CYTATY

Drodzy Czytelnicy. Chciałbym poznać wasze zdanie – czy nowa forma Cytatów wam odpowiada. Chodzi o to czy wolicie cytaty skłaniające do jakichś głębokich przemyśleń, czy też mam dawać takie jak teraz wam prezentuje oprócz poważnych cytatów także te krótkie i nie skłaniające do niczego poza uśmiechem. Chciałbym poznać wasze zdanie – a tak poza tym to oczywiście przysyłajcie cytaty które sami znaleźliście. Jeśli podczas czytania jakiejś książki natrafiłeś na zdanie, które Cię rozbawiło, zaskoczyło lub skłoniło do refleksji, przyślij je - opatrzone nazwiskiem autora, tytułem dzieła, z którego pochodzi i ewentualnie komentarzem - na adres: amksiazki@go2.pl.


Uważano za rzecz naturalną, że posiadanie dzieci, wychowanie ich w pierwszych latach życia jest kwestią wysokich kwalifikacji i wszechstronnego przygotowania, po prostu specjalnych studiów; już aby uzyskać pozwolenie posiadania potomka małżeństwo musiało składać coś w rodzaju egzaminów; wydało mi się to czymś niesłychanym, ale przyznać musiałem po namyśle, że paradoksalność obyczajów obciążała raczej nas, dawnych, a nie ich - bo w starej społeczności nie można było zbudować domu, mostu, wyleczyć choroby, dokonać prostej czynności administracyjnej bez określonego wykształcenia, i tylko właśnie rzecz największej odpowiedzialności, rodzenie dzieci, kształtowanie ich psychiki, oddana była na los ślepego przypadku i chwilowego pożądania, a zbiorowość zaczynała ingerować wówczas, kiedy, jeżeli popełnione zostały błędy, na ich naprawę było za późno.

Stanisław Lem "Powrót z gwiazd"

Ender




" W świecie według jej ojca, Jenny Garp wiedziała, musimy mieć energię. Jej sławna babka Jenny Fields dzieliła nas kiedyś na Skórnych, Organy, Nieobecnych i Denatów. Ale w świecie według Garpa wszyscy jesteśmy przypadkami beznadziejnymi."

Świat Według Garpa Autor: John Irving
Kowal




Niketas wiedział od dawna, że łacinnicy, choć barbarzyńcy, miłują wszelkie komplikacje. Są bezradni w obliczu subtelności i odróżnień w kwestiach teologicznych, kiedy jednak szło o prawo, potrafili dzielić każdy włos na czworo. I przez wszystkie te stulecia, które bizantyjscy romaei spędzili na owocnych naradach prowadzących do zdefiniowania natury naszego Pana, nigdy nie kwestionując jednak władzy pochodzącej w prostej linii od Konstantyna, chrześcijanie zachodni pozostawili teologię rzymskim księżom, a swój czas wypełniali podawaniem sobie trucizn i rąbaniem się dla odmiany toporami, żeby ustalić czy jest jeszcze jakiś cesarz i kto by nim był, i osiągnęli wspaniały rezultat, ten mianowicie, iż nie mieli już żadnego cesarza.

Umberto Eco, "Baudolino"

Iskendarian




Słowo wyjaśnienia: Szarleja, który "przed snem poszedł się wypróżnić w gąszcza", zaatakował wilkołek, natomiast Samson ruszył mu z pomocą.
Szarlej wstał. Był blady. Trzęsły mu się ręce i dygotały łydki. Ale opanował się szybko. Klął tylko cicho, trąc i masując kark.
Zbliżył się Samson.
-Cały jesteś? - spytał. - Nienaruszony?
-Podstępem mnie skurwysyn wziął - usprawiedliwił się demeryt. - Od tylca zaszedł... Żeber mi ciut nadwyrężył... Ale i tak dałbym mu radę. Gdyby nie te spodnie... Poradziłbym sobie...
Zreflektował się pod znaczącymi spojrzeniami.
-Kiepsko ze mną było - przyznał. - Karku mało mi nie złamał... Dzięki za pomoc, kumotrze. Uratowałeś mnie. Mogłem, co tu gadać, jak nic stracić życie.
-Życie jak życie - przerwał Samson - ale tyłka całego byś nie uniósł. Tu tego lykantropa znają, cała okolica go zna. Jako człowiek też miał upodobania do perwersji, w wilczej postaci mu to zostało. Teraz czyha na takich, co ściągnął spodnie i odsłonią słabiznę. Zwykł, paskudnik, od tyłu capnąć, unieruchomić... A potem... Sam rozumiesz.

Andrzej Sapkowski, "Narrenturm"

Iskendarian




„Wycie syren stawało się coraz cichsze, aż zupełnie zanikło. Pomyślałem, że jak zwykle robią dużo hałasu zupełnie bez przyczyny, no, maże nie tak do końca, ale z całą pewnością był on przesadzony. Ale to nieuniknione w tym przecywilizowanym świecie. Przestępstwo jest tu taką rzadkością, że gdy policja jakieś wykryje, jest naprawdę uradowana. Nie ganię ich, rozdawanie mandatów to - jak podejrzewam - cholernie nudne zajęcie. Tak w ogóle to powinni mi podziękować: nie dość, że urozmaicam ich szarą egzystencję, to jeszcze udowadniam społeczeństwu, że na coś się jednak przydają.”

