Tru low stori
Przemek “TrOOl” Gliniecki
-Dziewięćdziesiąt cztery złote, dziewięćdziesiąt dziewięć groszy.- Powiedział zupełnie automatycznie Stanisław Kimisiewicz, właściciel sklepu odzieżowego umiejscowionego na głównej ulicy miasta, pakując jedwabną bluzkę do plastykowej torby. Wysoka niebieskooka blondynka, ubrana w czerwoną obcisłą spódnicę, wyszła, zabierając pakunki. Nieźle się rusza, przemknęło przez myśl stojącemu przy drzwiach Markowi, który jak na dżentelmena przystało, otworzył je przed damą. Chciałbym być tą bluzką. Nigdy nie lubił małych pomieszczeń i ciemności, ale dla kontaktu z jej skórą zrobiłby wszystko. Jego rozproszoną uwagę ponownie zwrócił staruszek stojący za ladą, zliczający dzienny dochód.
-Ile dzisiaj szefie?- Zapytał podchodząc do radia. Wyłączył zachęcającą do kupowania muzykę.
-Mało. Za mało.- Wymamrotał stary, pocierając twarz, jako demonstrację zmęczenia. Żal mi ciebie Stachu, pomyślał młodzieniec ubierając kurtkę. Żal, jak cholera, że nie potrafisz nic ze sobą zrobić.
-Będzie lepiej. Na razie.- Rzucił subiekt, ale jego głos zmieszał się z muzyką ulicy, zbyt głośną i gwałtowną, żeby ją przekrzyczeć.
-Na razie.- Wypluł kasjer, ale jego głos uderzył w zamknięte drzwi. Wrócił do liczenia dziennego dochodu, chowając twarz w ręce.
Na ulicy było mokro i zimno. Asfalt, który leżał tam od zawsze wydawał się być niesamowity. Odbijał ogromne neony sklepów i dźwięki przejeżdżających samochodów, skupiając je w niesamowitą formę czerni i tysiąca innych kolorów. Ludzie tworzyli potoki. Całe rzeki przechodniów, zatrzymywane gdzieniegdzie przez światła i remonty toczyły się przez ulice w jakimś bliżej nieokreślonym celu.
-Chłodno dziś...- Powiedział do siebie handlarz, zapinając skórzaną kurtkę i włączając się do strumienia. Nie musiał wreszcie myśleć gdzie i jak idzie. Wystarczyło, że podążał ze wszystkimi do najbliżej stacji metra. Szedł szeroką drogą zajmowaną w całości przez wszechobecny Tłum. Na szczęście po śmierci nie będę musiał oglądać ciągle tych mord, pomyślał spoglądając na kilku przechodniów zajętych swoimi sprawami.
-Marek?- Usłyszał za plecami znajomy kobiecy głos. Mimo otaczającego go gwaru mógł doskonale go rozpoznać. Zawsze kiedy słyszał tą tonację, barwę i ogólny wydźwięk czuł zapach róż. Taki dziwnie kobiecy zapach. Ten głos mógł pochodzić tylko z jednego gardła.
-Maria...- Gorące ciało, odziane w czarny sięgający kostek damski płaszcz, przylgnęło do niego w równie ciepłym objęciu. Jej ciemne włosy, przypominające bardziej żywy zapach, niż faktyczną fryzurę, przysłoniły mu na chwilę obraz rzeczywistości.- Dawno się nie widzieliśmy.- Ludzie mijali ich ze złośliwymi minami, jakby chcieli krzyknąć: „Nie tamuj rzeki tępy głazie!”, ale nie mieli na to odwagi. Z pokrytego ciemnoniebieskimi chmurami, czarnego nieba zaczął sączyć się deszcz.- Lepiej stąd chodźmy.- Chyba spadła na mnie pierwsza kropla, dotarło do Marka kiedy wchodzili do położonej niedaleko kafejki. Uderzył ich zapach kawy, przytłumiony przez gęstą mgiełkę dymu pochodzącego z fajek ludzi, nazywanych Szczęściarzami. Przechodząc przez salę dla palących mogli zauważyć całą tęczę twarz. Od tych roześmianych, przez te zajęte rozmową, aż do tych zupełnie zasmuconych
i martwych. W drugim, znacznie mniejszym pokoju siedział tylko jeden gość. Ubrany w czarny, przepisowy garnitur, drobnej budowy człowieczek czytał gazetę i sączył kawę. Ten to dopiero ma kamiennego ryja stwierdził w duchu Marek, siadając na sofie obok spotkanej przyjaciółki. Jej perfum, coraz mocniejszy, uderzał przez nos do mózgu, aż wreszcie przebijał się do świadomości, gdzie siał spustoszenie.
