Za krowy nasze i wasze
czyli o przyczynach wojen


Niniejszym ostrzega się, że Autor tego tekstu to człowiek chory na umyśle, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i poszanowania dla bliźnich, z iście sadystycznymi skłonnościami do obrażania ich, psucia im humoru, doprowadzania do głębokich depresji i samobójstw.



Dużo się ostatnio pisze o wojnie. Zresztą co ja będę głupoty opowiadał - zawsze się pisało. A ja spokojnie tolerowałem tę pisaninę, gdyż sam nijak nie potrafiłem nic mądrego do tematu dorzucić. Inni pisali różnie - jedni ograniczali się do podawania suchych faktów, drudzy prowadzili mniej lub bardziej zaawansowane dyskusje nad moralnym tudzież historycznym aspektem danego konfliktu, trzeci - ta grupa zawsze najbardziej mnie irytowała - częstowali nas oklepanymi, "retorycznymi" pytaniami: dlaczego na świecie jest tyle zła, skąd w nas tyle agresji, dlaczego człowiek zabija człowieka, itp.

Jest takie powiedzenie, że gdzie nie wiadomo o co chodzi - tam chodzi o pieniądze. W przypadku wojen sprawdza się to świetnie. Ale tylko częściowo. No bo przecież zarabiają na niej tylko nieliczni, zaś jakie motywy kierują nami, szaraczkami, na codzień spokojnymi obywatelami swoich krajów, że gdy tylko surmy zagrają, chwytamy kosy, grabie i co tam mamy pod ręką, i huzia na wroga? Posłuszeństwo, poczucie obowiązku, patriotyzm, chęć zapewnienia bezpieczeństwa swoim ziomalom - to wszystko tylko slogany, w które nawet dzieci nie za bardzo wierzą.

Więc? Odpowiedź, choć w sumie powinna być ona oczywista, dostrzegłem dopiero zastanawiając się nad którymś tam z kolei zamachem bombowym na Bliskim Wschodzie. Widok, który oglądałem wtedy na ekranie (a może było to na zdjęciu w gazecie?) był zaiste uroczy: wielka czerwona kałuża, w środku kilka krwawych strzępów, które kiedyś były ludźmi, jakieś kawałki pourywanych kończyn, na pierwszym planie siedzi facet z urwaną nogą. Potem deklarację rodaków ofiar: będzie odwet! Zemsta! Zgnieciemy tych wypierdków! Zetrzemy z powierzchni ziemi! Dalej nie oglądałem (albo nie czytałem), reszty można się było łatwo i tak domyślić; pewnie jakiś podrzędny redaktorzyna zechciał zabłysnąć gadką w gatunku "ble ble ble, dokąd prowadzi ta nieustająca eskalacja przemocy?".

Kiedy mamy sytuację, że obywatele dwóch państw ni stąd ni zowąd obrzucają się wzajemnie oskarżeniami o najgorsze zbrodnie, włączając w to mordowanie nienarodzonych dzieci, demoralizację młodzieży i zarażanie krów wąglikiem - nietrudno odgadnąć, że prawda leży gdzieś pośrodku. Czy owi obywatele nie zdają sobie z tego sprawy? Aż tacy głupi to chyba nie są. No, chyba że oni wcale NIE CHCĄ sobie z tego zdawać sprawy...

Ano tak. Nie wszyscy niestety obywatele mają ochotę żyć tak, jak Pan Bóg nakazał i miłować bliźniego swego. Żeby go jeszcze zresztą tylko nie miłowali, to by było pół biedy. Ale taki bliźni z obcego kraju to przecież wyjątkowo wdzięczny obiekt, ażeby go uczynić głównym wrogiem ukochanej ojczyzny. Ta wyjątkowa wdzięczność obiektu polega oczywiście na tym, że jest on na tyle daleko, żeby nie mógł się obronić przed zarzucanymi mu paskudnymi czynami, a zarazem na tyle blisko, żeby te zarzuty nie wydały się komuś postronnemu absurdalne.

Jaka jest korzyść z przerzucenia odpowiedzialności za wszelkie klęski na Bogu ducha winnych (przynajmniej w kontekście tych zarzutów) obywateli innego kraju? Oczywiście niewielka. Nie zażegna się w ten sposób kryzysu gospodarczego, nie załata dziur w drogach ani stonki ziemniaczanej się nie wytępi. Ale też nikt nie produkuje obelg pod adresem sąsiadów dla doraźnych korzyści. Jest to gest rozpaczliwy, wyrażający bezradność i stanowiący dla niej rekompensatę. Zapewnia, jak się wydaje autorom obelg, uratowanie resztek honoru. W rzeczywistości z tym honorem jest akurat odwrotnie, ale to już mało kto dostrzega...