Siadłem obok hostessy, poflirtowałem trochę i zostałem skatalogowany jako Samiec, Nudny, Uparty. Stara baba, która siedziała obok mnie, tak samo zaszufladkowała moją skromną osobę i z lodowatym wyrazem twarzy wpatrzyła się w okno. Zadowolony z siebie zasnąłem. Jedna rzecz jest lepsza niż zostać nie zauważonym: zostać zaszufladkowanym. Rysopis miesza się z innymi rysopisami z tej szufladki i to kończy sprawę.

Najcięższą robotą na świecie jest bieg spełniający dwa warunki: bezszelestność i szybkość.

Jest pewna granica szoku, jaki może znieść ludzki umysł. Ja swoją już osiągnąłem. Nie obchodziło mnie w tej chwili, czy siedzący zastrzeli mnie od razu, czy poczęstuje papierosem. Osiągnąłem kres mojej drogi. On chyba też - podsunął mi cygaro.

Drzwi do prywatnej kwatery Inskippa były zaopatrzone w tak archaiczny zamek, że omal nie poddałem się z samego wrażenia. Gdy jednak mi przeszło, dobrałem się do drzwi i stwierdziłem, że otwierają się prościej niż kibel w moim pokoju. Choć cały manewr przeprowadziłem sprawnie i cicho, Inskipp jednak mnie usłyszał. Ledwo znalazłem się w pokoju, zapłonęło światło i spojrzałem w wylot siedemdziesiątki piątki wystającej z pościeli.

Szczególnie zainteresowały mnie statki kosmiczne. Zawsze zresztą miałem słabość na ich punkcie...
- Zgadza się - przerwał mi. - Ukradłeś ich tyle, że zdziwiłbym się, gdyby było inaczej.
Postałem mu spojrzenie zranionej niewinności i powoli ciągnąłem dalej

Inskipp zbyt długo był kimś takim jak ja, żeby nie wyczuć smrodu na odległość. Zanim skończyłem, zaczął się ubierać, a ledwo zamilkłem, rzucił pytanie:
- Jak się nazywa ta miłująca pokój planeta, która buduje tę zmorę z przeszłości?

„Stalowy szczur” Harry Harison



- No widzisz, jakie to łatwe. Trzeba tylko spróbować - O'Mara wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Na początku mówiłem trochę nerwowo, ale zrozumiałem każde słowo. Idzie ci świetnie. A przy okazji; kiedy będziesz rozmieszczał zbiorniki z pożywieniem koło luzy, nie hałasuj za bardzo, bo obudzisz malucha.
Przez następne dwie minuty Waring obrzucał O'Marę przeróżnymi obelgami nie powtarzając się i ani razu się nie zająknąwszy.
- Mówiłem już, że idzie ci świetnie - rzekł O'Mara karcącym tonem. - Wcale nie musiałeś się popisywać.

Pierwszą reakcją O'Mary było urażone zdumienie: to było wbrew zasadom. Dzieci płaczą, daje im się jeść, więc przestają płakać - przynajmniej na chwilę. Zachowanie malca było do tego stopnia nie fair, że przez jaki czas, zbyt tym wstrząśnięty, nie wiedział, jak się zachować.

-... Tym niemniej - mówił Kontroler - gdyby podobny wypadek przydarzył się panu w którym z poprzednich miejsc pracy, uwierzono by panu. Gdyby nawet była to pańska wina, wszyscy broniliby pana przed kim z zewnątrz, jak ja. Co więc spowodowało tę przemianę z dobrego, lubianego kolegi, w k o g o t a k i e g o?
- Nudziłem się - odrzekł krótko O'Mara.

„Gdy tylko Conway siadając dał poznać, że się obudził, VUXG odezwał się do niego.
- Przyszło mi na myl wczoraj - powiedział - że być może, oczekiwałem zbyt wiele, jeśli chodzi o samokontrolę, równowagę emocjonalną oraz zdolność znoszenia czy też ignorowania drażniących drobiazgów, od istot, które są stosunkowo, ma się rozumieć - na niskim poziomie umysłowym. Dlatego też poczynię wszelkie starania, by mieć to na uwadze podczas naszych następnych kontaktów.
Dopiero po kilku minutach doszło do Conwaya, że Arretapec go w ten sposób przeprosił. Pomyślał wtedy, że są to najbardziej obraźliwe przeprosiny, jakie w życiu słyszał..”

Pięć minut później, gdy znaleźli się przy luzie, pielęgniarka miała już przygotowany skafander dla Conwaya. Jej własny kombinezon nieco redukował wrażenie wywołane owym zespołem cech fizjologicznych, który sprawiał, że zatrudnieni w Szpitalu ludzie nie potrafili patrzeć na nią jedynie z zawodową obojętnością

Jedno z popularnych powiedzeń Szpitala, które podobno wymyślił sam naczelny psycholog, głosiło, że ktokolwiek był dostatecznie zrównoważony psychicznie, by zostać Diagnostykiem, jest niewątpliwie pomylony.

„Szpital kosmiczny” James White



Mgła kłębiła się między chatami, kiedy mag przekraczał wąski mo­stek nad wezbranym potokiem i kierował się do kuźni. Te dwa zdarze­nia nie miały ze sobą nic wspólnego. Mgła kłębiłaby się i tak: była mgłą bardzo doświadczoną i doprowadziła kłębienie do poziomu sztuki.

