Żyj Wietrze Niebieski!

Przemek „TrOOl” Gliniecki

               Mały, zielony stworek podniósł drobną główkę ponad wysoką siwo-zieloną, sięgającą do połowy jego ciała, powłokę. Wokół dostrzegł tylko mgłę zalegającą u podnóża pagórków i drzewa szumiące w niebieskawym wietrze. Gdzieniegdzie przeskakiwały Prawiemisie i Półpieski, pędząc gdzieś w jakimś bliżej nieokreślonym celu. Wszystko to łączyła trawa. Jak zwykle, siwo-zielona. Między dwoma starymi drzewami leżała podobna mu malutka istota. Dłubała w nosie i co chwila przewracała się z boku na bok. Wiatr poruszał wszystkim w dziwny, znany tylko sobie, rytm. Dookoła unosiły się Szepty, wciąż obserwujące, co się dzieje. Jest tam, pomyślał Gomek. Myśl ta wzniosła się dymem ponad jego głowę i powędrowała gdzieś, w nadziei znalezienia nowego właściciela. Tymczasem kolejna zajęła miejsce poprzedniej. Albo teraz, albo nigdy Gomek, bezpłciowy dym nie przestawał unosić się coraz wyżej. Teraz, zdecydował wreszcie i ruszył trawą w stronę drzew i leniucha. Biegł szybko, uderzając z całych sił bosymi stopami w mokrą po ostatnim deszczu ziemię. Owa wędrowała za niego, znajdując nowe miejsce na spoczynek. Nie była z tej sytuacji wielce zadowolona, więc utrudniała bieg najlepszym z możliwych sposobów – przesiąkała tak, aby stopy goblina grzęzły w mieszaninie błota i korzeni. Bieg w tamtych okolicach nie należał do najczystszych poczynań. Przebiegł sto metrów sprintem po czym zarył w ziemię, wydając przy tym nieprzyjemny, w swoim źródle, dźwięk podobny bardziej do „plusk”, niż „łup”. Uderzył w podnóże pagórka, na którym spokojnie spał jego cel. Myśli uciekały z głowy jak szalone. Jego ręce drżały, a szczęka latała z zimna w górę i w dół, wystukując oszalały rytm śmierci. W jego umyśle rozpoczęło się odliczanie. Spróbował zsynchronizować uderzenia serca z drżeniem rąk i ujadaniem zębów. Zza pasa wyjął błyszczący kawałek metalu. Słońce odbiło w nim cały swój urok, tak ażeby trafił prosto w jego oczy i uleciał kolejną myślą w chmury. Nóż był wykonany starannie i tak samo przechowywany. Na rękojeści wyryty był Gobog, w całej swej okazałości. Jedna rysa przecinająca drewniany uchwyt noża symbolizowała go w pełni. Wojownik przyłożył broń do serca i odetchnął trzy razy, w celu uspokojenia organizmu. Gotował się do walki, a nawet na Łatwych Stepach nie była to błahostka.

