spis treści | poprzednia strona | następna strona


|Matrix: Rewolucje|

s-f USA - 2003
Reżyseria: Wachowscy
Scenariusz: Wachowscy
Obsada: Keanu Reeves, Laurence Fishburne, Carrie-Anne Moss, Hugo Weaving

Oj namieszał Matrix, namieszał i to nie tylko w świecie filmu, ale i w naszych głowach. Z jednej strony mamy zwolenników ślepo podążającym za białym królikiem, z drugiej strony barykady stoją zaś przeciwnicy i osoby dość sceptycznie nastawione do tworu braci Wachowskich. Ileż to wojen dane nam było oglądać, ileż polemik, kłótni a i niektórzy w słowach nie przebierali. A to wszystko przez film. Która strona ma racje? Do tej pory stanowiska nie zająłem. Miałem nadzieję, że pozwoli mi je zająć trzecia i ostatnia (daj Boże) część Matrixowej trylogii. Oglądnąłem bowiem świetną część pierwszą, a i druga - co tu kryć wiele - słabiusieńka mnie nie ominęła. Tym bardziej na Rewolucje czekać musiałem. A i obejrzałem - kłamać nie muszę - wpierw na płycie jakiejś marnej bo i nie chciałem iść do kina na produkt którego jakości pewien nie jestem. Z drugiej zaś strony ciekawość mnie zżarła i grzechu się dopuściłem. Okazało się, że do kina pójść po prostu musiałem, bo film wymiata (a szczególnie jednym elementem o którym później powiem).

Fabuła drugiej części pozostawiała wiele do życzenia. Tak właściwie to ona głupia była - nie krzyczcie tak drodzy fani, miecze na wieszak odwieście, toporki na powrót w pień wbijcie, bo to przeta jeno moje zdanie (zgadzać się nie musicie) - ni ciekawa, ni mądra za bardzo. Sny prorocze Neo, miłość wielka się znalazła (która to najbardziej mnie odstraszyła), a i wymieniać jeszcze mógłbym wiele. Tego w Rewolucji tak dużo nie ma. Prawdę mówiąc trójka ma zagadek i przesłań więcej. Neo na dworcu na kolejny pociąg czekający, dziwny pan z bródką którego pamięć zawiodła - wiem, że teraz brzmi to dziwnie, ale w filmie zrobili z tego dość ciekawe aluzje i odnośniki do świata realnego i do ludzkiej psychiki (a przynajmniej ja tak to odebrałem). Rzeczywiście o wiele prostsza ona jest - mówcie co chcecie, żem głupek i kaczan zamiast głowy posiadam, że drugiej części nie zrozumiałem (a zrozumiałem tak dla sprostowania powiem), ale ja zdecydowanie fabułę prostszą wolę. Choć ambitnym kinem nie pogardzę. Tak więc fabuła niezła - zauważcie, że słowem nie wspomniałem o co chodzi (bo i po co mam wam ją zdradzać?).

Ale tak prawdę mówiąc do kina nie dla fabuły poszedłem lecz dla efektów specjalnych bowiem te są boskie. Nie będę tu mówił o bullet time (zwolnieniu czasu) bowiem ten jeno w drobnych ilościach wykorzystany został (a i jakością był słabszy od tego z jedynki i dwójki), a o wielkiej wojnie maszyn z... hmm... maszynami :) za którymi sterami ludzie siedzą. Ta bitwa po prostu mnie w fotel wgniotła, a i jakiegoś dziwnego uczucia w brzuchu doświadczyłem widząc jak ci dzielni ludzie w mechach (roboty bojowe) z ośmiornicami (żołnierze maszyn) walczyły. Dodatkowo ta wojna zrealizowana została w sposób specyficznych dla pierwszorzędnych wojennych filmów. Chciałbym uwagę zwrócić też nad animacją wymienionych wcześniej mechów. Czyste cudo. Choćby dla tego efektu film obejrzeć trzeba. Mogę się również zachwycać nad pozostałymi komputerowo stworzonymi rzeczami, np. żołnierze robotów, animacje statków ludzkich, wybuchy, a i finałowa walka - pomimo tego, że mi do gustu nie przypadła - na pochwały olbrzymie zasługuje; gdy już ją oglądać będziesz zwróć uwagę, jak się deszcz zachowuje. To wszystko sprawia, że efektów specjalnych lepszych nigdzie nie uświadczycie (no chyba, że nowy Lord of the Ring wyzwaniu podoła, ale w proroka się bawić nie będę).

Co do samych walk które w Matrixach obok fabuły najważniejsze były. Co tu dużo kryć, średnie są. Bieganie po sufitach i ścianach - dla mnie, osobiście - wydają się śmieszne po prostu. Podobnie z resztą jest już z wspomnianą finałową walką. Graficznie wykonana jest perfekcyjnie, ale cóż z tego? Skoro głupia jest. Taki Superman XXI wieku. Sam fakt, że oni tam latają przyprawia mnie o mocniejsze i szybsze walenie głową o mur (Tear down the wall! Tear down the wall!). Jedynie do wojny zastrzeżeń nie mam - przepraszam, że tak często o tym wspominam, ale po prostu cud, miód, paluszki lizać.

O grze aktorów nawet wspominać nie będę, bo poza nieumiejętnością gry pani Carrie-Anne Moss (która w dwóch ostatnich Matrixach swą miną przypomina mi kobietę w niechcianej ciąży) specjalnych wad nie było. Skoro już zacząłem, powiem, że bardzo spodobał mi się ten (teraz już nie pamiętam) generał czy pułkownik od mechów. Gość miał klasę prawie tak wielką, że śmiało mógłby się równać z Legolasem z "Władcy Pierścieni". Aha jeszcze jeden kiczowaty bohater. Ta dziewczyna czarnoskóra co się do woja zapisała, nie lubię jej prawie tak jak Trinity.

Za to udało się stworzyć bardzo ciekawy klimat - w przeciwieństwie do części drugiej. Szczególnie podczas tej wojny - na litość boską przestań się człowieku powtarzać :). Taki zdecydowanie bardziej nastrojowy i pasujący do Matrixa. Co się będę dużo rozpisywał, mroczny i mi się podoba.

Trylogia została świetnie zakończona. Mówię o ostatnich scenach. Rewelka! A i tego techna tak dużo nie było (a może to tylko moja pamięć) - co zdecydowanie na plus się zalicza.

Czyli reasumując. Graficznie autorzy przeszli samych siebie, scenariusz jest zbyt słaby by wcześniejszych fanów zadowolić (acz mi się podoba), walki średnie ale graficznie perfekcyjnie wykonane, klimacik znany z dwóch poprzednich części a i czasem nawet lepszy, nieoczekiwane zwroty akcji też się zdarzają; oraz fajna i tajemnicza końcówka. Film ponad przeciętność. Od jedynki gorszy, a od dwójki dwa razy lepszy czyli ocena 6++/10 zadowolić was musi. Głównie stawiam ją za efekty specjalne. A wiecie co? Dziś mam dobry humor! Niechże na tym i Matrix skorzysta 7/10 i basta! I tak osiągnął to o czym marzy każdy film - jeśli potrafiłby marzyć - rozmowy, dyskusje, kłutnie. Przecież o to właśnie chodzi. Prawdę mówiąc oczekiwałem czegoś jeszcze lepszego.

OCENA: 7/10 (jako trzecia część trylogii)

Winix
winix@wp.pl


|strona 11|