Zabawmy się w Pana Boga


Nie będzie to długa zabawa. Raptem dziesięć minut. Dokładnie tyle trwa przerwa.

Szkoła jak inne. Stoję w męskim wc. Za oknem chmury, zaraz będzie burza. Już pierwsze krople deszczu uderzają o parapet. Spadają w dół z wysokości, z brunatnych chmur. Niczym aniołowie, który podnieśli bunt przeciw Bogu. Mkną na spotkanie ziemi, zlewają się w kałuże, do których spadają następne krople. Tworzą się róże. Piękne. Kruche. Giną po ułamku sekundy zanurzając się w nieskończoności.

Zupełnie jak ludzie...

Dmucham w kierunku szyby, która momentalnie pokrywa się mgiełką. Początkowo lekką, jakby nieśmiałą. Niezdecydowaną. Jednakże po kilku sekundach nabiera siły. Przysłania świat białą zasłoną.

Pierwszego dnia Bóg stworzył ląd.

Rysuję kreskę. Jakże łatwo jest stworzyć ląd. Ot, malutka wyrwa w nicości. Nieśmiała kreseczka przecinająca mgłę. Ciekawe, jak to w rzeczywistości było? Kwantowa fluktuacja? Ekspandująca osobliwość? Biała dziura? Dobre sobie. Kilkanaście miliardów lat temu próżnia wydała na świat - świat właśnie. Kilkanaście lat temu przyszedłem na świat ja. Zostałem stworzony. I za moment ja także będę twórcą.

Potem Bóg stworzył człowieka.

Zaraz także stworzę człowieka. Kilka kwadracików, kółeczek. Niektórzy może będą się śmiać, że ani jednego trójkącika. Ale nie szkodzi. Kilka pociągnięć palcem po zaparowanej szybie. Człowiek jak się patrzy. Ledwie ogień rozpalił, a już w kosmos leci. Chce zdobywać, odkrywać, podbijać, kochać. Żyć. Odnaleźć tajemnicę wszechświata własnych pragnień, marzeń. Odkryć olbrzymi sekret. Nie wie jednak, że jest ograniczony.

Ramami okna.

Pisarz:
"Co ja tu do cholery robię?!
Po co patrzę na ekran rzeczywistości? Dlaczego nie ma nikogo innego? A może są?
Zapatrzeni we własne odbicia na powierzchni czasu? Więc ja także nie widzę...
Ale czy to upoważnia mnie do trwonienia czasu na życie?!
Pora skończyć to, czego nawet ja nie zacząłem..."


Następnie stworzył mu towarzyszkę.

Ja nie będę gorszy. Kilka dodatkowych kresek. Ledwie pociągnięcie, muśnięcie podatnego podłoża. Jeden gest, ruch przeprowadzony jakby od niechcenia. Jakże mało trzeba na uratowanie człowieka od upadku. Wyciągnięcie ręki, życzliwy uśmiech. Druga osoba. Jakże łatwo przekuć załamanie nerwowe w radość istnienia. Jakże prosto ułatwić życie. Kwestia możności. Kwestia wykorzystania potencjału. No właśnie...

Żona urzędnika:
"Jestem przy tobie. Teraz nic nie będzie takie samo.
Nie musisz się martwić. Nie możesz mnie zostawić.
Nie po to zostałam stworzona, żeby patrzeć na pustkę po twej osobie.
Razem damy radę. Nic nam nie przeszkodzi. Nawet on."


Człowiek zgrzeszył i Bóg postanowił go ukarać.

Jak on śmiał? Przecież go stworzyłem. Nie wystarczyła minuta, a moje misterne kreski pokryły się skazami. Nalotem. Brudem otoczenia. Nieskazitelne ciało mego dziecka objął chłód obojętności.

Bóg dał podobno ludziom drugą szansę. Zamknął wrota raju. Ale pozwolił żyć, cieszyć się wspólnym istnieniem. Pozwolił egzystować, wspierać się nawzajem. Popełnił błąd. Jeden, jedyny. I do dzisiaj go nie naprawił. Ja będę bardziej perfidny. Zaraz pewnie zadzwoni dzwonek. Wyjdę z ubikacji i zajmę się swymi sprawami. Szybko zapomnę o mym nieszczęsnym dziele. Jak zwykle, zresztą.

Ale wcześniej, jednym pociągnięciem ręki, unicestwię jego towarzyszkę...


Gregorius
fishbone1@wp.pl