               -Uspokój się...- Wyszeptał wysoki, czarnowłosy mężczyzna w granatowym płaszczu sięgającym kostek. Pochylił się nad włóczęgą, który nie mógł uwierzyć w to, co właśnie zobaczył. Potem ujrzał błyszczący nóż kuchenny i twarz młodzieńca z bliska. Była nieogolona od dobrych paru dni i ogólnie zaniedbana. Można było odnieść wrażenie, że jest jak piłka, jak zbyt mocno nadmuchany balon z kwadratowymi okularami na samym środku.- To nie będzie bolało. Wyobraź sobie, że śmierć nie boli wcale.- Ostrze zagłębiło się w szyję pijaka, a charczenie, które wydobyło się z na wpół otwartego gardła, zagłuszył odgłos nadjeżdżającego pociągu. Muszę bardziej uważać, pomyślał Jan, czyszcząc narzędzie i chowając je w starannie wyrobionej pochwie. Przypadkowi świadkowie mogą być wystarczającym powodem do zerwania Umowy. Muszę pozbyć się ciała, zanim zauważy je jakiś patrol. Jakby jakieś tu jeździły, zaśmiał się w duchu. Jego umięśnione ramiona wykonywały ciężką pracę wrzucania bezwładnego ciała do kanału i zamykania po sobie włazu. Dla bezpieczeństwa przebiegł przez ruchliwą ulicę, zwaną niegdyś Warszawską i podążył ciemną drogą wzdłuż Wisły. Noc wyglądała na spokojną. Samochody, leniwiej niż zwykle przecinały powietrze, żeby dostarczyć swoich panów i władców, czyli kierowców, na wskazane przez nich miejsce. Przy Bramie Mostowej przystanął na chwilę. Przeszukał szybko płaszcz, który miał na sobie. Jego ręce stanęły przy lewej, górnej kieszeni. Powoli i uważnie wyjął z niej czarny, połyskujący w świetle nadrzecznych świateł, metalowy przedmiot. Potem kolejny. Tym razem trochę lżejszy i bardziej podłużny. Zupełnie normalnie, rozglądając się gdzieniegdzie włożył magazynek do wypolerowanego glocka i przeładował, wprowadzając pocisk do lufy. Teraz mogę iść, pomyślał chowając oba przedmioty zespolone w jeden do kabury. Teraz mam odpowiednie argumenty.
               Trzy kule, wystrzelone z rogu dwóch ulic o za długich do zapamiętania nazwach, przebiły kurtkę ochroniarza stojącego przed jednym z zapyziałych toruńskich klubów. Dotarły do szarego swetra i ugrzęzły gdzieś w płucach i sercu, uwalniając przy tym nagły potok krwi. Ich pęd wyrwał prawie martwego człowieka, ciskając nim w mur, przy którym stał. Zabawa się zaczyna, przemknęło Janowi przez myśl, kiedy biegł z całych sił do wejścia największej meliny w mieście. Kolejne dwa świszczące drobne kawałki metalu z zawrotną prędkością powędrowały przez zamknięte, na wpół rozwalone wrociska do knajpy i w charakterystycznym, nieprzyjemnym gwiździe rozerwały głowę jakiemuś mafiozie. Porządny kopniak wbił drzwi do środka. Salwa, wystrzelona z przynajmniej sześciu pistoletów na raz, powędrowała w stronę wejścia, zaraz obok ramienia Jana, skrytego po prawej.
-Jeden, dwa... To broń twa.- Wysapał, przytulając się niechcący do swojej broni.- Trzy, cztery... Bądź zawsze szczery.- Przygotował się do skoku.- Pięć, sześć... Będziesz gnieść.- Siedem, osiem... Zrobisz to młotem.- Każdy, nawet najmniejszy mięsień jego ciała, naprężył się.- Dziewięć, dziesięć... Nie maż się.- Wszystko, co mogli dostrzec ludzie znajdujący się w klubie, to cień wpadający do środka strzelający na wszystkie strony śmiercią. Pierwsi ochroniarze padli po pierwszej sekundzie. Drudzy nie mieli tyle szczęścia. Po chwili pomieszczenie zapełniło się zapachem potu, krzyku, strzałów i prochu. Mieszanina ta, wsparta sześcioma trupami porozrzucanymi po ścianach, mogła wywołać mdłości u największego twardziela. Gdyby Jan był największym twardzielem, najpewniej porzygałby się. Na szczęście taki nie był. Podszedł spokojnym krokiem do lady, za którą kryła się jego docelowa ofiara. Trzęsący dupskiem, obrzydliwy grubas wychylił się zza baru unosząc ręce. Miał na sobie przepoconą, białą koszulę i spodnie od garnituru. Najtańsze oczywiście i oczywiście zielone. Ostateczny brak gustu, przemknęło Janowi przez myśl, kiedy podchodził z wycelowanym glockiem prosto między oczy spaślaka. Ostateczny brak człowieczeństwa.
