Dyskusyja przy qniaczku...



Przeglądałem sobie AM 45 i oto mem ślepiom gorejącem ukazał się tekst, w którym Pewien Złośliwy Gość udowadnia nam, iż nie ma to jak zimne piffko. Udowadnia to wielce zawile, przekazując przy okazji swe przednie przemyślenia na temat istoty poznania, swój kodeks moralny, a także krytyczną ocenę stanu społeczeństwa, w którym przyszło mu żyć, być, trwać. A to wszystko tylko po to, by ukazać plusy złocistego napoju o wspaniałej białej pianie podawanego w temperaturze niskiej – czyż to nie doskonałe wręcz poświęcenie!?!
Ale ja mimo to rzeknę wam – NIE ZGADZAM SIĘ!!! To wstrętna, masońsko-komunistyczno-semicko-satanistyczno-filatelistyczna prowokacja! Wszak każdy zacny duchem i łacny z buzi człek wie doskonale, że choć piffko popularne i lubiane jest, to ABSOLUTNIE NIC nie zastąpi lampki qniaczku! Nie ma to jak siedzieć wieczorkiem w ciepłym domciu, kiedy za oknem jest brzydko, zimno, mokro i w ogóle niemiło – i popijać sobie qniaczku. A w takich chwilach także przyjemnie jest pokonwersować z jakowąś inteligentną istotą, wymienić zdanie, podyskutować... Właśnie, drogi czytelniku, podyskutować. Czymże bowiem byłyby nasze wspaniałe przemyślenia, gdyby nie zweryfikowanie ich ze zdaniem innych? Gdybyśmy nie mogli spojrzeć na nasze dywagacje z inszej strony i pomyśleć, czy kędy się nie pomyliliśmy w krętych ścieżkach naszego umysłu? Czy nie można naszego przewspaniałego poglądu; naszej teorii, która z łatwością mogłaby zmienić bieg historii człowieczej... położyć jednym prostym argumentem? Naturalnym w takiej sytuacji byłoby zweryfikowanie błędu – wszak w dyskusji nie chodzi o przekonanie przeciwnika do swojego zdania za wszelką cenę tudzież zmienienia go w zakompleksioną, zmaltretowaną kupkę pyłu(niekoniecznie kosmicznego) ale o... dotarcie do Prawdy! Do poznania natury bytu/sytuacji, którąż to w onej chwili przy qniaczku rozpatrujemy!
„Ale ale – zakrzykną teraz niektórzy gromkim głosem – czy nie warto by było uskutecznić ów proces do prawdy dochodzenia?” Ależ oczywiście, że warto by było. I bynajmniej sposobem na zwiększenie poziomu wydajności dyskusyji nie jest wypicie większej ilości qniaczku, jak co bardziej złośliwi by rzekli. Otóż droga do Prawdy będzie znacznie mniej wyboista, jeśli pamiętać będziem o kilku jakże prostych zasadach, mój słodki czytelniku. Zasad, o których teraz wam opowiem, jakoby dziadek swoim wnukom w cieniu rozłożystej lipy*.

Dyskutanci nie są sobie wrogami – Nie zachowujcie się jakoby grupa orków, które ujrzały samotnego elfa pośród równin Rohanu, kiedy jeszcze Sarumann legowanie swe miał w Isengardzie, a pierścień wędrował przez Śródziemie na szyi Froda. Dyskutant to wasz towarzysz i przyjaciel, który także chce dojść do Prawdy, który chce ją poznać na równi z wami. Może on mieć rację albo i jej nie mieć – ale tak czy siak nie jest wrogiem, którego na pal nabić winno się. Wykorzystaj raczej jego cenne uwagi i zdolność patrzenia na świat pod innym kątem! Oczywiście, jest tak jeno wtedy, gdy towarzysz(ka) przedstawia pewien poziom dojrzałości i sam(a) też rozumie naturę dyskusyji, a nie jest krzykliwym krzykadełkiem, które jeno wykrzyczeć swe Jedyne Słuszne Zdanie chce.

