|
spis treści | poprzednia strona | następna strona |
|
Tak sobie słuchałem soundtracku z ostatniego filmu Tarantino i postanowiłem Wam coś skrobnąć na jego temat. Hmm... konkretnie to chciałem go wychwalać pod niebiosa, ale mi przeszło. Nie żebym się zachwycał słomą. Co to, to nie. Ale po kolei. Z dość dużą kurzawą medialną do kin wszedł Kill Bill już dobrych kilka miesięcy temu. Ludzie różnie mówili, że dobry, że zły. Póki co, nie pojawiła się w Biuletynie żadna recenzja "Vol. 1", więc co nieco chociaż o ścieżce poczytacie. Jeśli chodzi o sam film, to mi się spodobał. Tarantinowska żonglerka pełną gębą. Mimo że taki "Pulp Fiction" jest lepszy, to jednak opowieść o zemście na tytułowym Billu ma swój smaczek. Szczególnie kilka scen.... mmm... są powody do mruczenia. Zresztą, poczekamy na recenzję - może ktoś się zlituje, bo mi się nie chce kończyć pisania? :) A sama ścieżka dźwiękowa? A jaki może być soundtrack z pokręconego filmu? Z pastiżu kina akcji B, kina japońsko-amerykańskiego? Dobra, przyjmijmy, że z retoryką skończyliśmy. Zgoda? I dobrze, bo właśnie otwiera się płyta, a z głośników leci Nancy Sinatra i jej Bang Bang. Spokojny kawałek, otwierający również film, co koniecznie trzeba zaznaczyć. Melodyjne perełki gitarowe, jedwabiste, smutne dźwięki, takiż głos wokalistki. Opowiada ona historię dwojga ludzi. Pary, która znała się od przedszkola. Zmienia się płaszczyna, zabawy przechodzą w dorosłe życie, jednak ich skutek pozostaje ten sam... Kolejny, drugi kawałek to typowy rock'and'roll starej daty z przebłyskami. Tematyka podobna również - zresztą tytuł mówi sam za siebie - "That Certain Female". Tu nie ma miejsca na niespodzianki. Miejsce na nie jest jednak tuż po trzeciej minucie poprzedniej piosenki, gdyż na jej miejsce wchodzi spokojna klasyczna aria stanowiąca preludium filmowego "wielkiego duelu". Już tutaj, biorąc pod uwagę zmienne tempo i konwencję trzch utworów, daje się odczuć ducha filmu. Zresztą, kolejna pozycja też dowodzi słuszności tego twierdzenia. Kojarzycie z reklam, lub z seansu, oczywiście, tą śliczną pielęgniarkę z taaaką strzykawką i malutką wadą wzroku? :) No pewnie, że tak. Kolejnym kawałkiem jest gwizdana przez nią melodia. Ciekawe. Tutaj zamyka się pierwsza część płyty. Druga wyraźnie jest robiona pod Oren Ishii wyśmienicie wykreowaną przez Lucy Liu. Rozpoczyna się niewinnie. Tłumaczy ona słodkim głosikiem, że na zebraniach yakuzy można poruszać wszelkie tematy - poza kwestią jej pochodzenia. Ceną za to jest podróź łódką kosztująca promocyjnie tylko jednego obola. Tak więc monolog Oren Ishii sam w sobie jest genialny. Kto nie słyszał, niech żałuje serdecznie. Szkoda tylko, że zaraz po nim następuje największy zgrzyt na płycie. Wiadomo powszechnie, że Tarantino nie popuści niczemu, więc nie jest niespodzianką hiphopowy kawałek na płytce. Hiphop jest muzyką ulicy. I lepiej niech sobie tam pozostanie. Niech się ziomale podniecają pseudo muzyką dla ćwierćinteligentów potrafiących jedynie stać na ulicy i w rytm zdigitalizowanej wersji marsza żalić się, jak to im źle. A to, że są jednocześnie obwieszeni złotem, jak choinka ozdobami to tylko drobny szczegół, prawda? Zaangażowany tutaj RZA nie odbiega od stereotypu amerykańskiego rapera. Oczywiście musi zacząć od równie wszędobylskiego co idiotycznego "eyoo!". Przysiegam, że gdyby był teledysk to tu nastąpiłoby machnięcie wyprostowaną dłonią. Ale nic się nie