|
"Ależ tu syf." pomyślał Markus budząc się. Zresztą, myśl ta przemykała mu przez głowę przy każdym przebudzeniu już od wielu lat - od kiedy się tu osiedlił. Leżał jeszcze chwilę, dochodząc do siebie, zdecydował się jednak wstać. Mozolnie wygrzebywał się z legowiska, odgarniając rękami ziemię i kłębiące się w niej robactwo. Był głodny. Od dawna już nie był tak głodny, jak tej nocy. Nic nie wskazywało na to, że szybko się zaspokoi - był środek zimnej, bezksiężycowej nocy, niewielu ludzi chodzi w takich okolicznościach po miejskim cmentarzu. Tym razem miał jednak szczęście. Chyba bardziej wyczuł, niż usłyszał zbliżającego się człowieka. Spokojnie usiadł za jednym z grobów i czekał. Czekał długo, a człowiek nie zbliżał się, jakby instynktownie czuł niebezpieczeństwo, choć nie mógł o obecności Markusa nic wiedzieć. Wampir niecierpliwił się, głód palił go w środku dotkliwiej niż wszystkie ognie piekieł razem wzięte. Tak przynajmniej mu się wydawało. Markus był szybki, wolał jednak poczekać, aż ofiara podejdzie na tyle blisko, że nie będzie miała żadnych szans. Doczekał się. Starszy mężczyzna, idąc bardzo niepewnie, ominął kamiennego anioła, za którym przyczajony był Markus. Wampir zaklął cicho. "Zupełnie pijany." stwierdził "Niepotrzebnie czekałem - nawet by nie poczuł. Cóż, nie jest to może młoda dziewica, ale na jakiś czas wystarczy." Uśmiechnął się. Nie miał w zwyczaju posilać się byle czym, w ogóle nie tykał zwierząt, a i ludzi nie wszystkich - miał w czym wybierać. Teraz jednak musiał zadowolić się tym co było, a co powoli, bardzo powoli oddalało się. "Pewnie zabłądził w zamroczeniu. Przykro mi, przyjacielu, zdarza się." Markus wyprostował się, gotów do działania. Przemknął między grobami i wypadł na brukowaną aleję tuż przed nieszczęśnikiem, którym miał się zaraz nakarmić. Ten podniósł na niego mętny wzrok. Otrzeźwienie przyszło w jednej sekundzie - i tak za późno - a zaraz po nim przerażenie i ból... Markus pił długo. Ciepło krwi wymieszanej z alkoholem rozlewało się po jego ciele. "To na pewno nie wino." pomyślał, bo ciecz była wcale smaczna i nie paliła, a mile rozgrzewała. Pił długo, nie czuł się jednak syty - najchętniej osuszyłby ciało do końca. Gdy był już blisko, zawahał się. Nieokreślona wątpliwość przeszyła umysł wampira, a stan ten trwał dłuższą chwilę. Dobrze zastanowiwszy się, Markus otworzył swoje żyły i zwilżył usta umierającego... ** Następnej nocy nie obudził się sam. "Dlaczego tak postąpiłem?" myślał "Po co?" Wciąż miał pewne wątpliwości. Po raz pierwszy od trzydziestu czterech lat, od kiedy opuścił domenę księcia von Bronovicha, miał wątpliwości. Był niepokorny, był jedynym wampirem w tym mieście, panem samym dla siebie. Miał pod dostatkiem świeżego pożywienia i, co najważniejsze, nie kłaniał się żadnemu z lordów. To wszystko przestało Markusowi wystarczać. "Jestem tu sam. Może nadszedł czas założyć własną domenę?" Spojrzał na leżące obok jego pierwsze dziecko. "Będą mówić do mnie "lordzie"..." ** Mijały lata, dziesiątki lat. Świat żywych zmieniał się, targały nim wojny, pustoszyły klęski żywiołowe. Domena rozrastała się, coraz więcej ludzi wychodziło z domu i nigdy do niego nie wracało, jednak nikt się tym nie przejmował. Świat żywych miał ważniejsze sprawy. Po upływie wieku Markus stał się naprawdę poważanym wampirzym władcą. Wieści o wciąż zwiększającej się potędze młodej domeny docierały w coraz dalsze miejsca i do coraz ważniejszych osobistości. Nawiązywał liczne kontakty. I nawet najstarsi mówili do niego "lordzie"... ** "Ależ tu syf." pomyślał, przechadzając się