Dyskutanci zastanawiają się nad omawianą kwestią, a nie nad sobą wzajemnie – Możecie się prywatnie nienawidzieć, kochać, pogardzać, podziwiać, ale w dyskusyji nie ma to ŻADNEGO znaczenia. A przynajmniej nie powinno mieć. Żadnych argumentum ad persona ani też ocenianie ludzi z powodu ich zdania. Na to jest czas PO dyskusji, nie zaś podczas niej. Zastanawiaj się nad argumentami drugiej osoby, nie zaś nad tym, jaka ona jest. Nawet jeżeli ktoś powie „Pedałów należy umieścić w obozach koncentracyjnych” nie odpowiadajcie „Jesteś pierdolonym naziolem!” tylko „Rzeknij mi, azali czemu tak uważasz?”. Innymi słowy – bez wycieczek osobistych, bo cóże one wnoszą w poszukiwanie Prawdy, jeśli nie jeno wyłącznie zamęt? Póki trwa dyskusyja, nie są one wskazane. Jeżeli zaś ktoś zbije twe argumenty własnymi i poczujesz wściekłość – stłum ją w sobie! Niechaj nie mąci twego umysłu! Najwyraźniej taka osoba ma rację i w tej chwili przybliżyliście się do Prawdy! Raduj się z tego!

Dyskutanci winni mieć otwarty umysł – Czasami coś, co z pozoru może wydać się nam absurdalne, niedorzeczne i w ogóle nie mające prawa bytu – okazuje się słuszne i nie masz sposobu, by wykazać, iż tak nie jest. Czasami sposoby wytłumaczenia jakiegoś zjawiska są strasznie karkołomne i kozackie – ale później okazuje się, że słuszne są one! Dziwaczne to i umysł przyzwyczajony do myślenia w pewnych ‘standardowych’ kategoriach mógłby się na to nadziać – mógłby szpenąć do ucha świadomości „Tak nie może być...”, a jeżeli świadomość spyta się tej zdradzieckiej części umysłu „A to czemu?!?” wtedy umysł zazwyczaj może tylko nieśmiało wybąkać „No bo przecież... przecież to jest nonsens! To widać!”. Dam taki oto przykład – czytając dziełka imć Freuda natknąłem się na teorię, iż (mniej więcej) ludzkie pasje i żądze są przez kulturę i cywilizację przekuwane na zachowania pożyteczne społeczeństwu(albo raczej przez społeczeństwo akceptowane...). Pamiętam, że Freud dawał taki oto przykład, iż ktoś, kto ma skłonności sadystyczne i podnieca się kaleczeniem ciała może stłumić w sobie te popędy pod presją kultury – ale one i tak będą trwały w jego umyśle. I będą dążyły do spełnienia, tyle że nieświadomie. I taki ktoś będzie np. miał pasje wojskowe bądź będzie chciał zostać chirurgiem – nieświadomie spełniając swe żądze, do których przyznać się nie chce. Pomyślałem chwileńkę nad tymże stwierdzeniem – i rzec wam muszę, iż wydało mi się ono straśnie głupie. Ale oto i w jakowyś miesiąc później trafiły w me bezecne szpony badania, bodaj University of Harvard, które wskazywały, iż największy procent przemocy domowej wśród klasy średniej to rodziny... chirurgów i wojskowych! I to był argument potwierdzający teorię Freuda, która na początku zdawała mi się bezsensowna! Ale i nie idźmy za daleko i w drugą stronę, bo skończyć można jak Daniken albo panowie Baignet i Leigh – a raczej ci, którzy wierzą w ich ‘nawet nie przeklęte’ teoryjki.

Dyskutanci wystrzegać winni się sofistyki i grania na uczuciach & stereotypach – Sofistykę można używać, gdy się chce manipulować profanum vulgus, ale nie wtedy, gdy celem jest znalezienie odpowiedzi satysfakcjonującej w pełni dwie łaknące Prawdy istoty. Pięknym przykładem sofistyki jest używanie terminów mających podobne bądź identyczne znaczenie poznawcze, ale posiadające w sobie różne natężenia emocji. Nieczysta to zagrywka, przez złych ludzi wykorzystywana. Spójrzcie oto na dyskusję liberała-humanisty i katolickiego konserwatysty – ten pierwszy powie o usuwaniu ciąży ewentualnie o aborcji, zaś drugi krzyczeć zacznie o mordowaniu nienarodzonych dzieci! Takie zabiegi umożliwią przekonanie osoby do swego zdania – ale będzie to zarazem porażka, ponieważ celem dyskusyji jest zrozumienie natury/charakteru; przejrzenie sekretów, które kryją się w obiekcie naszego zainteresowania. Nie przekonuj nieuczciwie – poszukuj! Kędyż Prawda, gdy używasz forteli? Nadal zakryta! Ani ty jej nie znasz, ani towarzysz – w istocie poniosłeś klęskę. Wystrzegaj się więc tego – zostaw to fałszywym kaznodziejom na ambonie i populistom w sejmie, oni niechaj sycą tym nadgniłe serca i umysły! Ty bądź ponad to! Ty Prawdę miłuj!:)