-Kim...- Wyjęczał, najwyraźniej właściciel lokalu, całkiem cieniutkim głosem.- Kim, kurwa, jesteś?- Jan podszedł bliżej. Tak, żeby lufa dotknęła spoconej łysiny barmana. Tak, żeby mógł poczuć jego strach i kałużę moczu, która pojawiła się pod jego ofiarą. Pozostawał jednak skupiony.
-Kim ja jestem?- Powiedział spokojnie. Cisza rozpruwała czas bezlitośnie. Spojrzał w oczy swojemu rozmówcy. Na ich dnie zobaczył wszystko. Wszystko, co chciał. Glock powędrował trochę niżej. Teraz na muszce było serce.- Dwa lata temu zgwałciłeś dwunastoletnią dziewczynkę imieniem Anna. Rok temu zabiłeś Rafała, Zbysława i Franciszka Podomskich. Trzy miesiące temu wbiłeś nóż między żebra jednemu ze swoich gości, bo nie spodobała ci się jego twarz. Kim ja jestem?- Jego głos obijał się o obdrapane ściany, opustoszałej knajpy. Glock zatrzymał się na wątrobie.- Jestem sprawiedliwością.
               Fala ciepła i światła wylała się na zdziwioną twarz grubasa. Stojący przed nim człowiek rozpłynął się. Całe pomieszczenie nagle ożyło i oślepiło go doszczętnie. Upadł, trzaskając przy tym głową o ladę. Po chwili wstał i rozejrzał się wokół. Facet, który wparował do jego pubu i wyrżnął jego ochronę zniknął. Wszystko, co zobaczył to ciała swoich dawnych podwładnych i krew. Jego krew. Niesamowity impuls bólu i zdezorientowania przeszył jego umysł. Kurwa - przeszło mu przez myśl. Potem zrobiło się ciemno.

               Gon otworzył zielone powieki i uspokoił oddech po długim śnie. Poszukał dłonią swojej dębowej fajki i tytoniu. Wreszcie natrafił na dwa przedmioty jego pożądania. Spokojnie nabił fajkę najlepszym tytoniem, przynoszonym z chmur przez Szepty. Zamaszystym ruchem odpalił zapałkę, zrobioną z Niebieskiego Wiatru po czym oddał się chwili rozluźnienia i kontemplacji, nie zapominając przy tym o chorobliwym dłubaniu w nosie. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Z jego pagórka można było dostrzec rozległe pole siwości i zieleni, a gdzieniegdzie dostrzec Prawiemisia albo nawet Półpieska.
-Gomek!- Wrzasnął, kiedy tuż obok jego głowy w ziemię wrył się inny goblin, skacząc na równe nogi Skok wykonany był z precyzją i odpowiednią dawką Szczęścia.
-Miło mi Gon. Bardzo miło...- Wyszeptał, całkiem czarny stworek. Czerń był kolorem walki, który przyjmował każdy goblin, kiedy się rozzłościł. Wtedy to z ich uszu przestawał iść dym, a oczy stawały się całkiem niebieskie. Tak jak wiatr i kwiaty, rozsiane gdzieś w siwo-zielonej trawie.
-A mi całkiem niemiło.- Odpowiedział zaskoczony zajściem pykacz fajki.- Co tu robisz na Goboga i dlaczego w takim stanie?! – Jego rozmówca odsłonił nóż, który dotychczas ukrywał za plecami.
-Złamałeś Umowę... Zostaniesz ukarany.- Krzyknął czarny goblin wybijając się tak szybko, że zdołał dogonić słowa, które wypowiedział. Rozpoczął się taniec śmierci. Ostrze błyskało w różne strony, a Gon, jakby nie zwracając na nie uwagi, uchylał się i skakał. Zadawać się mogło, że tańczy w swoim własnym rytmie, kiedy muzyka gra zupełni inną melodię. Zdołał nawet nabić fajkę. Jego przeciwnik był za słaby. Jednym prostym ciosem Gon poskromił zapał czarnego goblina. Kopniak wybił jego przeciwnika w powietrze i poniósł na polanę, rozpościerającą się u podnóża pagórka. Tymczasem Gon zaczął ciemnieć.