-Ile my się nie widzieliśmy?- Zaczęła, trochę skrzeczącym głosem. Przynajmniej na tle lecącego w tle jazzu wydawał się być skrzeczącym. Rekompensowały to jednak czarne, mądre oczy, które sprawiały wrażenie przynajmniej wszechwiedzących.
-Jakąś wieczność.- Odpowiedział żartem, który spowodował przelotny uśmiech na ustach kobiety. Tych samych ustach, które niegdyś całował i wielbił, jakby należały przynajmniej do bogini. Bo właściwie tak było. Przegrałem, wrzasnęła jego dusza. Zapach oplótł go jak sieć oplata nic nie wiedzącą rybę. Pająk przystępował do konsumpcji świeżo złapanej muchy. I to nie on był pająkiem.
-Tak...- Zamiauczał Kotek przysuwając się trochę na skórzanej sofie.- To chyba była wieczność.- I oto urywał się temat. Myśli obu stron rozpaczliwie biegły w ciemnym korytarzu zamkniętych drzwi miotając się od strony do strony. Dostały zadyszki, która zaowocowała chwilą milczenia.
-To zabawne.- Stwierdził pod nosem Pies szukając odpowiedzi na pytanie, które zada jego rozmówczyni.
-Co takiego?- Miał. Miał odpowiedź i za razem temat, a myśli mogły na chwilę odpocząć
i krążyć swobodnie wokół wszystkich pięknych wypukłości, które posiadała druga strona.
-Wieczność.- Powiedział tym swoim pseudo naukowym tonem, który tylko jemu wydawał się mądry i wyniosły. Kolejna fala uśmiechu, a raczej śmiechu, tym razem skutecznie stłumiona przez wybitnie atrakcyjną przedstawicielkę płci pięknej. To tak jakby fale oceanu rozbijały się o skały, przemknęło mu przez myśl. Sama fala nigdy nie dopłynie, ale trochę wody spadnie na suchy ląd.- Od czasu podpisania umowy z Niebem wszystko stało się zbyt oczywiste, żeby tego typu słowa miały jeszcze jakieś znaczenie.
-Tak. Moja babcia jeszcze nie może w to uwierzyć.- Babcia, trafiło do Marka. Nie mogę sobie ciebie wyobrazić, jako starej kobiety.
-Bo to, musisz przyznać, niesamowite nawet dla nas.- Kelner przyniósł słodką kawę
z mleczkiem, pokrytą śmietanką i zmył się natychmiast.- Kiedyś ludzie martwili się o swój los po śmierci. Teraz też z resztą tak jest...- Nic bez problemów, przypomniał sobie, spijając śmietanę ze swojej porcji „specjalności zakładu”. Przepełniła go niepewność i poczucie beznadziejności wobec palącej chęci czynu. Działo się tak zawsze, kiedy myślał o swojej duszy, niebie i całym szalonym systemie, w którym przyjdzie mu kiedyś umrzeć.
