Kościół, dżuma i my
czyli kolejny odcinek walki z coniedzielnym praniem mózgu


Niniejszym ostrzega się, że Autor tego tekstu to człowiek chory na umyśle, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i poszanowania dla bliźnich, z iście sadystycznymi skłonnościami do obrażania ich, psucia im humoru, doprowadzania do głębokich depresji i samobójstw.



Muszę z pewnym smutkiem stwierdzić, że piękna i pożyteczna dyscyplina sportowa na łamach Action Maga, jaką jest sztuka polemiki, umiera powoli. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie, takie wnioski mogę wyciągnąć na podstawie liczby polemik, które napisałem w tym roku (2003). Jedna, może dwie... Stąd pomysł, aby tym pięćdziesiątym siódmym moim tekstem dla AM była polemika właśnie, co ocaliłoby może te ostatnie resztki nadziei, że moja ulubiona zabawa zostanie kiedyś wskrzeszona. A polemizujemy z Jackiem Stojanowskim, słynnym samozwańczym sołtysem ciemnogrodzkim i jego tekstem sprzed mniej więcej dwóch numerów.

Najpierw, żeby uniknąć nieporozumień (i tak ich nie uniknę, ale przynajmniej będę miał czyste sumienie, że zrobiłem wszystko co w mojej mocy), ogłasza się co następuje: to nie jest żadna tam obrona satanistycznej biblii i wszystkiego, co z nią związane, biblia ta posłużyła mi tylko za tak zwany pretekst, kto nie skapował ten trąba. Ten tekst to tylko wredny, perfidny, bezczelny i nawet wtórny atak na kler.

Skoro już wszystko wiemy, do rzeczy. Najpierw Jackowe oskarżenia mojej skromnej osoby o propagowanie hedonizmu, czyli jedzenie, picie, lulek palenie, tańce, hulanki i swawole. Co w biblii satanistycznej na ten temat wypisują, to już zostawmy - zgodnie z powyższą obietnicą. Co natomiast rzeczywiście chciałem przekazać szerokim rzeszom czytelników, to smutny fakt, że Kościół chciałby dowolnie manipulować naszymi żywotami jak lalkami-pacynkami. I nie mówię tu tylko o zakazywaniu zabaw, ale o wszelkich zakazach i nakazach ogółem. Kościelne doktryny tylko jedno zdają się mieć na uwadze; żeby nas, zagubione owieczki, do mglistego celu prowadzić na możliwie krótkiej smyczy. Nie ma tu miejsca na jakieś własne rozumowanie, własne koncepcje wiary i w ogóle jakiekolwiek przejawy indywidualizmu. Dlatego zagrożenie związane z brakiem umiaru w hulankach wydaje mi się dużo, dużo mniej istotne niż to związane z traktowaniem nas jak stado baranów.

Od czasu swojego chrztu (przypomnień nigdy za wiele: wbrew mojej woli był ten chrzest) na kazaniach bywałem nawet całkiem sporo razy. Jak się okazuje, nawet demonowi przebywanie w świątynii niczym nie grozi, może prócz śmierci z nudów. Na ile rozumiem ideę wierzenia w cokolwiek, kazania te nie miały z tą ideą nic wspólnego. Monotonne były, nudne, bez polotu, coś jak ględzenie polityka. Zdarzały się przebłyski czegoś mądrzejszego, ale zaraz tonęły w kupie banałów i formalnych aż do bólu, ogranych sloganów. To świadczy o jednym: Kościół zdycha.

Następnie Jacek winszuje mi przenikliwości - domyśliłem się, że zarówno jego wiara jak i szczęście są tylko na pokaz i nie omieszkałem tego powiedzieć otwarcie. Trochę w tych gratulacjach było ironii, ale przyjmuję je i tak. Wątpliwości Jacka dotyczyły oczywiście faktu, że bez zadania sobie trudu ujrzenia "pacjenta" (czyli jego) na własne oczy wydałem na niego wyrok. Otóż nie trzeba być Freudem, żeby wiedzieć, że jeśli w dzisiejszych czasach ktoś wierzy w bóstwa, to wynikiem owczego pędu (i przejawy indywidualizmu np. w doborze słuchanej muzyki wcale tego nie wykluczają). Dawniej czyniono tak może jeszcze ze strachu przed ewentualnym gniewem niebios, ale z tym nauka już się rozprawiła. Skoro zaś ta jedyna w miarę logiczna podstawa do religijności zniknęła sobie w mroku dziejów, to mogę śmiało zakładać się o każde pieniądze, że pobożność każdej jednostki JEST udawana. No chyba, że do czynienia mamy z jednostką niemożebnie głupią. A tego w przypadku Jacka powiedzieć się nie da.