-Nic nie zrobiłem.- Wysyczał całkiem czarny zwycięzca. Odebrał broń przegranemu, tak jak ojciec odbiera synowi niebezpieczną dla dziecka zabawkę. Sapał jak oszalały. Nie widział już Szeptów, Pópiesków ani nawet Prawiemisiów. Jedyne, co widział, to śmierć. Święte ostrze przebiło delikatny brzuch Gomka i uwolniło z niego dym. To myśli powędrowały wysoko ponad chmury...
               Leciał szybko, nawet jak na martwego goblina. Przebił się przez niebieskie chmury i uderzył w niebo z ogromnym impetem. Przebił jego pierwszą warstwę bez najmniejszego problemu. Druga zwolniła go trochę, a trzecia prawie pozbawiła pędu. Z całych sił zaparł się w prawo, ale mimo tego spadał w lewo. Spadał i nie mógł nic zrobić. Nad swoją głową ujrzał Granicę i Goboga patrzącego na niego tym swoim wszystkowiedzącym wzrokiem. Minął ją jednak i poczuł jak ogarnia go ciepło. Wszystkim, co mogli zobaczyć ludzie, była spadająca gwiazda, niknąca gdzieś między czasem, a faktem. Duszę anioła paloną przez świat ludzi. Ktoś pomyślał życzenie i uwierzył, że może się spełnić. Taki był ostatni pożytek z Gomka, niesfornego goblina.

               Niebo zaszło czarnymi chmurami, a w Gonie obudził się niepokój. Poczuł jak trawa zrywa się do lotu, a Niebieski Wiatr ucieka przed Czarną Wichurą. Wszystkie Prawiemisie ukryły się, drżąc przed nadchodzącymi zdarzeniami. Wszystkie Półpieski pobiegły za Niebieskim Wiatrem z wywieszonymi jęzorami, tak jak robiły to z samochodami, kiedy jeszcze żyły. Łatwe Stepy jeszcze nigdy tak nie wyglądały, przemknęło Gonowi przez myśl. To może oznaczać tylko jedno, spojrzał w niebo i spróbował uspokoić dyszenie. Gobog się wkurzył. Zimny, niespotykany na tych terenach, wiatr spowodował natychmiastowy powrót do zieloności małego stworka. Szybkim krokiem przemierzył polanę i wspiął się na pagórek. Poczuł czarną, mokrą ziemię pod stopami. Pozbawioną trawy. W końcu uciekła. Musiał dowiedzieć się, jak można zaradzić sytuacji. Musiał to zrobić szybko. Zanim ściemni się na dobre. Zarzucił na grzbiet brązowe palto i nałożył, wykonany z czystych snów, kapelusz w kształcie trójkąta, z pozaginanymi rogami. Podążył najpierw marszem, potem biegiem, bowiem zdawało mu się, że jest coraz ciemniej, a co najsmutniejsze – nie mylił się.
                Miasteczko, położone w głębokiej dolinie ozdobionej małym jeziorkiem, było widać z daleka. Kłęby dymu myśli i tego pochodzącego z ognisk wznosiły się ku czarnym chmurom. Zbierały się przy nich, jednak nie przedostawały się wyżej, do niebios. Owa mieścina, nazywana Czystą Wodą zbudowana była z kory drzew i czarnej, jak zwykle, ziemi. Kopulaste budynki przypominały gałki lodów, na wielkim deserze z karmelem i czekoladą. Myśli błądzą, pomyślał Gon, zbiegając z góry. Kiedy myśli błądzą, rodzi się zło. Niżej mógł dostrzec dwóch strażników i bramę, dziwnie cichą na tle rozwrzeszczanego miasta. Obaj, okuci w papierowe zbroje na widok wędrowca skłonili się nisko. Podróżnik przeszedł most prowadzący przez czarną fosę i wkroczył do miasta. Uderzył go niesamowity harmider i zapach palonych Snów, który z resztą przypominał woń palonego tytoniu. Jego krótkie nogi przebierały szybko w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na odpoczynek. Ich pan nie dawał jednak za wygraną i miotał się od jednego do drugiego mieszkańca, pytając ciągle o jedno imię:
-Gdzie mogę znaleźć Jego Rozmówcę?- Zapytał siedzącego w ciemnej uliczce, przywdzianego w niebieskie, zasłaniające twarz, szaty wykonane z Łez Prawiemisiów.