-I jeszcze ci Szczęściarze.- Wycedziła przez zęby zawzięta kocica spoglądając
w pomieszczenie obok.- W chwili, kiedy Niebo wydało listę zbawionych na ziemi, o nic się tacy nie martwią...- Nie słuchał jej. Nigdy jej nie słuchał. Nawet jeżeli usilnie się starał, zawsze miał wrażenie, jakby mówiła gdzieś obok, do absolutu i nicości. Odszukał wzrokiem lustro. Niezła z nas para, przemknęło mu przez myśl kiedy spoglądał na odbicie. Ujrzał tam średniego wzrostu, dobrze zbudowanego bruneta z pięknie zrobionymi zębami i kobietę
o nieskazitelnej urodzie, odzianej w kremowy sweter, który miał ochotę czym prędzej zdjąć.- To śmieszne, bo ci na górze podobno traktują kobiety i mężczyzn na równi.- Dokończyła trwającą przynajmniej minutę przemowę. Uwielbiał jak porusza ustami. Uwielbiał jej lekko skrzeczący głosik. Uwielbiał tamto miejsce i jazz w tle. Nagle wszystko polubił i wszystko wydało mu się obojętne.
-Ta...- Wydobył z siebie, jakby był w zupełnie innym świecie. Może rzeczywiście się w nim znajdował. Kolejny koniec trasy. Znowu korytarz i zamknięte drzwi. Kolejny raz pociąg wbija się w betonową ścianę.- Nie boisz się czasami o to drugie życie?- Mina kobiety. Strzał w dziesiątkę, przemknęło mu przez myśl.
-Czasami mam wrażenie, że przydzielą mnie do jakiegoś okropnego miejsca albo dostanę niską kategorię.- Każda dusza po opuszczenia ludzkiego ciała, w którym się tworzyła przechodziła Klasyfikację, która to przydzielała ją do odpowiedniej rangi. Jeżeli dusza była mała, otrzymywała pod władanie mniej odpowiedzialne zadanie. Jeżeli zaś rozmiarami kwalifikowała się do niebios, właśnie tam mogła pozostać. W przeciwnym wypadku spadała na ziemię z tak zwanym wielkim hukiem.
-Nie martw się. Na moje to tylko plotki.- Skłamał Marek, przysuwając się do ofiary. Mucha stawała się pająkiem.- W końcu kiedyś ludzie wierzyli, że tam u góry jest lepiej niż tutaj.- Sweterek stawał się coraz mniej pożądany, a dystans zmniejszał się z każdą milisekundą. Do mężczyzny siedzącego na sofie naprzeciw podeszła jakaś damulka i zaczęli głośno rozmawiać. Trupek stał się rozmowny i drażniący w swoim donośnym głosie.
-Chodźmy stąd.- Prawie wyszeptał drapieżny owad, a czarne perełki odpowiedziały mu skinieniem i cichym „uhm”, które zlało się z muzyką. Wychodząc, Marek kupił butelkę wybornego wina. W końcu kiedyś trzeba pić, zalegający w sklepach od miesięcy alkohol. Para trafiła w przeszywającą chłodem noc, która nie zdawała się taka zimna. Nie, gdy byli razem.
Do mieszkania wpadł najpierw ich śmiech, a dopiero potem oni sami. Drzwi zamknęły się automatycznie, a dwa płomyki upadły na miękkie łóżko. Stępione alkoholem zmysły rozmywały się w zapachu chwili. Pająk zaczął oplatać siecią swoją ofiarę. I tym razem nie wiadomo było, kto pełnił tę rolę. Jutro będę miał kaca, uśmiechnął się w myślach Marek, całując szyję swojego łupu. Chrzanić jutro, dotarło do niego, a świat odpowiedział mu cichym „uhm”.
