Idąc przez miasto...


Nawet nie myślałem, że dzisiaj będę miał okazję pojechać do centrum. Siedziałem sobie w pokoju, czytałem książkę. Wiatr za oknem przeganiał nieśmiałe jakby tej zimy płatki śniegu poza zasięg latarni, gdzie ginęły w ramionach mroku... Kolejny wieczór, typowy dla okresu przedświątecznego.
Na dole nawet się nie pokazywałem, bo musiałbym zaraz coś robić - wiadomo, jutro wigilia. A leń jestem nieziemski, trzeba Wam wiedzieć. Nie chciałem słyszeć o niczym innym, jak o zanurzeniu się w lekturę...

Nawet się wtedy nie domyślałem, że za pół godziny będę włóczył się bez wyraźnego celu po przemyskim rynku...

Powód był prozaiczny - jak się wydawało, wysiadły startery w jarzeniówce w kuchni. Chcąc nie chcąc, zarzuciłem na ramiona płaszcz i ruszyłem w kierunku przystanku MZK. Śnieg, widać, miał inne plany niż zaskakiwanie drogowców, toteż droga nie była trudna. Ba, nawet nie było lodu. Zresztą - nawet jakby padało, to nic. Lubię taką pogodę. Deszcz, śnieg. Słońce także. Najgorsza jest bezpłciowa, niezdecydowana aura...

Przemyskie autobusy mają to do siebie, że są czerwone. I nie myślę tu o kolorze - tak blachy, jak i obić siedzeń. To też, ale rozchodzi się głównie o to, że w dużej mierze pamiętają co najmniej stan wojenny.
Kolejna niespodzianka. Od nowego roku dla młodzieży ponadgimnazjalnej nie są przewidziane bilety ulgowe - poza miesięcznymi. Zdzierają kasę jak mogą. Tak czy inaczej - skończy się wymazywanie biletów poczciwą gumką myszką. Ale nie szkodzi, póki co jadę po startery.

Naszym kochanym władzom mam wiele do zarzucenia - tym bardziej, że ja ich nie wybierałem. Jednak, jak by nie patrzeć, miasto potrafią wystroić. Wszędzie wesoło migoczące lampki, gałązki jodły. Co prawda sztuczne, bo żywych wieszać nie przystoi.
Ludzie ostatnio pomstują na komercję, odarcie świąt z magii. Co rusz, pojawiają się skargi, złorzeczenia, akty rozpaczy. Patrzeć tylko jakiej klepsydry. Cokolwiek pozbawionej sensu. Bo Polak nie jest Polakiem, jak sobie nie ponarzeka. A skoro są święta, to czemu im przepuścić? Mamy więc bukiety ociekających frustracją listów w brukowcach. Mamy sfrustrowanych ludzi na ulicach, w domach. Ot, rodacy.
Szkoda mi tych ludzi. Tak krzyczą, że aż nie zauważają, iż święta ich po prostu ominą. Gdzieś pomiędzy kolacją, pasterką a pożegnaniem rodziny (uff!) może coś im rozbłyśnie. Najczęściej jednak będzie to pełne radości i skrywane wstydliwie na dnie serca słowo. Wyraz ulgi, oczyszczające - "nareszcie!".
Ja się jeszcze twardo opieram Bo, jak już mówiłem, jestem... leniem. I muszę iść po nieszczęsne startery.

Nawet Dworzec PKP przystroili... Trochę jest zaniedbany, ale jak staniesz przy wejściu i popatrzysz przez oszklone drzwi na pierwszy, zabytkowy już peron, to poczujesz się jak w Austrii. Naprawdę. Sam nie wiem dlaczego. Może dlatego, że rzeczony dworzec postawili Austriacy jeszcze w czasach zaborów? Kto wie...

Kilka kroków w kierunku ulicy Dworskiego i jestem. Na szczęście jeszcze nie zamknęli. Niecałe trzy złote lżejszy, ale ze starterami w kieszeni idę dalej. Już w pół do szóstej minęło. Pamiętam dokładnie, gdyż popatrzyłem wówczas na wieżę zegarową. Kapitalny widok się z niej rozpościera. Gdyby ktoś był w Przemyślu, musi wstąpić. Koniecznie w lecie - wtedy jest najładniej a i taras jest otwarty. Na zimę zamykają.
Światełka w oknach świecą, jednak drzwi zamknięte. Szkoda, dawno w środku byłem. A jest co oglądać. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że Przemyśl był (i jest) słynny z produkcji dzwonów oraz fajek. Otwarto więc muzeum. Znajduje się ono w tejże właśnie wieży i przyznaję, ekspozycja robi wrażenie. Fajki nowe, stare, z całego świata - austriackie, niemieckie, indiańskie. Podobnie ma się sprawa z dzwonami. Tylko oglądać.

