:::: new.eta ::::

"Złączeni" -
Medea



Orsay podniosło się z gruzów. Zniszczone domy wyburzono i zbudowano nowe. Powstały całe kwartały i dzielnice nowych domów, sklepów, fabryk, szkół i placów zabaw. Pozornie nic się nie zmieniło od sześciu lat. Spokojne miasteczko, spokojni ludzie. Ale nie sposób było nie dostrzec posterunków żołnierzy w imperialnych mundurach pod bronią, rozmieszczonych w kilkunastu punktach miasta. Zbrojne patrole były niczym groźba, przemierzająca spokojne uliczki.
To nie było to samo miasto.
Valentine odczuwał te zmiany szczególnie boleśnie. Był An'atar, a więc jego wrażliwość na wszelkiego rodzaju sygnały była szczególnie silna. Cierpiał niemal fizycznie spoglądając w twarze mijających go ludzi, odczuwał wyraźnie ich strach, zrezygnowanie i gniew.
Dom Valentine'a oparł się atakom, podobnie jak większa część tej dzielnicy miasta. Ale to już nie był jego dom. Zamieszkała w nim inna rodzina. Na trawniku, pośród kwitnących krzewów bawiły się dzieci. Ich śmiechy i pokrzykiwania wznosiły się i opadały. Erris położył dłoń na jego ramieniu, dodając mu otuchy.
- Co chcesz teraz zrobić? - spytał cicho.
Ramionami Valentine'a wstrząsnął szloch. Po jego policzku stoczyła się samotna łza, której nie udało mu się w żaden sposób powstrzymać.
- Zaczekaj na mnie, proszę - szepnął, z trudem dobywając głos z głębi gardła.
Erris skinął głową.
- Będę w parku.
Valentine ukradkiem otarł załzawione oczy. To nie był dobry czas na opłakiwanie przeszłości. Musiał odnaleźć rodziców. Odetchnął głęboko kilka razy i zadzwonił do drzwi.
Otworzyła mu młoda kobieta. Na jego widok uniosła brwi w niemym zapytaniu. To dziwne, ale zdawało mu się, że chyba gdzieś już ją widział.
- Przepraszam, że przeszkadzam - zaczął Val uprzejmie. - Mieszkałem w tym domu przed sześciu laty. Podczas ataku straciłem kontakt z rodzicami. Może pani coś o nich wie?
Kobieta przyglądała mu się ze zmarszczonymi brwiami.
- Sześć lat temu mieszkali tu Crusherowie - powiedziała ostrożnie. - Mieli syna, ale pan nie może nim być - patrzyła nań podejrzliwie.
Valentine uśmiechnął się niewesoło.
- Jestem An'atar - wyjaśnił.
Nazywała się Emiko Waka. Dopiero, kiedy powiedziała mu, że jej panieńskie nazwisko brzmi Mertin, skojarzył twarz i osobę. Oczywiście. Mertinowie mieszkali po sąsiedzku, ich najstarsza córka miała na imię Emiko. To dlatego jej twarz wydała mu się znajoma.
- Rzadko cię widywałam - powiedziała, stawiając filiżanki na stoliku w salonie. - Moi bracia bardzo chcieli cię poznać.
- Pamiętam ich - Val nie mógłby zapomnieć zwariowanych bliźniaków, doprowadzających połowę mieszkańców ulicy do białej gorączki. Często sam miał ochotę przyłączyć się do ich dzikich wybryków. Teraz mieli po trzynaście lat i pewnie nadal robili to, co zawsze: rozrabiali. - Moi rodzice starali się mnie chronić. Obawiam się, że nie bardzo wiedzieli, jak mnie wychowywać.
Emiko przyglądała mu się z uwagą. Nie mogła uwierzyć, że ten dorosły mężczyzna o smutnych oczach to ten sam chłopiec, którego od czasu do czasu widywała w oknie, kiedy wychodziła do szkoły. Aż trudno pojąć, że przez tyle lat w sąsiednim domu mieszkał An'atar i nikt się o tym nie dowiedział!
- Mam dwoje dzieci - powiedziała cicho. - Chila ma trzy lata, a Hedy cztery i pół. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, gdyby któreś z nich stało się Złączonym... Chyba rozumiem twoich rodziców.
- Nie miałaś od nich żadnych wiadomości? Nie szukali mnie po ataku? - Valentine popatrzył na nią błagalnym wzrokiem.
- Przykro mi, An'atar - pokręciła głową. - Po ataku kręciło się tu mnóstwo ludzi, ale nie widziałam twoich rodziców.
Valentine zmarszczył brwi.
- Jakich ludzi?
Zaskoczyło ją to pytanie.
- Och, różnych - wzruszyła ramionami. - Teraz mogłabym przysiąc, że przynajmniej kilku z nich było Opiekunami. Reszta... Nie wiem, po prostu obcy. Przepytywali wszystkich, którzy was znali.
- Imperialni szpicle - mruknął Val do siebie. - Ani śladu moich rodziców? - Emiko potrząsnęła głową. Valentine zasępił się.
- Wybacz, że o to pytam - powiedziała nagle. - Ale skąd masz pewność, że twoi rodzice żyją, że nie zginęli podczas ataku?
- Z początku byłem o tym przekonany - przyznał. - Ale próbowali się ze mną skontaktować ponad rok temu - odstawił filiżankę i podniósł się. - Muszę już iść. Dziękuję, Emiko, że poświęciłaś swój czas na rozmowę ze mną.
Wyszła z nim przed dom.
- An'atar... - szepnęła nieśmiało. - Czy mógłbyś pobłogosławić moje dzieci?
Valentine zamrugał zaskoczony. Jeszcze nikt nigdy nie prosił go o coś takiego. Uświadomił sobie jednak, że takie prośby staną się coraz częstsze. Niech tylko wieść o An'atar się rozniesie...
Uśmiech na jego twarzy zgasł.
- Posłuchaj, Emiko - powiedział znacząco. - Niech to, że jestem An'atar pozostanie na razie między nami, dobrze?
Kobieta popatrzyła nań zdumiona.
- Ale An'atar...
- Wiem. Po prostu mi to obiecaj.
Skinęła głową, choć nie pojmowała jego prośby. Jak miał jej to wyjaśnić, skoro nawet on sam nie do końca rozumiał własnego postępowania - działał instynktownie, jak zawsze. Doceniał fakt, że Emiko obiecała dochować tajemnicy - wymagało to od niej dużej siły woli. Odwiedziny An'atar w prywatnym domu, choćby nieoficjalne, były ogromnym zaszczytem. Emiko miała prawo być z tego dumna. A on zamykał jej usta.
- Dziękuję - powiedział z wdzięcznością. - Będziesz wiedziała, kiedy obietnica przestanie obowiązywać - pogładził ją po włosach i podszedł do dzieci, które tymczasem przerwały zabawę i przypatrywały się ciekawie matce i nieufnie nieznajomemu mężczyźnie. Valentine pozwolił, by przemówiła jego aura. Nieufność zniknęła z ich oczu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Chila przytuliła się do jego kolan, a Hedy ujął jego dłoń maleńką łapką. Val szeptem wypowiedział słowa błogosławieństwa:
- Oby wasze życie było długie i pełne miłości. Obyście kochali i byli kochani - pocałował każde z nich w czoło i z trudem wyswobodził się z ich uścisku. - Żegnaj, Emiko. Zapomnij, że mnie widziałaś.
- Nie zapomnę tego nigdy, An'atar - odpowiedziała z żarem, który go zaskoczył. - Nigdy.

Erris czekał na Valentine'a w parku. Siedział na jednej z licznych ławek i przypatrywał się dzieciom, bawiącym się na huśtawkach, zjeżdżalniach i karuzelach. Kilkoro z nich grało w jakąś bardzo wesołą zabawę z wyrysowaną patykiem po ziemi postacią. Ich opiekunowie rozmawiali ze sobą, co chwila popatrując na podopiecznych. Przy huśtawce pobiło się dwóch chłopców i rodzice zmuszeni byli szybko interweniować.
Valentine usiadł obok bez słowa.
- Wiesz - zaczął Erris po chwili. - Myślałem, że ludzie tutaj są inni - Val popatrzył nań pytająco. - Nie wiem, dlaczego wydawało mi się, że na Medei... - wzruszył ramionami. - To chyba dlatego, że po raz pierwszy znalazłem się na obcej planecie, po drugiej stronie galaktyki.
- Ludzie wszędzie są tacy sami - Valentine skierował wzrok ku dzieciom. - Ewolucja nie zróżnicowała nas jeszcze tak bardzo. Wiedziałeś, że nasze korzenie tkwią na jednej planecie?
- Naprawdę?
- Aha. Wszyscy ludzie, niezależnie od tego, jaka planetę zasiedlają w tej chwili, mają wspólnych przodków. Tak samo się smucą, tak samo odczuwają radość czy gniew. Wszyscy są tacy sami. Neyya czy Drogheda - to nie ma znaczenia.
Erris milczał. Przyglądał się dzieciom na placu zabaw.
- Dowiedziałeś się czegoś o swoich rodzicach? - spytał, kiedy w końcu doszedł do wniosku, że Val raczej nie poruszy tego tematu sam z siebie.
- Niestety, nie.
- I co teraz?
- Są inne sposoby, żeby ich odnaleźć.
- Poprzez terminal? - domyślił się Erris. - Ale czy nie zdemaskujesz się w ten sposób? Sieć jest z pewnością monitorowana.
- Ha! Jeszcze nie widziałeś, co potrafię robić z komputerami!
Znaleźli publiczny terminal w centrum handlowym. Przepływające obok tłumy ludzi nie zwracały większej uwagi na dwóch młodych mężczyzn, ubranych może nieco ekscentrycznie, ale mimo to raczej nie rzucających się w oczy. Valentine potrafił tak skutecznie kontrolować swoją aurę, że nie wyczuł jej nikt, chociaż przez chwilę obaj znaleźli się w niezłym ścisku. Jednak Erris wciąż odczuwał jej działanie - słabiej, ale nieustannie. Zastanawiał się, czy Val zdaje sobie z tego sprawę.
Stanęli przy terminalu, jak tylko zwolniło się miejsce. Erris zafascynowany patrzył na ekran, którego laserowe linie krzyżowały się ponad klawiaturą. Palce Valentine'a zatańczyły po klawiszach, ekran zamigotał, kiedy dane zaczęły przesuwać się po nim z oszałamiającą prędkością.
- To publiczne urządzenie - zauważył Erris po chwili. - Czy nie trzeba uiszczać jakichś opłat za jego używanie?
- I mieć kartę identyfikacyjną - uzupełnił Valentine niedbale. - Właśnie pominąłem te zabezpieczenia. Teraz wyszukuję w bazie danych nazwisk moich rodziców. To chwilę potrwa.
- A jeśli ich w ten sposób nie znajdziesz?
- Wtedy nadam wezwanie. Zaprogramuję je tak, by wyświetlało się jedynie na terminalach sieci lokalnej. Wtedy zmniejszę ryzyko, że komunikat wykryją imperialne szperacze. Geralt pewnie myśli, że nie żyję i chwilowo nie chcę wyprowadzać go z błędu. Terminal kliknął wysokim dźwiękiem na znak, że zakończył zleconą pracę. Valentine pochylił się do przodu, by przeczytać komunikat. I zbladł.
- To niemożliwe... - wyszeptał zbielałymi wargami.
- Co się stało? - zaniepokoił się Erris.
- William i Miranda Crusher... Ich nazwiska są na liście osób, które zginęły podczas bombardowania budynków rządowych - Valentine miał wrażenie, że za chwilę zemdleje.
Erris starał się myśleć trzeźwo.
- Zastanówmy się przez chwilę. Sam przecież mówiłeś, że skontaktowali się z tobą rok temu. Możliwe, że przeżyli i po prostu się ukrywają. Ich nazwiska są na liście najpewniej dla zmyłki. Pomyśl, Val, czy to możliwe, że to nie oni nadali tamto wezwanie? Valentine wziął się w garść.
- Mało prawdopodobne, ale tak, możliwe - odparł po chwili. Westchnął ciężko, jakby z bólem. - Nie wiem już, co o tym myśleć. - Nadaj swój komunikat - poradził Erris. - Zobaczymy, kto się odezwie.
- Dobrze - Val pochylił się nad klawiaturą. - Nałożę kilka zabezpieczeń... Już. Poszło - odsunął się od terminala. - Chodźmy stąd. Źle się czuję.

Cellian Brawley z niedowierzaniem patrzył na swoje dłonie. Wciąż drżały. I nie chodziło tylko o dłonie. Już myślał, że nigdy tego nie poczuje. To było jak znajomy zapach, jak powrót do domu po dalekiej podróży, jak ciepło ogniska w zimną noc.
Valentine. Tutaj, na Medei.
Brawley nabrał powietrza do płuc, zdając sobie sprawę, że przez kilka ostatnich minut wstrzymywał oddech. Wszyscy byli przekonani, że Valentine nie żyje - począwszy od imperatora, a skończywszy na Opiekunach. Oczywiście żaden ze Złączonych nie odczuł Błysku, kiedy gdzieś w przestrzeni eksplodował transportowiec z Valem na pokładzie, ale tego można się było spodziewać przy takim nagromadzeniu energii.
A teraz wyglądało na to, że Valentine nie tylko przeżył, ale i odnalazł drogę do domu. Nareszcie Medea odzyskała swojego An'atar. A więc wciąż istniała nadzieja.