-Co my tu mamy...- Wyseplenił Wagowy, odziany w stary, szary niemiecki płaszcz, jeszcze z czasów Drugiej Wojny Światowej. Jego ręce trzęsły się, co nie pomagało mu przy pracy. Malutka waga stojąca na stoliku, przy którym się znajdował zachwiała się pod dwoma malutkimi ciężarami.- Równe.- Powiedział do siebie i zapisał coś na kartce. Pokój, w którym pracował od zawsze zdawał się być urządzony staroświecko. Ciężkie meble, odsunięte pod ściany dawały znać, że jest się w poważnym miejscu. Jest, było, czy będzie. Nie miało to tam znaczenia. Rozległo się głośne trzaśnięcie drzwiami i do pomieszczenia wbiegł drugi, całkiem podobny mężczyzna. Ekspert kontynuował swoje zajęcie z największym spokojem, na jaki było go stać. Dopiero po chwili zauważył stojącego nieopodal, odzianego w czarny garnitur, kościstego samca trzymającego jakąś szarą teczkę.
-Słucham...- Wymówił niewyraźnie, tak jakby nie obchodziło go, czy adresat go zrozumie.
-Ty jesteś Wagowy?- Wyartykułował głośno i wyraźnie kanciasty, zbliżając się do niego. Mógł dostrzec sarkastyczny uśmiech. Z lekkim niepokojem zbliżył się tak, żeby w razie potrzeby obezwładnić cel.
-Nie.- Rzucił, tym razem hałaśliwie.- Wagowy jest pokój obok.- Ten w czarnym wyjął jakieś zdjęcie i zaczął porównywać je z twarzą obiektu, który znalazł. Pasuje, stwierdził, wyciągając czarną, połyskującą procę.
-Nie ruszać się.- Jaja sobie robisz stary, powiedział w myślach staruszek. To nie jaja, odpowiedział mu terrorysta. To poważna sprawa.- Rączki do góry i słuchaj...
Przeszywający ból głowy rozpruł błonę porannych marzeń sennych i do świadomości Marka wpuścił rzeczywistość. Leżący w rozgrzebanej pościeli młodzieniec wstał i chwiejnym krokiem przeczłapał do kuchni. Nie spodziewał się tam spotkać Marii. Nie spodziewał się tam spotkać nikogo. Zgodnie z jego przypuszczeniami kuchnia była pusta. Szkoda, stwierdził nalewając sobie mleko. Zaczynamy przypominać zwierzęta. Ból sprawił, że jego ruchy stały się o wiele bardziej toporne i niezręczne. Zimne mleko uderzyło w jego kubki smakowe budząc większość zmysłów, potęgując tym samym ból. Prawie bezwładne cielsko opadło na fotel i włączyło odruchowo telewizor:
-Ogłoszono kolejną listę Szczęściarzy!- Huknął telewizyjny spiker, po czym nastąpiła długa wyliczanka osób znajdujących się na dokumencie świeżo wydanym przez niebiosa. Marek słuchał, w skupieniu oczekując swojego nazwiska. Bezskutecznie, podsumował w myślach, kiedy zakończyli ogłaszanie Listy Zbawionych. Poza tym, gdyby chcieli mnie zbawić już dawno by to zrobili. Rzucił okiem po mieszkaniu. Pusta butelka, leżąca bezpańsko w kącie. Ogólne wrażenie nieporządku przyprawiało go o mdłości i poczucie bezsilności. Chrzanić niebo, przemknęło mu przez myśl, ale chwilę po tym zdał sobie sprawę, że nie może myśleć w ten sposób.
-To by nie było fair w stosunku do innych dusz.- Powiedział na głos wyłączając „poranne urządzenie kultu”. Sobota. Tylko świadomość faktu, że nie będzie musiał pracować tego dnia utrzymywała jego stan psychiczny w bezpiecznej depresji. Ta niebezpieczna rozpoczynała się od poniedziałku do piątku, od ósmej rano do siedemnastej. Kończyła się euforią w piątkowy wieczór, a rozpoczynała pogłębieniem melancholii niedzielnego popołudnia. Jednym słowem burdel, skwitował obraz swojego mieszkania. Bezlitosny dźwięk, przebijający wszystkie granice uprzykrzenia, został bezczelnie wydany przez leżący gdzieś na podłodze telefon.