-Stoisz przed nim.- Odpowiedział chrapliwym głosem dziwak. Z jego fajki wydostawał się dym, który łączył się z myślami i wędrował ponad budynki.- Czego chcesz?
-Obciąć paznokcie i wypastować buty.- Odrzekł Gon, najwyraźniej rozbawiony postawą dawnego znajomego.
-Gdybyśmy tylko mieli buty...- Wyszeptał Jego Rozmówca po czym wybuchł salwą najgrubszego śmiechu, na jaki było go stać. Śmiech ów zatańczył przed oczami wszystkich mieszkańców, po czym powrócił do płuc swojego pana.
-Zawsze lubiłeś się śmiać Jego Rozmówco...- Przybysz usiadł obok swojego przyjaciela i poszukał fajki, która zawsze zmieniała miejsce w brązowym palcie. Robiła to samoistnie i złośliwie. Na szczęście zapałki i Sny pozostawały posłuszne. Zakupił je po drodze, z powodu braku tytoniu, a już zdążył się z nimi zaprzyjaźnić. Muszę kupować je częściej, przemknęło mu przez myśl, kiedy wsadzał je do fajki i odpalał.- Natomiast...- Poczekał, aż pierwsze Sny wzbiją się ponad domy.- Sprawa, z którą przychodzę nie jest zabawna. Jest poważna.- Zobaczył skrywany uśmiech na twarzy swojego rozmówcy. Nie przejął się nim i kontynuował:
-Muszę zobaczyć się z Gobogiem.- Powiedział wreszcie Gon, spoglądając w błyszczące, czarne niebo. Tym razem śmiech nie wydobył się z płuc Jego Rozmówcy. Nie dotarł nawet do nich, bowiem pozostał w sercu i nie wychylał się z niego na dobre.
-Z Gobogiem powiadasz...- Goblin potarł zupełnie gładki podbródek, jakby sprawdzając, czy pojawił się typowo ludzki zarost. Zamyślił się, a dym z nosa wydobywał się z większą częstotliwością. Naraz białe włosy wyrosły z pocieranego miejsca. Przez chwilę przypominały płatki śniegu. Następnie przekształciły się w piękną długą, białą brodę. Gon czekał cierpliwie, aż jego przyjaciel skończy swoją pracę.- Przez twoje życzenia postarzeję się kiedyś. Odnalazłem sposób.
-Mówże. Te chmury to poniekąd moja sprawka.- Wskazał na czarnidła zbierające się ponad ich głowami.
-Pamiętasz, jak się przekracza Granicę?- Orzekł mędrzec, a wędrowiec przytaknął skinieniem głowy.- Zasypiasz i przechodzisz ją bez problemów. Teraz też tak zrobisz, tylko że Gobog nie pozwoli ci przejść na drugą stronę. Zazwyczaj, kiedy goblin narażał się Gobogowi nie spał tak długo, aż nie usychał, a wtedy jego ostatni Niebieski Wiatr przemierzał dwa nieba. Wiele goblinów stało się życzeniami. Pamiętaj o tym, kiedy będziesz leciał. Nigdy o tym nie zapominaj...- Starzec zrobił przy tym poważną, niespotykaną u niego minę, po czym roześmiał się z całych sił i powrócił do swojego normalnego, młodzieńczego stanu.- Muszę iść...- Wyszeptał, najwyraźniej bardzo zmęczony.
-Czekaj.- Gon zatrzymał go, chwytając delikatnie za szaty.- Jeszcze jedno.- Młodzieniec siadając przeobraził się w starca, tym razem z poważnie znudzoną miną.
