Gęba

Nie ma mnie. Nie istnieję. Rozpraszam się w dziesiątkach osobowości.

Rano - uczelnia, ludzie z grupy traktują mnie z sympatią, ja-dowcipne, ja-wyluzowane. Potem - tramwaj, zwyczajowa atmosfera wrogości, ja-zamknięte w skorupie, ja-najeżone kolcami. Wieczorem - piwo w barze, naokoło ludzie, których lubię i którzy lubią mnie, żartuję, wygłupiam się, ja-otwarte, ja-pocieszne, ja-święty Mikołaj. Noc - lekki szum w głowie, "W czarnej urnie" budzi we mnie uczucia, których tak bardzo nienawidzę; znów za dużo myślę, a za mało czuję; po raz kolejny poczucie winy, wyrzuty sumienia i niechęć do samego siebie; ja-sceptyczne, ja-zrezygnowane.

Która z tych tak różnych osób to ja? Jak pogodzić dwie tak sprzeczne postawy: pragnienie samobójstwa za pomocą intelektu oraz chęć śpiewania "You are my sunshine"? Już nie mówiąc o tym, że na mnie składają się jeszcze inne osobowości, często również wzajemnie się wykluczające. Gombrowicz napisał kiedyś, że "Nigdy nie jest się sobą, nigdy, z nikim, w żadnej sytuacji; być człowiekiem to znaczy być sztucznym". Cholera, Witek, jak ja nie cierpię tego, że masz rację. Co gorsza, w moim przypadku trzeba by to uzupełnić jeszcze jednym spostrzeżeniem. Jeśli ktoś jest wrogo do mnie nastawiony - zazwyczaj odwzajemniam się tym samym; jeśli ktoś do mnie podchodzi z dystansem - ja raczej też do niego nie lgnę; jeśli ktoś, gdy mnie spotyka, cieszy się i przejawia wszelkie oznaki sympatii i serdeczności - ja najczęściej nie potrafię go nie lubić; jeśli jakaś dziewczyna wydaje się być mną zainteresowana... Ech... Już wiesz, Witek, dlaczego tak mnie to dręczy?

I znowu się okazuje, że, jak i reszta moich bólów, ten wynika z poczucia braku wolności. Bo jak mam uważać się za człowieka niezależnego, autonomicznego, skoro inni tak łatwo mogą - świadomie lub nie - manipulować mną i moimi uczuciami? Nie potrafię panować nad swoim samopoczuciem, jest ono zazwyczaj wynikiem tego, jak w danej chwili odnoszą się do mnie inni, co z sarkastycznym uśmieszkiem podsumowałby Witek: "nie jesteśmy samoistni, jesteśmy tylko funkcją innych ludzi". Pewnie dlatego tak bardzo lubię samotność, daje mi ona to złudne poczucie wolności, samorodności.

A na dodatek męczy mnie to głupie pragnienie pewności. Ta wyśmiewana przez Cortazara chęć świata binarnego, świata, którego można całkowicie poznać, sklasyfikować, zaszeregować, upchać w dwuwymiarowość, po czym spać dalej z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Bo wszystko, co jest nielogiczne, niespójne, niejasne, budzi niepokój, poczucie braku kontroli, braku władzy nad własnym losem. Świadomość, że jest mnie wielu jest niesłychanie dezorientujące: jak mogę poznać prawdę o świecie, skoro nawet nie potrafię określić, kim jestem ja sam.

W logice jest taka tautologia (ech, czego to się człowiek nie uczy na tym dziennikarstwie), głosząca, że nieprawdą jest, aby jednocześnie istniał jakiś fakt i jego zaprzeczenie. Jest to oczywiste, bo np. w danym miejscu deszcz nie może jednocześnie padać i nie padać. Stosując to prawo, dochodzę do wniosku, że nie mogę być zarówno nihilistycznym dekadentem i jego absolutnym przeciwieństwem, czyli pociesznym świętym Mikołajem. Wnioski w takiej sytuacji nasuwają się dwa, oba niezwykle pocieszające: albo któraś z tych osobowości jest sztuczna, a więc jestem cholernym hipokrytą, albo mnie w ogóle nie ma. Pięknie.

Dr Phnom & Mr Penh
phnom@go2.pl