Ego-teoria
czyli nie rób drugiemu, co tobie miłe


Niniejszym ostrzega się, że Autor tego tekstu to człowiek chory na umyśle, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i poszanowania dla bliźnich, z iście sadystycznymi skłonnościami do obrażania ich, psucia im humoru, doprowadzania do głębokich depresji i samobójstw.



Zarzucono mi pewnego dnia pięknego egoizm. Czyż to nie szczyt dowcipu? - mam na myśli użycie wzmiankowanej cechy w charakterze zarzutu. Egoizm - to myślenie przede wszystkim o sobie, w drugiej zaś dopiero kolejności o ewentualnych bliźnich. Według tej definicji - a nie zgodzić się z nią nie sposób - egoistami jesteśmy wszyscy, a egoizm jest postawą zdrową, normalną i całkowicie prawidłową. Ale po kolei.

CZY JESTEŚ SZCZĘŚLIWY?

Dane statystyczne mówią same za siebie: większość ludzi nie uważa się za szczęśliwych. Jeśli mam być szczery, to nie orientuję się, jak z tym u innych narodów, ale na przykład Polacy są bez wyjątku ludźmi niespełnionymi, pokrzywdzonymi przez los i opuszczonymi przez bogów. Tak o sobie myślą i tak wypowiadają się w badaniach opinii publicznej. Dlaczego?

Nie pamiętam, czy we wspomnianych badaniach pytano Polaków, co uznają za niezbędny warunek szczęścia. Być może gdyby tak się stało, niektórzy zorientowaliby się, że tak na dobrą sprawę to jednak szczęśliwi są. Albo przynajmniej - że mają szczęście w zasięgu ręki. Niestety, większość z nich jest święcie przekonana, że o tym całym osławionym szczęściu mogą decydować wyłącznie jakieś siły wyższe, od nich absolutnie niezależne, i że od urodzenia siły te uwzięły się na nich, celowo oddalając od nich wszelką pomyślność. Z takim podejściem do życia najlepiej jest od razu zacząć się powoli czołgać w stronę cmentarza.

Do czego zmierzam? Jeśli jakiś ludź zacznie rozumować w powyższy sposób, to faktycznie uzależni swoje szczęście od innych. Będzie zawsze miał za pazuchą gotową wymówkę, dlaczego nie realizuje swych marzeń. Nie realizuje ich, ponieważ: jest duże bezrobocie i nie można mieć takiej pracy, jak by się chciało; szef go nie docenia i nie chce mu dać awansu; musi ciężko pracować na utrzymanie swej rodziny i nie ma już czasu dla siebie, et cetera, et cetera. Wymówki te, chociaż zazwyczaj dobre (tj. nie da się im zaprzeczyć), są jednak zawsze tylko wymówkami. Samo usprawiedliwianie swego lenistwa i braku ambicji nikogo jeszcze szczęśliwym nie uczyniło, a przynajmniej takie głoszą wieści. Bo niektórzy zdają się wręcz czerpać jakąś masochistyczną przyjemność z rozpowiadania wszystkim naokoło, jacy to oni są poszkodowani przez los i jak to wszystko sprzysięga się przeciwko nim.

PRZEJMIJ STERY

W dzisiejszym świecie sztuka survivalu ogranicza się właściwie do jednej, aczkolwiek niezwykle istotnej umiejętności: obarczania innych odpowiedzialnością za wszelkie swoje niepowodzenia. Kierowania się takimi "zasadami" nie chce mi się już nawet komentować. Niech więc wystarczy, że jest to dla mnie apogeum wieśniactwa i ograniczonych horyzontów. Oczywiście, nawet ślepej kurze może się trafić jakieś ziarno, toteż są chwile, gdy się podobna postawa wydaje całkiem słuszną. Są to te krótkie i ulotne chwile, gdy obserwujemy jakiegoś fuksiarza, co to zwalając winę na kolegów a sobie przypisując tylko sukcesy zdołał, jak to się szumnie określa, daleko zajść. Jednak wierzcie mi, nie opłaca się taplać w takim błocie tylko po to, żeby dorwać przypadkiem jakieś nędzne ziarenko.

BĘDZIESZ CZARNĄ OWCĄ

W powszechnym mniemaniu człowiek nie ma prawa myśleć o sobie. Jeśli jest mężczyzną, powinien od rana do nocy ciężko pracować, aby zapewnić rodzinie godziwy byt. Jeśli jest kobietą, musi prać, sprzątać, gotować, niańczyć dzieci, a i to wszystko może w dzisiejszych czasach zostać nazwane obijaniem się, gdyż mamy to nasze cudowne równouprawnienie i kobieta również powinna robić karierę zawodową. Jeśli człowiek, niezależnie od płci, w jakiś sposób nie spełnia powyższych oczekiwań, czyli nie zaharowuje się na śmierć dla dobra swojej rodziny, otrzymuje miano lenia, nieudacznika i przede wszystkim - egoisty. I nie ma tu znaczenia, że rodzina wcale nie przymiera głodem i nawet stać ją nawet na drobne przyjemności - kto śmie poświęcać wolny czas tylko sobie, ten jest wredna kanalia, ot co! - takie jest rozumowanie wielu ludzi.

