Marrrcheffka
Słuchajcie,
skurwiliśmy się. Poważnie. Nie znam szczegółów, nie wiem którędy i
przez kogo, ale na pewno z nagła to na nas nie spadło. Nie – to z
nas wylazło. Na bank. Tak jak wyłażą dziś z swoich
grajdołków-kurwidołków we wszystkie strony wkurwione kurwiszony,
chodzą, kurwa, po ulicy, a od kurwików w swych oczach dostają
nerwicy-kurwicy.
Że
aż normalnie, jednym słowem . . .
Wystarczy.
Jeśli
poczuliście przy rozstrzelonym wielokropku ochotę wrzasnąć „DOŚĆ!”,
to zdrowy objaw. Odetchnijcie. Też mam już dość określania
wszystkiego Jednym Słowem. Gdy słyszę litanię w stylu powyższego
akapitu, w mojej kieszeni nie tyle otwiera się scyzoryk, co odpala
piła motorowa. Traach...
Bo
skoro Jedno Słowo nabiera tysiąca jeden znaczeń powstaje słynne
albo-albo. Albo odkryliśmy jakąś metafizyczną tajemnicę
wszechświata, a ta „mantra” nas do niej tylko zbliża – Albo jest z
nami coś nie tak.
Mam
niejasne przeczucie, że w tej materii coś zmieniło się (i zmienia) bardzo szybko.
Wiadomo, siedząc w nieznośnym fetorze latających obłoków „kurew”,
nic nie poczujemy. Ale jako osoba z relatywnie świeżego powietrza
natrafiająca na ów fetor w miejscach bardziej społecznych typu pociąg lub kolejka na
poczcie kręcę nosem. I muszę przyznać: Coś się
zmieniło.
Niegdyś,
w moim przekonaniu, rzucać „kurwami” na prawo i lewo zwykł tak zwany
margines. Przez ‘margines’ rozumiem hołotę wśród hołoty. Dno.
Nieustanne klnięcie było niejako jego identyfikatorem – tak by swój
naraz poznał swego, a nie_swój z bliższej znajomości z marginalnym
jegomościem zrezygnował. Cała reszta (czyli nie_swoi) jak ognia
unikała „kurew” wszelakich, co by nie splamić się, co by odegnać
możliwe posądzenia o marginalność, denność, hołociarstwo. No, wstyd
było po prostu.
Coś
się zmieniło.
Ano
„kurwa” (plus jej liczna świta) zaczęła być traktowana jak oznaka
luzactwa jakiego. Taka, no, otwartość, bezpardonowość, nieowijanie w
bawełnę. Jak najbardziej w dobrym tonie. Zawrotną karierę zrobiło
wśród młodszej generacji słówko „zajebisty”. Jeśli dobrze kojarzę to
w przeciągu drugiego pół lat dziewięćdziesiątych. Szybciutko. „Czuję
się zajebiście” nie mówił już jeno menel po trzecim winie wpatrzony
w latarnię, którą brał za księżyc. Oj nie! Mówił to koleś na
okoliczność szykujących się urodzin kumpla, mówił to kumpel spytany,
jak mu się podoba prezent, mówił to koleś dzwoniący z wakacji, mówił
to koleś dziewczynie na randce. Bo jak ktoś mówił „zajebiście” to
był z niego naprawdę koleś. O taki.
I
w tym sęk – nie hołota, nie margines, ale, kurwa zajebisty koleś. A
kto nie chciałby być zajebistym kolesiem?
„Kurwa”
(plus świta) stała się słówkiem bardzo wygodnym. Raz, że znaczeniem
tyka niedwuznacznej profesji, co łamie konwenanse wszelakie i nic
sobie z tego nie robi. Toteż daje użytkownikowi słówka taką
namiastkę łamania konwenansów wszelakich z nic sobie z tego
nierobieniem; czyli poczucie pseudo-siły i
wolności.
Drugim
niebagatelnym pozytywem okazało się brzmienie. O tak! – cudowne
brzmienie. Pewna dziewczyna opowiadała mi kiedyś, jak oduczyła się
kląć - zamiast „kurwa” mówiła „marchewka”. Powaga. Marrrchewka.
Powiedz teraz na głos: „maRRRchewka”. Z wyRRRaźną wibRRRacją
ekspRRResyjnej głoski „RRR”. Czujesz, jak trzęsą się struny głosowe,
jak cały się trzęsiesz. Czujesz, że żyjesz. Świetny stymulator, co
nie? Doskonały. Takiej
stymulacji pragniesz wstawiając w zdanie „kuRRRwy” – to pobudza
przytępiony umysł, poprawia krążenie, czyści uszy, pucuje ego. Cud,
miód, palce lizać. Kupuję.
No
i kupili.
Zechciały
całe masy. W układy z „kurwą” weszli młodzi i starzy, pracujący i
bezrobotni, samotni i małżeństwa z dziećmi, przygłupi i... echem,
właśnie, właśnie – inteligenci, patrzcie ich. Wcale nie uznają
„skurwienia” za ujmę jaką na inteligencji. A już na pewno nie żaden
prymitywizm. Skądże.
A
to niedobrze a nawet bardzo źle.
„Kurwa”
bowiem sprzyja inteligencji, tak jak odkręcenie gazu sprzyja
psychodelicznym wizjom. Ano mózg się dusi.
Język
nasz obiegowy oprócz tego, że stanowi najlepszy – bo jedyny – sposób
kontaktu z innymi, stanowi również wspaniałe pole do obserwacji i
pomiaru stanu naszego IQ. Nie ma chyba nikt wątpliwości co do tego,
że osoby nie grzeszącym bystrością umysłu nie operują też
oszałamiającym zasobem słów (w skrajnych przypadkach starczą: „Tak”,
„Nie” i „Gdzie Piwo?”. No i „Kurwa” dla całej reszty) Z kolei
ludziska bardziej w tej materii zasobne nie krępują się pofolgować
sobie cokolwiek wymyślniejszymi frazami. I wyskoczy ci taki z jakąś
klaustrofobią progresywną, a ty weź tu mu potakuj, rób miłe oczka i
rozgryzaj go.