pewnej zimnej, bezksiężycowej nocy po miejskim cmentarzu, na którym sto pięćdziesiąt sześć lat wcześniej po raz pierwszy przemienił człowieka. Teraz bywał tu rzadko i tylko po to, by powspominać tamte czasy. Markus nawet za życia był sentymentalny. Zatrzymał się przy kamiennym aniele i spojrzał figurze prosto w oczy. Był syty. Prawie każdej nocy od stu pięćdziesięciu sześciu lat był syty. Teraz właśnie płynęła w nim krew młodej, niebieskookiej piękności, którą żywił się już od jakiegoś czasu. "Niedługo będzie zbyt słaba, by karmić się nią dalej. Przemienię ją" myślał, przyglądając się rzeźbie. Przypominał sobie swoją twarz sprzed dwustu pięćdziesięciu lat. Wtedy mógł jeszcze przejrzeć się w lustrze i, nie bez przyczyny, sprawiało mu to dużą przyjemność. Teraz przypominał sobie własne rysy, których od tak dawna nie widział. Był piękny jak anioł, którego właśnie obserwował - nieskazitelnie piękny. Odwrócił wzrok od figury i wolnym krokiem podążył do zapuszczonej krypty, którą kiedyś zamieszkiwał. "Tak, pasujemy do siebie. Przemienię ją jeszcze dziś." pomyślał. Stanął nad grobem. "Dawno tu nie byłem." stwierdził, nie wiedzieć czemu, lekko rozdrażniony "I chyba już nie będę. Właściwie nigdy nie lubiłem tego miejsca." Było jeszcze wcześnie, ale nagle zapragnął znaleźć się w swych książęcych podziemiach i pójść spać. Mógł oczywiście przybrać postać nietoperza i dostać się tam w ciągu kilku minut, wolał jednak pospacerować jeszcze. Ruszył w kierunku bramy, pewnie i spokojnie, jak przystało na arystokratę. Minąwszy ponownie kamiennego anioła, zatrzymał się. Ukłucie przeraźliwego zimna zaniepokoiło Markusa. Zaraz potem kolejne. Rozdzierające, paraliżujące niemal zimno prześlizgnęło się po ciele wampira. Czuł czyjąś obecność i bał się. Po raz pierwszy od blisko dwóch wieków bał się. W dodatku nie wiedział kogo. Błyskawicznie odwrócił się, ujrzał jednak tylko rozpływającą się mgłę i usłyszał głos za sobą. - Witaj, ojcze. Znał ten głos. Sam stworzył istotę, do której ów głos należał. Sam nadał jej imię. Był to Chaos - jedno z jego najstarszych dzieci. Markus zrobił krok do przodu i tym razem już dostojnie, nie spiesząc się, odwrócił się w stronę Chaosa. - Jesteś potężny, ojcze. - rzekł ten, zbliżając się do rodzica - Jednak księstwo potrzebuje nowego, młodszego władcy. Czasy się zmieniają... Markus spodziewał się tego, ale nie przypuszczał, że zostanie zagrożony aż tak szybko. "Ledwie półtora wieku i już bunt..." pomyślał z pogardą. - Nie poradzisz sobie. - odparł na głos. - Zobaczymy. Chaos zacisnął dłoń na szyi rodzica. Markus był potężnym wampirem, doświadczonym, mądrym i nawet silnym fizycznie, jednak pod tym ostatnim względem młody przewyższał go znacznie. Zdając sobie z tego sprawę, spróbował innego sposobu. Grom rozdarł ciszę nocy. Błyskawica na ułamek sekundy oświetliła dwóch Nieśmiertelnych, jednak oni doskonale widzieli się i w ciemności. Stali jakiś czas patrząc sobie prosto w oczy. Obaj już wiedzieli, że zbliża się finał. Mentalny atak Markusa nie powiódł się, gotował się on więc do przywołania wiernych ghuli, które dotąd przybywały szybko na każdą, najlżejszą nawet, myśl pana. Było jednak za późno. Chaos wgryzł się w szyję najstarszego wampira w mieście. Pił długo. Całkowicie osuszone ciało porzucił u stóp kamiennego anioła, który, wydało się Chaosowi, uronił łzę nad starym druhem. A może to po prostu zaczął padać deszcz? - Teraz do mnie będą mówić "lordzie." - rzekł odchodząc. Tej nocy nawiedziła miasto najgwałtowniejsza od wielu lat burza. Znów wielu ludzi nie wróciło do domu. Żucho
|