Gordon Freeman
Umierał i wiedział o tym. Upadł na podłogę. Wstał. Upadł. I znowu wstał,
chwilę postał na swoich chwiejnych nogach, po czym postanowił zrobić krok
naprzód i z wielkim hukiem znowu wylądował na ziemi, w drodze przy okazji
zahaczając o bardzo drogi sprzęt do analizy plazmy, który wraz z nim i z
tysiącem próbówek, z podejrzaną zawartością, spadły na kafelkowaną posadzkę.
Chwilę leżał na twarzy, po czym przewrócił się na plecy resztką sił. Szkło było
na całej posadce i pochodziło praktycznie z każdej rzeczy znajdującej się w
pomieszczeniu. Z jedynej ocalałej jarzeniówki w odstępach paro sekundowych
rozbłyskało światło oświetlając jego pokrwawioną twarz. Przejechał językiem po
dolnej wardze, na której wciąż była świeża krew. Patrzył w górę i w
rozbłyskującym, co chwilę świetle widział sterylny sufit, który teraz już taki
sterylny nie był. Plamy krwi, przypalone miejsca i liczne siatki pęknięć. "To
była walka" - pomyślał zmęczony. Zamknął oczy i słuchał. Iskry z rozbitych
urządzeń z sykiem startowały w powietrze, aby równie nagle jak się pojawiły,
zniknąć, uszkodzony wentylator skrzypiał z każdym swoim powolnym obrotem, było
słychać buczenie prądu i awaryjne popiskiwania z uszkodzonych komputerów.
Po chwili w tle dało się słyszeć syrenę awaryjną i mechaniczny
głos mówiący o ewakuacji placówki. Nie zwracał na to wszystko uwagi, dopóki nie
usłyszał swojego nazwiska. "Dr. Merhants proszony o jak najszybszy kontakt ze
służbami bezpieczeństwa... Dr. Merhants proszony... " - charczał w oddali
głośnik. "A więc już wiedzą" - pomyślał doktor. Z wielkim trudem zwalczył ochotę
na olanie tego wszystkiego i zaśnięcie, przysunął się do rzędu stołów
laboratoryjnych, złapał się ręka za blat i z wielkim wysiłkiem podniósł się z
zasłanej odłamkami szkła i innych rzeczy podłogi. Chwilę stał oparty o blat, z
czoła powoli spływała krew na oczy, doktor rękawem fartucha przetarł je sobie i
spojrzał w swoje odbicie w metalowej szafce na próbki. Po chwili odpoczynku
postanowił, że ma dość siły, aby znowu spróbować poruszać się. Pierwszy krok, z
wielką siłą trzymał się blatu, aby nie upaść, drugi krok. Słychać chrupoczenie
przemieszanego szkła z metalem i plastikiem. Trzeci krok, kręci mu się w głowie,
czwarty i piąty, zachwiał się, ale nie upadł, padł twarzą na zimny metalowy blat
i ciężko oddychał. "No to tylko jeszcze parę kroczków, możesz to zrobić!" - sam
motywował się do dalszej walki, ze swoją własną słabością. Znowu zaczął powoli
iść w stronę terminala. Jeszcze tylko 10 metrów, 8, już tylko 3 i chwila
odpoczynku. Tutaj blat się kończył i przed nim były tylko 3 puste metry podłogi
zasłanej odłamkami. Doszedł do końca blatu i oparł się o ścianę. Teraz posuwał
się bardzo wolny wsparty o ścianę. Przez 10 minut nie pokonał nawet pół metra.
Coraz trudniej mu się oddychało, połamane żebra przebiły płuca. W końcu po
dłuższej walce z samym sobą dotarł przed terminal i padł zmęczony na stół.
Chciał zasnąć, tak bardzo był zmęczony, ale wiedział, że jeszcze nie teraz, że
jeszcze nie wykonał swojego zadania.
