Koniec, epoki, koniec ery

Jakoś ostatnio nie trafiłem na nic, co by mnie mogło zainspirować do pisania. No, prawie nic. Rewelacyjny "Zapach Szkła" A. Ziemiańskiego. I równie dobra, choć może nie najnowsza "Apokalipsa według Pana Jana" Roberta J. Szmidta. Tylko tyle? Przy całym zalewie - by nie powiedzieć potopie – fantasy? No, może coś tam jeszcze było, ale przemknęło raczej niezauważone. Nawet w "Science Fiction" magia wypiera technikę, a miecz wygrywa z laserami. Przypadek, moda, czy może dowód na to, że SF się kończy? Bo takiej, jak była jeszcze parę lat temu, "twardej fantastyki" nikt już nie pisze. A w obydwu przypadkach – i u Szmidta i u Ziemiańskiego – akcja nie jest osadzona gdzieś w przestworzach, na obcych planetach, ale tu. I teraz. Albo w niedalekiej przyszłości (to się nazywa "fantastyka bliskiego zasięgu").
Wychodzi na to, że zaczyna działać era niejakiego Wodnika, czy innego Topielca. Kiedy to nie technika, a magia. Nie inżynierowie, a humaniści. Nie uczeni, a wszelkiej maści wiedzący – dojdą do głosu. Żegnaj więc opowiadanie, w którym człowiek zmaga się z wrogą naturą czy z uszkodzoną maszyną. Witaj literacki realizmie, w którym przeszkodą w dotarciu do celu jest zła (koniecznie czarna) magia. Gdzie walczy z orkami i goblinami. Już widzę te plakaty reklamujące filmy: "Gubernator IV – Bunt Magów"; "Magix V – Remagizacja".
W zasadzie to wszystko jedno. W czasach, gdy działanie większości maszyn – komputerów, telewizorów, czy zmywarki do naczyń niektórym kojarzy się z czarną magią (wkładasz brudne, czary-mary i wyjmujesz czyste), od techniki do magii jeden krok. Również w literaturze. Śmiało można pisać całą SF od nowa. Wymieńmy tylko, np. Fremenów na Elfy, a melanż uczyńmy substancją niezbędną do rzucania czarów. Nawet tytułu nie trzeba zmieniać. Ten stary jest równie dobry i tajemniczy, jak, nie przymierzając, "Klejnot w czaszce", czy inny majstersztyk tytułologii.
Sam podchodzę do otaczającej mnie rzeczywistości, jak do krainy rodem z powieści &Quot;magią i czarem" pisanej. Bo czyż to nie ekonomiczny czar (by nie napisać: cud), że kiedy nasz sąsiad w Niemczech za godzinę swojej pracy może kupić 40 (czterdzieści) piw (napój sam w sobie mocno magiczny), za tą samą godzinę – jeszcze cięższej pracy – my możemy poprosić w sklepie tych piw – sztuk cztery (o ile mamy szczęście tak dobrze zarabiać)?

pan_T.A.Rej