Nic to, idę dalej. Stylowe latarnie - skutek ostatnich remontów - oświetlają drogę. Jeszcze kilkaset metrów i... rynek. Niby zwyczajny, a jednak perła w koronie lokalnego patriotyzmu. Gdy spotkasz, Czytelniku, obywatela nadsańskiej twierdzy z I wojny światowej, zagadnij go na temat rynku. Usłyszysz kawał historii. Może kiedyś i ode mnie coś usłyszysz...
Na święta rynek nabiera blasku. Rosnące na nim drzewa zdobią się migotliwymi światełkami. Pojawia się choinka, szopka. A gdy jest śnieg, można zobaczyć dzieciaki... zjeżdżające na sankach. Tak! Przemyski rynek jest pochyły.

Spacer, szczególnie w okresie świątecznym, tak jak dzisiaj, jest czymś cudownym. Czuć w powietrzu jakąś nieuchwytną nutę. Smak świąt. Gdzieś niedaleko na akordeonie ktoś gra kolędę. Miło. Dla takich ludzi zawsze znajdzie się kilka groszy. Nie widziałem jeszcze tylko w tym roku pana, który grał przez ostatnie dwa lata na flecie pastorałki. Może robi co innego? Pamiętam, gdy pierwszy raz go zobaczyłem. Co prawda, był ciepło ubrany. Jednak dłonie... Miał rękawiczki z powycinanymi palcami. I grał. Co jakiś czas robił sobie tylko przerwę na rozgrzanie skostniałych knykci.

W końcu coś się dzieje na rynku. Krakowska Kongregacja Kupiecka dotarła do Przemyśla. Mijam ich stragany. "Oddział Przemyśl". Klimatycznie, galicyjsko. A ludzie pomstują, że marketing zabija ducha świąt. Jeśli można go zabić, to tylko w sercu. Nie są winne temu żadne promocje, przedwczesne wystawy. Wystarczy się przy nich uśmiechnąć, czasem kpiąco, czasem kwaśno i iść dalej. Święta sobie poradzą.
Wiatr zimnymi podmuchami przypomina, że jednak jest zima. Mimo wszystko. Skręcam w kierunku "rybiego placu". Zastanawiacie się pewno, skąd ta nazwa? Nietrudno zgadnąć. Dużo karpii w tym roku. Chyba jeszcze więcej niż w tamtym roku. Pewno na każdy stół wystarczy, o ile ludzie będą mieli pieniądze... Kiedyś kupię takiego i wypuszczę z okazji świąt. Nie żebym się naoglądał reklam telefonów komórkowych. Już dawno wpadłem na ten pomysł... Na długo przed POPowymi specami od marketingu.

Jagiellońska, nieco dalej most na Sanie. Wiąże się z nim nieco gorzka historia. Dokładnie rzecz ujmując - z jego poprzednikiem. W czasie wojny, gdy jeden brzeg był niemiecki, a drugi radziecki, można było na nim zobaczyć Żydów. Przeprowadzali się w pośpiechu, z obydwu stron, na przeciwne. Podobno z powątpiewaniem kręcili głowami patrząc na tych idących z naprzeciwka. Cóż, z deszczu pod rynnę. Wszyscy się mylili...
Dzisiaj w tym miejscu świecą światełka. Symbol komercji, dla jednych. A dla innych? Nadzieja na lepsze jutro. Nadzieja na brak takich... pomyłek.

Nadjeżdża "dwudziestka". Dwa kroki. Z łoskotem zamykają się drzwi wysłużonego autobusu. Twarze ludzi... Zamyślone, zabiegane. Ale inne niż zwykle. Gdzieś tam, w głębi serca pewno tkwi zadra dziecinnej naiwności. W końcu jutro Wigilia...

Wiecie co? Mimo wszystko lubię Przemyśl. Lubię tutejszy klimat. Szczególnie na święta...


Gregorius
fishbone1@wp.pl


PS. A startery to były dobre... po prostu jarzeniówka się chyba wypaliła :).