|
spis treści | poprzednia strona | następna strona |
|
Dla naszego pokolenia komunizm to tylko frazes. Niewiele znaczące słowo, coś co minęło i nie warto do tego wracać. Jakże inny punkt widzienia mają nasi rodzice... Dla nich jest to zwrot oznaczający młodość, własne szaleństwa, czas niepokory. A także walkę. O wolność, o marzenia. Byli dokładnie tacy jak my, jednak przyszło im żyć w innych czasach. Nic jednak nie trwa wiecznie. Wiele już zostało powiedziane na temat upadku systemu socjaliscycznego. Wiele kartek spisano, równie dużo metrów taśmy filmowej wykorzystano. Byliśmy, pośrednio czy bezpośrednio, świadkami szumnych obietnic, transformacji gospodarczych, zmian politycznych. Ale jak to wyglądało z innej perspektywy? Niestety, tego typu dokumentów jest mało. O filmach, książkach czy innych typowo osobistych relacjach nie wspomnę... Trudno dotrzeć do tego typu rzeczy. "Good Bye, Lenin!" jest produkcją niemiecką. Główny bohater, młody chłopak, syn uznawanej socjalistki, żyje w czasach kiedy za słowo "precz!" dostaje się gumową pałą w potylicę. Honecker stoi na czele partii, jednak coś się zmienia - władza się chwieje. Czuć to w powietrzu. Młodzieniec ten, delikatnie mówiąc, nie lubi ustroju. Młodość i komunizm zazwyczaj nie idą w parze, toteż demonstracje nie są mu obce. Pech chciał, że na jednej z nich dość solidnie obrywa od milicji, a świadkiem tego jest jego matka. Dostaje zawału serca. Zapada w śpiączkę. W międzyczasie czerwony balon z hukiem pęka. Jest inaczej. Meble idą na śmietnik. Partia również. W sklepach króluje Coca-Cola. W zastraszającym tempie szerzy się epidemia wolności. Z muru berlińskiego została sterta gruzu. Cokolwiek cenna sterta - wiadomo, kapitalizm wszystko wykorzysta. A ona śpi. Gdyby tylko wiedziała, że córka rzuciła studia. Gdyby tylko wiedziała, że Honecker uciekł do Moskwy, a potem do Pinocheta. Ale nie wie. I tak powinno pozostać. Tego samego zdania jest lekarz, który rozmawia z synem tejże pani, po jej przebudzeniu. Każdy szok może ją zabić. I jak tu powiedzieć aktywnej działaczce partyjnej, że od dobrych kilku miesięcy partia nie istnieje? No i ma chłopak problem. Z jednej strony nowe perspektywy, dziewczyna poznana na barykadach, z drugiej chora matka. Stara, czerwona jescze, choć dookoła króluje zieleń dolara, a wschodnioniemieckie marki tracą wartość... Sami przyznacie, że zapowiada się smakowicie? I tak w istocie jest. Obraz roztaczany przed naszymi oczyma przez Wolfganga Beckera jest świetny. Co z tego, że taki... zwyczajny? W tych kilkudziesięciu minutach ujął on to, co przeżywało zarówno całe społeczeństwo, jak i zwykły chłopak, mający wyszystko, a już szczególnie patrię, daleko gdzieś. Patrzy on na świat nieco ironicznie. Odważnie, ale z dystansem. na siebie także, jednak w pewnym momencie coś się zmienia... Ale o tym wam nie powiem. Zdradzę wam natomiast, że jego komentarze są klasą samą w sobie, a spojrzenie na świat ma tak nam bliskie, iż chcemy się z nim identyfikować. Naprawdę - film wzbudził we mnie zazdrość. Jeszcze kilkanaście lat temu nie było tego wszystkiego. Nie było wolności słowa, towarów w sklepach. Panowała cenzura, zastraszenie. Ale ludzie mieli o co toczyć boje. Dziś mamy to wszystko - ale nie mamy o co walczyć. Ogólnie rzecz biorąc, żyjemy sobie spokojnie nie patrząc na innych. Racjonalne myślenie krzyczy - całe szczęście, że tak jest. Ale gdzieś na dnie serca pozostaje świadomość, że historia nas ominęła... Becker to człowiek niezbyt doświadczony. Kto wie, może to przesądziło o sukcesie "Good Bye, Lenin!"