-Co takiego?- Odparł nie marnując czasu i nabijając fajkę.
-Kim jest Gobog?- Nigdy o tym nie myślałem, dotarło do Gona. I nikt mi nie powiedział.
-Żebym tylko ja to wiedział...- Młodzieniec wstał, ukłonił się nisko i podążył w ścianę ślepego zaułku, która uchyliła się przed nim i otworzyła kolejną ulicę.- A teraz żegnaj i powodzenia mój przyjacielu. To może być nasze ostatnie spotkanie.- Nie może, ale jest, przemknęło przez myśl Gonowi, ale nic nie mówił. Pomachał tylko Jego Rozmówcy, za którym zamknął się ślepy zaułek. Stał tam jeszcze przez chwilę spoglądając w ciemne niebiosa, za którymi gdzieś tam, krył się Gobog. Naraz jego nogi przypomniały o sobie przeraźliwym bólem. Przemierzył rynek szybkim marszem, po czym wszedł do pierwszej lepszej gospody. Minął barda i paru gości zadowalających się Snami, następnie podszedł do gospodarza i uderzając małą piąstką w ladę powiedział:
-Pokój, błagam.- W odpowiedzi dostał klucz, ciepłe spojrzenie i resztę, wydaną w liściach Niedrzew. Jego nogi wykonały ostatnią wędrówkę. Otworzył drzwi i pierwszym, co zrobił był skok do ciepłego łóżka, wykonanego z puchu Zagęsi. Kolor jego skóry zaczął płowieć, co oznaczało tylko jedno. Musiał zapaść w sen, co niekoniecznie oznaczało odpoczynek.

               Ściana pokoju, na którą zerkał przed zaśnięciem wygięła się i zafalowała. Mógł usłyszeć zupełnie ludzkie dudy, naciskane jakby tylko przez powietrze i poczuć dym palonych Snów. Niegdyś ludzkich Snów. Ściany położyły się na niego, zalewając jednocześnie pokój czernią i nicością. Naraz, jakby z procy, ciało goblina powędrowało wysoko. Wyżej niż kiedykolwiek sobie wyobrażał. Czarne chmury rozstąpiły się przed nim. Poczuł chłód i ból w żołądku. A może tam nie ma Goboga - przemknęło mu jak wiatr przez umysł. Myśl nie zdążyła ujść z jego głowy, a na jej miejsce chciała wejść następna. Bolała go głowa i nie mógł opanować lotu. Wszystkim, co widział, była kopuła Nieba i granicę, jaśniejącą w pięknej czerni i granacie. Leciał wprost na nią. Czuł jak powietrze owiewa go ze wszystkich stron. Nie miał już jednak ciała. Stał się Niebieskim Wiatrem, tak jak każdy goblin podczas drzemki. Dalej za Granicą czekał na niego świat ludzi. Nie to jednak go interesowało. Granica zbliżała się, a dźwięk dud narastał. Nagle ogarnęło go światło i ciepło, znane mu tylko z bajek. Obudził się na miękkiej podłodze. Była zupełnie biała, a pokój w którym się znajdował nie miał ścian, ani sufitu. Nieopodal niego stał Gobog. Był wysoki na trzy bloki mieszkalne, z jego oczu wylewał się czysty Lęk, a zęby przypominały raczej macki. Ręka Gona powędrowała do uświęconego noża. Przygotował się do walki. Postać stojąca przed nim czekała cierpliwie, aż się do niej zagotuje. Na tym polegała kara za złamanie Umowy. Kiedy Gobog usiadł na ogromnym tronie, wyżłobionym z Łez Ludzkich, goblin zaczął odliczanie:-Raz, dwa... Zniszczysz psa.- Przypomniał mu się klub i udana akcja. Ludzie potrzebują aniołów, takich jak ja, wleciało mu do głowy. Muzyka wdzierała się na miejsce myśli, zagłuszając je skutecznie.