-Halo...- Wycharczał, podnosząc słuchawkę. Przez głośnik do jego ucha trafił tylko szmer. Ktoś robi sobie jaja, przemknęło mu przez myśl...
-Halo...- Powtórzył Marek, trochę zdenerwowany. Po cholerę jeszcze trzymam tą słuchawkę, przemknęło mu przez myśl. Chyba tylko z braku innych zajęć.
-Halo?- Odpowiedział głos po drugiej stronie linii telefonicznej.- Marek? To ty?- Należał do mężczyzny, najpewniej jakiegoś znajomego mu przelotnie. Pewnie jakiś znajomy kretyn chce zaprosić mnie na swój ślub, pomyślał wsłuchując się uważniej w ton rozmówcy.
-Tak. Przy telefonie. Kto mówi?- Zauważył w swoim tonie coś nerwowego. Może dlatego, że doskwierał mu kac i była sobota rano.
-Bartek Helmud. Nie poznajesz po głosie?- Zahuczało mu do ucha. Coś zaczęło mu świtać, ale nie wiedział z której strony. Miał wrażenie jakby pierwszy raz go słyszał.- Trochę lat się nie widzieliśmy! Musimy się spotkać.- Ból ustawał wraz z rozwijaniem rozmowy. Marek przypomniał sobie swojego dawnego przyjaciela. Byli razem na paru udanych imprezach, o których mówił „niezapomniane”. Oczywiście. Mylił się.
Pół godziny potem Marek szedł powoli w stronę umówionego miejsca. Był to plac miejski, jak zwykle zatłoczony przez ludzi czekających na spotkanie. Słońce nie dawało mu żyć, a chmury, które jakby na złość tamtego dnia się nie pojawiły, nie pomagały mu iść płynnie. Bolał go żołądek i głowa. Na nos wsunął ciemne okulary, które sprawnie maskowały zamknięte oczy, z którymi szedł połowę drogi. Niewiele pamiętał z zeszłej nocy. Zapachy, dźwięki, twarz... Wszystko zlewało się w uczucie ciepła, przepełniające go, zapewne po dużej ilości alkoholu. Jednak żadnych wspomnień. Tak jakby ktoś wyciął je z pamiętnika. Może rzeczywiście tak było... Wśród wielu zupełnie nieznajomych twarzy dostrzegł machającego w jego stronę, ubranego w czarny zimowy płaszcz, dobrze zbudowanego człowieka. Odmachał mu porozumiewawczo i przebiegł kawałek. Ogromny czarny samochód z dużą prędkością wjechał w biegnącego mężczyznę. Marek poczuł ból w lewym biodrze. Po chwili leżał na twardym, czarnym asfalcie, w kałuży własnej krwi. Zobaczył Bartka podbiegającego z ogromnym „o” na twarzy. Pochyliła się nad nim Maria. Chwilę potem przekształciła się w kobietę ze sklepu i dziesiątki innych znajomych mu kobiet.
-Nie ruszaj się stary.- Wrzasnął ktoś, jakby zza drzwi.- Nic ci nie będzie!- Chwilę potem... Był już martwy.
Biegł prosto przed siebie wzdłuż ciemnej polany. Jego nogi grzęzły w czarnej glinie, co utrudniało dodatkowo ucieczkę. Mimo zmęczenia, którego powinien doznawać leciał dalej. Obraz obezwładnionego mężczyzny leżącego w pokoju pełnym antyków przemknął mu przed oczami. Połać ziemi zdawała się nie mieć końca, tak jak ciemność, która go otaczała. Gdzieś, daleko za nim można było zobaczyć niebo. Zamek zbudowany z grubych murów porośniętych mchem wystawał ponad górskie szczyty, jakby nimi władał. Bo właściwie tak było. Starzec przystanął na chwilę, żeby zapiąć gruby płaszcz. Czuł oddech swoich wrogów. Czuł jak ktoś zbliża się do niego i nie była to tylko ciemność, w którą zmierzał.