Babcia zastanawiała się. Żadne dalsze wymówki nie przychodziły jej do głowy. Na pewno tego pożałuję, uznała, demonstrując godną podziwu zdolność przewidywania.

Esk spoglądała wyzywająco w dół. Babcia patrzyła surowo w górę. Ich jaźnie zderzyły się brzęcząc jak cymbały. Powietrze zgęstniało. Jed­nak Babcia przez całe życie naginała oporne istoty do swej woli, a choć Esk stawiała silny opór, było jasne, że skapituluje przed końcem aka­pitu.
-No dobrze - westchnęła.

-Tak. Niewidoczny Uniwersytet. Tam uczą magów.
-I wiecie, gdzie to jest?
-Tak - skłamała Babcia, której znajomość geografii tylko trochę ustępowała znajomości fizyki kwantowej.

W przeciwieństwie do Babci, która przy­pominała niezwykle szacownego kruka, Hilta Goatfounder cała była w koronkach, szalach, kolorach i kolczykach. Miała tyle bransolet, że przy każdym ruchu rąk rozlegał się brzęk, jak gdyby sekcja perkusyj­na spadała w przepaść.

Esk poruszała się zatem przez targ niczym piroman przez stodołę z sianem albo jak neutron odbijający się we wnętrzu reaktora. Nie dbała o poezję. Hipotetyczny obserwator mógłby wykryć stochastyczny tor jej ruchu, śledząc wybuchy histerii i przemocy. Jednak, jak wszystkie dobre katalizatory, sama nie brała udziału w procesach, które inicjowała. I kiedy nie hipotetyczni potencjalni obserwatorzy zaczynali się rozglądać, ona była już gdzie indziej.

Doskonale wiadomo, że istotnym warunkiem sukcesu jest brak wiedzy o niemożliwości tego, co człowiek próbuje osiągnąć. Osoba nie zdająca sobie sprawy z szansy porażki może być kijem wepchniętym w szprychy roweru historii.

Wreszcie kopnął w witki i nabrał powietrza. Przypominało to odwrotny gwizd, będący tajemnym sygnałem wszystkich fachowców wszechświata, a oznaczający, że zaraz wydarzy się coś kosztownego.

Strzępy gnoli zwisały z okolicznych głazów, nadając im wesoły, świąteczny wygląd.

Krótko mówiąc, Babcia rozważała, czy nie przenieść się do większego mieszkania z ogrodem i nie sprowadzić swoich kóz. Zapach mógłby stanowić pewien problem, ale trudno, kozy musiałyby się przyzwyczaić.

Esk nie poznałaby rzeczownika zbiorowego, choćby ten splunął jej w oko.

ten cytat wymaga troche wyobrażni :) Sama próbowała dmuchania szklą, ale wysiłek pobudzał ją do kaszlu, co dawało dziwaczne rezultaty.

Błękitne promienie wystrzeliły na korytarz, wirowały i tańczyły, gdy niewyraźne kształty przesuwały się w oślepiającym blasku wewnątrz pokoju. Światło było mgliste i aktyniczne, z rodzaju tego, na którego widok Steven Spielberg wzywa swojego doradcę od praw autorskich.

Mogły być wstrętne. Mogły nawet być złe. Ale jeśli chodzi o poezję ruchu, Stwory prezentowały grację i koordynację plażowego leżaka.

Czuła też niepowtarzalny aromat Ankh, sugerujący, że kilka armii wykorzystało rzekę najpierw jako toaletę, a potem jako cmentarz.

Cutangle zachwiał się. Głos czarownicy podciął go niczym diamentowa piła. Z chłopięcych lat zapamiętał niezbyt wyraźnie, jak karciła go matka; to był ten sam ton, tylko wyrafinowany, stężony, wyostrzony kawałeczkami korundu; ton rozkazu, który nawet trupa postawiłby na baczność i przeprowadził przez połowę cmentarza, zanim ten przypomniałby sobie, że jest martwy.

Gdyby ktoś kazał mi wymienić wszystkie niebezpieczeństwa związane z lotem na miotle, nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby wspomnieć także o zachłostaniu na śmierć po nogach przez wyrośnięte osty.

Jednego woda nie mogła robić: lać się strumieniami z ozdobnych gargulców ustawionych na obwodzie dachu. -A to dlatego, że po pierwszych kroplach deszczu gargulce uciekły i schowały się na strychu. Utrzymywały przy tym, że brzydota nie oznacza jeszcze głupoty.

Ta woda miała prawdziwą osobowość, rodzaj zdecydowanego charakteru, jaki zyskuje woda po długiej podróży przez muliste okolice. Miała gęstość i barwę prawdziwej wody z Ankh - za mocnej, żeby ją pić, za rzadkiej, żeby orać.

Muł pokrywał ulice, co należy uznać za poprawę - imponująca miejska kolekcja zdechłych psów spłynęła do morza.

„Równoumagicznienie” Terry Pratchett



Werminia jest niewielkim, biało-czarnym krewniakiem leminga, żyjącym w zimnych regionach wokół Osi. Jej futro jest wysoko cenione, zwłaszcza przez samą werminię; samolubna bestia posunie się do wszystkiego, byle się z nim nie rozstawać.