Na swoją obronę Jacek przytacza fakt, że na msze uczęszcza także "w tygodniu", co stanowić ma niepodważalny dowód, że to uczęszczanie nie wynika z obowiązku. Owszem, to nie obowiązek, to zwykła nadgorliwość. Ta zaś, jak mówią, gorsza jest od totalnego bumelanctwa. Nadgorliwi bywają zwykle obłudnikami, którzy uznają tę metodę za najlepszą do zamaskowania swego prawdziwego oblicza (jak się okazuje, słusznie uznają).

Dalej Jacek zapytuje ciekawie, co sądzę o cierpieniu niezawinionym i czy ono też może posłużyć uczeniu się na błędach. Oczywiście może. Jeśli ktoś z twojej rodziny powiesi się (proszę o wybaczenie niewyszukanego przykładu, ale mało mam ostatnio czasu na dopieszczanie tekstów), co stanowi (załóżmy) sytuację przez ciebie niezawinioną, wtedy zapewne zastanawiasz się, dlaczego też doszło do takiego niefajnego wydarzenia i od razu nasuwają ci się konkretne wnioski: może na przykład za mało poświęcałeś uwagi tej osobie? Zresztą to doprawdy nieważne, jakie pozytywne następstwa ma cierpienie. Ważne jest to, że jest ono niezbędnym elementem naszego życia, ale żeby robić z tego takie szopki, jakie się urządza w wierze chrześcijańskiej, to już co najmniej przegięcie. Dlatego właśnie proponowałem, żeby choć od czasu do czasu zapomnieć o sprawach niemiłych i kapkę się zrelaksować, a nie praktykować wiecznie ascezę i sztywniactwo, jak zaleca Kościół.

Twierdzi Jacek, że mówienie o Kościele jako o źródle wszelkiego zepsucia i rozpusty jest krzywdzące dla wielu księży, którzy odwalać mają kawał dobrej roboty, cokolwiek by przez to dobro rozumieć. I tutaj porada, cobyśmy się częściej wokół siebie rozglądali, w domyśle aby tych odwalających na własne oczy ujrzeć. Postanowiłem tak uczynić, co mi tam. Los chciał, że znalazłem się akurat przy mojej byłej parafii, sprzed przeprowadzki. Zacząłem się rozglądać najdokładniej, jak potrafiłem. Niestety, nic nie dane mi było zobaczyć prócz ponaddwumetrowego "płotka", z elektrycznie sterowaną bramą i systemem kamer (sic!). Co to? Średniowieczna forteca? Więzienie dla szczególnie groźnych przestępców? A może słynny mur chiński? Nie, to tylko "księża, rozkręcający bardzo dobre i potrzebne akcje" tak się odgradzają od swych owieczek.

Przystąpmy teraz do bardzo skrótowej analizy przesłania "Dżumy" Camusa. Zdaniem Jacka jest ona najlepszym dowodem przeciw postawie egoistycznej. Trudno o bardziej prymitywne rozumowanie. Lekarz leczy chorych zamiast uciekać z miasta - oto ma być chrześcijaństwa wielkie zwycięstwo nad egoizmem. A mnie naiwnemu się wydawało, że lekarz ma OBOWIĄZEK leczyć chorych, że to jego praca, że za to mu właśnie płacą i wreszcie, że lekarz również może być egoistą, także pomagając pacjentom, czemu nie. Natomiast ucieczka z zadżumionego miasta czymkolwiek by nie była, to na pewno nie egoizmem. Wręcz przeciwnie. Prawdziwy egoista kocha siebie zbyt mocno, żeby pozwolić sobie na luksus tchórzostwa. W każdym razie - mam pytanko do Jacka: czy naprawdę nie dostrzegasz analogii między tą ucieczką a nadstawianiem drugiego policzka? Mogę wytłumaczyć...

Tymczasem wróćmy do sytuacji, która skłoniła mnie do nawiązania do lektury. Starcie Dresiarz vs. Student. Jacek ma poważne wątpliwości co do szans tego drugiego. I prawdopodobnie słusznie. Ale cóż na to niepozorna książeczka, którą zajmowaliśmy się wyżej? Epidemia w Oranie była równie bezlitosna, co napompowany sterydowiec, a śmiercionośna bardziej, niż stu takich. Rieux przystępując do walki z nią nie miał żadnych widoków choćby na spowolnienie procesu szerzenia się choróbska i sam, jak Jacek trzeźwo zauważa, mógł się nim zarazić. Wszystko to święta prawda... Resztę pozostawiam waszym rozważaniom.