? Zobaczymy w przyszłości. Tymczasem, wystarczy rzut oka na nową pozycję niemieckiego studia filmowego, żeby się zakochać. Młodzi, nieznani acz zdolni aktorzy, ciekawe ujęcie postkomunistycznej rzeczywistości. I najważniejsze - iskra. Coś co powoduje, że film naprawdę zapada w pamięć. Oglądając film zastanawiałem się na ile główny bohater wciela się w rolę, a na ile jest widoczną na ekranie postacią. Bo chłopak jest diablo autentyczny. Ot, taka demonstracja. Walka, znana nam z telewizji, a tak rzeczywista - tutaj, przy nas, na wyciągnięcie dłoni. no i oczywiście młodość. Właśnie manifestacja młodości, która odegrała dużą, jeśli nie kluczową rolę w przemianach ustrojowych jest w filmie pokazana w sposób do tej pory rzadko wykorzystywany. Mianowicie Becker konfrontuje pokolenie komunistów oraz demokratów i zmusza chłopaka do cofnięcia się w przeszłość, do czasu, gdy mur berliński stał, a za marzenia o zachodzie można było dostać kulę między łopatki. O ile konflikt pokoleń, był wykorzystywany w wielu obrazach, o tyle Becker spycha go na dalszy plan i przykrywa miłością do matki. Na ekranie w pewnym momencie można zaobserwować istną burzę uczuć. Chęć życia w nowym świecie, miłość do dziewczyny, ale jednocześnie uczucie wdzięczności, dług wobec matki. W końcu nadchodzi zmęczenie, smutek, odwilż. I odwrócenie ról. Gdzieś od sceny z Leninem do scen w szpitalu obraz naprawdę chwyta za serce, by w ostatnich scenach przystopować, wygasnąć i... przywrócić widza w rzeczywistość. Ze strony technicznej raczej nie można nic zarzucić. Dźwięk trzyma wszelkie standardy rzetelności. Starszym być może z nostalgią przypomni się dźwięk wydawany przez pierwsze nierdzewne auto NDR, młodsi przekonają się co ich ominęło wraz z odejściem komunizmu i jego młodzieżowych soc-wynalazków. Zdjęcia również stoją na dość wysokim poziomie - w pamięć zapada szczególnie scena, w której pomnik Lenina jest transportowany, trzeba rzec, że w dość typowy dla nowego ustroju sposób, w miejsce, gdzie trafiają zapomnieni przez historię dygnitarze. Zapomnieć o Leninie? Pożegnać go? Mimo wszystko jednak okazuje się, że tytuł niekoniecznie zobowiązuje. Lenin odszedł wraz z upadkiem muru. Jednak jednocześnie stał się częścią nas. A przynajmniej naszych rodziców. Epoka ta, co prawda, zamknęła się z hukiem przy dźwiękach "Winds of change" Scorpionsów, jednak w sercach wielu pozostała nostalgia. Stąd niebywały sukces filmu nad Renem. Niemcy tęsknią po części za czasami, kiedy można było kupić jeden rodzaj ogórków, a po części za własną młodością. A jak będzie u nas? Cóż, Polacy również mogą zatęsknić za młodością. Jednak dla nas kontrast pomiędzy tymi dwudziestoma z górą latami może okazać się zbyt mały. Możemy jeszcze zbyt dobrze pamiętać stan wojenny, transformacje ustrojowe, nie tak zresztą gwałtowne i drastyczne, jak w Niemczech - przynajmniej jeśli chodzi o rozliczenie się z przeszłością i politykami. Podejrzewam, że u nas "Good Bye, Lenin!" wpadnie w oko przede wszystkim młodzieży. Spodoba się młodym ludziom, którzy chcieliby walczyć, tak jak rodzice, ale nie mają ku temu sposobności, gdyż przyszło im żyć w czasach spokojnych. Czasach opanowanych przez demokrację, ale za to... nudnych? No właśnie... 8/10 Gregorius fishobne1@wp.pl |
|
|