Wobec głosu Speltera, szklana szyba wyglądałaby jak zaorane pole, a miód smakował jak żwir.

Magowie wymienili spojrzenia: długie i powolne, z rodzaju tych, w jakich można by piec kasztany.

Życie na szczycie jest twarde, jeszcze twardsze jest pewnie na samym dole, ale w połowie drogi jest tak twarde, że można by z niego kuć podkowy.

Złodziej, jak wkrótce się okaże, był bardzo szczególnym złodziejem. Był artystą złodziejstwa. Inni złodzieje zwyczajnie kradli wszystko, czego nie przybito do podłoża, ale ten złodziej kradł również gwoździe.

Właśnie zaczynała się noc, punkt zwrotny roboczego dnia Ankh-Morpork, gdy ci, którzy zarabiają na życie w świetle słońca, udają się na spoczynek, ci zaś, którzy uczciwego dolara zdobywają w zimnym blasku księżyca, właśnie zbierają siły do pracy. Dzień osiągnął ten niewyraźny punkt, kiedy jest już za późno na rozbój, a za wcześnie na włamania.

- Szybko! Musisz pójść ze mną - rzuciła. - Grozi ci wielkie niebezpieczeństwo!
- Dlaczego?
- Bo cię zabiję, jeśli nie pójdziesz.

Dziewczyna odwróciła się błyskawicznie i z chirurgiczną precyzją trafiła drobną stopą w krocze pierwszego gwardzisty, który przestąpił próg. W dwudziestu parach oczu stanęły łzy współczucia.

- Obserwowałam cię. Jeszcze godzinę temu obawiałeś się, że twoja przyszłość będzie nudna i nieciekawa.
- Chcę, żeby była nudna i nieciekawa - odparł Rincewind z goryczą. - Boję się, że będzie krótka.
- Rincewindzie, znam cię dopiero od godziny i jestem zdu­miona, że przeżyłeś tak długo.
- Tak... Ale jednak przeżyłem, prawda? Mam do tego talent. Pytaj kogokolwiek. Jestem nałogowcem.
- Nałogowcem czego?
- Życia. Przyzwyczaiłem się bardzo wcześnie. A teraz nie chcę rezygnować, nie chcę, żeby ktoś mi je zabrał. To zwyczajnie nie wypada.

- Czy jest niebezpieczny?
- W tej kwestii są dwie szkoły - odparł Rincewind. - Niektórzy uważają, że jest niebezpieczny. Inni sądzą, że jest bardzo niebez­pieczny. A co ty o tym myślisz?

"Czarodzicielstwo" Terry Pratchett



Po krótkim locie zwalił się tam jak niedbale wypakowany wór. Spieszącego mu z pomocą barmana Jason zaprosił na odpoczynek pod stół. Fakt, potrzebował do tego dwóch pocisków eksplodujących.
Harry Harrison "Planeta Smierci 4"



-Jakie to było uczucie?
- Czy kiedyś ukąsiła cię żmija?
- Nie.
- W takim razie zrozumiesz, jakie to uczucie.
- Hm?
- To wcale nie było podobne do ukąszenia żmii.

- Czy jest dobrym i sprawiedliwym władcą?
Carding zastanowił się. Szpiedzy patrycjusza byli podobno znakomici.
- Moim zdaniem - rzekł niepewnie -jest on niedobry i nie­sprawiedliwy, ale skrupulatnie bezstronny. Jest niedobry i niespra­wiedliwy dla każdego; nikogo nie oszczędza i nikogo nie wyróżnia.

Obecny patrycjusz, głowa niewiarygodnie bogatego i potężnego rodu Vetinari, był chudy, wysoki i z pozoru tak zimnokrwisty jak martwy pingwin. Raz spojrzawszy na niego można było zgadnąć, że powinien trzymać na kolanach białego kota i głaskać go obojętnie, jednocześnie skazując ludzi na śmierć w zbiorniku z piraniami; można było się założyć - o sporo - że kolekcjonuje rzadką porcelanę i obracają w swych sinobladych palcach, gdy z głębi lochów dochodzą echa dalekich krzyków. Można by go podejrzewać, że używa słowa „wyśmienicie" i ma wąskie wargi. Wyglądał na człowieka, którego mrugnięcia zaznacza się w kalendarzu.

Praktycznie rzecz biorąc żaden z tych faktów nie miał miejsca, chociaż istotnie, patrycjusz posiadał podstarzałego teriera ostrowłosego imieniem Szczekacz, który brzydko pachniał i kichał na ludzi. Oczywiście, czasem patrycjusz torturował obywateli na śmierć, jednak przytłaczająca większość obywateli akceptowała takie postępki, uznając je za rzecz u władcy całkiem naturalną. Mieszkańcy Ankh są ludźmi praktycznymi; uważali, że patrycjuszowi wiele można wybaczyć za edykt, zakazujący występów ulicznych teatrów i mimów. Lord Vetinari nie wprowadzał rządów terroru, jedynie od czasu do czasu zaprowadzał terrorem porządek.

Ankh-Morpork, miasto, które opisano kiedyś porównując do przeoranego kopca termitów, ale bez jego uroku.

Ktoś na rei rzucił uwagę, która wywołała falę rubasznego śmiechu między bramslami... chyba że były to kubryki.