W podobnej sytuacji osoba, która zdecyduje się na zignorowanie stereotypów i zacznie przede wszystkim realizować swoje własne marzenia, musi się liczyć z napiętnowaniem ze strony innych - ze strony tych wszystkich "życzliwych", którzy pozornie tak się troszczą o los jego rodziny. Będzie od tej pory bezustannie słyszeć za plecami szyderstwa i sarkastyczne komentarze, będzie wytykana palcami i na wszystkie możliwe sposoby dyskryminowana.

ALE NIE MOŻESZ BYĆ NICZYM INNYM

Gdyby dobrze się zastanowić, to wszystkie nasze działania wynikają z naszego egoizmu i wszystkie służą do zaspokojenia naszych potrzeb. Nie istnieje nic, co wykonywalibyśmy "dla innych". Nawet gdy pomagasz bliźniemu swemu, paradoksalnie robisz to tylko i wyłącznie dla siebie. Być może spodziewasz się, że bliźni kiedyś ci się odwdzięczy. Być może chcesz zyskać w ten sposób czyjeś uznanie albo zaspokoić własną próżność przez napawanie się byciem wielkim dobroczyńcą. A może po prostu chcesz uspokoić swoje sumienie.

Robienie czegokolwiek "dla kogoś" jest pojęciem abstrakcyjnym. W przyrodzie taka postawa nie występuje. Nie może zresztą występować, gdyż nie ma dla niej logicznego uzasadnienia. Nie istnieje najmniejszy powód, dla którego powinniśmy bezinteresownie zaspokajać czyjeś potrzeby. Jeśli to czynimy, to spodziewamy się jakiejś korzyści lub jesteśmy do tego zmuszani. Bezinteresowność jest pozbawiona sensu.

Przeciwnicy tego toku myślowego spytają zapewne (i zazwyczaj pytają, co jest w takim samym stopniu mądre, jak oryginalne): "jak wyglądałby świat, gdyby każdy miał na względzie tylko własny tyłek?". Próżnia wewnątrzczaszkowa, jakiej potrzeba do wyprodukowania równie idiotycznej frazy, jest doprawdy imponująca. Gdyby bowiem próżnię tę zakłócała najmniejsza choćby szara komórka, dumny jej posiadacz mógłby sobie z łatwością wyobrazić bardziej lub mniej skomplikowaną sieć ludzkich zależności bez oglądania się na to, czy owa ludzkość to egoiści czy nie. Ludź potrzebuje drugiego ludzia również wtedy, gdy jest egoistą. Przynależność do tej sieci nie wyklucza bynajmniej tego, że najpierw myśli się o własnej pupie (purytanie i dewotki mogą sobie tu wstawić dowolną inną część ciała, jeśli ta przypadkiem im przeszkadza), niż o pupach bliźnich.

Zaraz, zaraz, ale przecież istnieje coś takiego, jak miłość? Piękne, wzniosłe i oczywiście całkowicie bezinteresowne uczucie. Tyle napisano o nim poematów, pieśni, tragedii, hymnów i innych tworów, czyż to wszystko miałoby miejsce, gdyby miłość nie istaniała? Zapewne by nie miało. Ale daje do myślenia fakt, że lwią część tych hymnów i tych poematów stworzono w epoce romantyzmu (marzyciele-idealiści, czyli nieudacznicy) lub baroku (powierzchowność, przerost formy nad treścią), oraz że dokładnie taką koncepcję miłości wykorzystują wszelkie tasiemcowe telenowele, piosenki discopolowe oraz czytadła spod znaku Harlequin. Otóż miłość z pewnością istnieje, aczkolwiek doskonale daje się ona pogodzić z egoizmem; powiem więcej - jest to nawet skrajnie egoistyczne zjawisko. Wynika z egoizmu, opiera się na egoizmie i dąży do egoizmu.

