ROBOTLAND

ROBOTLAND

Wyobrażacie sobie coś takiego? Nie ma wolnej woli, nie ma kontroli nad samym sobą ani nawet własnego "ja". Nikt z nikim nie rozmawia, każdy zajmuje się pracą, bez słowa. Błech! Okropność. Nie ma sensu o tym myśleć, trzeba cieszyć się życiem i…

Momencik. Coś jest nie tak. Pomyślmy: pobudka, prysznic, śniadanie, szkoła, dom, obiad, lekcje, komputer/telewizja, kolacja, prysznic, nauka, sen - czyli jeden dzień z mojego życia. Niby nic niezwykłego, ale czegoś jakby brakuje… Jakby się tak zastanowić to potrzeby fizjologiczne się w tym mieszczą, obowiązki też, nawet na przyjemność jest czas. Teoretycznie wszystko jest w porządku. Ale coś nie daje mi spokoju. Eee, pewnie przewrażliwiony jestem.

Brakuje czy nie - dobrze nie jest. Nic tak nie męczy jak rutyna. Trzeba by jakoś zmienić ten rozkład dnia, jakoś ciekawiej życie spędzić. Hmmm… Ale jak? Snu i szkoły wyeliminować się nie da. Czyli ok. 16 godzin na dobę już jest zagospodarowane. Nauka w domu - gdyby to ode mnie zależało, to czegoś takiego by nie było. Ale nie zależy, więc i tego skreślić nie można. Jedzenie i higiena tez zostają. Zaczyna się robić niewesoło. Doba się kończy a ja mam prawie tej samej długości listę. Mam rezygnować z jedynej rozrywki? Doprawdy, byłby to ideał, uwzględniając fakt, iż zbyt ambitne i rozwijające to one nie są. Ale co na to organizm? Ano protestuje. Twierdzi, że czuje się jakby mu ktoś dzień w dzień kolejne ciężarki wieszał. Co mogę zrobić - trzasnę go ze dwa razy w twarz i powiem, ze ma przestać narzekać bo przez niego nie zaliczę chemii.

To jak ja mam, do ciężkiej anielki, zatrzymać proces zrobocenia? Z wielką przyjemnością wróciłbym kiedyś do domu i zamiast standardowego zestawu obiad - lekcje - spanie, porozmawiałbym z rodziną albo… ARGH!!! Rodzina!!! Gdzie jest rodzina!? Wracam do listy, czytam - nie ma! Czytam jeszcze raz - naprawdę nie ma!

- Obudź się człowieku!!
- hmm…?
- Oprzytomniej, przejrzyj na oczy.
- Że co?
- Zrób coś z tym… Błagam.
- Ale co?
- Pospiesz się, długo już nie pociągnę…
- Daj mi spokój!
- …

Upadła. Patrzyłem z daleka jak leży. Nie podszedłem, nawet mnie nie obchodziło czy jeszcze żyje. Odwróciłem się. Stara była - żeby nie powiedzieć "zużyta". Wiedziałem, że ją to spotka niedługo.

To właśnie wtedy ostatni raz spojrzałem na swoją ludzkość. Leżała tam, pośród milionów innych. A ja? Zamknąłem oczy, wlazłem w sznur tych szarych dusz, usiłujących kogoś lub coś dogonić. Jedni idą, inni biegną. Czasem ktoś się potknie - reszta go tratuje. Zawsze jeden konkurent mniej.

Ja też biegnę. Jeszcze. Ale jak długo? I dokąd? I dlaczego nie pamiętam, co mijałem? A ci ludzie… Czemu każdy chce mi nogę podstawić? Myślę i zastanawiam się. Lecz biegnę cały czas. Z czasem pytań jest coraz mniej. Odpowiedzi nie uzyskuję, więc daję za wygraną. Zmysły mnie zawodzą. Kiepsko widzę i słabo słyszę. Szept… cień… ciemność.

Pustka. Jestem zgubiony.