Przez chwilę walczył z sennością, otworzył oczy i skierował swój
wzrok na terminal. Wyświetlacz był zniszczony, ale diody nadal migały wesoło na
obudowie, więc działał. "Dzięki Bogu!" - pomyślał uradowany naukowiec i sięgnął
po klawiaturę strząsając z niej szczątki sprzętu laboratoryjnego. Uszkodzony
wyświetlacz nie był dla niego żadnym problemem, znał te systemy przecież na
pamięć, w końcu tyle lat z nimi przepracował, zresztą i tak nic by nie widział,
bowiem jego pęknięte okulary leżały koło zwłok Martina. Przez moment wstukiwał
komendy dla systemu, gdy usłyszał jakieś wytłumione krzyki i niezidentyfikowane
dźwięki w oddali. Przez chwilę nasłuchiwał na wpół stojąc oparty o laboratoryjne
szafki, po czym krzyki umilkły. Wrócił do wpisywania komend, gdy nagle drzwi z
hukiem poleciały na podłogę wzbijając obłok składający się ze szkła i plastiku.
Doktor począł nerwowo i coraz szybciej wpisywać nowe dane do komputera. Nie
odwracał się, choć wiedział. Nagle wszystko ucichło i słychać było tylko dźwięk
klawiszy i chrzęszczące szkło pod czyimiś zbliżającymi się krokami. Doktor
spodziewał się bólu, lecz ten go i tak zaskoczył. Krew trysnęła na zniszczone
wyświetlacze, a odgłos szybkiej serii z karabinu rozległ się echem po
laboratoriach. Doktor ostatnim agonalnym ruchem próbował nacisnąć na klawiaturze
enter, ale mu się to nie udało - jego ciało przeszyła druga seria z karabinu.
Żołnierz wyciągnął z ust cygaro i zaczął się śmiać. GAME OVER - pojawił się duży
trójwymiarowy napis, żołnierz, doktor i zniszczone laboratorium powoli znikło w
tle.
Marcin ze wściekłością zdjął okulary 3D i rzucił je w kąt.
"Cholera ten Half-Life 7 jest strasznie trudny!!!" - pomyślał, zdjął rękawice do
gry i resztę osprzętu, wyłączył grę. Przeszedł do kuchni.
- Światło, średnie natężenie. - wydał polecenie Marcin. Podszedł do lodówki, i
ręka na kolorowym wyświetlaczu dotykowym złożył zamówienie na jutro na
śniadanie, zobaczył, co jest w lodówce, przeskanował kody paskowe i usunął
przeterminowaną żywność. Włączył książkę kucharską i na chybił trafił wybrał
jakąś chińską potrawę. Program przeskanował lodówkę w poszukiwaniu składników.
Paru brakowało, program zapytał się czy złożyć zamówienie. Marcin zgodził się,
zamówienie poleciało poprzez sieć Wi-Fi do dostawcy żywności. Po paru minutach
odpowiednie składniki pojawiły się w lodówce, a Marcin był biedniejszy o parę
kredytek. Udzielił programowi prawa dostępu do urządzeń kuchennych, po czym
zdjął wyświetlacz - tablet z lodówki i przeszedł do dużego pokoju. Światło
zapaliło się automatycznie pamiętając ostatnią jego wizytę, ale on je zgasił i
rozkazał włączyć 3D holo na ścianę przed nim. Przypomniał sobie o Tablecie
trzymanym w ręku. Przez chwilę bawił się w kucharza i zmienił lekko przepis. Nie
lubił ostryg. Odrzucił tablet na bok.
- I kanał informacyjny, język polski dubbing, prezenterka Magda, ubrana w
to, co zawsze - wydał polecenie. Przed nim pojawiła się piękna dziewczyna gładko
recytująca wiadomości.