Udało im się złapać okazję na jednej z wylotowych dróg z Orsay. Ciężarowy realot zawiózł ich dalej na południe, w pobliże miejscowości o dźwięcznej nazwie Ardiiti, położonej malowniczo wśród wzgórz i dziewiczych lasów.
- Dalej pójdziemy pieszo - oznajmił Valentine.
- Czego szukamy?
- Cóż, chciałeś przecież zobaczyć Medeę, nieprawdaż? No więc zwiedzamy.
Erris pomyślał, że to dobrze, iż Valentine zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. Przez całą drogę był aż nadto milczący i ponury.
- A poza tym?
Valentine odetchnął głęboko świeżym, rześkim powietrzem, pachnącym lasem i kwiatami. Cudowne uczucie.
- Niedaleko jest klasztor. Tam odpoczniemy i zdecydujemy, co dalej. Poza tym, są tam groty i wygasłe wulkany.
- Och. Dotrzemy tam przed zmierzchem? - Erris z powątpiewaniem zmierzył spojrzeniem pozycję słońca na niebie.
- Jeśli się pospieszymy.
Słońce już skryło się za horyzontem, kiedy zmęczeni forsownym marszem stanęli na progu klasztoru.
- Wpuszczą nas? - Winde niepewnie popatrzył na masywne, drewniane wrota z metalowymi okuciami. Valentine trzy razy uderzył w nie stylizowaną na głowę jakiegoś zwierzęcia kołatką.
- Nie ma obawy.
Minęła chwila, zanim szczęknęły zamki i po prawej stronie wrót otworzyły się niewielkie drzwi. Stanął w nich mężczyzna o długich, starannie plecionych włosach i w długiej szacie raczej nieokreślonego szaro-brunatno-brązowego koloru.
- Witajcie, przybysze! - powitał ich, obrzucając każdego uważnym spojrzeniem głęboko osadzonych oczu. - Co was sprowadza w nasze skromne progi?
Valentine skłonił się z szacunkiem. Erris po chwili zorientował się, że powinien zrobić to samo.
- Wybacz, bracie, że zakłócamy spokój tego miejsca swoją obecnością. Nie sprawimy kłopotu. Potrzebujemy tylko gorącego posiłku i kąta do spania.
- Czy rano odejdziecie? - pytanie było rzeczowe i zadane zostało zdecydowanie chłodniejszym tonem.
Valentine zdziwił się nieco, ale nie dał po sobie niczego poznać.
- Rano odejdziemy - przytaknął.
- A więc wejdźcie i czujcie się, jak w domu - mnich cofnął się, robiąc im przejście, a kiedy weszli, starannie zaryglował drzwi. - Zaprowadzę was do głównej sali. Trafiliście akurat na kolację - dodał nieco mniej oficjalnie.
Główna sala była pomieszczeniem o podwyższonym stropie z długim, prostym stołem pośrodku i dostawionymi doń ławami. Oprócz kilkunastu mnichów zasiadało przy nim także kilku podróżnych, których na szlaku zaskoczyła noc. Odźwierny wskazał miejsca nowym gościom u końca stołu, po czym szybko się oddalił.
Erris nachylił się ku Valentine'owi.
- To klasztor, tak? Więc jakich bogów się tutaj czci? - spytał półgłosem, przechodząc na swój rodzinny język.
Valentine uśmiechnął się lekko.
- Religią Medei sa Złączeni, nie zapominaj o tym. Natomiast mnisi... Niech cię nie zwiedzie prostota. To wysoce wykwalifikowani specjaliści w dziedzinie Złączeń. Każdy z nich to potencjalny lub były Opiekun. Posiadają ogromną wiedzę. Nie są mnichami w klasycznym tego słowa znaczeniu, jeśli o to ci chodzi. Mogą mieć rodziny, ale najczęściej z tego rezygnują. Wybór należy do nich.
- A nazwy? Dlaczego klasztor, dlaczego mnisi?
- To stara historia. W budynkach zamieszkiwanych teraz przez Opiekunów, żyli niegdyś prawdziwi zakonnicy i były to najprawdziwsze klasztory z regułą i tak dalej. Ich religie odeszły, budowle zostały. Nazwy przyjęły się z czasem dla nowych mieszkańców. Jednak nadal to miejsca medytacji, spokoju, a przede wszystkim wiedzy.
- Więc co jest nie tak?
- Zauważyłeś? - Val był zaskoczony. - Obawiam się, że imperium próbowało wykraść im to, co dla nich ma największą wartość - ich wiedzę. Stali się ostrożni wobec obcych. Kiedyś nie potrzebowali kłódek do drzwi, każdy mógł wejść do klasztoru o każdej porze dnia i nocy i pozostawać na jego terenie, jak długo miał na to ochotę. Imperium wszystko zmieniło.
- Przepraszam panów - wtrącił mnich z drugiego końca stołu.- Rozmawiają panowie w bardzo interesującym języku - pochylił się nieco do przodu i przyjrzał się ich twarzom. - Wydawało mi się, że znam wszystkie ludzkie dialekty w obrębie imperium - dodał nieco podejrzliwie.
- To pewnie dlatego, że moja rodzinna planeta nie leży w obrębie imperium - powiedział Erris. - I nigdy nie będzie jego częścią - dodał z ironicznym błyskiem w oku.

Erris obudził się przed wschodem słońca. Przez dłuższą chwilę patrzył w pobielony sufit, jakby starał się sobie przypomnieć, co to za miejsce. I co za planeta. A, tak. Medea. Niby - klasztor. Ich pokój, a raczej cela na czas pobytu. Na jedną noc.
Odwrócił głowę i zobaczył Valentine'a. Teraz już wiedział, co go obudziło. Miał zamiar się odezwać, ale nagle zrezygnował. Instynkt powstrzymał go przed tym. Ale dlaczego? Nic się przecież nie działo.
Valentine stał nieruchomo tuż przed otwartym oknem z rozłożonymi szeroko ramionami i przymkniętymi oczami. Zdawał się być pogrążony w głębokim transie, bowiem na jego twarzy malowało się skupienie. Jego ciało było usztywnione, niczym odlany w spiżu posąg jakiegoś starożytnego bożka. Jego pierś ledwie się poruszała w rytm płytkiego oddechu.
I nagle przez okno wpadł do środka nieśmiało pierwszy promień słońca, a zaraz za nim kolejne. Valentine zadrżał, kiedy uderzyły w jego ciało, niczym strzały, biegnące po to, by zabić. Po chwili jednak zdawały się pieścić jego skórę, niczym palce czułej kochanki. Erris patrzył zafascynowany.
Ciało Vala rozpraszało się. Z początku Winde myślał, że to gra świateł i cieni, ułuda, zwykła rzecz o poranku. Ale mylił się. Promienie słoneczne wlewały się przez okno szerokim strumieniem, a Valentine pławił się w ich blasku i znikał tym bardziej, im więcej ich przybywało, im więcej tych świetlnych grotów skupiało się na jego ciele. Trwało to do momentu, w którym cała tarcza słońca nie wzniosła się ponad horyzont.
Valentine wrócił z wolna do swojej postaci. Powoli odetchnął, opuścił ramiona wzdłuż boków i podniósł ociężałe powieki.
Erris pospiesznie odwrócił głowę i zamknął oczy, udając, że śpi. Val nie dał się jednak zwieść.
- Wybacz, że cię obudziłem - powiedział cicho.
Erris przestał udawać. Popatrzył na Valentine'a i aż otworzył usta ze zdumienia. Jego twarz wyglądała świeżo i świetliście, jakby promienie wschodzącego słońca zostały uwięzione w jego skórze, oczach, włosach. To było coś niesamowitego.
- Nie musisz przepraszać - odparł po chwili oczarowania. - Zobaczyłem coś niewiarygodnego.
Valentine uśmiechnął się i przysiadł na krawędzi łóżka.
- Dzięki temu nareszcie poczułem, że jestem w domu - wyjaśnił. - Może trudno w to uwierzyć, ale słońce każdej planety smakuje inaczej. Na Droghedzie mogłem wykorzystać jego energię tylko w niewielkim stopniu. Tutaj zaś... to jest dom... Jestem szczęśliwy, że tu wróciłem.

Opuścili klasztor zaraz po śniadaniu i skierowali się w stronę najbliższego wygasłego wulkanu. Góra nie wydawała się stroma, ale po drodze kilkakrotnie musieli odpoczywać. Valentine zapobiegliwie zabrał z klasztoru bukłak pełen czystej, źródlanej wody - bez niego chyba by padli z pragnienia wprost na stoku. Kiedy dotarli na szczyt po dwóch godzinach wspinaczki, byli nieźle wymęczeni.
Ale trud się opłacił. Takiego widoku Erris nigdy jeszcze w swoim życiu nie widział. Kaldera była ogromna i wypełniona po brzegi srebrzystometaliczną cieczą, opalizującą w promieniach słońca wszystkimi kolorami tęczy i falującą delikatnie pod wpływem wiatru. Sam szczyt wulkanu spowity był delikatną warstewką mgły, jakby sama natura starała się ukryć zgromadzone tu bogactwo.
- To jedno z większych skupisk Taa'rea na Medei - poinformował go Valentine. - Nie potrafią przez dłuższy czas utrzymać kształtu, po prostu nie potrafią zatrzymać go w pamięci. Dlatego tworzą takie jeziora.
- Ale dlaczego tak wysoko?
- Chodzi głównie o nieco niższą zawartość tlenu i dostęp do słońca. Taa'rea odżywiają się pewnym specyficznym gatunkiem glonów, które żyją w takich właśnie warunkach.
- Wszystkie metamorfy żyją w takich miejscach? - Erris stanął na brzegu jeziora, przykucnął i zanurzył dłoń w cieczy. Była ciepła i gładka. I natychmiast zaczęła tworzyć kopie jego dłoni i palców. Z każdym kolejnym powtórzeniem kształt miał coraz mniej szczegółów, aż powierzchnia stała się na powrót gładka i lśniąca niczym wypolerowane zwierciadło.
- Nie, oczywiście, że nie - Val również stanął nad brzegiem i zaczął rozpinać koszulę. - Część z nich wędruje po planecie; zwykle są to osobniki bardziej inteligentne, które potrafią utrzymać formę. Nazywa się je Włóczęgami. Niech cię wobec tego nie zdziwi widok srebrzystej kałuży w jakimś zagłębieniu na drodze.
Winde był zaskoczony faktem, że święte w gruncie rzeczy istoty mogą zachowywać się w taki sposób. Nieprzewidywalnie i bez żadnej kontroli. Na Neyya byłoby to nie do pomyślenia.
- Co ty robisz? - spojrzał zaskoczony na Valentine'a, zrzucającego kolejne części garderoby.
- Cóż, nie zamierzam szukać potem swoich rzeczy na dnie jeziora.
- Masz zamiar w tym pływać!?
Val uśmiechnął się łobuzersko.
- Aha. Ty też możesz, jeśli chcesz.
- Naprawdę? - Erris z niedowierzaniem patrzył, jak Valentine zanurza się srebrzystej cieczy aż po szyję.
- Nie bój się. Taa'rea wyczuwają emocje. Jeśli stracisz grunt pod nogami, utrzymają cię na powierzchni.
- No, nie wiem...
- Hej, ja pływałem z symbiontami! - Val roześmiał się. - Spróbuj, to nic strasznego.
Erris wahał się jeszcze przez chwilę.
- Oooch, no dobra - zgodził się w końcu. Szybko zrzucił ubranie i ostrożnie wszedł do jeziora.
Taa'rea otuliły jego ciało delikatnie, poczuł rozchodzące się po ciele przyjemne ciepło. Swobodnie dopłynął w pobliże miejsca, gdzie unosił się Valentine. Kiedy jednak chciał zanurkować, wyczuł opór.
- Nie czuję strachu - stwierdził, marszcząc brwi.
- Obawiam się, że to moja wina - przyznał Val. - Zbyt mocno cię kocham, by cię narażać na jakiekolwiek niebezpieczeństwo.
Errisowi pochlebiło wyznanie Valentine'a, ale jednocześnie wzbudziło ono jego niepokój.
- Jestem dorosłym mężczyzną, Val - powiedział z powagą, patrząc mu prosto w oczy. - Potrafię sam o siebie zadbać.
Valentine westchnął.
- Wiem, Winde. Ale to nie powstrzyma mnie od martwienia się o twoje bezpieczeństwo.
- Cokolwiek by mi się nie stało, przetrwam.
- Zostanie tylko symbiont. To nie będziesz ty.
- To będę ja. Wszystkie moje wspomnienia, doświadczenia, uczucia. Tym jestem. Czyż my wszyscy nie tym właśnie jesteśmy?
Valentine przymknął oczy, ukrywając irytację.
- Nie mam ochoty na filozoficzne dysputy - stwierdził. - Nie po to tutaj przybyliśmy - dodał, błyskawicznie zmienił formę i zniknął pod powierzchnią, zanim Erris zdążył choćby zaprotestować.
Rozejrzał się w panice, kiedy coś otarło się o jego nogę. I niemal wrzasnął z przestrachu, gdy jakieś stworzenie o obłym, srebrzysto - błękitnym ciele wystrzeliło w górę efektownym piruetem tuż obok niego, a potem z chlupotem wpadło z powrotem w falującą ciecz. Taa'rea były najwyraźniej zachwycone tą zabawą, bowiem na powierzchni pojawiło się dziesiątki mniej lub bardziej wiernych naśladownictw. Po chwili głowa stworzenia wynurzyła się niespodziewanie tuż przed jego nosem. Miało ono coś w rodzaju zaokrąglonego łagodnie dzioba i... srebrne oczy.
- Val? - Erris opanował chęć ucieczki na bezpieczny brzeg.
Stworzenie zachichotało, po czym odezwało się zadziwiająco znajomym głosem:
- A myślałeś, że kto? Łap za płetwę i ruszamy!
Kiedy w końcu wyszli na brzeg i opadli na ciepły piasek, Erris miał wrażenie, że jego mięśnie opuściło wszelkie zmęczenie.
- To wpływ Taa'rea - wyjaśnił Val, leniwie wystawiając twarz do słońca. - Niesamowite uczucie, prawda?
Erris był w zbyt błogim nastroju, by chciało mu się otwierać usta i odpowiadać. Val roześmiał się cicho.
- Niestety, nie możemy tu zostać na wieczność - powiedział z żalem, sięgając po ubranie i rzucając Errisowi jego rzeczy. - Opiekunowie wkrótce by nas stąd przegonili.
- Naprawdę?
- Miejscowe Taa'rea znajdują się pod ich opieką. Nie lubią obcych kręcących się w ich pobliżu. Zwłaszcza, że wzbudzają takie zainteresowanie imperialnych agentów.
Żaden z nich nie zauważył skrytej za wielkim głazem drobnej postaci, która śledziła każdy ich ruch.
Zejście z wulkanu zajęło im trochę czasu, więc gdy stanęli wreszcie u wejścia do grot, słońce znajdowało się już w zenicie.
- Nie ma tu podziemnego jeziora, a źródła geotermalne są raczej punktowe - poinformował Valentine. - To jedyna pozostałość po aktywności tutejszych wulkanów.
- Pocieszyłeś mnie.
Przy wejściu stały lampy. Val wziął dwie, zapalił od ustawionego w pobliżu kamiennego paleniska i jedną podał Errisowi. Ten przyglądał mu się ciekawie.
- Każdy może sobie ot, tak po prostu wejść?
- Owszem. Jednak plątanina korytarzy zniechęca każdego, kto chce odnaleźć widma dla czczej rozrywki. Bardzo szybko można się tu zgubić. Choć, oczywiście, niektórym udaje się dotrzeć do celu - wzruszył ramionami. - Mnisi mają mapy. A Złączeni i tak znajdują właściwą drogę.
- Ciągnie swój do swego?
- Coś w tym rodzaju.
Valentine prowadził. Szybko posuwali się do przodu, oświetlając sobie drogę latarniami. Korytarze miały tyle rozwidleń, że po ledwie piętnastu minutach marszu Erris był pewien, że nie potrafiłby już w żaden sposób znaleźć drogi powrotnej.