- Trzy, cztery... Bez swojej giwery.- Ludzie potrzebują pomocy i dobra, koncentrował się coraz bardziej.- Pięć, sześć... Zaciśnij pięść.- Bez nas nic nie pozostanie takie jak jest, wyszeptał do siebie. Czuł, że zbliża się czerń.- Siedem, osiem... Zrób to krocie.- Jego małe, całkiem czarne piąstki zacisnęły się na wypolerowanej rękojeści poświęconego ostrza.- Dziewięć, dziesięć... Przyjdzie jesień.- Skok, który wykonał był o wiele większy, niż mógłby ktokolwiek przypuszczać. Przeleciał przez Nieskończony Pokój z taką prędkością, że sam Gobog miał problem, żeby go dostrzec. Wleciał jednak w czyste powietrze. Uderzył w tron i zleciał na jego miękkie siedzenie. Nóż wypadł mu z ręki, a muzyka nie przestawała grać. Kręciło mu się w głowie i nie mógł przez chwilę wstać. Ujrzał nad sobą uśmiechniętą, trochę nalaną twarz. Tron zniknął, a na jego miejsce pojawił się stolik i dwa krzesła. Siedział naprzeciwko swojego przeciwnika i nie mógł się ruszyć. Nie mógł nawet sięgnąć po broń.
-Witaj Gonie...- Powiedział zupełnie przyjaznym głosem pan, o dużym brzuchu, nalewając dwie filiżanki herbaty. Muzyka przestała grać.- Zapewne zastanawiasz się kim właściwie jestem...- Nie czekał na odpowiedź. Była oczywista, tak jak oczywista była jego wiedza na ten temat.- Czasem ludzie nazywają mnie czasem. To ja sprawiam, że wszystko się kręci, że w jesień spadają liście, a na wiośnie widać morza, ba, oceany kwiatów. Jestem już znudzony. Bardzo znudzony. Dostałem kiepską fuchę i potrzebuję wakacji. Potrzebuję odmiany, rozumiesz?- Ani trochę... - przemknęło Gonowi przez myśl i mimo tego, że nie mówił tego głośno docierało do niego, że Gobog wiedział, co miał na myśli.
-Pewnie, że nie rozumiesz... Ja też mam czasami z tym problemy.- Grubasek uśmiechnął się szeroko. Śmiech nie uchodził z niego jak w Gobświecie. On płynął i rozcieńczał ciemność, która otaczała stolik.- Nie jednak w mojej sprawie tutaj się znaleźliśmy. To ty spowodowałeś nasze spotkanie. Zastanawiasz się pewnie, dlaczego złamałeś Umowę i co właściwie złego zrobiłeś...- Upił łyk zielonej herbaty.- Nie zrobiłeś zupełnie nic złego. Twój czyn jest zupełnie naturalny i kara za niego jest także zupełnie naturalna.- Po obu stronach stolika stanęły drzwi. Na stole pojawiła się sześciościenna kość, bez spiłowanych rogów.- Raz, dwa, trzy... Zostajesz ty. Cztery, pięć, sześć... Zostaje tylko część.- Kostka podskoczyła do dłoni gobilna. Tamten, drżąc, rzucił nią o stół, tak żeby potoczyła się najmocniej, jak to możliwe.
-Siedem.- Odczytał wynik Gobog i uśmiechnął się serdecznie. Wskazał drzwi, które pojawiły się zaraz za nim. Zamknij oczy Gon. - pomyślał goblin podchodząc do drzwi. - Zamknij oczy Jan. Zamknij oczy...

               Gdzieś, niedaleko Torunia spadła gwiazda. To Gon przemienił się w Jana i spadł na Ziemię. No tak, przemknęło mu przez myśl. Siedem to jakaś odmiana. Otrzepał się z popiołu i pobiegł w stronę miasta. Był dorosły. W końcu dorosły, ale z sercem dziecka. Tak oto z małego goblina wyrósł człowiek, choć ten pierwszy... Nigdy nie umarł.

(Toruń, 2003-11-16)


©RPG Chamber 2003