"Zjednoczone Kraje Europy grożą poważnymi sankcjami handlowymi dla Rosji, jeżeli
ta nie wycofa sowich wojsk z Chin." - Prezenterka przechadzała się po murze
chińskim, a wokół niej było widać walczące wojska chińskie i rosyjskie. Koło
prezenterki granat rozerwał Chińczyka. "To było dobre!" - pomyślał Marcin, i
wyciągnął rękę przed siebie zanurzając ją w hologram - przewinął do tego
momentu, powiększył lewy górny róg z Chińczykiem, zwolnił tempo i wyciszył
prezenterkę. Obejrzał to dokładnie, po czym zapisał jako plik wideo i przesłał
do swojego komputera i puścił wiadomości z powrotem. Teraz prezenterka
opowiadała o wielgachnym pożarze Los Angeles - przechadzała się pomiędzy
wielgachnymi płonącymi wieżowcami, koło niej spadały kawałki zniszczonej
konstrukcji i szkło.
"Pożar trafi Los Angeles już od półtora miesiąca, wszyscy mieszkańcy zostali już
dawno ewakuowani, wszystkie firmy i instytucje zlikwidowały i przeniosły swoje
placówki - miasto straciło już swój status, nawet, jeżeli służbom uda się
opanować żywioł, nic nie zwróci miastu dawnej świetności. Miasto zostało odcięte
od świata zewnętrznego i nie stanowi zagrożenia dla otaczających je terenów."
Kamera teraz pokazywała płonące hektary miasta z lotu ptaka. Marcin zrobił parę
screenshotów, poddał je szybko obróbce i wysłał jako tapetę na swój terminal. W
międzyczasie program kuchenny poinformował o zakończeniu przyrządzania potrawy,
Marcin zawiesił realizacje zamówienia i kazał czekać potrawie ciepłej. Teraz
zaczęły się wiadomości polityczne. Marcin znudzony przewinął do przodu, do
wiadomości lokalnych. "Grupka terrorystów zwących się "Grupa do walki o wolną
Ziemię" zniszczyła pobliską stację przekaźnikową T11, ale technicy szybko
usunęli awarie. Uwaga dla mieszkańców pobliskich apartamentów - prosi się o nie
wychodzenie z domu, bowiem powietrze jest nadal zanieczyszczone szkodliwymi
substancjami, które uwolniły się w chwili wybuchu stacji przekaźnikowej.
Odpowiednie służby już oczyszczają teren."
"Heh, kto by miał zamiar wychodzić na zewnątrz?" - Pomyślał ze zdziwieniem
Marcin. Odkąd pamięta nigdy nigdzie nie ruszał się z domu - bo nie było takiej
potrzeby - cokolwiek by zechciał zobaczyć zobaczy na holo, cokolwiek by zechciał
mieć zamówi w e-buy.com i mi przyślą w ciągu paru minut. "Po co ktoś miałby
wychodzić na te brudne i zniszczone ulice, pełne niebezpiecznych bezdomnych,
którzy są gotowi za parę kredytek zabić? Brrr..." - Marcin wyłączył wiadomości i
uruchomił swój terminal. Odebrał pocztę, znowu parę tysięcy maili, szybko
program je przefiltrował, usunął wszystkie i wyświetlił podsumowanie: 6921
reklam, 1217 wirusów oraz robaków, 871 propagandowych listów od przeróżnych
nielegalnych ugrupowań. Wyłączył program pocztowy i wszedł na inter-chat, ale
wyłączył podgląd wideo - jak zawsze. Każdy tak robił. Odszukał swój pokój, było
na nim parę znajomych, szybko zalogował się i wszedł na niego.
///mArcin has joined mArcin_28a26s1c32 room.
///Topic is: HL 7 jet za trudny!!! set by mArcin at 5:11 PM Wendsday 21 jan 2068
trademark: Witaj mArcin!
mArcin: cze all!
_zo5ia_: co tam u ciebie?
mArcin: dopshe, jako leci...
trademark: grales moshe w Unrila usemke? ? ?
_zo5ia_: ja gralam! nudny, wole hl 7...
trademark: <)
mArcin: Eee tam, gram i gram all time w tego half-life'a i nie moge przejsc....
trademark: unril rzadzi!!
_zo5ia_: a slyszeliscie o tej wysadzonej stacji przekaznikowej kolo nas?
trademark: n ie?
mArcin: noooo...