Rincewind cofnął się. Nie radził sobie z czarami, ale jak dotąd miał sto procent sukcesów w ratowaniu własnego życia. Nie chciał popsuć sobie wyniku. Musiał tylko nauczyć się pływać w czasie, jaki zajmuje skok do morza. Warto było spróbować.

Mówi się, że w Ankh-Morpork wszystko jest na sprzedaż z wyjątkiem piwa i kobiet, te bowiem tylko się wynajmuje.

Zresztą nie była to wcale prawdziwa cisza, ale straszliwy huk anty-hałasu. Cisza nie jest przeciwieństwem dźwięku, jest zaledwie jego brakiem. Ale tutaj rozlegał się głos leżący na drugim brzegu morza ciszy: anty—hałas; jego mroczne decybele niczym deszcz aksamitu tłumiły krzyki sprzedawców.

Mag uniósł brew, wokół sprzedawcy skorupiaków wytrysnęły żółte płomienie, zabrzmiał dźwięk jakby dartego jedwabiu i Łajba zniknął. Pozostały po nim jedynie buty, stojące smętnie na bruku; unosiły się z nich dwie wąskie smużki dymu.

Nikt nie wie dlaczego, niezależnie od mocy wybuchu, zawsze pozostają dymiące buty. To chyba po prostu jedna z tych rzeczy...

Mag wyciągnął rękę, poruszył dziwnie palcami i wyciągnął pasztecik z powietrza.

Był obły, złocistobrązowy i szklił się pięknie. Patrząc na niego Ardrothy byt pewien, że jest do granic możliwości nadziany czystą, chudą wieprzowiną, bez żadnych obszernych wnęk pełnych świeże­go powietrza, które stanowiły jego margines zysku. Był to pasztecik, jakim chcą się stać prosięta, kiedy dorosną.

Odwrócił się załamany i ruszył w stronę najbliższej bramy miasta.

Nie dość, że magowie zabijają ludzi, myślał z goryczą, to jesz­cze odbierają im źródła utrzymania.

Naturalnie, obywatele Ankh-Morpork zawsze utrzymywali, że woda w rzece i tak jest niewiarygodnie czysta. Musi taką być woda, która przeszła przez tyle nerek.

- Dzisiaj to miasto, jutro świat - szepnął ktoś z tylnych szeregów. Carding kiwnął głową.
- Jutro świat, a... - Szybko coś przeliczył. - A w piątek wszechświat.
To daje nam wolny weekend, pomyślał Spelter.

Na Placu Pękniętych Księżyców, niegdyś miejscu handlu egzotycznymi rozkoszami, gdzie nocny wędrowiec mógł nabyć wszystko, od talerza węgorzy w galarecie po chorobę weneryczną wedle własnego wyboru, tylko mgła kłębiła się i kondensowała ponad zimną pustką.

Wyczulonym nozdrzom Coneny wiatr ten niósł aromatyczne przekazy z serca kontynentu, złożone z chłodu pustyń, odoru lwów, fetoru kompostu dżungli i nawozu antylop.

Dopiero w tej chwili Rincewind zdał sobie sprawę, że zabrakło czegoś istotnego. Przez chwilę się zastanawiał, nim wreszcie zrozumiał, co to takiego.

Od kilku minut nikt nie próbował mu niczego sprzedać. W Al Khali oznaczało to prawdopodobnie, że jest martwy.

- Ojciec zawsze mi powtarza? - wyjaśniła - że bezcelowe jest podejmowanie bezpośredniego ataku na przeciwnika silnie uzbro­jonego w efektywną broń miotającą.
Rincewind, który pamiętał styl wyrażania się Conena, spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Tak dosłownie - dodała - to mówił, żeby nie kopać się po tyłkach z jeżozwierzem.

Spelter znalazł Coina w czymś, co wczoraj w nocy było komórką na miotły. I jedynie dlatego, że nigdy nie słyszał o hangarach lotniczych, teraz nie wiedział, do czego to pomieszczenie porównać. Zresztą trzeba przyznać, że hangary rzadko miewają marmurowe posadzki i posągi pod ścianami. Kilka mioteł i niewielkie pogięte wiadro w kącie wydawały się całkiem nie na miejscu.

Rincewind był przerażony. Powiedziano już, że posiadał instynkt ostrzegający przed niebezpieczeństwem, spotykany zwykle tylko u niektórych małych gryzoni. Ten instynkt obijał się teraz o wnętrze czaszki, próbując uciec i gdzieś się schować.

Powiedzieć, że był szczupły, to stracić doskonałą okazję do użycia słowa „wychudzony". Wyglądał, jakby wśród przodków posiadał wieszaki i leżaki plażowe.

Aktualny obrońca tytułu Mistrza Wszech-Wadi Niewzruszoności uśmiechnął się spokojnie. I poczuł, że coś ciągnie go za szatę. Uśmiech pozostał na miejscu, ale reszta twarzy wyraźnie nie chciała mieć z nim nic wspólnego.

Rincewind westchnął. Lubił sałatę. Całe lata poszukiwał nudy, ale nigdy jej nie osiągnął. A kiedy zdawało mu się, że mają w zasięgu ręki, życie stało się nagle niemal śmiertelnie ciekawe. Wiadomość, że ktoś z własnej woli rezygnuje z perspektywy pięćdziesięciu lat nudy sprawiła, że zmiękły mu kolana. Mając przed sobą pięćdziesiąt lat, zdołałby podnieść nudę do kategorii sztuki. Nie miałyby końca rzeczy, których by nie robił.

