Śmieć komet.

  W Kąciku o Kosmosie (nr 2 /AM 42/) opisałem komety. Ale jak to śpiewa pewna polska piosenkarka (chyba Sośnicka, ale nie jestem pewien) "Nic nie może przecież wiecznie trwać...", więc tym razem dowiecie się o tym, jak umierają komety.

  Za każdym razem, gdy kometa zbliży się do Słońca, traci część swej materii. Nie traci mało, traci niestety dużo bo cały 1% masy całego jądra. Gdy dana kometa często wraca do naszej rodzimej gwiazdy, ta pierwsza dość szybko pozbywa się lotnych składników. Nadejdzie w końcu taka chwila, w której jądro w punkcie przysłonecznym będzie bardzo słabo parować i przestanie być widoczne nawet przez największe teleskopy.

  Tytułową kandydatką nr jeden jest kometa Enckego. Przed dwustu laty była wspaniałym obiektem, a teraz można oglądać ją tylko dzięki wielkim teleskopom. Ma najkrótszy okres obiegu więc bardzo szybko traci swoją masę i z każdym powrotem do Słońca jej blask staje się słabszy o 0,4 wielkości gwiazdowej. Za 20-30 lat będzie poza zasięgiem teleskopów. Znacznie dłużej będziemy się cieszyć kometą Halley'a, ale również i jej okazały warkocz w końcu przestanie nam towarzyszyć, ale to za wiele tysięcy lat więc nie ma czym się na razie martwić.

  Czas aktywnego życia komety zależy od wielu czynników. Między innymi od częstotliwości jej powrotu do Słońca, odległości w peryhelium oraz początkowej wielkości jądra. Jest to logiczne, że im kometa bardziej zbliża się do Słońca i im jej pierwotna masa była mniejsza, tym krótszy będzie jej aktywny żywot. Co potem dzieje się z jądrem komety? Może się rozpaść na rój meteoroidów. Przykładem niech będzie kometa Bieli, która dosłownie na oczach astronomów rozpadła się.

  Są dowody, że jeśli nie wszystkie komety przekształcają się w planetoidy, to przynajmniej niektóre. Po wyparowaniu lotnych składników pozostanie nieaktywne jądro, w związku z powyższym nie można odróżnić czy mamy do czynienia z kometą czy planetoidą. Najwięcej takich cech mają komety typu Apollo, które poruszają się po wydłużonych orbitach. W aphelium "wędrują" za orbitę Marsa, natomiast w peryhelium zbilżają się do Słońca bardziej niż Wenus przecinając przy okazji orbitę Ziemi.

  Z bardziej znanych komet, które są bliskie przeobrażeniu w planetoidy typu Apollo jest wspomniana na początku tego tekstu kometa Enckego. Gdy pozbędzie się lotnych składników, a jej jądro nie rozpadnie się (ma około 1,5 km), wówczas trudno będzie ją odróżnić od planetoidy Hephaistos.
  W latach 30 - tych XX wieku znano tylko 9 planetoid typu Apollo. Przełom nastąpił w 1948 roku, gdy do obserwacji wykorzystano wielką kamerę Schmidta w obserwatorium na Mount Palomar. Odkryto wtedy m. in. planetoidę Icarus. Dlaczego akurat o niej wspomniałem? Ponieważ ona baaaaaardzo zbliża się do Słońca i niesamowicie szybko wiruje wokół własnej osi (2h 16 min). Ciekawą grupę stanowią obiekty (Aten, Ra-Shalom, Hathor), których średnie odległości od Słońca są mniejsze od średniej odległości Ziemi, a więc jeden obieg wokół naszej rodzimej gwiazdy wykonują szybciej od naszej planety.

  Rozmiary planetoid typu Apollo i jąder kometarnych są bardzo zbliżone do siebie. Nie tylko w rozmiarach są podobne, również inną wspólną ich cechą jest niestabilny ruch. Komety i planetoidy mogą zbliżać się do planet. Prędzej czy później spadną na nie albo na Słońce. Mogą również pod wpływem perturbacji zostać wyrzucone w czarną otchłań kosmosu.

  Okres życia planetoid typu Apollo długi nie jest. Ocenia się go na dziesiątki lub setki milionów lat. Nie jest to dużo w porównaniu z długością istnienia Układu Słonecznego. A że planetoidy te wciąż istnieją, muszą jakoś powstawać. Pod uwagę wzięto dwie możliwości ich istnienia: główny pas planetoid i obłok jąder kometarnych znajdujących się za peryferiach Układu Słonecznego. W pierwszym przypadku tłumaczy się to faktem, iż planetoidy zderzając się ze sobą zaczynają poruszać się po bardziej wydłużonych orbitach i w peryhelium zbliżają się do Słońca na niewielkie odległości, natomiast w drugim przypadku planetoidy typu Apollo mają być wygasłymi jądrami komet.

  Na rzecz hipotezy o kometarnym pochodzeniu niektórych planetoid przemawiają pewne fakty obserwacyjne. 11 października 1983 roku dzięki satelicie IRAS (Infra-Red Astronomical Satellite) odkryto obiekt będący planetoidą typu Apollo, która ze wszystkich znanych najbardziej zbliża się do Słońca. (0,135 jednostek astronomicznych). Na podstawie obserwacji od 12.10 do 29.11 1983 roku obliczono orbitę tego obiektu. Jej elementy przypominają elementy ruchu meteorów Geminid. Kometa widocznie stosunkowo niedawno zakończyła swój aktywny żywot i meteoroidy roju Geminid są z nią genetycznie związane.

  Obiekt ten dostarczył wielu argumentów zwolennikom kometarnego pochodzenia niektórych planetoid. Krzysztof Ziołkowski - polski astronom - wykrył nie grawitacyjne anomalie związane z ruchami pewnej liczb planetoid typu Apollo, co można bez obaw tłumaczyć nikłym wyrzutem materii. Aktywność ta jest bardzo słaba i wywołuje pewne zakłócenia zamierających komet. Ich jądra tak słabo parują, że nie są w stanie tworzyć warkoczy i głów. W ten sposób komety u kresu aktywnego żywota upodobniają się do planetoid. Amen.

Korzystałem z następujących źródeł:
"W kręgu astronomii" - Stanisław R. Brzostkiewicz

Harry Kotlet