Przełożony klasztoru w zamyśleniu patrzył na Claesa, młodego nowicjusza o szczerym wejrzeniu błękitnych oczu. Aż trudno mu było uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.
- Jesteś tego absolutnie pewien, chłopcze? - Withawdus pozwolił, by do jego głosu wdarła się nutka powątpiewania.
Claes nie miał jednak żadnych wątpliwości.
- Pewien, jak niczego innego w życiu - odparł stanowczo, spokojnie, a jego oczy zajaśniały niezwykłym blaskiem.
Withawdus westchnął ciężko i podszedł do okna, z którego rozciągał się wspaniały widok na wzgórza. Myśli kłębiły się w jego głowie. Och, to nie był dobry moment na takie wydarzenie. Nie teraz, kiedy imperium zdobyło planetę, cały system, a chciało więcej i więcej. Nie, kiedy upadał stary porządek. Nie teraz!
- Nie rozpowiadaj o tym, Claes - powiedział w końcu surowo. - Sam to sprawdzę. W takich wypadkach należy zachować daleko posuniętą ostrożność.
- Oczywiście, ojcze - młody człowiek skłonił głowę szacunkiem.
Withawdus był pewien, że Claes się nie rozgada. Ten chłopak potrafił dochować tajemnicy. Będzie świetnym Opiekunem, kiedy przyjdzie jego czas.
Należało jednak sprawdzić informację, jaką przekazał. Withawdus pospiesznie opuścił celę i ruszył ku wzgórzom ścieżką, którą od stuleci podążali jego poprzednicy. Kiedy był pewien, że nikt nie zdoła go już dojrzeć z okien klasztoru, puścił się biegiem.

- Jesteśmy - Valentine odstawił latarnię na występ skalny i odsunął się, robiąc przejście Windemu.
Erris ciekawie zajrzał do środka. Nie zobaczył niczego niezwykłego. Widać było, że grota została utworzona w sposób naturalny. Była dość rozległa, a wysokość jej stropu zaledwie pozwalała na to, by wysoki człowiek nie musiał się garbić. W niewielkim zagłębieniu w pobliżu wejścia szemrało gorące źródło. Para nie unosiła się kłębami znad wody tylko dlatego, że w całej grocie panowała taka sama temperatura - nawet skały były ciepłe. Nacieki na ścianach błyskały refleksami w świetle latarń, jakby zaklęte w nich maleńkie kryształki czekały na ten właśnie moment, by uwolnić energię uwięzioną w ich wnętrzu. Brzegi źródła były piaszczyste, a woda tak krystalicznie czysta, że można by policzyć najdrobniejsze kamyczki leżące na dnie.
- Lepiej się odsuń - ostrzegł go Valentine. - Chyba nie chcesz, żeby widma wciągnęły cię w Wir.
- Brzmi groźnie. Co to takiego? - zdziwił się Erris, ale stanął pod ścianą. Cokolwiek to było, wolał nie próbować tego na własnej skórze. Zwłaszcza, że nie znał miejscowych obyczajów i mógł popełnić jakąś niewybaczalną gafę.
- Zobaczysz - odrzekł Valentine. - Już są.
Erris otworzył usta, by zapytać, kto taki, ale wtedy je zobaczył. Pojawiły się znikąd, niczym wyczarowane z powietrza. Były niemal przezroczyste. I nie miały określonego kształtu, postaci. Wydawały się stworzeniami z grubsza humanoidalnymi, choć nie posiadały rąk, nóg, czy innych kończyn. Ich głowy miały tylko oczy - duże, srebrzyste, pozbawione źrenic. Było jasne, że jeśli nawet stanowiły narzędzie wzroku, to z pewnością niewiele mające wspólnego z ludzkim odpowiednikiem. W przeciwieństwie do oczu, ich widmowe ciała były bardziej zróżnicowane kolorystycznie - wyglądały jak tańcząca, kolorowa mgła.
Atmosfera w grocie zgęstniała od ich obecności. Erris bardziej przysunął się do skalnej ściany. Kao'thal nie zwróciły na niego uwagi, koncentrując ją na Valu. Ten stał spokojnie, bez strachu obserwując krążące wokół niego widma.
Jedno z nich, znajdujące się w tej konkretnej chwili najbliżej niego zdecydowało się nagle przeniknąć przez jego ciało. Na twarzy Valentine'a pojawił się grymas bólu i zaskoczenia. Zachwiał się, ale nie upadł.
- Val? - Erris patrzył nań wyczekująco, gotów w każdej chwili skoczyć mu na ratunek.
Ale Valentine potrząsnął głową.
- Muszę przez to przejść - przełknął ślinę. - Nie próbuj im przeszkadzać.
Zaledwie to powiedział, Kao'thal ruszyły na niego szturmem. Przenikały przez jego ciało jedno po drugim. Wydawało się, że czynią to znacznie delikatniej niż pierwsze, bowiem stopniowo na twarzy Valentine'a pojawił się wyraz czystej ekstazy. W miejscu, gdzie stał pojawiło się tak wiele widm, że Erris z trudem potrafił dostrzec niewyraźny zarys jego sylwetki.
Nagle błysnęło oślepiającym światłem. Dokładnie w tym samym miejscu, w którym stał Valentine. Erris musiał odwrócić wzrok - blask oślepił go. Trzęsienie ziemi rozpoczęło się niespodziewanie i zwaliło go z nóg. Wstrząs nie trwał dłużej niż sekundę, może dwie, ale był dość gwałtowny. Mimo to strop groty wytrzymał, choć skaliste podłoże wygięło się i pofałdowało.

Withawdus był w połowie drogi, kiedy tuż pod powierzchnią ziemi przeszła pojedyncza fala trzęsienia i pomknęła dalej. Z trudem utrzymał równowagę, ale kiedy było już po wszystkim, bezsilnie opadł na kolana.
- Za późno - jęknął.

Profesor Kian Vaune Takeo starał się sprawiać wrażenie, że uważnie obserwuje wskazania sejsmografów. Oczywiście, od czasu do czasu zerkał na wskaźniki przesuwające się delikatnie i miarowo po rolce papieru. Jednakże znacznie bardziej interesował go wysoki mężczyzna w ciemnym garniturze uszytym według najnowszej mody, krążący od stanowiska do stanowiska i zaglądający wszystkim pracownikom naukowym przez ramię.
Cholerny imperialny szpicel.
Wszędzie musiał wetknąć swój wszędobylski nochal. Krytykował stare metody, funkcjonujące na planecie bez zarzutu od setek lat, decydował o zmianach i wprowadzał je w życie. Tak działo się wszędzie, na całej Medei.
To się nie mogło dobrze skończyć.
Takeo ponownie spojrzał nienawistnie na plecy Harrisa, dokonującego kolejnego obchodu wokół stanowisk. Imperator osobiście polecił mu zająć się sprawą badań sejsmograficznych, odkąd budowany w centrum Orsay wieżowiec zawalił się po raz czwarty z niewyjaśnionych przyczyn, grzebiąc w zgliszczach dziesiątki robotników. Takeo miał ochotę roześmiać im się w nos, kiedy usłyszał o tym po raz pierwszy. Głupcy... Niewyjaśnione przyczyny, też coś.
Igła sejsmografu wychyliła się raptownie i ledwie po sekundzie wróciła do poprzedniego położenia. Takeo pochylił się z zainteresowaniem nad ekranem terminala, połączonego z siecią urządzeń rejestrujących rozmieszczonych na powierzchni całej planety. Odczyt pochodził z rejonu Wyżyny Caiombe - tam znajdowało się epicentrum. Wstrząs miał siłę pięciu stopni, a pojedyncza fala rozchodziła się koncentrycznie coraz dalej nie tracąc na sile ani ułamka stopnia. Kolejne odczyty pojawiały się z następnych stanowisk sejsmograficznych. Ciekawe... Czyżby to...
- Co się dzieje? - Harris natychmiast podszedł do Takeo.
Naukowiec zignorował go, odsunął się od pulpitu i przeszedł do stanowiska głównego, gdzie zgromadzili się inni członkowie zespołu.
- Widziałeś to, Kian? - spytała półgłosem doktor Gea Tinne. Była wyraźnie podekscytowana.
Skinął głową twierdząco.
- Wiem. Wyżyna Caiombe nie jest aktywna sejsmicznie.
- Myśli pan, że będzie odpowiedź? - asystent profesora z napięciem wpatrywał się w terminal, na którego ekranie generowany był wirtualny obraz przebiegu fali.
- Chyba tak - Takeo pochylił się. - Popatrzcie tylko: fala nie zmieniła kierunku ani prędkości nawet przy przechodzeniu przez warstwy o różnej budowie. Wiecie, co to oznacza, prawda?
- Szsz! - syknęła Tinne. - Idzie Harris.
Urzędnik przyglądał im się dziwnym wzrokiem, przekonany, że wpadł na trop czegoś ważnego. I rzeczywiście, wpadł, tylko nie na to, o czym myślał.
- Czy takie wstrząsy są na Medei częstym zjawiskiem? - spytał.
- Niezbyt - odpowiedział Takeo, dyskretnym ruchem dłoni nakazując reszcie milczenie. - Nie ma się czym martwić, panie Harris. Trzęsienia tego typu nie powodują żadnych zniszczeń na powierzchni ziemi.
- Doprawdy? - Harris uniósł krzaczaste brwi. - A więc zjawisko to zostało zbadane?
Wzrok Takeo niespodziewanie stwardniał.
- Nie wszystko można zbadać. Nie wszystko powinno być poddawane badaniom - powiedział z powagą.

Cellian Brawley raptownie poderwał głowę znad książki, czując nieokreślony niepokój. Miał wrażenie, jakby ściany celi zafalowały. To było złudzenie, stan umysłu, w którym stopniowo narastały jakieś dźwięki. Fala przeszła i pomknęła dalej, ale Brawley nawet nie poczuł wstrząsu. Jego głowę wypełnił powoli daleki szept, szept setek głosów, spośród których jeden potężniał, wzmacniany siłą pozostałych. Była w nim radość i miłość, i żal, i prośba, i pragnienie, i wdzięczność, i poddanie. Mnogość uczuć, jak gdyby wołający przelewał swą duszę na dźwięki.
Brawley chwycił się za głowę i z głuchym jękiem opadł na kolana.

Fala sejsmiczna dotarła do miejsca swego przeznaczenia. Na chwilę zamarła, jakby w pełnym napięcia oczekiwaniu, a potem odwróciła swój bieg.

Brawley czuł, że nadchodzi odpowiedź. Dla innych była to tylko powracająca fala sejsmiczna, nietypowe trzęsienie ziemi. Jednak tak dla niego, jak i wszystkich Złączonych, było to wstrząsające emocjonalnie przeżycie. Jak huragan porywający w górę kupkę zeschłych liści i miotający nimi bezładnie. Tak właśnie się czuł. Jednak spokojnie czekał na uderzenie.
Dźwięk w jego umyśle znowu zaczął narastać. Różnił się od poprzedniego; był niższy, dudniący, jak daleki grzmot wodospadu. Była w nim łagodność, i cierpliwość, i zrozumienie, i miłość, i trwanie.
Tak musiało być.
Cellian Brawley nie słyszał własnego krzyku, zwierzęcego wrzasku, rozrywającego płuca. Ból pomógł mu przetrwać najgorsze. Rozedrgany umysł uspokajał się powoli. Nadeszła cisza, a wraz z nią ciemność.

Takeo z natężeniem wpatrywał się w ekran terminala tak, jak i pozostali zgromadzeni w pokoju. Nawet Harris wyczuł, że dzieje się coś ważnego dla tych ludzi, coś, czego nawet nie zdołałby pojąć.
Fala dotarła do pewnego punktu, zniknęła, po czym pojawiła się znowu, biegnąc w przeciwnym kierunku.
Na sali wybuchła euforia. Takiej wrzawy te mury jeszcze nie widziały. Ludzie, skądinąd poważni naukowcy, obejmowali się, płakali, śmiali się, krzyczeli - wszystko to jednocześnie. Kilku z nich wybiegło na korytarz i wrzeszczało na całe gardło, aż pootwierały się drzwi do innych sal:
- Mamy An'atar! Mamy An'atar!
Harris nie rozumiał, o co im chodziło. Przecież to tylko trzęsienie ziemi! Bardzo nietypowe, to prawda, ale tylko trzęsienie. A jednak widząc dookoła szczęśliwe i radosne twarze, poczuł się dziwnie nieswojo. Jakby wszyscy znali sekret, a tylko on pozostawał w nieświadomości. To nie było miłe uczucie.
Fala dotarła do Orsay i przeszła przez miasto, znowu nie czyniąc żadnych szkód. I wtedy oszaleli wszyscy. Pozamykano sklepy, urzędy, szkoły, większość zakładów pracy. Kolorowe, radosne tłumy wyległy na ulice, aby świętować, aby się cieszyć.

Withawdus z trudem pozbierał się z ziemi i ruszył w kierunku grot. Nie zdołał powstrzymać tego Złączonego, ale to nie zwalniało go z innych obowiązków. Jeśli nadejdzie odpowiedź, potrzebna będzie fachowa pomoc. A jeśli wszystko się uda, Medea wreszcie będzie mieć An'atar. A wtedy...
Mnich westchnął ciężko. Cóż, teraz za nic nie uda się dochować tajemnicy. Wszyscy doskonale wiedzieli, co oznaczają tego typu wstrząsy.
Był już u wejścia w ciemny korytarz, kiedy nadeszła odpowiedź. Pierwotny zew z głębin planety, z samych jej trzewi. Przetoczył się, niczym grzmot niedalekiej burzy. I zamilkł. Wszystko zamilkło. Szum wiatru, szmer rzeki, świergot ptaków. A kiedy melodia rozpoczęła się na nowo, brzmiała już nieco inaczej.
Withawdus wsłuchiwał się przez chwilę w znajome dźwięki. Może to tylko jemu się tak zdawało...