Kolejna struga ognia trysnęła ze zmęczonych palców Rincewinda, krzepnąc w niemal doskonałe ruchome schody — tyle że chyba w całym wszechświecie nie ma ruchomych schodów wyłożonych skórą aligatora.

Nijel doszedł do wniosku, że zawsze będzie o tym myślał, szczególnie w burzliwe noce około trzeciej nad ranem.

Rincewind wyjrzał za róg, ale ludzie, których zobaczył, a którzy zachowali pozycję pionową, zbyt byli zajęci paniką, żeby ich zauważyć.

Rincewind miał wrażenie, że widzi przyszłość z tą samą krystaliczną wyrazistością, z jaką człowiek spadający z urwiska widzi ziemię. I z podobnych powodów

- No tak... A torturowałeś go?
- Nie.
- To nie było barbarzyńskie zachowanie.
- Pracuję nad tym - zapewnił Nijel. - Nie powiedziałem „dziękuję".

Wcale się nie zgubił. Zawsze dokładnie wiedział, gdzie się znaj­duje. Zawsze był tutaj.

Drzewa pływały, ryby spacerowały, góry chodziły do kiosków po papierosy...

Niektórzy sądzą, że to paranoja. Mylą się. Paranoicy tylko myślą, że wszyscy chcą ich dopaść. Magowie to wiedzą.

-A ja mam ten imperatyw - dodał Nijel, gniewnie zerknął na Rincewinda.
Kreozot poklepał go po ramieniu.
- To ładnie - pochwalił. - Każdy powinien mieć jakieś zwierzątko.
- Nie będę latał na żadnym dywanie! - syknął. - Mam lęk gruntu.
- Chciałeś powiedzieć: wysokości - poprawiła go Conena. -I nie bądź głuptasem.
- Wiem, co chciałem powiedzieć. To grunt zabija!
- A często się zastanawiałem, jak to jest być biednym.
- Będziesz miał wspaniałą okazję, żeby się przekonać.
- Czy potrzebne jest jakieś przeszkolenie?
- To przychodzi samo. Człowiek się uczy w trakcie.
- Przy ich pomocy mój dziadek stworzył rodzinną fortunę -westchnął z rozmarzeniem Kreozot. - Niegodziwy wuj uwięził go w jaskini. Musiał sobie jakoś poradzić z tym, co miał pod ręką. A nie miał niczego prócz latającego dywanu, magicznej lampy, ma­gicznego pierścienia i groty pełnej rozmaitych klejnotów.
- Nie było mu łatwo, prawda?
- Chwileczkę! - zawołał oburzony Rincewind.
Odczekali chwileczkę.
Odczekali jeszcze kolejne siedemnaście sekund.

Mur obok niego wstrząsnął się jak mokry pies i rozpadł na części.

Dlatego buduje własną wieżę. To taki instynkt. Magowie zawsze obudowywali się wieżami, jak te... Jak się nazywają te rzeczy, które można znaleźć na dnie rzeki?
- Żaby.
- Kamienie.
- Pechowi gangsterzy.
- Nie. Myślałem o larwach chruścików. Kiedy mag szykuje się do bitwy, zawsze buduje wieżę.
- Mówiłeś, że masz lęk wysokości.
- Przerażenie wysokości.

Dręczyło ich straszliwe złudzenie, że można temu zaradzić. Byli chyba gotowi uczynić świat takim, jakiego pragnęli, albo zginąć próbując. A problem z ginięciem próbując polegał na tym, że człowiek ginął próbując.

Nawet morze wydawało się zaschnięte. Gdyby jakiś protopłaz wypełzł na taką plażę, zrezygnowałby natychmiast, wrócił do wody i powiedział wszystkim krewnym, żeby zapomnieli o nogach, nie warto się męczyć. Powietrze sprawiało wrażenie, jakby ktoś wygotował je w skarpecie.

Mimo to Nijel uparł się, żeby rozpalić ognisko.
- Będzie przytulniej - stwierdził. - Poza tym mogą tu żyć potwory.
Conena spojrzała na oleiste fale toczące się wzdłuż piasku w czymś, co można by uznać za niechętnie podjętą próbę ucieczki z morza.
Magowie! Kiedy się dobrze zastanowić, to co z nich za pożytek? Czy jakiś mag zrobił kiedy coś sensownego?
-Jesteś okrutny - stwierdziła Conena, lecz ton jej głosu sugerował, że jest otwarta na argumenty w tej sprawie.

Czy wspomniano już, że jego stopy znajdowały się o kilka cali nad podłogą? Jego stopy znajdowały się o kilka cali nad podłogą.

I nagle zabrzmiało głośne stukanie do drzwi.
Istnieje mantra, którą wypowiada się przy takich okazjach. Nieważne, czy drzwi są tylko klapą w namiocie, skrawkiem skóry w przewianej wichurą jurcie, trzema calami solidnego dębu z wielkimi żelaznymi ćwiekami czy prostokątem płyty paździerzowej wyklejonej mahoniowym fornirem. Czy małe okienko nad nimi zrobione jest z ohydnych płytek kolorowego szkła ani czy dzwonek wygrywa jedną z dwudziestu popularnych melodii, których żaden miłośnik muzyki nie chciałby słuchać nawet po pięciu latach deprawacji sensorycznej.
Jeden z magów spojrzał na drugiego i powiedział zgodnie z tradycją:
- Ciekawe, kto to może być o tej porze.

