Ludzi można dzielić na wiele sposobów. Niektóre z tych podziałów są wcale słuszne i pomocne – spora część jest wyssana z palca. Jeden z tych bliższych prawdzie rozgranicza pierwszą gromadę – ludzi, którzy sądzą iż każdy jest kowalem swojego losu i powinien samodzielnie decydować o swoim życiu, nawet jeśli będzie popełniać błędy – i drugą zgraję – ci uważają, że człowiek postępując według własnego widzi mi się, narobi więcej szkody niż pożytku, dlatego powinien być posłuszny zdaniu wielkich autorytetów, które przecież wiedzą lepiej. „Rok 1984” pokazuje, co się dzieje, kiedy tych „drugich” robi się przytłaczająca większość. A wobec mniejszości mają takie środki perswazji jak na przykład... nabity karabin.
Gabinet tortur. Lub po prostu aparat państwowy.
W minionym wieku XXtym niemal w każdym zakątku świata skręcała się zbieranina oszołomów chętnych zbudować raj na ziemi. Pomysły mieli często rodem z halunów dzieciaka na haju, ale to nie przedstawiało problemu. Skoro rzeczywistość przeczy naszym abstrakcyjnym teoriom – tym gorzej dla rzeczywistości. Wszystko będziemy w stanie zrobić jeśli tylko dopchamy się na górę. Przeciwników zadepczemy.
Niejednokrotnie dopchać się udawało. Z
tym od tej chwili licznym komplikacjom nie było końca.
Z perspektywy piszącego w ’48 roku Orwella w wyniku tych komplikacji świat zdawał się staczać po równi pochyłej. Od kilkunastu lat demokratyczne państewka przeistaczały się w krwawe i wrogie sobie dyktatury. Doszło między nimi do jednej bezsensownej i totalnej wojny na czołgi i samoloty. A na horyzoncie już rysowała się kolejna. Tym razem na obłoki w kształcie potężnych grzybów.
Orwell
- przerażony takim obrotem sprawy – rysuje najczarniejszy z
czarnych scenariuszy przyszłości. Wszystko poszło w większą ekstremę niż
u faszystów czy u Stalina. To horror, z którym trzeba żyć. To wizja państwa-więzienia.
Wizja człowieka-pacynki, której sznurkami, którego zachowaniem, myśleniem,
całym życiem, kieruje ktoś z zewnątrz. Wielki Brat.
Głównym aktorem tego czarnego scenariusza jest Winston Smith. Taki zwykły człowiek, taki szarak, pacynka, taki nikt. Jest nikim bo nie ma nic. Nie posiada prawie żadnych rzeczy osobistych. Nie stać go, a zresztą, zdaniem Partii, nie są mu potrzebne. Nie ma szacunku bliskich osób, bo nie ma bliskich osób - nikt ich nie ma. Bez wzajemnych relacji, zdaniem Partii, można się obejść. Nie ma prawa, do dysponowania swoim czasem wedle upodobania. Partia już znalazła mu doskonałe zajęcie – chorobliwie nudną całodzienną robotę papierkową. Nie ma nawet prywatności. Cały czas, nawet w samotności własnego mieszkania, jest obserwowany, a w razie dostrzeżenia niesubordynacji - natychmiast surowo upominany.
Wydawać by się mogło, że ma przynajmniej
dla siebie własne myśli, własne uczucia. Chociaż tyle. Niestety - jak się
na końcu okaże - nie ma nawet i tego.
Minąłem się nieco z prawdę pisząc, że
Winston tak dosłownie nic a nic nie ma. A jakże! Winston Smith ma przecież
obowiązki! Ma obowiązek posłuszeństwa wobec organów państwowych. Musi
pracować, udzielać się społecznie, uczestniczyć w wiecach propagandowych,
musi otwarcie popierać działanie Partii... I najważniejsze - ma obowiązek k
o c h a ć Partię i Wielkiego Brata!
Bardziej żałosnego życia niż to Winstona
i jego pobratymców chyba nie sposób sobie wyobrazić. I chociaż samemu głównemu
bohaterowi błyśnie iskierka nadziei, na chwilę przerwie się jego pasmo
frustracji i nienawiści... los całej ludzkości jest przesądzony.
Książkę, nie ukrywam, czytałem ze sporym przejęciem, nawet z zapartym tchem momentami. A to dlatego, że obraz wykreowany przez Orwellowską wyobraźnię jest bardzo, bardzo realistyczny. Jeśli się zastanowić, że gdyby taki wujaszek Stalin mógłby pożyć sobie dłużej, albo mieć jeszcze gorszego następcę.... Że to wszystko mogłoby być naprawdę... Brrr... Musiałem co jakiś czas wyglądać przez okno, włączać telewizję, dotknąć pluszaków zalegających na półce, żeby przekonać się, że to o n e są prawdziwe, a nie Wielki Brat.
Orwell w swym kunszcie jest tak przekonujący. A przy tym niezmiernie pouczający.
Z całą pewnością warty polecenia.
Co też zresztą i czynię: Polecam
wszystkim czytelnikom AMK „Rok 1984”
Rainman