Ha, ciekawie wygląda taka czynność jak strojenie gitary. Mały metalowy przedmiot, jeśli nim stuknąć o kant, wydaje określony dźwięk, do tego tonu dopasowuje się brzmienie jednej ze strun, a ta z kolei na zasadzie „równych odstępów” wyznacza miejsca pozostałym. Dźwięk źródłowy jest zawsze taki sam, czysty, niezmienny, więc instrument z nim zsynchronizowany zawsze działa prawidłowo i nie wkradnie się w jego muzykę fałsz i kakofonia.
Podobnie jest z ludźmi. Też wymagają „dostrojenia”; możliwie najczęściej. W przypadku ludzi narasta jednak sporo problemów. Nie chodzi tu tyle o to, że psychika czy osobowość są tworami odrobinkę bardziej złożonymi niż jakieś tam sześć strun. To też, ale większym kłopotem staje się w ogóle znalezienie takiego odpowiednika owego źródłowego dźwięku. Konfrontacja, kontakt - w porządku – ale z czym? Hmm... zapewne nie uwierzysz mi Czytelniku, kiedy Ci powiem, że moim osobistym „dostrajaczem” jest regularny (bo plus-minus coroczny) udział w Wielkim Balu u szatana....
Nie? Jednak spróbuję Cię przekonać.
„Za mną Czytelniku!”
Ponad dziesięć lat spędził Bułhakow, pracując nad swą ostatnią powieścią i zrobiło to jej wybornie. To, co w szkicach przypominało jeszcze porywające przygodowe czytadło, w końcowym efekcie przybrało formę traktatu o życiu i śmierci, o istnieniu dobra i zła, czy o rządzących nimi siłach nadprzyrodzonych. Zresztą pod płaszczykiem przygodowego czytadła... Plus naprawdę przedni humor. Tak! – nastrój u Bułhakowa gra pierwsze skrzypce. Wystarczy spojrzeć na zawiązanie akcji. Moskwa. Lata trzydzieste. Rzeczywistość stworzona przez tyranów u władzy powoli tłamsi ludzi, zmienia ich na pożądany obraz. Z dwoma już nieźle zreformowanymi obywatelami zawiera przygodną znajomość pewien co najmniej dziwny osobnik. Ich urzędowy ateizm podważa wpierw niezwykle plastyczną i przekonującą powieścią o spotkaniu Jezusa z Piłatem (nawiasem mówiąc sprzeczną z ewangelią... ale jakąś... mm... prawdziwszą?), po czym ów nieznajomy przepowiada rychłą a osobliwą śmierć jednego z rozmówców. I nie myli się. Ha, ha!
Pewien reżyser wymyślił kiedyś, że film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie winno powolutku wzrastać. Bułhakow doszedł do tego tych parę lat wcześniej.
Następuje dzika pogoń Iwana (jedynego świadka) za sprawcą całego zajścia, w którą czytelnik niepostrzeżenie się wciąga i podobnie jak Iwan nie zauważa, że nie chodzi mu wcale o schwytanie szarlatana, ile o dosłuchanie tak nagle urwanej alternatywnej opowieści o losach Jezusa do końca. O przekonanie się, jak tam było naprawdę. Ano cóż. Przeskoczenie tak ustawionej sobie poprzeczki, autor zostawia sobie, najwyraźniej celowo, na później. Na razie kołuje, powołując do życie szereg przypadkowych bohaterów (z tytułowymi włącznie) składających się na swego rodzaju przekrój przez społeczeństwo współczesnej mu Moskwy. Są literaci, administratorzy osiedlowi, zarząd teatru, służące, konferansjerzy, rozłączeni kochankowie, pijacy, psychiatrzy, Annuszki jakieś... Ludzie ci zmuszeni do okazania swego prawdziwego „ja” okazują się bądź obłudni, bądź zastraszeni, bądź okropnie sfrustrowani, bądź żądni splendoru, bądź wszystko naraz.