stało. Pierwszy raz przesłuchałem, potem drugi. A za każdym następnym "eyoo!" następuje odruch warunkowy w postaci wyklucia się ze zwojów mózgowych krótkiego, acz dosadnego "spier***". Robię się staromodny chyba, ale jakoś mi się nie uśmiecha wpuszczanie chamstwa na salony sztuki. Może co nieco powiem na temat samej piosenki, bo potem będę musiał skrzynkę z bluzgów czyścić. Otóż, Drogi Czytelniku, rymy tu są proste, żeby nie powiedzieć prostackie, czy prymitywne. Choć to ostatnie na pewno świetnie oddaje ich charakter. Tekst? Głupia gadanina na temat Oren Ishii przetykana "yo!" gdy się liczba sylab nie zgadza. Początek jeszcze znośny, choć te nieszczęsne proste rymy denerwują równie dobrze, co polityka SLD. Znośnie, da się przeżyć. Ale już wkrótce pean przeradza się w ni łkanie, ni podniecenie szerokospodniego kolegi. Miejscami myślałem, że chłopak w samouwielbieniu orgazmu dostaje. Naprawdę szkoda, bo cień tego utworu kładzie się na całą ścieżkę. Jendak da się o tym zapomnieć, szczególnie, że pozostaje jeszcze wiele ciekawych utworów. Przybliżę może tylko kilka z nich, naprawdę godnych zapamiętania. Pierwszy to "Battle without Honour", czyli słynne filmowe wejście Oren Ishii - scena legenda. Boskie, ciężkie tempo, świetna stylizacja dźwiękowa. Jest tu wszustko. Marsz, rock, symfoniczne wstawki. Jedna z "wielkiej czwórki" wśród utworów na płytce. Trzeci z najlepszych utwór (pierwszym jest "Bang Bang") to "Don't let me be misunderstood" który w filmie ilustruje fragment walki pomiędzy Umą a Lucy. Stylizowany na starsze kawałki na poły disco, na poły pop i rewiową, naprawdę robi wrażenie. Ostatnim z czwórki jest The "Flower of Carnage" Meiko Kaji. Tu nie mam nic do powiedzenia, poza jednym - fani anime i ilustrujących ich podkładów będą sikać po nogach. Utwór wprost ocieka klimatem kraju kwitnącej wiśni. Cudowy, wysoki japoński wokal, spokojny acz bogaty podkład, jakieś flety, piszczałki w tle. I co ja mam powiedzieć na zakończenie? Nie wiem. Jako całość soundtrack jest wyśmienity. Jeden słaby numer można co prawda ominąć, jednak dla innych może okazać się on znośny. Tak czy inaczej, płyta prezentuje wysoki poziom. Nie jest bezpłciowa, jak to często zdarza się przy produkcjach opartych na engine techno/electronic (vide Matrix Reaktywacja). Może po prostu ograniczę się do krótkiego stwierdzenia: musicie posłuchać. Szczerze mówiąc, nie słyszałem w tym roku filmowym (znaczy się sezon 2003) lepszej ścieżki dźwiękowej, toteż byłbym bardzo zdziwiony, gdyby nie było nominacji do Oscara. Co najmniej. Gregorius fishbone1@wp.pl Tracklista: 'Bang Bang (My Baby Shot Me Down)' - Nancy Sinatra + 'That Certain Female' - Charlie Feathers 'The Grand Duel - (Parte Prima)' - Luis Bacalov 'Twisted Nerve' - Bernard Herrmann Queen Of the Crime Council - dialogue excerpt from film feat. Lucy Lui & Julie Dreyfus 'Ode To Oren Ishii' - The RZA 'Run Fay Run' - Isaac Hayes 'Green Hornet' - Al Hirt 'Battle Without Honor or Humanity' - Tomoyasu Hotei 'Don't Let Me Be Misunderstood' - Santa Esmeralda 'Woo Hoo' - The 5.6.7.8's 'Crane'/'White Lightning' - The RZA/Charles Bernstein 'The Flower of Carnage' - Meiko Kaji 'The Lonely Shepherd' - Zamfir You're My Wicked Life - dialogue excerpt w/ David Carradine, Julie Dreyfus & Uma Thurman 'Ironside' excerpt - Quincy Jones 'Super 16' excerpt - Neu! 'Uakuza Oren 1' 'Bannister Fight' 'Flip Sting' 'Sword Swings' 'Axe Throws' |
|
|