A więc prowadzimy wojny tylko i wyłącznie po to, żeby własne frustracje odreagować, żeby uczynić z obiektu agresji worek treningowy, żeby zamaskować przed sobą samym własne nieudacznictwo i wszystkie inne wady? Wygląda na to, że tak. W każdym razie inne wytłumaczenia jakoś się nie nasuwają, albo przynajmniej wydają się nierealne. Wystarczy przeanalizować hasła, którymi zdobywał sobie popularność Adolf Hitler, albo kilka dowolnie wybranych ataków terrorystycznych. Czy te wszystkie Al-Kaidy, IRA i Hamasy mają jakieś konkretne żądania, o które tak dzielnie walczą z przypadkowymi cywilami, kobietami i dziećmi? Oficjalnie tak, ale są to takie same żądania, jak budowa autostrady z Berlina do Gdańska w 1939r. Czyli stanowią błahy pretekst do urządzania masakr. Przecież przywódcy terrorystów nie są aż tak głupi, żeby sądzić, że zabiwszy dwieście osób wzbudzą w członkach rządu strach i skłonią ich do spełnienia tych żądań. Dobrze wiedzą, że agresja zrodzi jeszcze większą agresję. Ale potem przeciętny terrorysta-szeregowiec czuje się dumny, gdy heroiczne wyczyny ludzi z "jego" organizacji ogląda we wszystkich programach telewizyjnych. Im więcej niewinnych ofiar, im bardziej odgraża się rząd zaatakowanego państwa, tym lepiej - bardziej widowiskowe dzieło, dłużej i głośniej się o nim mówi w mediach.

A fenomen zamachowców-samobójców? Nie są oni, to już udowodniono, idiotami (wielu ma wyższe lub średnie wykształcenie) ani wariatami. Na podstawie tych dwóch faktów możemy dopowiedzieć sobie trzeci: nie wierzą w żadnego Allaha i niebo z setką dziewic, które czekają na "bohaterskich" terrorystów po śmierci tych ostatnich. Jeśli ktoś myśli, że w takim razie ludzie z dynamitem na piersiach są po prostu życiowymi frustratami, jest bardzo bliski prawdy. Gdy przed osobą nie posiadającą wyraźnego celu w życiu, pełną kompleksów i sceptycyzmu postawi się wizję dokonania czegoś wielkiego, czegoś co zatrzęsie Ziemią w posadach i o czym wszyscy będą plotkować jeszcze przez wiele dni, czy taka osoba oprze się pokusie, nawet jeśli to wszystko oznaczałoby koniec jej życia? Przynajmniej przez chwilę być na ustach wszystkich ludzi - takie pragnienie jest ukryte w każdym z nas i choć może niewielu zdecyduje się zrealizować to pragnienie w tak radykalny sposób, to jednak tych niewielu jest wystarczająco dużo, jak pokazują nam kolejne wiadomości w TV.

Natomiast wojny... Czym są one, jeśli nie jednym, wielkim zamachem terrorystycznym? Tutaj nie potrzeba już być wielkim nieudacznikiem i chodzącą górą kompleksów. Wystarczy jedna, głęboko w duszy schowana frustracja, której może nawet sobie człowiek nie uświadamia i już przy sprzyjających okolicznościach człowiek gotowy jest pędzić na szańce i wyładowywać bezsilność, nieważne na kim. Potem do głosu dochodzi odwieczny mechanizm, strach rodzi gniew, a gniew rodzi strach - błędne koło się zamyka. Żołnierze obu stron wiedząc, że ich szanse na przeżycie natarcia są nikłe, stają się dzikimi, krwiożerczymi bestiami. Znikają te ostatnie hamulce, które sprawiają, że w czasach pokoju terrorystów-samobójców jest raczej mało, a Lepper i spółka poprzestają na blokadach ulic i krzykach, zamiast dokonać w kraju generalnego przewrotu.

* * *


Nie jestem idealistą. Nie wierzę w ostateczne pokonanie zła. Ze złem jest w życiu mniej więcej tak, jak w grach komputerowych albo filmach typu Rambo: dobrzy bohaterowie pokonują wrednego bossa, ale wkrótce potem pojawia się następny, żeby było o czym zrobić następną część. Ale to nie musi oznaczać, że wojny będą trwały zawsze. Ja tam gorąco wierzę w to, że przyjdzie kiedyś taki dzień, jak w piosence Queen, "The Miracle" - że nastanie wieczny pokój. Na pewno nie wszyscy ludzie będą sobie nawzajem dobrze życzyli, ale skończą się chociaż bomby w dyskotekach, naloty dywanowe i obozy koncentracyjne. I to wcale nie jest wiara w cuda. Zauważmy: jeszcze jakiś tysiąc lat temu trudno było znaleźć państwo, które akurat nie prowadziło wojny z żadnym innym. Dziś na całym świecie nadal giną ludzie, ale to już tylko niewielki odsetek w stosunku do ogólnej liczby ludności. Dziś wojen nie toczy się o to, by zdobyć jak najwięcej terenu, łupów i ludzi w jasyr. Wojny toczą się tylko wokół państw w rodzaju niedawnego Iraku, którymi trzęsą wszechwładni tyrani. Może więc - kto wie? - za kolejny tysiąc lat wszyscy tyrani znikną, a państwa demokratyczne będą co najwyżej prowadziły ze sobą wojny ekonomiczne? Obym się nie mylił.


Pewien Gość
zlosliwiec@pf.pl



PS. Słuchałem "Brothers In Arms" (Dire Straits), "Kuiama" (Electric Light Orchestra). Jak to jest, że piosenki o wojnie są zawsze najpiękniejsze ze wszystkich? Być może każdy z nas podświadomie tęskni do wojny... W nieszkodliwej, wirtualnej formie.

26.12.2003