Erris prawie nie odczuł przejścia drugiej fali. Nie pozbierał się jeszcze ze skalnego podłoża, na które powaliło go pierwsze trzęsienie. Nie zwracał uwagi na fakt, że boleśnie poranił sobie kolana i łokcie o ostre krawędzie. W tej chwili nie miało to najmniejszego znaczenia.
Patrzył na Valentine'a.
Kao'thal okrążały go kolorową, mglistą zasłoną. Jednak kiedy do miejsca, gdzie stał, dotarła powracająca fala i skoncentrowała się na nim, widma rozpierzchły się tak gwałtownie, jakby ktoś rzucił w sam ich środek odbezpieczony granat. Barwne, widmowe postacie rozprysnęły się i zniknęły. W grocie zrobiło się nagle przeraźliwie pusto.
Valentine rozłożył szeroko ramiona. Jego postać błysnęła oślepiająco jaskrawym światłem. Erris patrzył, choć jego oczy wkrótce zaczęły obficie łzawić, nie mogąc znieść blasku. Z początku wydawało mu się, że światło tylko otacza Valentine'a, ale kiedy w końcu jego wzrok przestał płatać mu figle, zauważył swoją pomyłkę. To Valentine. Jego ciało generowało ten blask. Świetlisty promień strzelił niespodziewanie, przebijając się przez skalisty strop, niczym przez papier, nie powodując wszakże żadnych widocznych uszkodzeń, i pomknął w górę.
Valentine opuścił ręce i zamrugał oczami, jakby budził się z bardzo głębokiego transu. Patrzył wprost na Errisa, ale go nie widział. Jego powieki opadły, a on sam osunął się powoli na ziemię. Erris był tak przerażony, że z jego gardła wydobył się zaledwie słaby jęk. Wstał chwiejnie i szeroko otwartymi oczyma patrzył na leżącą bezwładnie postać. Nie miał pojęcia, co robić. Był absolutnie bezradny. Nie wiedział nawet, czego właśnie był świadkiem.
- Val... - szepnął. - Valentine? - spytał głośniej.
Do groty wbiegł zdyszany mnich. Erris rozpoznał w nim przełożonego klasztoru, w którym nocowali tej nocy. Jak on miał na imię?... Nie potrafił sobie tego w tej chwili przypomnieć. Nieistotny fakt. W tej chwili najważniejszy był Val.
Mnich sprawiał wrażenie zorientowanego w sytuacji. Zdecydowanie podszedł do Valentine'a, dotknął jego czoła i szyi. Odetchnął z wyraźną ulgą i pokiwał głową, jakby się nad czymś zastanawiając. Potem spojrzał na Errisa.
- Zabierzmy go stąd - powiedział autorytatywnie. - Potrzebny mu teraz spokój.

Miał sen. Leciał wysoko, ponad drzewami, domami, miastami, ponad całymi planetami, pełnymi ludzi i ich głosów. Każdy z nich był inny i każdy śpiewał inną pieśń. Każda pieśń splatała się z innymi i tworzyła jedną, te najpotężniejszą. Ludzie wiązali się z ludźmi, planety z innymi planetami, potem ze swoimi słońcami, słońca z potężnymi wnętrzami galaktyk, a te ostatnie między sobą. Każde kolejne wiązanie było delikatniejsze od poprzedniego, ale tym silniejsze.
A potem rozpętało się piekło. Ludzie zabijali się nawzajem w morderczym szale, miasta płonęły jaskrawo, niczym stosy pogrzebowe, aż atmosfery poczerniały od dymów. Potem planety ginęły, ludzie krzyczeli, płakali, błagali o litość, złorzeczyli i umierali.

Valentine drgnął i otworzył oczy. Coś mu się śniło. Nie pamiętał dokładnie. Wiedział jednak, że to nie był dobry sen. Pamiętał za to, jak ktoś niósł go zboczem wulkanu. Przypominał sobie zamgloną twarz starego Opiekuna, Withawdusa, kiedy ten sprawdzał mu puls.
Ku swemu zaskoczeniu odkrył, że znów znajduje się w klasztorze, w tej samej celi, którą opuścił rano wraz z Errisem. Smugi przedwieczornego cienia kładły na ścianach. To już tak późno? Uniósł się na łokciach i zobaczył Windego. Siedział na brzegu jego łóżka i przyglądał mu się z uwagą.
- Witaj - powiedział cicho. - Jak się czujesz?
Valentine westchnął głęboko.
- Chyba dobrze - odparł. - A ty?
Erris uniósł brwi.
- Ja? - zaśmiał się krótko, nieprzyjemnie i odwrócił głowę. - Ja?
Val nie pojmował. Był zaskoczony i zmartwiony.
- Co się stało?
Winde prychnął.
- Mogłeś mi powiedzieć, co zamierzasz. Nagle krajoznawczo - wspomnieniowa wycieczka zamieniła się w religijne obrzędy!
Valentine opuścił głowę. Zrozumiał.
- Wybacz. Nie planowałem tego. Nie tak szybko.
- Byłem przerażony, Val - oświadczył Erris głosem pełnym rozgoryczenia i minionego strachu. Wstał i włożył ręce do kieszeni. - W życiu tak się nie bałem, jak w tej grocie o ciebie. Nie wiedziałem, co robić!
- Przepraszam! - krzyknął Val.
Zapadła cisza. W odległym kącie celi brzęczał zawzięcie jakiś owad.
- Obawiałem się, że nie zostanę zaakceptowany, że rytuał się nie powiedzie - wyznał Valentine po dłuższej chwili. - Przez pewien czas nie było mnie na Medei, nie wiedziałem, jak to wpłynie na Zjednoczenie - opadł bezsilnie na poduszki. - Obiecuję, że to już się nie powtórzy.
- Obiecujesz?
- Tak.
Erris skinął głową z powagą. Ponownie przysiadł na brzegu łóżka.
- Co to właściwie było? - zamierzał dowiedzieć się wszystkiego - to nic, że po czasie.
- Withawdus ci niczego nie wyjaśnił? - zdziwił się Valentine.
- Był tym wszystkim tak przejęty, że pewnie zapomniał - Erris wzruszył ramionami. - Chciałbym to usłyszeć od ciebie.
Val zastanawiał się przez chwilę.
- Sama nazwa rytuału kryje w sobie odpowiedź na twoje pytanie: to Zjednoczenie - powiedział cicho. - Jednak aby pojąć jego istotę, musisz coś wiedzieć o Medei. Widzisz, różni się ona nieco od planet, zasiedlonych niegdyś przez ludzi. Wspominałem ci chyba, że pochodzimy z jednego świata, prawda?
Erris skinął głową twierdząco.
- Wczoraj - uzupełnił.
- Właśnie. Otóż wszystkie planety, na których teraz żyją ludzie, to kolonie. Na niektórych doszło do mutacji ludzkiego DNA, niektóre zmiany utrwaliły się. Jedynie na Medei łączą się ze sobą trzy różne gatunki - na żadnym innym świecie nie wydarzyło się nic podobnego. Ludzie z Neyya nie mieszczą się w tej klasyfikacji, bowiem zmiany dokonane w ich kodzie są wynikiem sztucznych manipulacji - przerwał na chwilę, jakby dla zebrania myśli.
Wstał z łóżka z niewielką pomocą Errisa i założył sweter. W nie ogrzewanej celi zrobiło się chłodno.
- A więc od początku: pierwsi koloniści, jacy przybyli na Medeę, uznali ją za raj. Idealny klimat, grawitacja mieszcząca się w granicach ludzkiej tolerancji, aktywność gwiazdy na rozsądnym poziomie, stała orbita. Kiedy jednak zaczęli umierać dziesiątkami, nazwali ją piekłem. Epidemia nie wybuchła nagle, lecz kiedy już się to stało, rozwinęła się w błyskawicznym tempie. Minęło sporo czasu, zanim koloniści zorientowali się, że nie zabija ich żaden wirus ani bakteria, lecz sama planeta. Część z nich natychmiast odleciała, zasiedlając sąsiednią Nadzieję. Warunki tam panujące były bardziej surowe od tych na Medei, ale dawało się tam spokojnie żyć. I nikt nie umierał na tajemniczą chorobę, na którą nie było lekarstwa - Val zaczął przechadzać się po celi. Erris wodził za nim spojrzeniem.
- A ci, co zostali?
- Nadal umierali. Ale po jakimś czasie zaobserwowali coś interesującego: o ile pierwsze pokolenie wymarło w ciągu zaledwie kilku lat, to następne żyły relatywnie dłużej.
- Przystosowali się - domyślił się Winde.
- Ha! Właśnie, że nie - Val zatrzymał się. - Zostali przystosowani.
Erris zmarszczył brwi.
- Nie rozumiem.
- Zostali przystosowani przez planetę. Jak? Po pierwsze: poprzez żywność. Koloniści byli zmuszeni spożywać miejscowe gatunki roślin i zwierząt. Wszystko, co przywieźli ze sobą i próbowali hodować, wyginęło. Z kolei na Nadziei obce gatunki przyjęły się doskonale i w krótkim czasie wyparły rodzime. To mówi samo za siebie - Valentine machnął ręką. - Po drugie: przez powietrze. Skład atmosfery różni się minimalnie, jest zauważalny dopiero dla superczułych przyrządów labolatoryjnych. Zawiera ona pewien składnik mutagenny. No i po trzecie: woda. Również z mutagennym dodatkiem. Zmiany były tak subtelne, że zostały dostrzeżone dopiero po stu latach od ich zapoczątkowania. Minęły jeszcze dwa wieki nim nastąpiło pierwsze Złączenie. Tutaj ewolucja jest Medeą. Niektórzy nasi naukowcy wysuwali przypuszczenia, iż to człowiek stanowił brakujące ogniwo w ewolucji zarówno Kao'thal, jak i Taa'rea - przed przybyciem ludzi oba te gatunki nie miały już możliwości dalszego rozwoju, zapędziły się w ewolucyjną ślepą uliczkę. Nie zanosiło się też na to, by miały stworzyć trwałą cywilizację. Były to jednak tylko teorie, kto chciał mógł w nie wierzyć - lub nie. Prawdę mówiąc, kwestia ta nadal pozostaje otwarta - Val wzruszył ramionami.
Winde w milczeniu trawił te rewelacje.
- Czy chcesz mi przez to wszystko powiedzieć, że ta planeta jest żywa? Że decyduje o wszystkim, co się na niej dzieje? - zapytał w końcu z niedowierzaniem.
- Niezupełnie to miałem na myśli. Nie wiem, czy w przypadku Medei można mówić o czymś tak złożonym jak świadomość. To bardziej pierwotne i instynktowne, niemal atawistyczne.
- Chyba zaczynam pojmować - stwierdził Erris, choć jego mina na to nie wskazywała. W głowie mu się nie mieściło, że cała planeta może być żywą istotą. To było tak nieprawdopodobne, że aż... aż... możliwe?!
- Zjednoczenie polega na całkowitym zespoleniu się z tym atawistycznym centrum planety - mówił Valentine. Erris zdążył już niemal zapomnieć, jakie zadał pytanie. - Nie wiem, jak ci to wyjaśnić w możliwie sensowny sposób... Może tak: Medea to teraz ja.
- Chyba nic mnie już nie zaskoczy - szepnął Winde.
- Od tysięcy lat istnieje równowaga - ciągnął Val. - Przyrost ludzkiej populacji jest kontrolowany. Mamy limity wydobycia surowców naturalnych, wielkości upraw, zanieczyszczenia powietrza, położenia autostrad, miast i tak dalej.
- O wszystkim tym decyduje... planeta?
- Nie, mówiłem, że tu nie chodzi o świadome decyzje. Po to właśnie istnieją Złączeni. Wyczuwamy rytm planety, wiemy, gdzie mogą ingerować ludzie, a gdzie muszą pozostać dzikie, pierwotne ostępy. Na tym to polega. Stanowimy łącznik, pośrednie ogniwo między ludźmi i planetą.
Erris wreszcie zrozumiał.
- Imperium naruszyło tę równowagę.
Valentine skinął głową.
- Próbują budować wieżowce. Wycinają lasy. Osuszają mokradła. Zachowują się tak, jakby ta planeta była ich własnością. Stanowią zagrożenie nie tyle dla samej planety - ona zawsze się obroni - ale dla ludzkiej populacji, która ją zasiedla. Planeta będzie się bronić. A wtedy zginą wszyscy ludzie bez wyjątku, niezależnie od tego czy będą to stali mieszkańcy, czy przybysze.

