Pamiętam to doskonale. Dwójka dorosłych
ludzi u progu życia i małe dziecko, chłopczyk, którego życie właśnie się
zaczęło.
Stoją wpatrzeni w przestrzeń przed nimi.
Wsłuchują się w słowa wypowiadane przez księdza, na niedzielnym kazaniu.
Panuje spokój i cisza. Wszystko jest
jakby w zwolnionym tempie. Wspomnienia zaczynają się zamazywać.
Chłopczyk podaje swojemu tatusiowi mały
samochodzik, którym cię bawił. Pragnie, aby jego ojciec zwrócił na niego, choćby
odrobinę uwagi i podarował mu jeden uśmiech.
Ale on nadal milczy. Jedynie udaje, że
jest tam gdzie jest, podczas gdy tak naprawdę marzy o jednej chwili samotności.
Jego ojciec jest pustym człowiekiem. A
swoim zachowaniem skazuje na samotność także swoją rodzinę, również to małe
dziecko.
Kobieta zauważa łzy w oczach dziecka i
bierze dziecko za rękę mówiąc żeby nie płakało. Obiecuje, że będzie dobrze.
Ma zniszczoną cerę. Wyraz jej twarzy
ulega zmianie, a pogoda ducha ustępuje miejsca wściekłości i smutkowi.
„Będzie dobrze” – to kłamstwo. Za wiele
razy okłamywała się mówiąc, że będzie dobrze, a teraz okłamuje swojego synka.
On zabija tą dwójkę swoim milczeniem i
brakiem zainteresowania. Każdego dnia sprawia im ogromny ból, ból ciszy.
Ma tak wielki skarb - miłość osób, które
były by gotowe oddać wszystko choćby za jeden nic nie znaczący uśmiech.
I traci ten piękny skarb. Wie o tym
zawsze, kiedy patrzy w wilgotne i zapłakane oczy swojego synka.
Pamiętam ten dzień, kiedy wszystkie
marzenia i nadzieje uległy wypełnieniu i ostatnia rzecz, jaką można było zrobić,
została zrobiona.
Kobieta podniosła dziecko i objęła tak
mocno jak tylko potrafiła, po czym powiedziała: „Sprawie, aby było dobrze”.
Odeszła z kościoła i już nigdy nie wróciła do swojego męża. To wtedy dziewięć lat temu, po raz ostatni widziałem swojego tatę.
Seth