Spodziewam się, że takie stwierdzenie jest kosmiczną herezją dla zwolenników tradycyjnego postrzegania miłości, ba, że o wymyślenie go wzmiankowani zwolennicy nie oskarżyliby nawet najbardziej stukniętego psychopaty. Reakcję taką wykształciły nam wydumane romantyczne wierszydła, radośnie głupie piosenki, które aż ociekają rozmaitymi "love", kretyńskie święto walentynek i tym podobne wymysły. Karmieni przez setki lat tymi bezsensownymi bzdurami zdążyliśmy definitywnie zapomnieć, czym naprawdę jest ta cała osławiona miłość i jakim celom służy. A służy chociażby zabiciu samotności, potrzeby bycia docenianym, potrzeby bycia potrzebnym. Czyli ogólnie mówiąc, zaspokojeniu pewnych potrzeb (wyższych czy niższych, to już nieistotne). Żaden - podkreślam, żaden - element tego, co nazywamy miłością nie wynika z jakichkolwiek innych pobudek, niż właśnie owe NASZE potrzeby. Wszystko, co robimy dla ukochanej osoby, robimy mając w perspektywie jakieś korzyści. Nie robi przy tym żadnej różnicy, czy chcemy w ten sposób wymusić jakieś konkretne korzyści, czy powiększamy po prostu maksymalną stawkę kredytu, który kiedyś tam w przyszłości zechcemy u kochanej osoby wykorzystać. W tym miejscu miłość różni się od umowy, zawieranej np. między dwiema firmami, gdzie wszystko jest dokładnie powiedziane, co i za ile. Ale na tym lista poważniejszych różnic się kończy...

Czy tak "materialistyczny" światopogląd jest prymitywny? Być może. Ale lepszy jest prymitywizm, niż bujanie duszą w obłokach, podczas gdy ciało konsumują robaki. W "romantycznym" spojrzeniu na świat jest tyleż nieskażonej jakąkolwiek racjonalnością bzdury, co na przykład w ideologii schyłkowego komunizmu. Gdy zamiast myśleć o tym, jak by tu uczynić życie człowieka znośniejszym, dochodzi się do wniosku, że żyć warto tylko dla Partii, pracować tylko dla Partii i rodzić dzieci tylko dla Partii, wtedy wykracza się właśnie poza granice rozsądku, a wkracza na planetę absurdu. Tak samo jest z życiem "tylko" dla miłości.

NIE TAKIE TO STRASZNE, JAK MALUJĄ

Kiedyś pewna osoba powiedziała mi, że lepiej zrobić sobie kuku, niż wieść smutny żywot w świecie, w którym jedyną regułą jest dbanie o własne "ja", gdzie nie ma prawdziwej miłości, bezinteresowności, poświęcenia itp. I bodaj czy nie ta sama osoba stwierdziła, że woli jednak żyć wierząc w tego rodzaju zjawiska, nawet jeśli byłaby to tylko wiara w iluzję. Strzał w dziesiątkę, moim skromnym zdaniem. Nic nie stoi na przeszkodzie, by wmawiać sobie to wszystko. Jeśli ktoś nie potrafi inaczej, proszę bardzo. W różowych okularach nie tylko świat wydaje się piękniejszy, ale przy okazji niektórym jest w nich całkiem do twarzy. Dlatego od czasu do czasu warto je zakładać. Ale różowe okulary wykluczają egoistyczne podejście do życia?

Niekoniecznie. Otóż można przyjąć taką koncepcję np. miłości, jaką tutaj przedstawiłem i jednocześnie odgrywać przedstawienie rodem z "Romea i Julii". Czemu nie. Ostatecznie podczas np. całowania się i tym podobnych magicznych obrzędów nawet najbardziej twardo stąpający po ziemi egoista nie będzie myślał o systemie korzyści i kosztów. Co nie znaczy, że w ogóle nie warto sobie zdawać sprawy z istnienia tego systemu i ze szczegółów jego funkcjonowania. Inaczej czym niby różnilibyśmy się od zwierzątek, które bądź co bądź w pojmowaniu miłości są najbardziej spontaniczne i nie zwykły wnikać w tak zwaną istotę rzeczy? Jeżeli niebiosa obdarzyły nas zdolnością do odczuwania, to rzecz jasna powinniśmy z niej korzystać, ale jeśli do tego zaopatrzono nas w rozum, to, ku chwale tychże niebios, korzystajmy również i z niego od czasu do czasu!

No i to by było tyle, jeśli chodzi o ten okropny egoizm. Bardziej przekonywująco już nie potrafię, chyba że miałbym rozłożyć moją teorię na czynniki pierwsze i w takiej formie serwować ją czytelnikom. Ale ostatecznie to nie jest przedszkole, a ja nie mam na celu wtłaczania komukolwiek w głowę moich prawd objawionych. Zatem poprzestaję na tym tekście i takiej właśnie formie, a jeśli ktoś nie może spać z powodu wątpliwości - możemy je szybko rozwiać w sposób ogólnie znany i lubiany, czyli drogą poczty elektronicznej i niekończących się dyskusji...

Pewien Gość
zlosliwiec@pf.pl



PS. Lektura obowiązkowa: Josef Kirschner - "Jak być egoistą" 26.12.2003