Geralt nie chciał, by ktokolwiek wiedział, iż imperator opuścił swoją kryształową siedzibę, by polecieć na Medeę. Nie mógł już wytrzymać w pałacu. Od odejścia Valentine'a panowała w nim nieznośna pustka. Otaczali go głupcy. Miał wrażenie, że się dusi. Początkowo dużo czasu spędzał w przypałacowych ogrodach, które ongiś kazał zbudować dla Vala, ale wypielęgnowane rośliny wkrótce go znużyły. Jak ten chłopiec mógł wytrzymać pośród nich?!
Prywatny realot przeniósł go ze statku na orbicie do bazy wojskowej imperium, ukrytej w niedostępnych rejonach planety. Nikt z miejscowych nie miał bladego pojęcia o jej istnieniu.
Wszystko zostało starannie przygotowane na przyjęcie imperatora. Profesor Maykels osobiście wyszedł, by go powitać na płycie lądowiska. Geralt nie czekał aż rozpoczną się oficjalne bełkoty w wykonaniu dowódcy bazy, który wcale nie był dobrym mówcą, tylko od razu ruszył w kierunku niewysokiego budynku. Po drodze zwrócił się wprost do profesora:
- Jak postępują badania?
Profesor skłonił się, niemal przerażony brakiem szacunku imperatora dla zasad formalnych.
- B... bardzo dobrze, mój panie - powiedział, jąkając się nieco. - Mój raport...
Geralt przystanął raptownie, a wraz z nim towarzyszący mu gwardziści. Maykels zerknął na nich nerwowo.
- Nie obchodzi mnie pański raport, profesorze - stwierdził Geralt zwodniczo łagodnym głosem. Pod fasadą uprzejmości czaiła się złość, gotowa wychynąć w każdej chwili. - Chcę zobaczyć efekty. W raporcie ich nie ma.
- Tak jest, mój panie - Maykels ponownie się skłonił, a gwardziści minęli go i pomaszerowali dalej.
Profesor wyciągnął z kieszeni chustkę i otarł spocone czoło. Tego tylko mu brakowało. Jakby nie miał dość problemów z samymi badaniami. Westchnął ciężko i powlókł się za gwardzistami z rezygnacją.
Niebezpiecznie jest sprzeciwiać się władcom.
Imperator zajrzał do każdego kąta, a jego gwardia postępowała za nim. Maykels oprowadził go po całym ośrodku, modląc się w duchu, by jak najszybciej zdecydował się na odlot, zostawił go w spokoju i pozwolił kontynuować badania. Stres nie działał dobrze na stan umysłu profesora. Geralt nie zdradzał jednak najmniejszej chęci powrotu na Droghedę, czy choćby na swój okręt. Przed jednymi z zamkniętych drzwi imperator zatrzymał się i zerknął do środka przez niewielki wizjer.
- To obiekt badań? - spytał. Wyraz jego twarzy był nieprzenikniony.
- Tak, jeden z kilku, jakich udało nam się schwytać - wyjaśnił profesor. - Parę dni temu dostarczono nam ciało martwego osobnika i także je badamy.
- Do jakich doszliście wniosków?
Maykels westchnął z rezygnacją.
- Pod względem genetycznym badane osobniki niewiele różnią się od innych mieszkańców Medei. Jednakowoż genetyka tych ostatnich jest inna, niż ludzi zamieszkujących większość planet imperium. To niemal inny gatunek! Homo sapiens medeanis! - profesor wydawał się zafascynowany. Zapomniał nawet o denerwującej obecności gwardzistów, uzbrojonych tak, jakby szli na wojnę.
Geralt nie podzielał jednak jego zachwytów.
- Innymi słowy pański zespół nadal nie zna odpowiedzi, czy tak? - spytał zimno. Maykels przełknął głośno ślinę, ale zmuszony był skinąć głową.
- To nie jest takie proste, mój panie. Przebadaliśmy kilka osobników każdego gatunku i porównaliśmy wyniki z badaniami Złączonych. Utknęliśmy w martwym punkcie - potrząsnął głową.
Imperator westchnął z irytacją.
- A więc nie ma sensu trzymać tu tych ludzi - wskazał na zamknięte drzwi, po czym jeszcze raz zerknął przez wizjer do pomieszczenia, w którym Cellian Brawley popatrzył mu prosto w oczy, jakby wiedział, kto stoi za warstwą metalu i tworzywa. Zapewne wiedział.
Przez kordon gwardzistów przedarł się jakiś młody człowiek z identyfikatorem asystenta. Podał profesorowi przenośny terminal. Przez chwilę obaj dyskutowali nad nim zawzięcie, używając tak dziwacznej terminologii, że Geralt nie zrozumiał ani słowa. Potem profesor podszedł szybko do wyraźnie już zniecierpliwionego imperatora.
- Panie mój, zdaje się, że coś znaleźliśmy - pokazał Geraltowi ekran, a na nim rzędy liczb i wzorów, które nic mu nie mówiły. - Kilka godzin przed pańskim przybyciem miało miejsce nietypowe trzęsienie ziemi, a ściślej powierzchniowej warstwy całego globu. Zwracamy szczególną uwagę na ruchy tektoniczne, ponieważ nasiliły się one w ostatnich latach o dwieście procent.
Geralt przysłuchiwał się Maykelsowi, idąc w stronę głównego labolatorium. Czuł się tu jeszcze gorzej niż w pustym pałacu. Tam przynajmniej nie musiał wysłuchiwać podobnych pseudonaukowych bzdur. Profesor natomiast był zbyt podekscytowany, by zważać na podejrzanie uprzejmy wyraz twarzy imperatora.
- Jednakże to trzęsienie nie miało nic wspólnego z tektoniką. Nie dokonało żadnych zniszczeń! Muszę dodać, że było dość silne. A najciekawsze jest to, że po przejściu obu fal wszyscy zgromadzeni w ośrodku Złączeni stracili przytomność na około pięć minut. To niespodziewanie zainteresowało Geralta.
- Wszyscy? Jednocześnie?
Profesor skinął głową.
- To zwróciło naszą uwagę. Złączeni i wstrząsy byli ze sobą jakoś powiązani. Mój zespół właśnie odkrył ten związek.
- Tak? - imperator aż pochylił się do przodu, kiedy Maykels zwlekał z odpowiedzią, budując odpowiedni nastrój. Był znany z podobnego rodzaju rozgrywek.
- Otóż tego rodzaju fala sejsmiczna powstaje podczas obrzędu religijnego, zwanego przez Medean Zjednoczeniem. Wykonywany jest przez istotę zwaną An'atar. Nie jest to solidne, naukowe wyjaśnienie, ale na razie nic innego nie mamy.
An'atar! Słowo to z olbrzymią siłą wybuchło fajerwerkami w umyśle Geralta. Nie słyszał już dalszych słów profesora. An'atar... Valentine... To wydawało się nieprawdopodobne. Przecież Val nie żyje! Geralt czuł jednak, że to właśnie tak, że tak miało być. Targające nim w tym momencie emocje sprawiły, że niemal się rozpłakał.
Gwałtownie odwrócił się i otworzył pierwsze lepsze drzwi, zatrzasnął je za sobą, zanim ktokolwiek zdążył zareagować i rozkazał ostrym, choć nieco stłumionym głosem:
- Chcę zostać sam! - Był pewien, że rozkaz zostanie skrupulatnie wykonany. Nowy dowódca gwardii dobrze wiedział, jak imperator karze nieudaczników.
Geralt oparł się plecami o ścianę i przez chwilę patrzył w przestrzeń pustym wzrokiem, jak gdyby wciąż nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Powoli, jakby każdy ruch sprawiał mu niewysłowiony ból, osunął się na stojące nieopodal krzesło labolatoryjne. A potem ukrył twarz w dłoniach i zaszlochał.
Nie przypuszczał nawet, że tak bardzo, bardzo brakowało mu Valentine'a, rozmów z nim, samej jego obecności... Był absolutnie przekonany o tym, że ten An'atar, to nikt inny, jak tylko Val. Nie dopuszczał do siebie myśli, że to mógłby być ktoś inny. To nie mógł być nikt inny. Tylko Valentine. Tylko on.
Po kilkunastu minutach Geralt wezwał do siebie kapitana swojej gwardii.
- Znajdźcie tego An'atar - polecił mu. - Zbierzcie wszystkie dane od Maykelsa. Użyjcie wszelkich dostępnych środków. Jeśli jednak spadnie mu choć włos z głowy, odpowiecie za to, pan i pańscy ludzie. Zrozumiał pan?
Kapitan zasalutował bez słowa protestu. Jego wzrok mówił sam za siebie.

Rozległo się delikatne pukanie do drzwi i do celi nieśmiało wsunął się Withawdus. Na widok Valentine'a skłonił się.
- Jak to dobrze, że się już obudziłeś, An'atar - powiedział głęboko wzruszonym głosem. - Gdybym wiedział, kim jesteś... inaczej bym cię przyjął w naszym klasztorze - spuścił głowę. - Ostrzegłbym cię, zanim dokonałeś rytuału.
Valentine zmarszczył brwi.
- Usiądź, proszę - wskazał mu krzesło. - Ostrzegłbyś mnie? Dlaczego?
Withawdus z westchnieniem skorzystał z zaproszenia. Nie był już taki młody i musiał korzystać z wielu udogodnień.
- Marines schwytali kilku Złączonych. Nie wiemy, dlaczego, ale mamy pewne niepokojące domysły.
- Kiedy to się stało?
- Pół roku temu.
Pół roku temu. Wtedy miała miejsce katastrofa statku obcych, którzy go porwali. Ale czego Geralt chciał od innych Złączonych? Coś musiało się za tym kryć. Geralt niczego nie robił bez powodu.
- Musisz stąd odejść, An'atar - oznajmił ze smutkiem Withawdus. - Nie ma się co łudzić, że nie poskładają legend i faktów do kupy i nie domyślą się, co oznaczały te fale sejsmiczne. Świętość tego miejsca też ich nie powstrzyma: marines splądrowali już kilka klasztorów.
Valentine stanął przy oknie. Z zafrasowaniem potarł palcami skronie.
- Właśnie w klasztorze zamierzałem szukać schronienia. Jeśli jednak jest tak, jak mówisz, to żadne miejsce nie jest bezpieczne.
- Pozwoliłem sobie powiadomić Yarisa o twojej obecności w naszym klasztorze. On znajdzie dla ciebie kryjówkę.
Erris nie brał dotychczas udziału w rozmowie. Teraz jednak wtrącił ze swojego miejsca:
- Jaki sens ma ukrywanie się? Nie będziesz przecież uciekał przez całe życie!
- Winde ma rację - przytaknął Valentine. - To tylko tymczasowe rozwiązanie. Poza tym, chcę się spotkać z tym osławionym Yarisem. Mamy do omówienia kilka spraw.

Pół godziny później nieoznakowany realot z ogromną prędkością mknął ponad polami Niziny Atargatis. Klasztor i wzgórza szybko zniknęły za horyzontem. Za kierownicą siedział milczący mężczyzna o twardym wejrzeniu brązowych oczu. Haczykowaty nos nadawał jego wąskiej twarzy ptasio - drapieżny wyraz. Przedstawił się jako Loic Abi'ye.
Erris od czasu do czasu zerkał na niego podejrzliwie, ale Valentine nie wydawał się ani trochę zaniepokojony. Przymknął oczy i oparł głowę o fotel. Zdawał się drzemać, ale Erris czuł, że tylko sprawiał takie wrażenie. Nieco uspokojony, zrezygnował z obserwowania ich szofera i zaczął podziwiać widoki.
A było na co patrzeć. Jak okiem sięgnąć, po sam horyzont rozciągał się dziki step, falujący soczystą zielenią traw i mieniący się kwiatami, niczym wszystkimi kolorami tęczy. Daleko, daleko na widnokręgu wyrastały wysokie góry, których szczyty spowite w mgły i śniegi dotykały niebios.
Jak tu pięknie, pomyślał Erris.
- Prawda? - Val nagle otworzył oczy i podążył spojrzeniem za jego wzrokiem. - To Góry Semayów, najwyższe pasmo górskie na Medei.
Erris popatrzył na Valentine'a z ciekawością.
- Czy ja też mogę się tego nauczyć?
Val uśmiechnął się. Doskonale wiedział, o co mu chodzi.
- Jeśli zechcesz. To nie jest trudne.
Wkrótce po zapadnięciu nocy realot przeleciał ponad zabytkową, metalową bramą w kamiennym murze, a po kilku dalszych minutach lotu zatrzymał się przed dużym, rzęsiście oświetlonym budynkiem. Otaczał go, tonący już w ciemnościach, rozległy park z wiekowymi drzewami.
Kiedy tylko wysiedli z realotu, pojawił się mężczyzna, który natychmiast nim odleciał. Erris był pod wrażeniem tak sprawnej organizacji. Dom również go zachwycił: wyglądał jak siedziba królów.
- To pańska posiadłość, prawda? - zwrócił się Val do ich kierowcy, a kiedy ten skinął głową, odwrócił się do Windego. - Abi'ye to jedna z najstarszych i najbardziej szanowanych medeańskich rodzin - poinformował.
Erris obrzucił dom, a raczej pałac znaczącym spojrzeniem.
- Wiele pan ryzykuje - stwierdził.
Abi'ye wzruszył ramionami.
- Wolność nie ma ceny. Zapraszam panów do środka - wskazał ręką na schody, wiodące do zdobionych drzwi. - Czekają na nas. W salonie, urządzonym z widocznym przepychem, acz bardzo gustownie, znajdowało się kilka osób. Na widok wchodzących wstali - były wśród nich dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Wszyscy mieli na twarzach niespokojne oczekiwanie.
- An'atar Valentine Crusher i jego Opiekun Erris Winde - przedstawił ich Abi'ye.
Erris już otworzył usta, by zaprotestować przeciwko nazywaniu go Opiekunem, skoro nim nie był. Valentine rzucił mu jednak ostrzegawcze spojrzenie, więc zrezygnował.
Na twarzy jednej z kobiet pojawiła się trudna do rozróżnienia mieszanka zaskoczenia i niedowierzania.
- Och! - jęknęła i opadła ciężko na fotel.
Druga rzuciła jej nieco poirytowane spojrzenie.
- Wybacz, An'atar - powiedziała przepraszającym tonem. - Spodziewaliśmy się dwunastoletniego chłopca. Brawley wprawdzie coś wspominał, ale... - pokręciła głową.
- Forma nie znaczenia - wtrącił Erris, przypominając sobie słowa mutanta z jaskiń Onsetrine. - Oczy nie są w stanie dostrzec wszystkiego.
- Pozwolisz, An'atar, że przedstawię ci moich gości - Abi'ye wskazał na zaskoczoną kobietę. - Jasha Rhosael, minister edukacji w zdelegalizowanym przez imperium rządzie Medei. Gwen Itsi, właściwie kapitan Gwen Itsi, dowodziła oddziałami obrony cywilnej w Tegmine. Terres Yino, wykładowca Uniwersytetu Medeańskiego oraz Xante Sihaya, były premier.
Wymienieni podchodzili kolejno i ściskali jego rękę. Kiedy podszedł Sihaya, Val przytrzymał nieco dłużej jego dłoń.
- Rodzice opowiadali mi o panu - powiedział. - Jestem zaszczycony mogąc pana poznać.
- O, nie, An'atar! - zaprzeczył Sihaya gorąco. - To ja jestem zaszczycony.
Valentine przesunął wzrokiem po ich twarzach. Po chwili uśmiechnął się.
- Yino, Abi'ye, Rhosael, Itsi, Sihaya - wymienił ich nazwiska w bynajmniej nie przypadkowej kolejności. - YARIS - roześmiał się niespodziewanie. - A więc to dlatego imperator nie mógł schwytać tajemniczego przywódcy medeańskich rebeliantów!
Wydawali się zaskoczeni, że tak szybko odgadł ich sekret.
- Tożsamość Yarisa znają tylko nasi najbliżsi współpracownicy - powiedział w końcu Abi'ye.
- Ludzie imperatora szukają jednej osoby - dodała kapitan Itsi. - Jak dotąd nie przyszło im do głowy, że w rzeczywistości szukają pięciu.
- Imperator jest na Medei - dodał Yino.
Valentine drgnął, a jego twarz pobladła nieco.
- To pewna wiadomość? - spytał rzeczowo, nie dając dojść do głosu emocjom.
Yino skinął głową.
- W Puszczy Arrehante marines zbudowali bazę i labolatorium. Przetrzymują tam kilku Złączonych. Myślą, że nikt nie wie o tej bazie, a zwłaszcza Yaris.
- Imperator prawdopodobnie chce wiedzieć, w jaki sposób odbywają się Złączenia.
- Niemożliwe! - Val aż zachłysnął się powietrzem. Ale tak, to miało sens. Geralt niczego tak nie pragnął, jak An'atar na tronie imperium. Skoro jeden był tak niechętny jego planom, że wolał uciec i narazić swoje życie na śmiertelne niebezpieczeństwo, to czemu nie stworzyć sobie nowego An'atar? Takiego, który będzie bardziej posłuszny. Wizja ta przejęła Valentine'a wstrętem. - Mieszkałem w pałacu przez pięć lat. Uciekłem, kiedy zaproponował, że uczyni mnie swoim następcą - powiedział cicho. - Poznałem go dobrze, ale chyba nie dość dobrze. Nie sądziłem, że może posunąć się tak daleko.
- Nie uda mu się - pocieszyła go Jasha Rhosael. - Nie da się stworzyć An'atar sztucznie. Nie zgodzą się na to ani Kao'thal, ani Taa'rea.
- Ale dlaczego ci Złączeni wciąż tam tkwią? - spytał Val. - Można ich przecież uwolnić. Yaris ma na to środki i ludzi, prawda?
- Oczywiście - przytaknął Yino. - Ale póki tam są, mamy doskonałe źródło informacji. Ta baza to tajne imperialne centrum dowodzenia. Wszystkie decyzje zapadają oficjalnie w gabinecie gubernatora planety, ale są to decyzje, które podjęto już wcześniej w tej bazie. Tam tworzą się plany. Tam opracowuje się strategie.
Drzwi otworzyły się i do salonu wszedł lokaj w liberii z oznajmieniem, że podano kolację. Wszyscy przeszli do jadalni i zasiedli przy stole. Podczas posiłku rozmowa jakoś się nie kleiła, póki Abi'ye nie spytał Windego o jego rodzinny świat. Erris rozgadał się o Neyya, a Valentine mógł chwilę spokojnie pomyśleć.
A więc Geralt zjawił się na Medei. I to akurat teraz, w tej właśnie chwili... Czyżby przypadek?
Co robić?
Val zastanawiał się gorączkowo. Trzeba działać. Bierne oczekiwanie na rozwój wypadków nie było dobrym rozwiązaniem w tej sytuacji. Robił to do tej pory. Czas wziąć się w garść i zacząć działać, wziąć odpowiedzialność. Stawką było życie wszystkich ludzi na wszystkich światach całego imperium, nie tylko na Medei.
- Panie Abi'ye - odezwał się, a inne rozmowy nagle ucichły. - Czy możemy teraz wydostać z bazy naszych ludzi?
Abi'ye zerknął przelotnie na Yino, zanim odpowiedział:
- Zostali zwolnieni dziś po południu. Będą tutaj rano - pochylił głowę w zawstydzonym geście, któremu przeczył nieco zuchwały wyraz oczu. - Wybacz, An'atar. Zapomniałem ci o tym powiedzieć.
Nie zapomniałeś, pomyślał Valentine. Dobrze wiedziałeś, co robisz. Co jeszcze przede mną ukrywasz? Co planujesz? Ty i twoi przyjaciele. Czy jesteście moimi wrogami? Czy mam się was obawiać?
Nie wypowiedział jednak na głos swoich wątpliwości. Zamiast tego uśmiechnął się, lecz bez cienia wesołości.
- Nie musisz przepraszać - wzruszył ramionami.
Jedynie Erris zauważył, że coś jest nie tak. Tylko on znał go na tyle dobrze, by móc to dostrzec.
- Dlaczego pytałeś, czy można ich uwolnić? - spytała Gwen Itsi.
Val odłożył sztućce tak delikatnie, jakby były ze szkła.
- Bazę należy zniszczyć - odparł ze spokojem. - Im szybciej, tym lepiej.
- Ale dlaczego? Przecież nie stanowi dla nas bezpośredniego zagrożenia!
- Ponieważ wy go nie dostrzegacie, to sądzicie, że ono nie istnieje, prawda? Nigdy tego nie zrozumiecie - potrząsnął głową.
- Zginie wielu ludzi - zauważył Sihaya.
- Zdaję sobie z tego sprawę - Val wstał i popatrzył po ich twarzach. - Pewnych ofiar nie da się uniknąć, ale postaram się, by ich było jak najmniej - skłonił lekko głowę, po czym opuścił jadalnię. Erris nie zwlekając poszedł w jego ślady.
Valentine wyszedł przed pałac. Usiadł na ostatnim stopniu schodów i zamyślił się. Erris obrzucił uważnym spojrzeniem pogrążony w ciemnościach park, po czym skierował wzrok ku niebu. Tyle gwiazd... A wokół wielu z nich tyle zamieszkanych światów. I wszystko to we władzy jednego człowieka. Przerażające.
- To nie tak - Val znowu czytał w jego myślach. - Siła Imperium Ludzi tkwi w jego jedności. Gdyby nie to, zostałoby rozerwane na strzępy przez imperia obcych, którzy tylko czekają, aż wszystko się rozpadnie. To wstyd, że istnieją ludzie, którzy starają się do tego doprowadzić dla swojej własnej korzyści. Na razie nie jest ich wielu, albo nie mają wystarczających środków na podjęcie zdecydowanych działań. Niestety, to tylko kwestia czasu.
- Ty do nich nie należysz - zauważył Erris.
- Tak. Ja nie - przytaknął. - Poznałem motywy działania Geralta, wiem na czym naprawdę mu zależy. On wie, gdzie leży zagrożenie.
- Usprawiedliwiasz go?
- Nie. Po prostu rozumiem.
Erris ponownie spojrzał w niebo. Jeden z księżyców Medei, Ceuto, zbliżał się właśnie do pełni, a drugi, Vientiane, był tuż po nowiu, nisko nad horyzontem. Ten widok poruszał najgłębiej ukryte struny w jego duszy.
- Mógłbyś to zrobić, prawda?
- Co?
- Doprowadzić do rozpadu imperium.
- Pewnie tak. Ale nigdy tego nie zrobię.
- Więc jak chcesz ocalić mieszkańców Medei?
- Znajdę sposób. Jak zawsze.