Skoro wszystko już sobie przemyśleliście, mamy tu kolejne wątpliwości Jacka do rozstrzygnięcia. W poprzednim moim tekście na satanistyczne (rzekomo) tematy wypowiedziałem się, że nasze własne refleksje są o niebo cenniejsze niż uczone wywody fachowców, na co Jacuś sarkastycznie, żebym książki swoje spalił i studia porzucił. Ma chłopak rację, knowledge is king, ale ja miałem na myśli tylko pisanie tekstów do AM, a nie życie w ogóle (chociaż studia faktycznie najlepiej sobie odpuścić, bo ogłupiają człowieka tylko, no i rozpijają). Natomiast z tekstami do AM jest taka sprawa: oczywiście, mógłbym przed napisaniem każdego arta obejść wszystkie pobliskie biblioteki, obłożyć się barykadą książek (lub czasopism), zapoznać się z tonami wyników badań naukowych i wysłuchać dziesiątek wykładów, a następnie napisać monumentalny, śmiertelnie poważny tekst, jako syntezę tych wszystkich mądrości. Pytanie za sto punktów: kto chciałby potem takie cuś czytać? Jeśli ktoś zdradza upodobania masochistyczno-nekrofilskie, i ślęczenie nad prawdawnymi dziełami naukowymi jest dla niego najlepszą formą relaksu, to (a może się mylę?) chyba ma jakieś inne lektury, niż Action Mag.

Bardzo mnie cieszy, że Jacek jednak widzi różnicę między bezinteresowną pomocą a przyzwoleniem na wykorzystywanie swojej osoby. Niestety, ustąpienie miejsca w autobusie starszej osobie nie jest żadną tam bezinteresowną pomocą, to tylko drobny element kultury osobistej. Takim elementem jest również pomoc mamie w drobnych pracach domowych. A wolontariat w postaci opieki nad staruszkami to akurat jawny masochizm. Jak wiadomo, sprawowanie takiej opieki należy do skrajnie irytujących zajęć i każdy chyba uznaje to za iście piekielną udrękę. Dlaczego zatem zdarza nam się podejmować takie wyzwania? Większość z nas nie jest jednak zboczona i nie znajduje przyjemności w samoumartwianiu się. Otóż przyjęło się, że pomaganie rozmaitym grzybkom marynowanym to czyn wzniosły, szlachetny i zapewniający miejsce w Niebie. Zgłaszając się na wolontariusza nie myślimy jednak o osobie, której mamy pomagać - myślimy o tym, co będą o nas mówić inni; jacy to z nas bohaterscy aniołkowie. I vice versa, jeśli prośbę o taką pomoc odrzucimy, wymawiając się bardziej lub mniej otwarcie brakiem czasu lub chęci, musimy się liczyć z przylepieniem nam etykietki plugawego egoisty, nędznej kreatury nie widzącej świata poza swoim własnym zadkiem. Ku mojemu nieopisanemu smutkowi postrzeganie większości ludzi ogranicza się właśnie do takich etykietek...

Jacek odkrył, że próba wyładowania agresji prowadzi do jeszcze większej agresji. A także, iż gniew jest zjawiskiem przejściowym i trwa tylko chwilę. Pogratulować bystrości... Rzecz nie w tym, ile on trwa, tylko czy służy szatanowi, jak chce Jacek, czy też może stanowi naturalny ludzki odruch, a zatem spełnia pozytywną rolę, choć może sobie tego nie uświadamiamy. Ale dość moich własnych argumentów, które mego "przeciwnika" i tak nie przekonują, skorzystajmy ze środków, które traktuję jako ostateczność, czyli zacytujmy znanego psychologa. Zowie się on Alan Loy McGinnis, a książka, której fragment zaraz przeczytacie - "Sztuka przyjaźni":

"Istnieje taki typ człowieka, którym często zajmujemy się w klinikach psychiatrycznych. Na pewno go znasz, ponieważ jest on wszędzie. Może nawet być członkiem twojej rodziny. Mam na myśli "miłego faceta". Dużo się uśmiecha, jest wesoły w stosunku do każdego, nigdy się nie złości ani nie kłóci, wszystkim wydaje się, że jest powszechnie lubiany i można by myśleć, że ma przynajmniej kilkoro prawdziwych przyjaciół. Jednak w rzeczywistości tego typu osoby są skłonne do rozwijania w sobie mnóstwa problemów natury psychologicznej"

I dalej, najczęstsze efekty tychże problemów:

"Nigdy nie odbiera się go jako otwartego. Ludzie zawsze, chronicznie wręcz weseli są "podejrzani". (...) Taki człowiek jest nieciekawy. Miło jest, gdy ma się go obok siebie raz czy dwa, ale na dłuższą metę wolimy zazwyczaj ludzi z pasjami. (...) Jeśli nie potrafi okazać złości, nie potrafi też okazać miłości, nie pozwala mu na to jego ścisła kontrola własnych emocji. (...) Bezwiednie zatruwa swoje stosunki z innymi bierną wrogością. Psychologowie na ogół nie zgadzają się ze sobą w wielu kwestiach, ale wskazują nieprawdopodobną zbieżność poglądów co do tego, że nie istnieje ktoś taki, kto się nigdy nie denerwuje; istnieją tylko tacy, którzy tłumią złość"

To wszystko z książki, gdzie na każdej stronie cytuje się Pismo Święte. A jeśli już przy Piśmie jesteśmy, autor powyższych słów zauważa, że zarówno Jezus, jak i sam Bóg nie stronili od gniewu (pamiętacie taką scenę, jak Jezus wkurza się na kupców, którzy handlują w świątynii?). Co więcej, słowo "gniew" występuje aż 450 razy (więcej, niż "miłość"), z czego w 375 przypadkach chodzi o gniew Boga (komuś się bardzo nudziło i sobie policzył). No a jeśli doskonały Bóg czasami wpada w złość, to złość nie stanowi nawet najmniejszej niedoskonałości. Warto o tym wiedzieć, jeśli już przystępuje się do polemiki z Jego imieniem na ustach. Widocznie wbrew utartym pozorom chrześcijaństwo nie ma nic wspólnego z byciem potulnym jak baranek. Nie ma tak łatwo.

I jeszcze kwestia zazdrości na koniec. Na okazję bierzmowania wszyscy młodzi ludzie, chrześcijanie wbrew własnej woli, muszą naumieć się między innymi takiego wierszyka składającego się z siedmiu wersów, a noszącego tytuł (prawie że dłuższy od samego wierszyka) "Siedem grzechów głównych". Ile można z tych siedmiu wersów i tytułu wywnioskować na temat zazdrości, to fakt, że zazdrość jest grzechem głównym. Nie uczą się już natomiast nasze dzieciątka o tym, co konkretnie jest złego w owej zazdrości. Nie uczą się tego, że nie sama zazdrość jest zła, lecz w połączeniu z psychiczną słabością, z kompleksami, z głupotą - wtedy dopiero może namieszać. Kontakty przyjacielskie i związki małżeńskie rozpadają się nie przez zazdrość, jak sugeruje Jacek, lecz przez to, że ci przyjaciele i małżonkowie nie potrafią sobie z własnymi emocjami poradzić. A tej słabości nie pokonamy przez umieszczenie zazdrości na czarnej liście.

"Zazdrości całkowicie nie pozbędziemy, więc chyba lepiej ją polubić? Złodziei też nigdy się nie pozbędziemy więc może też warto ich polubić, co?" - ironizuje Jacek. A już bliski byłem przekonania, że mam do czynienia z człowiekiem dorosłym... Złodziejstwo to patologia, bierze się najczęściej z biedy. Gdyby wszyscy mieli po równo, toby nikt nie kradł. Ale nawet gdyby mieli po równo, byliby jednak dalej zazdrośni. Bo sąsiad ma czerwonego mercedesa, a ja mam tylko białego. A działo by się tak dlatego, że zazdrość wynika z ludzkiej natury, a nie sytuacji materialnej. I podobnie jak wszystko, co mamy we krwi, zazdrość pierwotnie służyła dobrym celom. Miała stanowić czynnik motywujący nas do ciągłego polepszania swej sytuacji. Po części pozostało tak do dzisiaj; czy ktoś potrafi mi odpowiedzieć, jaki czynnik popychałby człowieka ubogiego do starań o zamianę swej wegetacji na godne życie, gdyby zabrakło zazdrości? Nie ma drugiego takiego czynnika, i gdyby zazdrość nie istniała, człowiek taki grzebałby się w bagnie do końca życia.

Jacek podkreśla treść swojego arta wzmianką o chrześcijańskich zasadach, którymi warto się w życiu kierować. Tego nie zaneguję, choć może się to niektórym wydać dziwne. Nie jestem jednym z tych człowieczków, na których można bez zastanowienia przypiąć etykietkę z napisem "chrześcijanin" (albo "satanista"). Rozważam faktyczne zasady, a nie pospolite slogany. I twierdzę, że być może Biblia jest największym dziełem literackim wszech czasów i skarbnicą mądrości. Jeśli jednak jest tak w rzeczywistości, to ową skarbnicą mądrości jest oryginał, napisany przez samego Boga rękami proroków (albo jakiegoś wyjątkowo inteligentnego śmiertelnika). Ale na pewno nie jej wypaczona wersja, którą wtłaczają nam na kazaniach i lekcjach religii.

Pewien Gość
zlosliwiec@pf.pl



23.12.2003