- Na zewnątrz nikt nie mógł pozostać przy życiu - odparł drugi trochę nerwowo, ponieważ jeśli wykluczyło się możliwość, że to ktoś żywy, pozostawało jeszcze podejrzenie, że może to ktoś martwy

Coś poruszyło się za nim. Obejrzał się.
- Co... - zaczął. Stanowiło to dość marną sylabę na zakończenie życia.
Rincewind zaczynał czuć się jak idiota.
Prędzej czy później zdarza się to każdemu.
Na przykład w gospodzie ktoś trąca człowieka w łokieć, a on odwraca się i rzuca wiązanką przekleństw w -jak z wolna zdaje sobie sprawę - klamrę pasa mężczyzny, który - okazuje się - został raczej wykuty niż urodzony.
Albo małe autko wjeżdża człowiekowi w bagażnik, więc biegnie, żeby pogrozić pięścią kierowcy, który — jak powoli staje się jasne, w miarę gdy wysuwa coraz więcej ciała, niczym w jakiejś okropnej sztuczce iluzjonistycznej — musiał siedzieć na tylnym siedzeniu.
Albo człowiek prowadzi zbuntowanych kolegów do kajuty kapitańskiej i wali w drzwi, a stary wysuwa swoją wielką głowę i trzyma w obu rękach po jataganie, a człowiek oznajmia: „Przejmujemy ten okręt, śmieciu! Chłopcy są ze mną!", a on na to "Jacy chłopcy", a człowiek czuje nagle za plecami wielką pustkę i stęka tylko: „Ee...".
Inaczej mówiąc, było to znajome uczucie tonięcia, znane każ­demu, kto pozwolił fali swego gniewu wyrzucić się zbyt daleko na brzeg odwetu, a ta cisnęła go, by użyć pospolitego języka, po szyję w bagno.

W głębi serca każdy z magów był przekonany, że naturalną jednostką magii jest jeden mag.

Nie miał nic, ale to już było coś, a teraz mu to odebrano.

Sentencja podobna jest w tym do innego przysłowia, które mówi, że nie można dwa razy przekroczyć tej samej rzeki. Doświadczenia prowadzone z długonogim magiem i wąską rzeczką wykaza­ły, że tę samą rzekę można przekroczyć trzydzieści do trzydziestu pięciu razy na minutę.

Właściwie Wieżę Sztuk spotkało już wszystko z wyjątkiem runięcia w gruzy. Wyglądała na tak zniszczoną, że pewnie nawet grawitacja dała jej spokój.

Wnętrze wieży pachniało starożytnością, z lekką sugestią kruczych odchodów.

Rincewind wychował się w Morpork. A każdy mieszkaniec Morpork lubił mieć w walce po swojej stronie przewagę przynajmniej dwudziestu do jednego. Gdy jednak było to niemożliwe, skarpetę z połówką cegły i ciemny zaułek, żeby się w nim zaczaić, uznawano powszechnie za lepsze wyposażenie niż dowolne dwa magiczne miecze razem wzięte.
- A potem może zniszczyć całe miasto? - spytał Coin.
Rincewind spojrzał w złociste oczy chłopca, a potem na swoją skarpetę. Zdejmował ją i wkładał kilka razy do roku, już od lat. Miała cery, które zdążył poznać i poko no, poznać. Niektóre dorobiły się całych rodzin własnych cerowań. Można było ją określić rozmaitymi terminami, jednak „dewastatorka- miast" do nich nie należał.
Nadeszła pora, pomyślał, na kilka ostatecznych słów. To, co teraz powie, może być kiedyś bardzo ważne. Może ludzie zapamiętają te słowa, będą je przekazywać kolejnym pokoleniom albo nawet wykuwać w granicie.
A zatem słowa bez nazbyt zawijanych liter.

Ludzie wracali do Ankh-Morpork, które nie było już miastem nagiego marmuru, ale powróciło do swej dawnej postaci, rozpostartej bezładnie i barwnie niby kałuża wy­miocin przed drzwiami nocnego baru Historii.

"Czarodzicielstwo" Terry Pratchett



W tym chłopcu jest coś, co przyprawia o dreszcze, pomyślał Nhumrod. To sposób, w jaki patrzy, kiedy się do niego mówi. Cał­kiem jakby słuchał.

Fri'itowi nieumieranie weszło głęboko w nawyk.

Pszczoły brzęczały w kwiatach fasoli. A słońce świeciło na odwróconą skorupę Oma. Istnieje również piekło dla żółwi.

Był już zbyt zmęczony, by wymachiwać łapkami. A to wszystko, co mógł robić w tej chwili - machać łapkami. I wyciągać szyję jak najdalej w nadziei, że zdoła o coś zaczepić.

Bóg umierał, jeśli nie miał wiernych, i o to właśnie martwiły się zwykle pomniejsze bóstwa. Ale umierał również, kiedy umierał.

- Dla silnych w wierze nie ma rzeczy niemożliwych - odparł Vorbis.
- To spróbuj zapalić zapałkę o galaretę.