Po wyjściu An'atar i jego Opiekuna, przy stole przez dłuższą chwilę panowała pełna napięcia cisza.
Yino odchrząknął.
- Imperator nie ma dzieci, prawda? Moglibyśmy anonimowo dać znać komu trzeba, gdzie znajduje się Crusher. Będziemy mieli jeden kłopot z głowy.
- Terres! - minister Rhosael popatrzyła na niego ze zgorszeniem.
- Nie możemy pójść tą drogą - stwierdził Sihaya. - Valentine przeszedł już rytuał. Nie może opuścić Medei. Trzymajmy się pierwotnego planu.
Abi'ye z namysłem odstawił kielich pełen krwistoczerwonego wina pochodzącego z jego własnych winnic.
- A jeśli on nam przeszkodzi? - spytał cicho. - Jego cele niekoniecznie muszą się pokrywać z naszymi. Sami słyszeliście: chce zniszczyć bazę w Puszczy Arrehante.
- Jest An'atar - odparła Jasha. - Nie możemy mu się przeciwstawić. Nie mamy takiej siły.
- Jest dwunastoletnim chłopcem, który bardzo kocha swoją rodzinę - uśmiechnął się Yino, rozpierając się nonszalancko na krześle. - Możemy go kontrolować.
- Do jakiego stopnia? - zdenerwował się Sihaya.
- A co z innymi Złączonymi? - wtrąciła Gwen. - Do tej pory współpracowali z nami. Jedno jego słowo i przestaną to robić. An'atar to dla nich boska wyrocznia. Nic nie zdziałamy, jeśli staną przeciwko nam. W dodatku jego decyzje mogą przeszkodzić Ruchowi.
- Tak, to jest pewien problem - zgodził się Abi'ye. - Nie możemy go zabić. Znacie legendy. Wiecie, że są prawdziwe. Istnieje szansa, że jego obecność w gruncie rzeczy nam pomoże. Dlatego chwilowo proponuję go tylko obserwować. Zobaczymy, jakie będą jego następne posunięcia. Potem zdecydujemy, co robić. Zgoda?
Xante i Jasha energicznie pokiwali głowami, Gwen wzruszyła ramionami lekceważąco, a Yino uśmiechnął się krzywo, wznosząc kielich wina w niemym toaście.
Taaak, pomyślał kwaśno. Poczekamy, zobaczymy.

Ta noc była inna niż wszystkie.
Tej nocy Valentine odnalazł w ciemnościach pokój Errisa i został wysłuchany. Erris wiedział, że to w końcu musiało się stać. Dlatego poddał się. Dlatego pozwolił Valentine'owi zostać.

Geralt obserwował na terminalu zdjęcia satelitarne bazy w Puszczy Arrehante. Zaledwie godzinę wcześniej została ona dosłownie zrównana z ziemią. Imperator siedział bezpieczny w swoim gabinecie na pokładzie okrętu, orbitującego wokół Medei i patrzył, w jaki sposób to się stało.
Nad bazą właśnie wschodziło słońce. Linia terminatora przesuwała się w ślimaczym tempie. Instalacje bazy, zamaskowane przed czujnikami medeańskich satelitów meteorologicznych, były wyraźnie widoczne dla imperialnych sond szpiegowskich. Miejsce na bazę wybrano bardzo starannie, tak by ludzka ingerencja w puszczy była jak najmniej zauważalna - wykorzystano w tym celu naturalnie ukształtowaną polanę. Ponad powierzchnią ziemi wystawał tylko jeden niski budynek i lądowisko. Cała reszta - labolatoria, kwatery załogi, hangary - znajdowało się pod ziemią, stanowiąc jeden z nowocześniejszych kompleksów wojskowo - badawczych.
Geralt pochylił się nieco do przodu, obserwując z pełną grozy fascynacją obraz na terminalu. W pewnej chwili budynek zatrząsł się gwałtownie i rozpadł, niczym domek z kart. Betonowe lądowisko popękało i skruszyło się na pomniejsze bloki. Po sekundzie wszystko zawaliło się do wewnątrz, stając się zwałowiskiem powyginanych rur, prętów i bezładnych fragmentów konstrukcji. Wyglądało to tak, jakby w to miejsce walnął meteoryt. Wrażenie destrukcji było tym silniejsze, że satelity z oczywistych względów technicznych nie przekazywały dźwięku - wszystko odbyło się w absolutnej, śmiertelnej ciszy.
W odległości dziesięciu metrów od budynku rosły pięćsetletnie drzewa. Żadne z nich nie zostało nawet naruszone. Z bazy nikt nie uszedł z życiem, wyjąwszy tylko tych, którzy wyruszyli wcześniej na patrole lub zostali posłani z innymi zadaniami.
Geralt odchylił się w fotelu.
- Z pewnością można to jakoś wyjaśnić - popatrzył na admirała Lindseya i profesora Vladića.
Odezwał się admirał.
- To nie jest broń - stwierdził stanowczo. - Nie wykryliśmy żadnych instalacji, które mogłyby być użyte do tego celu.
- Więc co to było? - Geralt wskazał niedbale na terminal, na którego ekranie zastygł obraz zniszczenia. - Wygląda tak, jakby ktoś bardzo precyzyjnie użył działa grawitonowego.
- Nie wystąpiła emisja wskazująca na użycie tego typu broni - odparł admirał.
- Mój panie - wtrącił Vladić. - Ta planeta słynie z nietypowych trzęsień ziemi i różnych innych zjawisk. Nasze wieżowce walą się w gruzy, autostrady zalewa lawa, orbity satelitów są zakłócane... To tylko niektóre przykłady. W każdym przypadku przyczyna jest najzupełniej naturalna, jednak zjawiska te w jakiś dziwny sposób koncentrują się na naszych obiektach.
- Co pan chce przez to powiedzieć?
- Nie jesteśmy tu mile widziani.
Geralt roześmiał się niespodziewanie.
- Ależ, profesorze, nie twierdzi pan chyba, że ta planeta ma rozum!
Vladić bez słowa podszedł do terminala i stuknął w klawisz. Obraz na laserowym ekranie uległ zmianie. Ukazywał jednolitą połać lasu - wyjątkiem był niewielki, nieregularny, jasnozielony kwadrat pośrodku oznaczony czerwonym kółkiem dla lepszego uwidocznienia tego obszaru.
- To miejsce po bazie, obraz sprzed pięciu minut - oświadczył profesor z powagą.
Uśmiech Geralta zgasł. Nawet admirał Lindsey wybałuszył oczy w zdumieniu.
- Nie potrafię w możliwy do zaakceptowania sposób wytłumaczyć tego zjawiska. Gdybym chciał się bawić w spekulacje, powiedziałbym, że coś... albo ktoś... daje nam w ten sposób do zrozumienia, że nasza obecność jest wysoce niepożądana na tej planecie.

Cellian Brawley z trudem ukrywał niecierpliwość. Razem z nim w realocie znajdowało się jeszcze pięcioro Złączonych - widział po ich oczach, że i oni nie mogą się doczekać, kiedy w końcu dotrą na miejsce i...
Myśli same rwały się naprzód. Brawley starannie powtórzył szeptem formułkę medytacyjną, pomagającą opanować wzburzone nerwy. Nie musiał jej używać od ponad dwudziestu lat. Ale pomogło. Rozjaśniło mu się nieco w głowie, uspokoiły rozedrgane nerwy, rozluźniły nieco mięśnie.
Realot zatrzymał się przez domem Loica Abi'ye. Brawley znał to miejsce, ale pozostali byli tu pierwszy raz. Wysiedli. Słońce zrazu oślepiło ich, ale na wszystkich twarzach malowała się radość. Tak, nareszcie wolni. Łzy spływające po ich policzkach nie były spowodowane tylko przez ostry, słoneczny blask.
Abi'ye wyszedł im na spotkanie. Przywitał się ze wszystkimi, po czym podszedł do Celliana z uśmiechem, który z jakiegoś powodu wydał się Brawleyowi nieszczery.
- Nie takiego An'atar się spodziewaliśmy, Cellianie - szepnął z lekkim wyrzutem w głosie.
- Jest dokładnie taki, jaki powinien być - odparł Brawley stanowczo. - Zaprowadź nas do niego, Loic.
Abi'ye zachmurzył się.
- Może chociaż zjecie śniadanie i odpoczniecie? Jechaliście przecież przez całą noc!
Brawley uśmiechnął się z pobłażaniem, jak do małego dziecka.
- Wybacz, Loic. Nie przyjechaliśmy tu, by jeść śniadanie czy odpoczywać. A już na pewno nie dla ciebie, ani tym bardziej dla Yarisa. Wyminęli go i ruszyli ku wschodniej stronie parku. Abi'ye patrzył za nimi, póki nie zniknęli za ozdobnymi krzewami. Jego dłonie zacisnęły się w pięści.