Wiadomo
też, że stan naszej sprawności umysłowej może się wahać. I tak:
nawet wybitny inteligent pod wpływem kilku godzinek w klimatycznym
pubie uzna zwiedzanie kanałów ściekowych za doskonały pomysł;
ciekawe, że równać się to będzie zawężeniu jego słownika - osobnik nic nie zrozumie z
tłumaczeń kamrada, który będzie próbował wymówić się ze zwiedzania
kanałów swoim klaustro-czymśtam.
Ale
i wahnięcia stanu sprawności umysłowej nie muszą znikać, jak w
powyższym przykładzie, po upływie kilku, no, kilkunastu godzin.
Spadek inteligencji może mieć charakter permanentny. Skurczenie
słownika również też. I przeciwpołożnie – trwałe ograniczenie
słownika powoduje zaniżenie IQ. Trwałe. Zmieniasz się w prymitywa.
Kolesiu.
To
właśnie czynią wyrazy „kurwopodobne”.
Weźmy
taką drabinkę:
-
zirytowany
-
sfrustrowany
-
zdenerwowany
-
wkurzony
-
wściekły
-
wkurwiony
Weźmy
inną drabinkę:
-
nienajgorzej
-
nieźle
-
fajnie
-
fantastycznie
-
czadowo
-
zajebiście
Oto
opisane kolejne stopnie-szczeble intensywności danego przeżycia.
Słowa, którymi możesz się posłużyć. Dosyć bogata
skala.
Pewnego
dnia kupujesz produkty marki „kurwa”. Są tanie, wygodne i bardzo
przyjemne w użyciu. Ach ta ekspresyjna głoska R! Ach te uczucie,
jakby uderzenia pięścią w stół. Ucina wątpliwości. Tłamsi opór. Mogę
postawić na swoim. Czuję się ważny.
Podoba
mi się to.
Chcę
więcej.
W
ekonomii jest takie prawo, że gorszy pieniądz wypiera z rynku lepszy
(czyli z większą zawartością złota). Przyczyna prosta – Ludzie mając
do wyboru dwa typy gotówki,
na co dzień wolą posługiwać się tym gorszym, a lepszy,
bardziej wartościowy, zostawić na czarną godzinę. Z czasem o tych
lepszych, odstawionych na bok pieniądzach zapominają i w obiegu jest
już tylko ów podlejszy gatunek. Słownikiem rządzi ta sama
zasada.
Zaczynasz
rzucać mięsem częściej i częściej. Już nie bawisz się czadowo ani
fantastycznie, a po prostu zajebiście. Nie bywasz zdenerwowany ani
wściekły tylko wkurwiony. „I co to do cholery znaczy
sfrustrowany?”
Po
pewnym czasie usłyszeć można od ciebie tylko taką rewelację: „Na
imprezie było zajebiście, ale wkurwiła mnie Ewka, bo nie przyszła”.
A słysząc takie zdanie dochodzi się do kolejnego w tym arcie
albo-albo. Bo: Albo gościu jest jakiś rozdarty wewnętrznie i
rozchwiany emocjonalnie – Albo potrafi się porozumiewać tylko przez
„kurwa” i „zajebiście”.
To
drugie Albo prześladuje mnie zawsze, gdy znajdę na linii zaciekłego
ognia wulgaryzmów. Zdaję sobie sprawę, że nie – wcale nie słucham
kłótni zażartych wrogów; słucham ja „normalnej” rozmowy, takiej
pogawędki, wymiany poglądów. Hmm...
I
wtedy przychodzi to dziwne wrażenie, że chyba coraz więcej ludzi tak
się dziś porozumiewa. Coraz więcej ludzi robi to za pomocą jedynie
kilkunastu wulgaryzmów. I wtedy przypomina mi się, że rozumienia i
używania kilkunastu słów można dziś nauczyć małpy, głupie szympansy
i oswojone orangutany. I wtedy to myślę sobie, że taki półmózg
niewiele się różni od orangutana z dżungli. Może tylko sierści jakby
mniej ewolucyjnych kroków wstecz. Wrócił do formy bardziej
prymitywnej.
Nie
zrozumcie mnie. Nie jestem jakimś językowym purystą. Nie twierdzę,
że dla „kurew” nie ma miejsca. Bo jest. Ale jest tam, gdzie ich
znaczeniowych odpowiedników – na marginesie. Zgadzam się, że są
stany ekstremalne, z krańca skali, stany totalnego wkurwienia
właśnie, gdzie nic innego nie pasuje. Jednak rozpowszechnianie ich –
robienie z frustracji wkurwienia – to dla mnie jest i będzie zwykły
prymitywizm. Idiotyzm. Rzygać mi się chce.
Cóż.
Spodziewam się, że art ten może być trochę nietrafiony. Jego tak
zwana grupa docelowa jest – mam nadzieję – nieco inna niż grupa
czytelników AM, wśród których przeważają osoby w miarę inteligentne,
którym takich rzeczy nie trzeba tłumaczyć. Dlatego, jeśli
zniesmaczyła was ilość ekspresyjnych głosek R, to zdrowy objaw.
Jeśli zniesmaczy was podobna porcja jutro, werbalnie i na przystanku
autobusowym, nie stójcie z założonymi rękami.
Sprzeciwcie
się orangutanom.
Rainman
listopad
2oo3
raindrop@pf.pl
|