Kiedy Kościół Omniański dowiedział się o Koomim, pokazywa­no go w każdym miasteczku kościelnego imperium, by zademon­strować zasadnicze błędy jego rozumowania.

Miasteczek było sporo, więc musieli go pociąć na bardzo małe kawałki.

Na takim brzegu człowiek bardziej niż utonięcia obawia się, że po katastrofie fale rzucą go na ląd.

Słowa są papierkiem lakmusowym duszy. Jeśli znajdziecie się we władzy kogoś, kto z zimną krwią używa słowa „Rozpocznijcie", lepiej szybko jedźcie gdzie indziej. Ale jeśli do tego mówi „Wejść", nie traćcie czasu na pakowanie.

- Tak naprawdę chodzi o klimat — odezwał się głos żółwia. -Zastanów się. Jeśli masz skłonność, żeby wyskakiwać z wanny i bie­gać goły po ulicy za każdym razem, kiedy wpadniesz na jakiś po­mysł, nie chciałbyś tego robić tam, gdzie jest zimno. A gdybyś pró­bował tam, gdzie jest zimno, to byś wyginął. Tak działa dobór naturalny. Efeb znany jest ze swoich filozofów. Są lepsi niż uliczne teatry.

Największa odległość, jaką ktokolwiek pokonał w labiryncie bez przewodnika, wynosi dziewiętnaście kroków. Mniej więcej -jego gło­wa potoczyła się na dalsze siedem kroków, ale to się chyba nie liczy.

Tu i tam, wysoko w sklepieniu, nad co bardziej pomysłowymi pułapkami umieszczono otwory obserwacyjne, ponieważ strażnicy -jak każdy - lubią się pośmiać.

Staruszek nie zwracał uwagi na Bruthę. Z wysiłkiem wyrwał z bruku kamień i zważył go w dłoni, po czym skoczył z powrotem przez drzwi. Rozległ się zduszony krzyk wściekłości.

- Aha. Filozofia - stwierdził Om.

Te listy to łańcuszki szczęścia — oświadczył tyran. — A raczej łańcuchy nieszczęścia. List do Efebian. Zapomnijcie o swoich bo­gach. Podporządkujcie się. Nauczcie się strachu. Nie przerywajcie łańcucha; poprzedni, którzy to zrobili, obudzili się pewnego ran­ka i zobaczyli przed domem pięćdziesiąt tysięcy zbrojnych.

Dobre, żeby zacząć wszystko od no­wa. Z moją inteligencją i twoją... z moją inteligencją wkrótce znowu rozwiniemy interes.

Mewy nigdy nie dolatywały tak daleko wzdłuż pustynnego brzegu. Ich niszę zajmowały scalbie, przedstawiciele rodzi­ny wron, których wrony pierwsze by się chętnie wyrzekły i o których nigdy nie wspominały w towarzystwie. Scalbie rzadko fruwały, a ich chód przypominał chwiejne podskoki. Charaktery­styczne krzyki kojarzyły się słuchaczom z kiepsko funkcjonującym systemem trawiennym. Wyglądały tak, jak wyglądają wszystkie inne ptaki po wylewie ropy. Nic nie zjadało scalbie oprócz innych scalbie. Scalbie zjadały rzeczy, od których nawet sępom robiło się niedo­brze. Scalbie zjadłyby nawet skutki tego, że sępom było niedobrze. Scalbie jadły wszystko.

Efebianie bardzo pilnie studiowali astronomię. Expletius udo­wodnił, że Dysk ma dziesięć tysięcy mil średnicy. Febrius, który o świ­cie wzdłuż całego kraju ustawił niewolników o szybkiej reakcji i do­nośnych głosach, wykazał, że światło przemieszcza się z prędkością mniej więcej taką jak dźwięk. A Didactylos rozumował, że w takim przypadku, aby przesunąć się pomiędzy słoniami, słońce musi po­konywać na swej orbicie trzydzieści pięć tysięcy mil dziennie, czyli - inaczej mówiąc - musi lecieć dwa razy szybciej niż jego własne światło. To znaczy, że na ogół widzi sieje tam, gdzie już było, z wy­jątkiem dwóch razy dziennie, kiedy samo siebie dogania. To rów­nież oznacza, że całe słońce jest cząstką szybszą niż światło - tachjonem, czy też szybkim draniem, jak je nazwał Didactylos.

Widziałem, że stoisz obok Vorbisa - powiedział Urn. - My­ślałem, że go ochraniasz.
- Ochraniałem, ochraniałem - zgodził się Symonia. - Nie chciałem, żeby ktokolwiek zabił go przede mną.

I odważnym, skoro deklarujesz Ateizm w obecności swego Boga.

- Przecież to niczego nie zmienia. Nie myśl, że zdołasz mnie nawrócić samym swoim istnieniem.

- Tak jest. Ukłułem go nawet, ale się nie ruszył. I przyniósł ja­kiegoś trupa.

- Na pole bitwy? Wiecie, to nie piknik, gdzie każdy przynosi własne zapasy.

Pomniejsze bostwa Pratchett

Wyglądała jak książka, którą w bibliotecz­nych katalogach określa się jako „lekko podniszczoną", choć uczci­wość nakazuje przyznać, że sprawiała wrażenie nadniszczonej, przedniszczonej, zaniszczonej, a prawdopodobnie również śródniszczonej.

Blask Fantastyczny Pratchett