Dokładnie wiedzieli, gdzie jest. Z daleka wyczuwali jego obecność. Jak planety okrążające swoją macierzystą gwiazdę, tak i oni orientowali się wokół niego.
On też wiedział, że nadchodzą. Czekał na nich nad rzeką. Obydwa brzegi pokrywał park, ale ponad leniwym nurtem wznosił się malowniczy drewniany most. Tam czekał wraz ze swoim Opiekunem.
- Nie jestem przekonany do tej funkcji - stwierdził Erris, bawiąc się źdźbłem trawy. - Opiekunem powinien być Medeanin, jakiś mnich. Sam mówiłeś, że to wielki zaszczyt. A jeśli uznają, że nie jestem odpowiednim Opiekunem dla ciebie?
- Winde, każdy Złączony sam wybiera sobie Opiekuna, jeśli tylko chce - Valentine wydawał się nieco poirytowany jego wątpliwościami. - Ja wybrałem ciebie. Zapewniam cię, że nikt nie przyjdzie i nie powie ci, że się nie nadajesz - inna myśl przyszła mu nagle do głowy. Zmarszczył brwi i przyjrzał się Windemu z uwagą. - Chyba, że nie chcesz się tego podjąć. Wybacz, że od razu cię o to nie zapytałem. Zrozumiem, jeśli odmówisz.
Erris wzruszył ramionami.
- Po prostu myślałem, że trzeba na to w jakiś sposób zasłużyć.
Val uśmiechnął się.
- Ale ty przecież zasłużyłeś. Uratowałeś mi życie.
- A ty mnie. Uznałem, że jesteśmy kwita.
Valentine nagle podniósł głowę.
- Już przyszli.
Erris odwrócił się. Rzeczywiście, po krótkiej chwili wyłonili się zza drzew. Przyglądał się im ciekawie. Do tej pory jedynym Złączonym, jakiego widział, był Valentine - w dodatku był on Złączonym ze wszech miar nietypowym. Interesowało go, jacy są inni. Wyglądali normalnie. Grupka ludzi. Różnili się wiekiem, wyglądem, płcią - była wśród nich jedna kobieta. Uwagę Errisa przyciągnął jednak wysoki mężczyzna o arystokratycznym wyglądzie, zdający się przewodzić pozostałym. Gdy się zbliżyli mógł dostrzec wzruszenie malujące się na ich twarzach i łzy w oczach. I wtedy ujrzał coś, co szczególnie wbiło mu się w pamięć. Wszyscy uklęknęli i pochylili głowy przed Valentine'em.
Erris widział już kiedyś podobną scenę. Miał ledwie kilka lat, kiedy rodzice zabrali jego i Sabre'a do odległego miasta. Kilkadziesiąt lat wcześniej odnaleziono w jego pobliżu ruiny starożytnej budowli, zapewne świątyni, sprzed kilku tysięcy lat. Odrestaurowano ten zabytek ogromnym nakładem kosztów i w końcu udostępniono dla zwiedzających. Erris niewiele zapamiętał z tamtej wycieczki: stłumione światło, tłum ludzi, ścisk, duchota, wszechobecne szepty. Ale jedno szczególnie utkwiło mu w pamięci. Był tam fresk, a na nim postacie naturalnych rozmiarów. Jedna z nich otoczona aureolą, inne pochylone w pełnym wyrazu ukłonie. Autor fresku nie był zbyt utalentowanym artystą, jednakże z jego dzieła biła niezwykła siła - potęga, jakiej nie objąłby umysłem żaden człowiek. Teraz i tutaj widział tę samą potęgę, taki sam majestat, takie samo nagromadzenie emocji, że powietrze aż iskrzyło.
Valentine też to czuł. Jego ręce drżały, kiedy podszedł do klęczących i podnosił ich kolejno.
- Nie powinniście przede mną klękać - powiedział. Był wyraźnie zmieszany. Erris stanął u jego boku, zdecydowany jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki. A Valentine wyglądał tak, jakby bardzo potrzebował duchowego wsparcia. W końcu po raz pierwszy w życiu miał okazję spotkać innych Złączonych. Twarzą w twarz, duszą w duszę.
- Nazywam się Cellian Brawley, Kao'thal - przedstawił się wysoki mężczyzna, a po nim uczynili to pozostali: Bellina Arton, Loucas Hori, Deondray Sonys, Kian Neno, wszyscy Taa'rea oraz Yukinori Ladd, Kao'thal.
Val kłaniał się uprzejmie każdemu z nich, po czym wyprostował się.
- Valentine Marcus Crusher, An'atar - przedstawił się oficjalnie.
Tym razem pozostali skłonili głowy z szacunkiem. Valentine wskazał na Errisa:
- Erris Winde, Opiekun.
Ponownie skłonili się tak, jak nakazywał zwyczaj. Erris powtórzył ich gest w milczeniu.
- An'atar - szepnął Brawley. Jego głos drżał. - Jakże się cieszymy, że jesteś wreszcie z nami!
- I ja się cieszę - odrzekł Val. - Choć okoliczności raczej nie skłaniają do radości.
- To prawda - przytaknął Brawley. Pozostali tylko wpatrywali się w Valentine'a szeroko otwartymi oczyma.
- Coś nie tak? - popatrzył na nich pytająco.
- Wybacz, że o to pytam, An'atar - wtrąciła w końcu nieśmiało Bellina Arton.- Co się stało z twoja aurą?
Valentine drgnął.
- Przepraszam - powiedział. - Nauczyłem się ją wyłączać i po prostu zapomniałem, że nie muszę już tego robić - przymknął na moment oczy.
Brawley i Ladd zatoczyli się nagle, jakby uderzył w nich huraganowy wiatr - aura Valentine'a podziałała na nich najsilniej. Taa'rea natomiast zastygli w pełnym zachwytu uniesieniu.
Erris zdziwił się nieco. Aura nigdy nie oddziaływała na niego w taki sposób. Czuł ją raczej jako silne źródło ciepła i światła, jak płomyk świecy zamknięty w dłoniach.
> Nie jesteś Złączonym, Winde. Dla ich zmysłów, wyczulonych przez Złączenie, to wielki szok< Val uśmiechnął się, mrugnął do niego porozumiewawczo i dopiero wtedy Erris zorientował się, że odczytał jego myśl. Odpowiedział nieco zaskoczonym uśmiechem.
- Widziałeś się z Geraltem? - spytał Valentine Brawleya, kiedy ten w końcu doszedł do siebie.
Kao'thal potrząsnął głową.
- Nie, czułem tylko jego obecność. Kiedy dowiedział się od swoich naukowców, że na Medei jest jakiś An'atar, jego myśli natychmiast pobiegły ku tobie.
- A wtedy wy nie byliście mu już potrzebni - domyślił się Erris.
- Mylisz się, Opiekunie - Brawley przeniósł nań poważne spojrzenie. - Zrobił to, zanim dowiedział się o An'atar. Nie jesteś zaskoczony - spojrzał na Valentine'a.
Val, rzeczywiście, nie był. Znał Geralta i jego porywy wspaniałomyślności.
- Większość ludzi uważa, że imperator to potwór. A to tylko człowiek. Stary człowiek o wielkiej władzy.
- Czyż to nie czyni go potworem? - spytał Yukinori.
- Nie, ponieważ on nie dzierży władzy dla niej samej. W głębi duszy Geralt to altruista - Valentine przyjrzał się ich twarzom uważnie. - Wybaczcie, że zaprzątam wam czas. Jesteście zmęczeni i głodni. Wracajmy do pałacu pana Abi'ye.
Zgodzili się chętnie. Val towarzyszył im podczas posiłku, a kiedy lokaj wskazał im pokoje, by mogli udać się na spoczynek, poszedł z Errisem do biblioteki. Zdążyli zaledwie usiąść w fotelach, kiedy drzwi otworzyły się i wszedł Brawley.
- Miałeś odpoczywać, Cellianie - upomniał go Valentine.
Erris rozbawiła nieco mina Brawleya. Był on ponad czterokrotnie starszy od Valentine'a, a jednak słuchał jego słów, niczym napomnień starszego brata lub ojca.
- Nie mógłbym teraz zasnąć. Chciałem z tobą porozmawiać, An'atar. Czy mogę?
- Oczywiście - Val wskazał mu fotel.
Brawley nalał sobie drinka i usiadł. Odstawił jednak szklankę na stolik, pozwalając, by kostki lodu swobodnie rozpuszczały się w alkoholu.
- Szukałem cię na Droghedzie - powiedział cicho.
- To byłeś ty?
Skinął głową.
- Byłem blisko, ale po piętach deptali mi gwardziści imperatora. Wiedzieli, że prędzej czy później cię odnajdę, więc śledzili każdy mój ruch. Wolałem wobec tego trzymać się na uboczu. Niestety, nie zdołałem zapobiec porwaniu.
Valentine zachowywał milczenie. Jego kamienna twarz nie wyrażała żadnych uczuć, ale Erris widział ból w jego oczach. Brawley nieświadomie przywołał przykre wspomnienia - akurat te, których Val próbował się kiedyś pozbyć. Kiedyś... Zaledwie parę miesięcy temu.
- Skąd pan wiedział, gdzie jest Valentine? - spytał. - Imperator nie pozostawił przecież żadnych śladów.
- Zawsze zostają jakieś ślady. Trzeba tylko umieć je odszukać. A trop myślowy to bardzo wyraźny ślad dla kogoś takiego, jak ja. Valentine popatrzył na Brawleya z namysłem.
- Na statku obcych była ze mną pewna osoba - powiedział wolno.
- Ademarisa T'Keyyo - Brawley skinął głową. - W tajemniczych okolicznościach pojawiła się w sierocińcu. Nic się jej nie stało poza urazem głowy spowodowanym prawdopodobnie uderzeniem promienia ogłuszającego.
- Żyje i jest zdrowa? - na twarzy Valentine'a pojawiła się ogromna ulga.
- Owszem. Opuściła sierociniec i przyleciała ze mną na Medeę.
Val wlepił w niego zdumione oczy.
- Mari jest na Medei?! - wykrzyknął w końcu.
Brawley wyglądał na zaskoczonego.
- Loic nic ci nie powiedział? - spytał wyraźnie wstrząśnięty.
Valentine zaprzeczył. Brawley zmieszał się.
- Może zapomniał - zasugerował, ale wyraz jego twarzy świadczył o tym, że sam w to nie wierzył.
Erris pochylił się nieco do przodu.
- O czym to jeszcze pan Abi'ye... zapomniał powiedzieć? - zapytał, wolno cedząc słowa. Był poirytowany, ponieważ Abi'ye od początku mu się nie podobał.
Brawley odchrząknął z zakłopotaniem.
- Chodzi o twoich rodziców - zaczął, a Valentine drgnął, jakby ukłuty szpilką. - Twój ojciec zginął podczas ataku. Twoja matka... Była przekonana, że nie żyjesz, kiedy znaleziono ciało waszej gosposi. Jednej nocy straciła męża i syna. Przeżyła załamanie. Umieszczono ją w szpitalu dla... dla... - zająknął się.
Valentine przymknął oczy.
- Dla psychicznie chorych - dokończył. Jego głos załamał się. - Chciałbym ją zobaczyć.
- Przykro mi, An'atar - Brawley spuścił głowę. - Zmarła po kilku miesiącach.
- Kto w takim razie próbował skontaktować się ze mną rok temu?
- Prawdopodobnie Opiekunowie - Brawley wzruszył ramionami. - Mnisi byli bardzo wzburzeni faktem, że bezprawnie zostałeś zabrany z Medei i to przez człowieka, który ją zaanektował.
Valentine potrząsnął głową. Nagle wstał, podszedł do okna i ukrył twarz w dłoniach. Jego ramionami wstrząsnął tłumiony szloch. Erris siedział nieruchomo w fotelu. Nie ruszył się nawet wtedy, gdy Brawley popatrzył na niego znacząco. Wiedział, co robi. Valentine musiał odrobić zaległości. Musiał się z tym wreszcie uporać.
- Najpierw myślałem, że moi rodzice nie żyją - powiedział cicho. - Potem, że może ukrywają się przed Geraltem. Ale czekają na mnie, wyglądają z utęsknieniem. Dzięki temu było mi łatwiej tu wrócić. A teraz... oni nie żyją... - westchnął ciężko.
- Jest jeszcze coś, An'atar - Brawley nie bardzo wiedział, jak to powiedzieć. - Widzisz, twoja matka urodziła w szpitalu dziecko. Mała była wcześniakiem, ale jakimś cudem przeżyła. Nadano jej imię Miranda. Ma teraz ponad pięć lat.
- Mam siostrę - szepnął Valentine ze zdumieniem w głosie. - Słyszysz, Winde? Mam siostrę! - podszedł szybko do Brawleya. - Gdzie ona jest, Cellianie?
- Imperator nie ma pojęcia o jej istnieniu. Sfałszowaliśmy jej dokumenty i umieściliśmy w bezpiecznym miejscu.
Valentine zacisnął powieki, jakby się obawiał, że te dobre wieści znikną, rozpłyną się w powietrzu, a zostanie tylko popiół i stracone nadzieje.
- Kiedy możemy do niej pojechać? - popatrzył na Brawleya błagalnie.
W oczach Kao'thal pojawiły się łzy wzruszenia.
- Jutro.
Wypadki kolejnych dni jednak znacznie przedłużyły ten termin.

