|
spis treści | poprzednia strona | następna strona |
|
Film o sanitariuszach służby zdrowia? Tego jeszcze nie było! Pomysłowość ludzka nie zna granic! I wcale nie mam tego nikomu za złe. Dlaczego? Bo "Ciemna strona miasta" to kawał niezłego kina. O co chodzi? Zostaje przedstawiona nam historia samotnego mężczyzny w średnim wieku, pracującego jako samitariusz. Ostatnimi czasy nie za bardzo mu się powodzi. Każdy z jego pacjentów ginie. Podczas kolejnej akcji ratunkowej poznaje młodą i, jakby to większość recenzentów napisała, (ciekawe, czy dlatego, że muszą, czy dlatego, że chcą) śliczną dziewczynę. Od tej pory zaczyna się walka o życie ojca wyżej wymienionej (laseczki - zdaniem większości osób piszących recenzje). Co tu mówić dalej o fabule, kiedy trzeba coś powiedzieć o samym filmie. Zaliczyłem go do gatunku obyczajowców, choć z powodzeniem można powiedzieć, że mamy do czynienia z filmem psychologicznym. Fabuła nie jest strasznie wydziwiana i w sumie dobrze. Ale nie podziwiam tego filmu za fabułę, lecz pomysł. Brawa!!! Wreszcie ktoś wpadł na pomysł, aby zrobić film o czymś zupełnie innym, o czymś, czego nie spodziewaliby się widzowie. Taka tematyka kojarzy mi się z dwoma serialami: genialnym "M.A.S.H." i strasznie ciężkostrawnym "Ostrym dyżurem". Dzięki Bogu, film przypomina bardziej tę pierwszą produkcję. Tutaj taka poważna tematyka, umierają ludzie a reżyser robi sobie jaja?! No może trochę przesadziłem. Tych numerów wcale nie ma aż tak dużo, jednakże trochę dziwnie to wyglądało i miałem bardzo dziwne odczucia w trakcie oglądania tego filmu. Dobra, starczy, bo zaraz mi się z połowa czytających zrzyga z nudów (chyba jednak zamiast rzygania miało być inne słowo)! Z reguły filmy obyczajowe są piekielnie nudne (mówię o tych średniakach) i monotonne. Tutaj nie mam prawa czegoś takiego powiedzieć. Wszystko dzieje się bardzo szybko, płynnie, bez problemu orientujemy się w przebiegu akcji i nie zostajemy w tyle zastanawiając się nad sensem jakiejś wypowiedzi. Film niesie pewne przesłanie, uczy nas, pokazuje kawałek prawdziwego życia. Pozwala poszerzać własne horyzonty i mieć lepsze wyobrażenie na pewne tematy. Należy wspomnieć o bardzo dobrej grze aktorów, którzy doskonale pokazali ludzkie dramaty, emocje, wybory. Zresztą cały film oparty jest na ludzkich dramatach. Z drugiej jednak strony, ich gra nie była "realistyczna" aż do bólu. Można było jeszcze trochę wycisnąć w niektórych momentach. Nie żeby mi to aż tak strasznie przeszkadzało, ale... Film ogląda się z dużą przyjemnością i satysfakcją. Miały na to spory wpływ naprawdę dobre zdjęcia. Może nie jest to "Matrix", ale co tam. Muzyka schowała się na dalszy plan i w ogóle z trudem można ją ocenić. Nie przeszkadzała w oglądaniu, a to jest chyba najważniejsze. Tym razem skończę trochę nietypowo, bo cytatem: "Kłopot prasy polega na tym, że nic, co normalne, nie jest interesujące" Saul Bellow Tak też jest i w tym przypadku, a szkoda, bo film jest naprawdę dobry. Aż dziwi mnie, że w prasie przeszedł bez żadnego większego echa. Ocena ogólna: 8/10 PS. Nowy Jork nocą robi wrażenie (tylko czy to był Nowy Jork)! Tyt. oryg - "Bringing out the dead" Rok produkcji - 2001 Gatunek - obyczajowy Scenariusz - ??? Reżyseria - ??? Muzyka - ??? Obsada - Nicolas Cage, Patricia Arquette, John Goodman Adrian "Borgia" Kurowicki akurowic@zamoyski.edu.pl |
|
|