|
spis treści | poprzednia strona | następna strona |
|
"Trzy pierścienie dla Królów Elfów pod rozwartym niebem, Dla Krasnoludów - Władców Podziemi - pierścieni Siedem, Dziewięć dla ludzi - stworzeniom śmierci podległym, A dla Władcy Ciemności na Czarnym Tronie pierścień Jeden Jeden - w krainie Mordor, którą zamieszkują cienie; Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć, Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności spętać W krainie Mordor, którą zamieszkują Cienie."
Któż nie zna tego sławnego wiersza Profesora J.R.R. Tolkiena. Niedawno do kin weszła trzecia część ekranizacji trylogii Tolkiena (a tu taka ciekawostka - Władca Pierścieni nigdy nie był Trylogią. Tolkien podzielił Władcę na 6 części, a później media wymyśliły sobie, że są trzy części. W dzisiejszym świecie wszyscy są już do tego tak przyzwyczajeni, że nikt nie mówi o sześcioksięgu). Czekałem na nią z lekkim niepokojem. Z różnych zapowiedzi wynikało, że będzie bardzo zmieniona w stosunku do oryginału. W dwa dni po polskiej premierze filmu, sam wybrałem się do kina...
Początek filmu mnie lekko zdziwił (jak zresztą każdej z części) - pokazano nam Smeagola chwilę przed spotkaniem z pierścieniem. Tutaj już można było zobaczyć pierwszą niezgodność z oryginałem - przyjaciel Smeagola w książce był bezimienny. W filmie dano mu imię Deagol, ale czepiam się byle czego. Walka o pierścień między Smeagolem, a Deagolem była zrobiona wręcz mistrzowsko. Szczególnie moment w którym "zły hobbit" zaczyna dusić "dobrego". I cały czas te odgłosy w tle w mowie Mordoru. Arcydzieło. Później już cały czas akcja gna. Nie dostajemy, ani chwili wytchnienia, a film pędzi jak Gimli w walce. W pewnej chwili poczułem podobieństwo do innego filmu - "Matrix Reaktywacja". Tam też film gnał jak szalony nie dając widzowi wytchnienia. Ale nie o Matrixie mieliśmy mówić... Jak można było dowiedzieć się z zapowiedzi - wycięto Sarumana. Nie powiem byłbym z tego faktu szczęśliwy. Trudno... Niech sobie siedzi w Isengardzie, razem ze Smoczym Językiem (a tak w ogóle "Worm Tungle" to "Robaczy Język", a nie "Smoczy Język" - tłumacze sugerowali się "Władcą" z tłumaczenia Pani Skibniewskiej). Oprócz tutaj opisanych w filmie jest masa innych niezgodności i skróceń. Hobbici wracając do Shire widzą je bez żadnych szkód. Film kończy się na tym, gdy pokazują nam odpływającego Froda, razem z Bilbem, Gandalfem, Elrondem, Galadrielą i Celebronem. Przecież dalsze losy drużyny były nam opisane (historia skończyła się, gdy Gimli i Legolas odpłynęli). Ech... Trochę się przez to na filmie zawiodłem. Ale po co płakać nad rozlanym mlekiem? Oprócz tego film ma same zalety. Ciekawie wygląda konflikt między Elrondem, a Aragornem i Arweną (tego też w książce nie było). Ciekawie prezentuje się przyjaźń Froda i Sama. Coś już słyszałem o tym, że ta para to geje i tego typu komentarze, ale ja się z nich śmieję. W filmie naprawdę dobrze została przedstawiona ich przyjaźń z zaznaczonymi nawet małymi wzmiankami z książki (Sam niesie Froda na plecach). Bardzo dobrze wyszła komputerowa Szeloba. Gdy czaiła się ona za Frodem, dreszcz przeszedł mi po plecach, a gdy Frodo wpadł w pajęczynę mój kolega z którym byłem w kinie powiedział mi "Spokojnie Mateusz. To tylko film". Znakomicie wyszły też upiory, które pomogły Aragornowi (gdy czytałem książkę, wyobrażałem je sobie dokładnie tak, jak były pokazane w filmie). Świetnie wygląda scena w której płonący Denethor rzuca się na pole walki. Gollum już po raz 3 wygląda jak książkowy, chodziarz większość ludzi nie widzi w tym pracy Andy'ego Serkisa, a programistów, którzy nałożyli na niego tekstury (a jak on musiał się pocić całymi dniami paradując w lateksach) - wielka szkoda, bo to brak docenienia pracy aktora. Wcześniej już omawiana komputerowa Szeloba jest zrobiona nietypową techniką, podobną do "motion capture" (wykorzystywaną w dzisiejszych grach komputerowych), lecz nieco się od niej różniąca. "MC" polega na analizowaniu ruchów człowieka w kod gry. Szeloba została zrobiona na podstawie ruchów rzadkiego gatunku pająka. W filmach zrobiono to dopiero po raz drugi (wcześniej użyto tego do stworzenia Yody w "Ataku Klonów"). Większość filmu została nakręcona na "blue boxie" i "green screen'ie" (czyli