jaru była dla mnie ogromnym przeżyciem. Jednak następnego dnia ochłonąwszy, postanowiłem wszystko podsumować. Film jednak nie podobał mi się tak bardzo jak pierwsza część. Stwierdziłem z niemałym zdziwieniem, że "Dwie Wieże" średnio przypadły mi do gustu. Jackson tym razem poszedł "pod publikę" albo "dla Hollywoodu", jak inni wolą. 

Postaram się w skrócie : Na pierwszy plan wysunął Aragorna, Legolasa i ich podboje, sceny z wędrówki Frodo i Sama okrajając do minimum, na czym wielce dzieło traci. Obieżyświat staje się głównym bohaterem trylogii, ku uciesze rzesz nastolatek. Mamy wątek śmierci Aragorna, która nie doszła do skutku. Jest Aragorn-Casanova kobiecych serc, Aragorn bohater, Aragorn męczennik, Aragorn dowódca, Aragorn opiekun. Można sobie porządnie zwymiotować panem Aragornem, a przecież w książce był jedną z moich ulubionych postaci. 
Druga sprawa to zgagowanie postaci zacnego krasnoluda Gimliego, z którego uczyniono jarmarcznego błazna. Co dwa kroki rzuca jakimś "cool tekstem", ku uciesze publiki. Dusza zahartowanego krasnoluda gdzieś uleciała, mamy Cheplina z brodą. Cóż, bardzo mnie to martwi. 
Kolejną rzeczą jest dziwne spłycenie sensu wędrówki. Powieść zastraszająco straciła na klimacie, nie czułem się już jak uczestnik wyprawy. Film traci epicki klimat, mimo że bitwy, jak już wspominałem, pozostają na wysokim poziomie. 
Czwarta już postać, którą "zeszmacono" to Legolas. Z jego elfickiej dumy i wyniosłości pozostał strój i włosy. Legolas nie czaruje widzów jak w "Drużynie..". Nasz bohater teraz zjeżdża na tarczy po schodach, przegaduje się na "cool teksty" z Gimlim i próbuje matrixowskich sztuczek, vide wsiadanie na konia w sposób łamiący kilka praw fizyki (dla ciekawskich - to po bitwie z Wargami) . 
Podsumowując film niezły - ale do pierwszej części się nie umywa. Z moją opinią zgadza się multum fanów, co wskazuje niestety na podążanie po równi pochyłej. Może to teraz ja narzekam, ale mimo świetnej adaptacji, podążając w myśl przysłowia, że apetyt rośnie w miarę jedzenia - "Dwie Wieże" nie spełniły moich oczekiwań. Czekamy z zapartym tchem na "Powrót Króla". Oby okazał się on faktycznie powrotem królewskiego filmu... 

" Wszystko co ma swój początek ma także swój koniec... "

1 stycznia. Król powraca! Na film udało mi się iść dopiero 3 stycznia, z drżącym sercem i wielkimi nadziejami. Wyszedłem z kina z ogromną satysfakcją. Jackson udowadnia, że oprócz wielkich pieniędzy również kocha dzieło Tolkiena i nie pozwoli mu się zmarnować. "Powrót Króla" również nie dorównuje "Drużynie.." pod względem magicznego klimatu, ale przy takiej ilości scen batalistycznych, ciężko by było ukazywać świat nękany przez cień Mordoru, jak to miało miejsce w pierwszej części. Wspomniane już sceny walki są naprawdę kosmiczne. Bitwa o Gondor rozmachem dorównuje, bądź przewyższa, obronę Helmowego Jaru. Znowu mamy bardzo ważny aspekt wędrówki Froda. Kolejny raz adaptacja jest bardzo bogata w szczegóły, idealnie nigdy nie będzie, to jasne. Było, nie było - najważniejsza scena trylogii - zniszczenie Pierścienia Jedynego przez powiernika w ogniu Orodruiny, została nakręcona fachowo i z rozmachem. Nie zapomniano nawet o Orłach!(Jak bardzo się wtedy ucieszyłem). Gdyby ktoś miał siły siedzieć 4h w kinie, zapewne ujrzelibysmy także wątek Sarumana i obrony Hobbitonu. A tak, niestety, całkowicie z białego czarodzieja zrezygnowano. Film wykonano z potężnym rozmachem - i za to Peterowi Jacksonomi cześć i chwała na wieki! 

" Puenta. Tam i z powrotem... " 

Film w naszym pięknym kraju obejrzało podczas pierwszego weekendu wyświetlania ponad pół miliona widzów - co jest oficjalnym rekordem. "Powrót Króla" podobał mi się znacznie bardziej od "Dwóch Wież". Podsumowując - Peter Jackson podejmując się tak trudnego zadania chyba nie spodziewał się, że efekt finalny przewyższy oczekiwania. Trylogia była wielkim sukcesem, za to wszystkim cześć i chwała. Tolkien się w grobie nie przewraca, za co jeszcze raz hołd składać Jacksonowi. 
Pozostaje nam, fanom czekać na spełnienie obietnic dotyczących adaptacji Hobbita - w reżyserii, a jakże, Petera Jacksona. Dzieło Bilba Bagginsa również musi doczekać się ogromnej widowni - inaczej być nie może. Dbałość o szczegóły, poważne podejście do tematu, wierność książce i "to coś" to niewątpliwie cechy, które zaważyły o tak ogromnym sukcesie całego przedsięwzięcia. Film można polecić wszystkim, zarówno fanatykom J.R.Ra, jak i tym, którzy dopiero zaczynają. Peter, dziekujemy Ci za kawał dobrej roboty. 

"Zapewne było to zadanie wyczerpujące psychicznie i fizycznie, ale nigdy nudne! Trzy filmy, jedna wielka opowieść i tak wiele różnorodności: jednego dnia kręcili ciche, chwytające za serce sceny, a nazajutrz ogromne sceny bitewne z udziałem setek statystów. Każdy dzień przynosił mozliwość wplecenia nowych barw w ogromny gobelin Władcy Pierścieni" 

Mam nadzieję, że ktoś miał podobne odczucia do moich, a nawet jeśli nie - to i tak niech coś napisze (byle nie po elficku, bo może być krucho z rozszyfrowaniem). Military szykuje coś wielkiego - mam nadzieję, że ten tekst trafi w dobre miejsce i będziecie mogli go przeczytać. (jak widzicie - m.)

spoxgreq
spoxgreq@poczta.onet.pl