Ich losy przypominają odwrotną stronę gobelinu, splecione w sposób niebywale kunsztowny w fikuśny galimatias zdają się nie przedstawiać niczego poza chaosem. Do czasu. Do momentu(ów), gdy „czarną magię zdemaskowano” i kiedy czytelnik (jeśli wyczuje chwilę) przenosi się na tę właściwą stronę gobelinu i widzi wyszyty nań obrazek. Obrazek przedstawia palec oskarżycielsko wyciągnięty w kierunku systemu, w jakim pisarzowi przyszło żyć, czyli Stalin rządzi, Stalin radzi, Stalin nigdy nas... Akurat! Palec z obrazka wskazuje ewidentne błędy, do których władza w swej hipokryzji nie chciała się przyznać, czyni lekkie irytujące przytyki, ale i potrafi skaleczyć do bólu. Bo, odpowiedz mi sam Czytelniku, jak może nie być absurdalną sytuacja, gdy sam szatan, Zło wcielone i ze Zła zrodzone, wyraża się źle o realiach komunizmu. Czyli co? – życie w komunie jest gorsze od mieszkania w piekle. Interesujące...
Poza – jak mi się wydaje – pierwszoplanowym motywem totalitaryzmu łatwo dostrzec na mistrzowskim gobelinie całą gromadkę pomniejszych malunków, które to (jak choćby wspomniane już opaczne potraktowanie Prawdy Objawionej i stereotypowego wizerunku diabła czy też dumanie nad losem artysty albo rolą miłości w istnieniu człowieka) oddano z raz, że z niebywałą wirtuozerią pióra dwa – z ubraniem tych motywów w bardzo ludzki i taki, no, humanitarny wymiar. Przyczyna takiego stanu rzeczy leży w czarownej narracji. Ósmy cud świata po prostu. Może i nie przeczytałem w życiu oszałamiającej ilości książek, ale na tyle ile zdążyłem poznać to cudo zwane literaturą, zaręczam Ci Czytelniku - nie widziałem żeby ktoś tak doskonale klecił zdania. W odpowiednim miejscu uczuciowe, w odpowiednim, bardzo mądre, w innym wściekle zabawne. Zastosowanie efektu krótkiej piłki czyli pobieżne lecenie po faktach mało istotnych nie wygląda wcale prostacko, a zaposiłkowanie się poetyckimi metaforami ani trochę nie trąci grafomanią. Głęboka prawda filozoficzna przeplata się w dialogach ze zwykłą gadką-szmatką, co w sumie jest bardzo życiowe i bardzo takie, hmm.. atrakcyjne? Tak, tak, Czytelniku, w tym skrojeniu słowa pisanego można się zakochać.
A zwłaszcza, gdy uświadomić sobie, że urzekający styl powieści to nic innego jak odbicie osoby samego Bułhakowa. Czuje się, że ten ktoś wierzy w to, co pisze. Fakt, że potrafi ze straszliwych czasów się pośmiać, nabrać dystansu wobec absurdu dookoła i wzbudzić opisując go prawdziwie ludzkie reakcje w odbiorcach... czy trzeba lepszych dowodów na to, że on nie dał się rzeczywistości, nie dał się stłamsić? Dużo łatwiej jest wtedy pójść za jego tokiem myślenia. I tak zwyczajnie uwierzyć, że wszyscy ludzie są dobrzy, a najstraszliwszą z ułomności jest tchórzostwo, że istnieje prawdziwa szczęśliwa miłość, i że śmierć zawsze przynosi upragniony spokój.
A kiedy już to zrobisz Czytelniku, poczujesz oprócz żalu, że bajka dobiegła końca, być może także jakieś takie ciepło myśli, i być może zechcesz tak naturalnie, tak bez żadnych ceregieli, być od teraz człowiekiem takim, no, dobrym. Może to w tobie zostanie, a może uleci. Cóż wtedy żaden problem sięgnąć po książkę znów i ponownie, po raz n-ty, do tego życiodajnego dźwięku płynącego z prozy Bułhakowa się dostroić.
„Za mną Czytelniku!”
„Mistrz i Małgorzata” to bez dwóch zdań książka magiczna.
Rainman