na niebieskim i zielonym tle - na tych tłach da się wstawić obraz stworzony za pomocą komputera, lub po prostu każdy inny bez potrzeby jeżdżenia w różne miejsca), co rzadko da się zauważyć w filmie. Technika komputerowa robi swoje. Bitwy prezentują się wspaniale i dynamicznie. Trole ładujący kamienie na katapulty, nazgule wlatujące na teren Minas Tirith, Gandalf niszczący swoją laską bataliony orków i zachęcający ludzi do walki - widoki nie do zapomnienia. Jednak moim zdaniem nic nie przebije bitwy o Helmowy Jar z drugiej części filmowego władcy. A skoro jesteśmy przy drugiej części filmu to od wielu słyszałem, że Edoras to wieś. Słomiane dachy, drewniane mury... Cóż, czasami trudno mi było nie przyznać im racji. W tej części mamy szansę odwiedzić Minas Tirith. To jest dopiero prawdziwe miasto fantasy. Ma kilka (hm...) pięter, zamieszkują go tłumy ludzi, wszystko jest tu z kamienia... Gdy je zobaczyłem, to prawie spadłem z fotela (ostatnim razem miałem takie uczucie, gdy oglądałem Epizod I Gwiezdnych Wojen i planetę Coruscant). Wszystkie lokacje w filmie są piękne (Peter Jackson wiedział co robić kręcąc film w Nowej Zelandii), ale Minas Tirith szczególnie mnie zachwyciło. Aktorzy wypadają różnie. Najbardziej spodobało mi się aktorstwo Johna Noble grającego Denethora - władcę Minas Tirith. Aktor pokazał szalonego i zdolnego do wszystkiego władcę, który zwariował przez silimarilion (o czym w filmie nic nie powiedziano, ale to już inny szczegół) i jest zdolny do wszystkiego. Klasę pokazał Sir Ian Mckellen, który już po raz trzeci wcielił się w rolę czarodzieja Gandalfa. Szczególnie efektownie wygląda, gdy kłóci się z Denethorem (najbardziej spodobał mi się moment w którym Denethor każe wojskom wycofać się, a Gandalf przykłada mu kijem i każe wojskom dalej walczyć) i kiedy nawołuje wojska do walki. Pisząc recenzję pierwszej części filmu, czepiałem się Viggo Mortensena (Aragorna). W drużynie nie wyglądał on na dumnego władcę, a na podróżnika, który sam nie wie kim jest. W 2 i 3 części Aragorn pokazuje, że jest dumnym władcą, następcą Isuldira i Królem Gondoru. Jak już pisałem, świetnie spisali się Elliah Wood i Sean Astin w rolach Froda i Sama (szczególnie ten drugi wypadł świetnie). Pięknie pokazali swoją przyjaźń, której nie złamała nawet moc pierścienia. Co do Andy'ego Serkisa (Golluma) to w tej części podobał mi się tak samo jak w drugiej. Wszystkie jego przekręty i walka z samym sobą była widoczna już w "Dwóch Wieżach". Jedyną odkrywczą sceną jest ta, w której Gollum walczy z Frodem; w końcu odgryza hobbitowi palec z pierścieniem i wpada razem ze "skarbem" do góry przeznaczenia. Nie podobał mi się John Rhys-Davies i Orlando Bloom (Gimli i Legolas), ale nie przez grę aktorską, a przez to, że w filmie ich prawie nie ma i zostali zrzuceni na drugi plan. Nie jest to ich wina, a Petera Jacksona, który tak wyreżyserował film. Przez to w filmie jest mniej humoru, niż w poprzednich częściach (ale w książce było podobnie, bo w końcu z czego się śmiać jeśli nie wiadomo, czy świat przetrwa?). Muzyka jest taka sama jak w 1 i 2 części filmu. Kiedy trzeba jest spokojna, innymi miejscami tajemnicza, najczęściej jednak słyszymy muzykę bitewną. Jaki film - taka muzyka. Wychodząc z kina jednak nie żałowałem, ani grosza zapłaconego za bilet (co zdarza się dość często). Byłem zachwycony tym widowiskiem i szczęśliwy, że obejrzałem tak wspaniały film. Nie jest on idealną adaptacją dzieła Tolkiena - za dużo scen jest obfitych w akcje, ale było to koniecznym zabiegiem. Peter Jackoson wspaniale połączył kino ambitne, z akcją dla przeciętnego widza i nie postawił na komercję (co się w literaturze fantastycznej w ostatnich latach coraz częściej dzieje - alias film "Wiedźmin"). Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy i czekam na "Hobbita" w reżyserii Jacksona. Oby był on takim samym wspaniałym widowiskiem jak Władca. Ocena: 10/10 Było to moje wypracowanie szkolene - dlatego takie nudne. Władca Pierścieni: Powrót Króla Lord of the Rings: Return of the King Nowa Zelandia 2003 Elliah Wood, Sean Astin, Ian Mckellen, Viggo Mortensen, John Rhys-Davies, Orlando Bloom, Andy Serkis, Billy Boyd, Dominic Monaghan, John Noble, Bernard Hill, Miranda Otto Mat Kat |
|
|