_zo5ia_: Nie mozna wychodzic z domuff...
trademark: no i co z tego?
mArcin: no wlasnie, wielkie mi cos i tak nie wychodzimy nigdy przeicez...
_zo5ia_: wiem, ale oni cos ukrywaja przed nmai, to nie byl zwykly wybuch...
trademark: bzdurt pleciez, czemu mielby nas oklamtwav?
mArcin no wlanie, spadaj!
_zo5ia_:nie serio, tak mysle
trademark: wyrzuc ja i pogadajny o czyms innym
mArcin: %unconnect _zo5ia_
///_zo5ia_ has lost conection, and left room
trademark: o wlasnie tk trzeba postepowac z kobietanii
(...)
Po długo godzinnej dyskusji z trademarkiem, jego najlepszym
przyjacielem, na chacie, na temat nowych systemów operacyjnych, Marcin
postanowił w końcu przegryźć tą chińszczyznę. Wszedł do kuchni, lecz coś było
nie tak. Po dłużej chwili Marcin zorientował się że światło nie zapaliło się
automatycznie. Wydał więc głosową komendę, lecz nadal panowały ciemności. Marcin
nie wiedział co zrobić. Nigdy nic podobnego mu się nie przytrafiło. Wrócił do
dużego pokoju i wywołał okno swojego terminala. Napisał szybko list i wysłał go
do admina. Jednak list nie został wysłany - wyskoczył błąd, Marcin pierwszy raz
widział żeby program odmówił współpracy. "Nie można wysłać wiadomości, ponieważ
nie można ustanowić połączenia." Co to ma znaczyć?!!? - pomyślał w panice
Marcin. Rozkazał włączyć I kanał informacyjny, lecz na ekranie pojawił się tylko
krótki lakoniczny napis - "No signal". Po chwili światło w pokoju zamigotało i
zgasło. Wszystkie komputery w chwilę potem wywaliły błąd o braku wystarczającego
napięcia i się wyłączyły. Cichy szum wentylatora tłoczącego powietrze do
mieszkania Marcina umilkł. Spanikowany Marcin siadł na środku podłogi w
ciemności. Nie wiedział kompletnie co zrobić. "Przecież to niemożliwe, nigdy coś
takiego się nie stało..."
- myślał przerażony i płakał, tak płakał pierwszy raz od dawień dawna...
Po paru godzinach bezczynnego siedzenia, wśród absolutnej ciszy i
ciemności, Marcin wstał i ruszył w kierunku drzwi, których nigdy nie otwierał -
bo wiedział, że prowadzą one na zewnątrz. Przez parę minut mocował się ze starym
zamkiem, gdy ten wreszcie puścił. Marcin lekko dotknął drzwi, a te z hukiem
wypadły na zewnątrz, a do środka domu Marcina wtargnęło ostre białe światło,
które oślepiło jego oczy. Marcin nic nie widząc padł na ziemię. Pod dłońmi
poczuł dziwną chropowatą i szorstką powierzchnię. "Czy to jest ziemia?" -
pomyślał zdumiony. Usłyszał nagle dziwny dźwięk i ze zdziwieniem przypomniał
sobie, że już go przedtem kiedyś słyszał - Tak, to był odgłos broni, znał ten
dźwięk z wielu gier, w jakie grał, to był odgłos strzałów. Próbował spojrzeć
przed siebie, otworzył oczy, lecz nie widział nic oprócz oślepiającego światła.
Kolejna głośna seria z karabinu, tak blisko niego. I znowu kolejne strzały - tuż
przed nim. Marcin poczuł ostry ból rozlewający się po całym ciele i padł na
twarz, na tą dziwną szorstką i chropowatą powierzchnie. Próbował otworzyć oczy,
ale nadal nic nie widział. Zamknął je, bo go bolały. Słyszał tylko chlupot krwi,
która wylewała się z jego ciała, czuł jej zapach i ciepło... Umierał. Tym razem
naprawdę...  |