Dyskutant winien panować nad swemi emocjami – Pamiętam jeszcze w dawnych AM dyskusyję Qnia, Smugglera, Devi i chyba jeszcze Troy’a o karze śmierci. I pamiętam słowa Qnia, wielce mi one w pamięć zapadły. Brzmiały one mniej więcej tak – „Wiesz, co myślę, gdy widzę informacje, iż kolejny pedofil zostaje wypuszczony z więzienia po pół roku? ‘KURWA!!!’ ”** Jeżeli byśmy ustalili między sobą, iż prawdą o moralności ustalamy wedle emotywizmu***, tedy taki argument ma prawo bytu. Ale że tak się nie stanęło, tedy jest on pozbawiony sensu. Może jedynie sprawić, że i inni poczują wściekłość i nienawiść. A czy owe emocje prowadzą do Prawdy? A co dopiero do tego, co Słuszne/Dobre? Więc po cóż nasycać serce emocjami podczas dyskusji? ...serce swoje, jak i towarzysza? To was tylko oślepi! A jeżeli ślepy będzie nalewał qniaczku ślepemu, to ślachetny trunek się wyleje i co wtedy będzie? No co? Jak zatem widać, panowanie nad emocjami ma jak najbardziej praktyczny wymiar.

No, drogie dziatki, miły cień pod tą lipą, ale jak się okazuje, siadłem na mrowisku i mię mrówki dupsko obgryzły do kości, kiedym wam tutaj o dyskusyji opowiadał. Dlatego teraz muszę zbudować miotacz ognia jak MacGyver i spalić te przebrzydłe spacerujące po mem ciele robaki, a później pójść skombinować skądś troszkę qniaczku, co by ból od ukąszeń nie był tak upierdliwy. Wy zaś idźcie się pobawić w słoneczku. Au revoir!

Del

madcultist@op.pl

PS: Nie traktujcie tego artu w 100% na poważnie...:)
PS2: Ja naprawdę nie wiem, co wy w tych gazowanych kocich sikach widzicie, echhhh...
PS3: Albo inaczej! Udowodnijcie mi, że zdanie „Piffo jest smaczniejsze niż qniaczek” jest zdaniem prawdziwym:)


* - pozdrowienia dla Sheepdoga aka Księcia Palownika:)))
** - cytuję z głowy, acz z zachowaniem sensu... Pamiętasz jeszcze tego arta, Qniu?;)
*** - uczucia decydują o moralności czynu, ponieważ wszelkie problemy etyczne nie da się rozstrzygnąć ani za pomocą badań empirycznych, ani w sposób analityczny. Czemu? A udowodnijcie mi empirycznie albo logicznie prawdziwość zdania „Pizza jest pycha!”:) Czy analitycznie da się coś tu zdziałać? Nic. A empirycznie? Ja zjem kawałek i stwierdzę, że jest smaczna. Moja koleżanka zaś po identycznym zabiegu, że jednak obrzydliwa. Kto z nas ma rację? I dlaczego? Dupa – zdanie ‘Pizza jest pycha’ jest zdaniem pozbawionym sensu w ujęciu pozytywizmu logicznego. Ale ma znaczenie poznawcze „Ja uważam, że pizza jest bardzo smaczna”. Dlatego niektórzy filozofowie stwierdzili, że sądy etyczne, estetyczne i teologiczne są w rzeczywistości nadbudową do emocji, nie zaś wydedukowanymi zdaniami. I to właśnie emocje kierują moralnością. Tenże pogląd zowie się emotywizmem. W dyskusji, jako poszukiwaniu prawdy, jest to beznadziejne podejście, bo sprowadza się do wywołania u drugiej osoby emocji dotyczących jakiejś kwestii, a nie odnalezieniu faktycznego stanu omawianej kwestii. Złośliwi nazywają tą filozofię „Fuj! – Hurra!”, wieśniacko ją w ten sposób spłycając;)