TERRY PRATCHETT - "Johny i Zmarli"

To, że Terry Pratchett jest obecnie jednym z najbardziej popularnych, rozchwytywanych pisarzy na świecie chyba nie musze tłumaczyć żadnemu z was?! Praktycznie wszystkie, wychodzące z pod pióra Pratchetta, książki stają się niemal natychmiast światowej klasy bestsellerami. Co więcej, z tego co obserwuje się obecnie także poniekąd i na łamach AM, autor ten należy do równie popularnych w Polsce, co chociażby w rodowitej Brytani. Ja osobiscie jako niemal fanatyczny, maniak i bezkompromisowy zwolennik powieści horroru, z dużą dozą ciekawości, ale także i pewnej niepewności podszedłem do jednej z książek twórcy Świata Dysku. Gdyż trzeba ci bowiem wiedzieć drogi czytelniku, iż do tej pory jeszcze żadnej książki pana P. nigdy nie czytałem, a egzemplarz który udało mi się wydrzeć z rąk plugawej bibliotekarki nie był co prawda pierwszą częścią słynnej serii, ale do najbardziej zakurzałych (jakich? może zakoguconych? - m.) także i nie należał ;). Jest to bowiem jedna z części o niejakim chłopaczku Johnym, któremu tym razem przyszło się zmierzyć z... umarlakami?! Absurd (?), nie u Pratchetta. Akcja powieści przenosi nas tym razem nie w klimaty znane z serii ŚD, ale do jednego z najnormalniejszych, jakby się wydawało z początku Brytyjskich miasteczek. Już po obróceniu paru kolejnych stronic poznajemy dwunastoletniego Johnego, który to posiada fenomenalne zdolności widzenia zmarłych. Jednak czy to na pewno, tak wspaniale? Okazuje się bowiem, iż umarlaki praktycznie w niczym nie różnią się od zwykłych sapiensów! Ot, zwykli starzy ludzie mający już co prawda te parę wieków na karku, jednak w niczym nie ustępujący innym. I wszystko byłoby jak najbardziej ładnie i pięknie, gdyby nie to, iż jakaś paskudna firma postanawia naruszyć ich miejsce wiecznego spoczynku, czyli arcy dla nich ważny cmentarz, bez którego to ich dalsza pozagrobowa egzystencja staje się pozbawiona jakiegokolwiek sensu. I tu właśnie jak się chyba zdążyliście już domyśleć wkracza do akcji Johny-wspaniały, który to nie zamierza się bezczynnie przyglądać tak bezczelnie jawnemu aktu profanacji! 

Doprawdy nie wiem, ale to zupełnie nie wiem jak się wypowiedzieć na temat przeczytanej przeze mnie książki tak osławionego legendami T. Pratchetta. Jeśli powiedziałbym, że lektura przygód Johnego jest na swój genialny sposób po prostu idiotycznie banalna, to i tak nie oddałbym w zupełności towarzyszących mi odczuć. Książka to po prostu dobra forma rozrywki na jeden wieczór i nic poza tym. W końcu zawsze lepiej wziąć w łapkę, skromniutkie (tylko 170 stron) jednak zawsze jakieś, czytadełko niż bezmyślnie siedzieć i gapić się w ekran telewizora. Ot kolejna taka sobie, w sumie całkiem przyjemna pozycja na mroźny zimowy wieczór. Oczywiście sytuacje opisywane przez Pratchetta są zabawne i w ogóle, można się w sumie jak najbardziej pośmiać, jeśli jednak oczekujesz od lektury wciągającej fabuły, niesamowitego klimatu, czy też świetnie zarysowanych postaci bohaterów, to zawiedziesz się i to bardzo gdyż książka do dzieł za bardzo ambitnych na pewno nie należy. Niestety nie wiem jak wyglądają inne pozycje z cyklu przygód o Johnym, jednak jeśli są równie krótkie i równie skromne co ta część, to wyszłoby chyba bardziej na zdrowie zarówno czytelnikom jak i także autorowi gdyby wydał jedną część ale to nieco bardziej rozbudowaną. Bo w obecnej formie, nigdy nie odważyłbym się wydać nawet te 10-15 zł aby zakupić czytadło. Widzicie moi drodzy, z pozycją tą jest podobnie jak z Max P. II, niby świetna gra, zabawa super, eLo, cool, wypas jeśli jednak przyszłoby do zapłacenia tych stu zeta za gierę, to wątpię by nawet największy fan Maxa odważył by się na taki krok (wiesz, ludzie jednak czasem kupują oryginały... - m.). Powód jednak jest zawsze jeden i ten sam, jest to rozrywka na jeden wieczór i nic ponadto, bo do takich rzeczy po prostu się nie powraca. Zresztą słyszałem już wielokrotnie, nawet od tych najbardziej zatwardziałych fanów twórczości Pratchetta, że jego książki czyta się niemalże zawsze świetnie, jednak każda z nich jednocześnie pozostawia po sobie nic innego jak tylko PUSTKĘ, która to początkowego czytelnika po prostu razi (początkowy czytelnik? Ja słyszałem tylko o pączkowych czytelnikach i ich plemieniu żyjącym w zakamarkach Żurlandii - m.)! Nic dodać, nic ująć ;). Co by tu powiedzieć na koniec? Praktycznie nie ma o czym pisać, gdyż opisanie zrecenzowanej przeze mnie książki niemal równa się mówieniu na temat jakiegoś nieco obszerniejszego opowiadania i tyle. Nie wiem jak sprawa wygląda w książkach z serii świata dysku, jednak ja osobiście po lekturze 'JiZ', tylko jeszcze bardziej napaliłem się na jedną z owych ubóstwianych książek, gdyż wg mnie człowiek, który z tak błahej historyjki jak ta z umarlakami, umie napisać całą powieść po prostu musi mieć talent. Powiem tylko, że przy mniej więcej takiej samej objętościowo powieści Kinga pt. 'Pokochała Toma Gordona' bawiłem się o wiele lepiej, tak samo zresztą jak przy wielu innych jego książkach jeśli już przy tych sprawach jesteśmy ;). 

mrc2oo2 (mrc2oo2@poczta.fm)