A. Ziemiański - "Zapach szkła"

Że Ziemiański pisać umie, tego udowadniać nie trzeba. Że umie pisać opowiadania, to wie każdy, kto zetknął się choć z jednym jego tekstem. W każdym razie ja zawsze czytałem jego krótkie formy z przyjemnością. Także i teraz, kiedy natknąłem się na "Zapach szkła" w Nowej Fantastyce, nie mogłem się powstrzymać przed rzuceniem się na jego nowy tekst. Rzucenie się - to dobre określenie, biorąc pod uwagę, że dystrybutor prasy przysyła mi do kiosku "aż" jeden egzemplarz "NF", musiałem się nań rzucić i bronić przed chętnymi do kupienia. Bronić własną, wątłą piersią. Nie obyło się bez ran, urazów i złamań (pogotowie zajeżdżało pod kiosk tyle razy, że i wesele w "Okolicy" by się nie powstydziło).
Opowiadanie – raczej minipowieść, czy nowelka; według długości osądzając – jeszcze parę lat temu, kiedy SF miała więcej fanów, pretendowałoby do miana kultowego. Choć i dziś już parę razy zdarzyło mi się słyszeć ludzi mówiących tekstami z "Zapachu...", z "oki-doki" na czele. Sama intryga godna mistrzów kryminału. Czyta się, co rzadkie ostatnio, z jedną myślą: co dalej? Rozpoczyna się zresztą według starej, sprawdzonej recepty – na początek wybuch bomby, a potem napięcie rośnie. Autor umiejętnie dozuje przekazywane nam informacje. Na tyle umiejętnie, że z zapartym tchem śledzimy akcję, by dowiedzieć się... Właśnie, o czym?...

pan_T.A.Rej