-Mam cię...- Warknął jakiś kształt, rzucając się na niego w szaleńczej próbie obezwładnienia swojego celu. Dwa ciała zwarły się w tańcu śmierci przepełnionym kopniakami i uderzeniami. Gdzieniegdzie błyskał jeszcze obraz nieba, ale po chwili i on zniknął. Ukrył się gdzieś za górami, żeby nie obserwować okropnych zdarzeń, które miały nastąpić. Kanciasty dopadł Wagowego. Dopadł na dobre.- Teraz...- Wysyczał przez zakrwawione usta.- Zważysz tą duszę...- Drobna, fioletowa sakiewka powędrowała do dłoni starca. Jego spracowane palce zacisnęły się na niej w czujny i mądry sposób. Wiedział dla kogo wykonuje zadanie. Wiedział, że cały wszechświat go za to znienawidzi.
-Ta dusza...- Powiedział z trudem, dając sobie trochę czasu na odpoczynek.- Ta dusza waży więcej niż twoja i moja razem.- Woreczek powędrował z powrotem do odpowiednich rąk. Mały, błyszczący nawet w ciemnościach stalowy przedmiot zanurzył się w duszę Marka. Gdzieś na polanę ciemności wysypał się groch wspomnień, uczuć i pragnień. Fioletowa sakiewka traciła na wadze.
-Dziękuję.- Rzekł kościsty mężczyzna odchodząc od byłego celu.- Okazałeś się bardzo pomocny.
-Poczekaj...- Wysapał staruszek.- Dlaczego mu to robisz? Wyjaśnij tylko to. Potem rozpłyń się w swoich ciemnościach.
-Dlaczego?- Zapytał sam siebie dżentelmen w czarnym garniturze.- Jego dusza ważyła dużo, ale mało znaczyła. Dostałem taki rozkaz. Od samego najwyższego. Sam rozumiesz. Nic osobistego.- Zdziwienie widoczne na twarzy starca popchnęło go do rozwinięcia tematu.- Każdy na tym świecie musi dostać nauczkę. Każdy w rzeczywistości tylko tego potrzebuje. Ten osobnik wykorzystuje wielkość swojej duszy w śmiertelnych pobudkach. A tak robić się nie powinno. A teraz żegnam...
W chwili, w której zniknął wielkie łzy stoczyły się z twarzy Wagowego i wsiąknęły w ziemię. Łzy przemieniły się w deszcz i spadły na ziemię w ogromnej burzy gdzieś na Atlantyku. Wagowy wiedział, kto był jego pracodawcą. Wiedział dobrze. Był to największy przeciwnik człowieka. Pan Śmierć.
Wracająca z pogrzebu para zatrzymała się przy sklepie, w którym niegdyś pracował niedawno zmarły człowiek. Był zamknięty, ale na wystawie nadal stały dwa manekiny. Plastykowy obraz kobiety i równie nierzeczywista rzeźba mężczyzny. Trzymali się za ręce, ubrani w jakieś tandetne stroje.
-Myślisz, że to o powracających duszach to prawda?- Zapytał swojej małżonki, Marii, Jarosław, szef koncernu naftowego. Na ulicy pierwszy raz od dłuższego czasu było spokojnie. Zalegająca cisza mogłaby przestraszyć nawet głuchego. Rozległ się przeraźliwy bezgłośny krzyk, który wypływał z wnętrza przedmiotu znajdującego się na wystawie. Kukła wrzeszczała, stojąc i trzymając piłkę plażową.
-Myślę, że jest w tym trochę prawdy.- Zakończyła rozmowę kobieta. Zerwał się wiatr, a para ubrana na czarno ze względu na stratę przyjaciela, podążyła w stronę stacji metra. Manekin nadal krzyczał. Wrzeszczał, ale nikt nie mógł go usłyszeć.
(2003-11-23, Toruń)
|