
|
Szary Przemek „TrOOl” Gliniecki Idzie zima. Trzymaj się mocno. Tam nad wzgórzami wisi mgła. Ciężka mgła, śmiercią zwana. Szczęśliwi ci, którzy jej nie widzą. Nieszczęśni ci, którzy jej nie szanują. Co ja tutaj robię? Nic. Stoję i patrzę. Stoję przy tobie i szepczę ci do ucha od czterech dni. Kim jestem? To by było za proste, gdybym od razu ci powiedział. Tak się nie bawimy. Znasz zasady. Powiedzmy, że jestem kolejnym facetem w brązowym ocieplanym płaszczu, który wygląda na cholernie zaniedbany. Piękny autoportret słowny? Dziękuję... Bardzo dziękuję. Powiedz mi, więc do ciężkiej cholery, dlaczego chcesz się zabić? Tacy jak ty powinni, co najwyżej zabijać innych. No to jak? Kobieta? Pieniądze? Stracona praca? Bezsens! Jak to bezsens? To w miarę oryginalne. Mów dalej. Tego jeszcze nie słyszałem. Nie chcesz po prostu oglądać tych samych mord, co? Mam to samo. Mam cholernie monotonną pracę. Zapalisz? Tobie to i tak nie zaszkodzi. Nie palisz... Szkodzi na zdrowie, tak? No cóż. Trudno się z tobą nie zgodzić. Trochę więcej na temat bezsensu. Mów zanim wparuje tu oddział policji i każe ci zejść. Wstajesz rano i idziesz tą samą drogą do tej samej pracy. Nie masz weny twórczej, nie kupiłeś od trzech miesięcy nowej płyty. Po pracy nie masz siły się podnieść, a co dopiero uwolnić się od niżu umysłowego i kulturalnego. Twoje słowa stary. Spadasz w dół. Stajesz się coraz głupszy i cięższy, a żeby było śmieszniej coraz bardziej przydatny wielkiej korporacji, dla której pracujesz. Co jeszcze cię boli? Nic? Nie. Nie jestem spowiednikiem. Mam po prostu kaprys pogadać sobie z samobójcą. Powiadasz więc, że twoje życie jest za szare. Jest jak rozbita szklanka, której nie można posklejać. Jednego nie zauważasz, mój drogi. Można zawsze pozbierać drobinka po drobince rozbite części i przetopić je na nową szklankę. Może nawet kufel, jeśli dobrze pójdzie. Jak to? To bardzo proste. Wyobraź sobie teraz to, co ci powiem. Rzucasz pracę. Pakujesz rzeczy i opuszczasz ogromny blok, zamieszkały głównie przez ćpunów i pijaków, chociaż położony w najlepszej dzielnicy tego miasta. Wychodzisz i zaciągasz się nocnym powietrzem. Robiłeś to kiedyś? Nie. To świetnie. Zrób to teraz. Co czujesz? Nic? No trudno. Idźmy więc dalej. Łapiesz pierwszy lepszy pociąg i jedziesz w losowo wybranym kierunku. Po drodze kołujesz jakąś gitarę. W szkolę pewnie grałeś na gitarze. Byłeś nawet dobry z tego, co wiem. No... Możesz to sobie wyobrazić? Podróż z gitarą w łapie? Nadal nic. OK. Zaczynasz mi działać na nerwy. Rozumiem, że stanie na krawędzi może przygotować cię trochę na to, co już pewnie wybrałeś, ale mnie osobiście trochę wkurza. To tak jakbyś szpan chciał siać swoim stanem, jakże maniakalno-depresyjnym. Nie nabijam się. Sarkastyczny się zrobiłem ostatnimi czasy. Wracając do tematu. Z gitarą nie wyszło. Są jeszcze kobiety. Tylko dla nich warto żyć. Wysiadasz więc z pociągu i spotykasz tą najpiękniejszą. Tą, dla której przenosiłeś góry i nie przesypiałeś nocy. Dokładnie ona, mój bracie. Pada ci w ramiona. Nagle czujesz noc, co? Przypominasz sobie? To dobrze. Amnezja piękna ustępuje, chociaż powoli. Znajdujecie jakiś hotel i kochacie się, jakbyście byli nadal nastolatkami. Piękne, co? Też tak myślę. Rano oświadcza ci, że nikogo nie ma i że to nie był tylko impuls, ale coś silniejszego. Znacznie silniejszego. Ty też to czujesz. Co? Nagle potrafisz sobie wyobrazić gitarę? Tak jest zawsze. Wreszcie bierzecie ślub. Jest pięknie. Zjeżdża się cała rodzina. Matka płacze, ojciec podaje ci bohatersko grabę. Widzisz uznanie i dumę w ich oczach. Świat nabiera barw i dźwięków. Już nie jesteś głuchy, ślepy i szary. Wszystko nabiera kolorów, co? Prawidłowo! To chciałem usłyszeć! Teraz posłuchaj mnie mój milutki. Ta babka stoi tam na dole i czeka na ciebie. Tam na dole czeka na ciebie gitara i setki dźwięków, które wydaje. Tam na dole czeka na ciebie noc. Jeszcze jedna wiadomość. Nie dostaniesz jej. Nie próbuj się szamotać. Nie próbuj uciekać. Nie walcz ze mną, bo na dobre ci nie wyjdzie. I oto już nie masz oparcia pod stopami. Lecisz, a ja z tobą. Uderzasz o asfalt i czujesz jak opuszcza cię życie. Życie, którego tak bardzo chciałeś i pragnąłeś. Piękno, bez którego nic nie zdaje się być prawdziwe. Pytałeś kim jestem... Otóż odpowiedź jest banalna. Zbyt banalna mój panie. Jestem aniołem śmierci. Twoim osobistym... Aniołem śmierci. (Toruń, 2003-11-11) |