"Śmiechem w śmierć."

by

UnionJack

Na początku, drogi Czytelniku, niedobra, nihilistyczna i mało odkrywcza nowina: wszyscy, jak jeden mąż, kiedyś umrzemy.

Umrze pewnego dnia, Czytelniku, Twój sąsiad, umrze i sąsiadka. Przepadnie na wiek wieków Twój towarzysz ze szkolnej ławki, śmierć czeka Twych wychowawców, pedagogów i katechetów. Umrze Mistrz Adam, umrze Sven, co bułka z bananem, zginie wilk, padnie zając. Nie będzie wójta i plebana, przepadnie cesarz, a papież, raz na zawsze pożegna się z tym łez padołem prezydent, co nasz, i premier, co ichni.

Na koniec zaś, Czytelniku, dwie, najbardziej zastraszające wiadomości. Po pierwsze - choć myśl taka musi się wydać Ci zupełnie surrealistyczna - umrzesz kiedyś i Ty. Po drugie zaś - o zgrozo! - umrze pewnego dnia i UnionJack. I tym, trzeba to przyznać, naprawdę się martwimy.

Zostaw ten sznurek, Czytelniku! Firanki spadną... ;)

Rzecz jasna, Ameryki to ja tu nie odkryłem. Wielu było przede mną Kolumbów, śmierć wszak, jak świat światem, interesowała człowieka. Już dla starożytnych umieranie było sprawą życia i śmierci; już oni teoretyzowali na jej temat, a nie raz - z okazji różnych wojen i wojenek - ćwiczyli ją w praktyce. Śmierć była osią średniowiecza, esencją baroku. Śmierć była rzeczą ważną, taką, jakby to rzec, życiową.

O śmierci pisano wiele, a pisano mądrze. Toczył z nią uczone dysputy mistrz Polikarp, przekraczał jej próg wielki Dante, co poeta, opisywał marność żywota Villon, wierszokleta wyklęty. Była śmierć rzeczą straszną... - ale i ciekawą! Niezbadana, nawet w epoce empiryzmu, fascynowała w każdej epoce - fascynuje i dziś.

Choć tak po prawdzie, to kiedyś bardziej straszyła. Dziś częściej śmieszy.

Rzecz jasna nie śmieszy ta śmierć bolesna, prawdziwa. Śmieszą za to słodkie makabreski: rozwesela maniakalny morderca z "Krzyku", śmiech budzą uroczo upiorne żywe trupy z ichniego "Dnia...", "Nocy..." i "Poranka...", bardziej niż straszy bawi "Teksańska masakra piła łańcuchową.". Publiczność - co zaręczam swą osobą - wybucha salwami śmiechu na "Oszukać przeznaczenie", a każda kolejna oderwana kończyna wzbudza kolejne żywiołowe owacje.
Znaczy, publiczność żywiołowa jest. Zero sztywniaków.

Nie inaczej jest z słynnym, celtyckim, a zamerykanizowanym, Halloween. Kiedyś było mistycznym i tajemniczym świętem obcowania ze zmarłymi; kiedyś bano się duchów, więc im ofiary składano. Dziś zaś wesołe, uśmiechnięte dynie szczerzą się na każdym amerykańskim rogu amerykańskiej przecznicy; dziś radosne wiedźmy zbierają cukierki od radosnych wampirów. Święto duchów stało się świętem komercji, ale i zabawy; przestało przerażać, a zaczęło cieszyć i - w pewnym sensie - także rozweselać.

I tak sobie myślę, że - cokolwiek się by o Halloween nie myślało - to to także jest droga. Bo śmierć nie może stać się tematem tabu, spotka wszak każdego, bez względu na to czy będzie o niej mówić, czy nie. Można milczeć, można ignorować rzeczy oczywiste - ale śmierć ma to do siebie, że jest jak rachunek za prąd: możesz udawać, że go nie ma, a i tak przyjdzie pocztą.

Trzeba więc o śmierci mówić i - wiem, zabrzmi obrazoburczo - trzeba z niej żartować. W ten sposób wszak, paradoksalnie, śmierć staje się człekowi bliższa, raka bardzie - pomyślał by kto? - ludzka... I choć nadal jest czymś tajemniczym i człekowi wrogim, to nie niszczy już, jak w średniowieczu, radości z życia. I bardzo dobrze, bo gdzie jest radość, tam jest życie, a gdzie jest życie, tam nie ma śmierci.

Bo, prawda, vanitas vanitatum... Ale co się pośmiejesz, to Twoje :)

UnionJack