Brawley po dłuższych poszukiwaniach znalazł Loica na jego prywatnym basenie. Abi'ye był sam, członkowie jego zespołu rozjechali się już do swoich zajęć, oficjalnych i tych tajnych.
- Dlaczego nie powiedziałeś Valentine'owi o jego rodzinie? - spytał Brawley bez ogródek.
- Chciałem dać mu trochę czasu - odparł Abi'ye ze spokojem.
Kao'thal spojrzał na niego niemal groźnie.
- Jemu? Czy sobie? - Abi'ye nie zareagował. - Loic, w co ty grasz?
Abi'ye wstał z leżaka i sięgnął po płaszcz kąpielowy.
- Nie potrzebujemy An'atar - stwierdził niespodziewanie, zupełnie zaskakując Brawleya tym wyznaniem.
- Mylisz się.
- Nie potrzebujemy - powtórzył z naciskiem. - Yaris doskonale sprawdza się w swojej roli.
- Yaris nie podoła wszystkiemu. Nie zapominaj, że to ja go stworzyłem - przypomniał mu Brawley. - I ja mogę go zniszczyć.
- Czy to groźba?
- Nie. Po prostu pamiętaj, że istnieje większy plan, którego nie potrafisz nawet pojąć.
- Postaram się - Abi'ye wyminął go i zniknął w drzwiach do przebieralni.
Brawley spoglądał za nim ze zmarszczonymi brwiami. Reakcja Loica zadziwiała go. Kiedyś byli przyjaciółmi, ale czy nadal nimi byli?... Chyba już nie - byli sobie obcy. Oby tylko nie stali się wrogami.
Kłamał. Nie potrafiłby zniszczyć Yarisa, nawet gdyby chciał. Sześć lat temu to był doskonały pomysł - dać ludziom nieuchwytnego bohatera, bojownika o wolność, rebelianta, który ośmielał się drwić z imperialnej administracji. Yaris wypełniał lukę. Dawał ludziom nadzieję.
Ale teraz powinien ustąpić. Luka została wypełniona po tysiąckroć i Yaris mógł stać się zagrożeniem. Abi'ye i spółka świetnie się bawili, ale wrócił An'atar i zabawa się skończyła. Czas na pracę, na prawdziwą walkę. Yaris powinien odejść.
Brawley nie przewidział jednak, że Yaris zacznie żyć własnym życiem, że Loic tak się z nim utożsami. To było niepokojące i mogło nastręczyć wielu problemów. Może powinien był wybrać do tego zadania innych ludzi? Nie, teraz już było za późno na takie rozważania - zło już się stało.

Abi'ye ze zmarszczonymi brwiami przyglądał się Brawleyowi, kiedy ten w końcu opuścił basen i wszedł do wnętrza domu. Gwen miała rację. Cellian nie był już po ich stronie. Właściwie niczego innego nie można się było po nim spodziewać. Wszyscy Złączeni byli tak oddani każdemu An'atar, że Abi'ye wręcz marzył, by którykolwiek z jego ludzi był tak lojalny wobec niego.
Należało się spieszyć, zanim An'atar popsuje to wszystko, na co Yaris tak ciężko pracował przez te wszystkie lata. Loic wiedział, że młody Crusher nigdy nie zgodzi się na plan, jaki opracowali z przyjaciółmi z Ghalizan, Zeuthen i kilku innych planet, na których ich mieszkańcy marzyli o wolności od imperium.
Abi'ye stanął przy swoim osobistym terminalu. Uruchomił go osobistym hasłem, po czym wpisał kilka poleceń. Uśmiechnął się z zadowoleniem, kiedy program zaczął działać. Imperialny system zabezpieczający pliki rządowe przed przechwyceniem i odczytaniem przez niepowołane osoby. Abi'ye przez chwilę wyobrażał sobie, jaka zapanowałaby panika, gdyby wyszło na jaw, że Ruch Wyzwolenia korzysta z imperialnych zabezpieczeń, by przesyłać wiadomości, przelewać pieniądze z konta na konto, śledzić posunięcia rządu i przygotowywać akcje przeciwko niemu. Nie miał jednak najmniejszego zamiaru wyjawiać tej informacji - Yaris zbyt potrzebował tego typu programu.
Abi'ye wpisał wiadomość. Zamierzał nadać w sieci ogólnej otwartym tekstem pewne hasło, znane tylko nielicznym, a mające dać sygnał do umówionych uprzednio działań na kilku planetach równocześnie. Kiedy jednak już miał wysłać wiadomość, zawahał się. Jego dłoń zawisła milimetry ponad klawiaturą. Ogarnęła go tak silna słabość, że aż ugięły się pod nim nogi. Musiał usiąść. Okręcił się razem z fotelem i w drzwiach gabinetu ujrzał An'atar. Oczywiście. Mógł się tego spodziewać.
- Nie rób tego - powiedział Crusher.
Abi'ye westchnął z irytacją.
- Przeszkadzasz mi - odwrócił się z powrotem do biurka.
- W czym? W planowaniu zniszczenia imperium?
- Między innymi - Abi'ye sięgnął do klawiatury. - Odejdź.
Terminal wybuchnął deszczem iskier i dymu. W powietrzu rozszedł się swąd palonego tworzywa. Abi'ye ze złością spojrzał na Valentine'a.
- Nie powstrzymasz mnie - oznajmił lodowatym tonem.
- Zrobię to, co będę musiał - odparł Val ze spokojem. - Czy ty w ogóle wiesz, co robisz?
- Staram się uwolnić Medeę spod wpływów imperium! - szczeknął Abi'ye. - Ty tylko stoisz i gadasz!
- Nie. To, co robisz nie uwolni Medei, lecz sprawi, że wszystko pogrąży się w jeszcze większym chaosie. Doprowadzenie imperium do upadku wywoła wieloletnią, krwawą wojnę o przetrwanie rasy ludzkiej w tym rejonie wszechświata. Nie zdajesz sobie sprawy, jakie skutki mogą przynieść twoje głupie i nieprzemyślane działania!
- Kim ty jesteś, by o tym decydować? - głos Abi'ye ociekał pogardą.
- Jestem An'atar - odparł Valentine z mocą. - Mam wszelkie prawo decydować.
Abi'ye roześmiał się niespodziewanie.
- Najpierw Cellian mi groził, teraz ty.
- Ja ci nie grożę. Staram ci się tylko wytłumaczyć, że głupio robisz. Wierzę, że pragniesz wolności dla Medei, ponieważ ty w to wierzysz. Ale źle się do tego zabierasz. Twoi tak zwani "przyjaciele" na Ghalizan i Zeuthen zawarli pakt z Yeno'taaguar'raami. Chcą podzielić imperium między siebie. - Abi'ye wzruszył ramionami. - Chcesz powiedzieć, że o tym wiedziałeś?
- Różne drogi prowadzą do wolności.
- Wolność - powtórzył Valentine, jakby smakując to słowo. - Za jaką cenę?
- Daruj sobie wzbudzanie we mnie współczucia. To nie działa... Nie przekonasz mnie.
Valentine przyglądał mu się przez dłuższą chwilę.
- Mógłbym postawić przy tobie kilka widm Kao'thal, by miały cię pod kontrolą - stwierdził w końcu, a Loicowi mimowolnie ciarki przeszły po plecach. - Ale nie zrobię tego. Sam zdecydujesz o swoim postępowaniu - jeszcze raz spojrzał na niego z powagą, po czym odwrócił się i wyszedł.
Abi'ye stał przez chwilę nieruchomo. I nagle uderzył z całej siły w zepsuty terminal. Z zaciśniętej w pięść dłoni pociekła krew.

Oficjalna, acz niezapowiedziana wizyta imperatora na Medei stała się okazją do urządzenia ceremonii powitalnej w siedzibie gubernatora planety. Niestety, na przygotowanie bardziej odpowiednich uroczystości nie starczyło czasu. Mimo to Geralt nie wydawał się zawiedziony w gruncie rzeczy raczej skromnym przyjęciem, co paradoksalnie zaniepokoiło Zahela Regnera. Znaczyło to bowiem tyle, że myśli imperatora pochłaniała jakaś ważna sprawa - na tyle ważna, że wyciągnęła go z jego kryształowego pałacu na Droghedzie i zmusiła do podróży w ten zapomniany zakątek ludzkiego wszechświata.
A cóż innego mogłoby zwrócić uwagę imperatora, jak nie niepokoje społeczne, które od wczoraj wywracały planetę do góry nogami? Gubernator Regner był absolutnie pewien, iż właśnie to było przyczyną wizyty Geralta. Ponieważ Geralt nigdy nie robił niczego bez powodu.
Regner nieco niepewnie wszedł do gabinetu, który jeszcze godzinę temu nazywał swoim. Imperator siedział w fotelu przy biurku, zwrócony profilem do wchodzącego. Jego uwagę bez reszty pochłaniał duży ekran terminala, zajmujący całą powierzchnię jednej ze ścian. Miejscowe dzienniki telewizyjne relacjonowały to, co działo się na Medei: parady, demonstracje, ogólną radość - ale i pozamykane sklepy, szkoły, większość fabryk. Spiker zastanawiał się, gdzie też może ukrywać się istota, którą nazywano An'atar, a potem pokazywał materiały filmowe z obleganych klasztorów - podobno ów tajemniczy osobnik znajdował się w jednym z nich. Nikt jednak nic nie wiedział na pewno - i to podsycało atmosferę niepokoju i napięcia.
Gubernator właściwie tylko czekał, by użyć wojska do rozpędzenia tłumów. Nie zrobił tego jednak do tej pory i pewnie dlatego imperator okupował teraz jego biuro. Nieudolność była w imperium karana równie surowo jak i inne przestępstwa w kręgach władzy: oszustwa, nadużycia, korupcja, nepotyzm.
Regner uklęknął pośrodku gabinetu, niczym skazaniec proszący o łaskę. Wiedział doskonale, że jeśli cokolwiek może zmiękczyć serce imperatora, to przyznanie się do winy i całkowita skrucha. Niejednemu, który popełnił nawet gorsze przewinienie, taka postawa ocaliła życie. Jeśli jednak Geralt będzie nieugięty i zażąda dla niego najwyższej kary, to może przynajmniej uda mu się ocalić rodzinę.
- Mój panie - zaczął nieco drżącym z napięcia głosem. - W pełni ponoszę odpowiedzialność za to, co się dzieje na planecie. Nie podjąłem na czas odpowiednich działań, by zapobiec anarchii. Moja wina jest niezaprzeczalna, ale mimo to ośmielam się prosić o łaskę...
- Nigdy nigdzie mnie tak nie witano - odezwał się nagle imperator tak cichym głosem, że gubernator musiał wytężyć słuch. - Nawet na Hittemaru, mojej rodzinnej planecie. Przeżyłem osiemdziesiąt lat i nigdy nie widziałem takiej radości... szczerej radości... w oczach ludzi - wciąż patrzył na ekran, a Regner uświadomił sobie, że pewnie nie słyszał ani słowa z jego przemowy.
- Panie mój? - pytająco zawiesił głos.
Geralt otrząsnął się z zamyślenia i spojrzał na gubernatora.
- Dlaczego pan klęczy? - spytał ostro, marszcząc brwi. W jego głosie nagle pojawiła się irytacja. Zły znak.
Regner natychmiast wstał. Protokół zakazywał zadawania pytań bezpośrednio imperatorowi podczas oficjalnych spotkań.
Gubernator nie był pewien, czy to spotkanie miało charakter oficjalny, czy też nie. Nikt nie raczył go poinformować o tym drobnym fakcie. Niewiedza zaczynała go coraz bardziej denerwować, jako że nie należał do ludzi przesadnie cierpliwych.
- Jak sądzę, zamierza pan użyć policji i ewentualnie oddziałów żandarmerii do opanowania sytuacji na planecie? - Geralt wstał i podszedł do ekranu, jakby chciał bliżej przyjrzeć się relacjonowanym na żywo wydarzeniom.
- Oczywiście, mój panie, zgodnie z procedurą - przytaknął Regner. Przezornie powstrzymał się od uwag cisnących mu się na usta.
- A więc nie zrobi pan tego. To oficjalny rozkaz.
- Ale dlaczego? - wyrwało się zaskoczonemu gubernatorowi, zanim zdołał zapanować nad językiem. - Wybacz śmiałość, mój panie. Imperator jednak nie zwrócił na to większej uwagi. Nadal patrzył na ekran. W kadrze kamery pojawiła się para roześmianych, pijanych szczęściem nastolatków rzucających naokoło kwiatami i wykrzykujących niezrozumiałe słowa.
- Niech świętują, jeśli chcą - Geralt wzruszył ramionami. - Niech się cieszą.
- A jeśli dojdzie do zamieszek?
- Nie dojdzie. To uroczystości religijne.
Gubernator zastanowił się. Tak, to miało sens. Religia Medei... Złączeni. Dziwna religia - wiara w żyjących bogów, którzy rodzą się, przeżywają ludzkie życie pełne hołdów, a potem umierają. Cóż to za bogowie, skoro można ich dotknąć, zranić, a nawet zabić? Kiedyś wyraził się w podobnie pogardliwy sposób o Złączonych wśród medeańskich pracowników biura - następnego dnia połowa z nich odeszła z pracy, a reszta udawała, że go nie zna. Coś w tym było.
Zamyślony, niemal nie zauważył odprawiającego machnięcia ręki. Natychmiast skłonił się i wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi. Wchodząc tutaj, drżał o życie swoje i swojej rodziny - teraz zaś odczuwał ulgę, że nie dostał nawet słowa nagany. Doprawdy, imperator był zaskakującym człowiekiem.

Geralt został sam. Oczywiście, była to samotność pozorna. Kilku żołnierzy jego przybocznej gwardii stało po obu stronach drzwi, a reszta kryła się we wszystkich pokojach wokół gabinetu, gotowi ruszyć do akcji w każdej chwili. Geralt nie dbał o to, czy tylko monitorują pomieszczenie, czy także podsłuchują rozmowy - to nie miało znaczenia.
Gubernator Regner... Zabawny człowiek. Przerażony do szpiku kości, jakby jego los został z góry przesądzony. Imperator uśmiechnął się do siebie, ale nie był to wesoły uśmiech. Władza zwykle miała przyjemny smak, ale zbyt często zaprawiony goryczą. Geralt nie był pewien, czy mu się to podoba. Dawniej był tym zachwycony. Teraz...
Z jednej strony strach utrzymywał ludzi na dystans, mobilizował ich do twórczego myślenia - dzięki temu ministrowie nie łazili za nim bez przerwy domagając się decyzji w najbłahszych nawet sprawach. Musieli radzić sobie sami. Geralt z daleka przyglądał się podejmowanym przez nich działaniom, ingerując dopiero wtedy, kiedy było to absolutnie konieczne. Strach był niezastąpionym narzędziem politycznym w rękach tego, kto potrafił się nim inteligentnie posługiwać.
Jednakże wielka władza i strach będący jej wynikiem utrudniały nawiązywanie prawdziwych przyjaźni. Ludzie zbyt się go bali, by tak ryzykować - życiem swoim i swojej rodziny. Jedynie Valentine... Tak, on się nie bał. Nie przerażała go sama władza, lecz potworna odpowiedzialność, która spoczywała na barkach każdego władcy. Niewielu ludzi to rozumiało. Valentine potrafił spojrzeć mu w oczy i zobaczyć nie imperatora, lecz człowieka. Po prostu samotnego, starego człowieka.
Czy byli przyjaciółmi? Nie, chyba nie. Pomimo tego, że spędzali ze sobą sporo czasu, rozmawiali o sprawach ważnych i mniej istotnych, czasem grali w gry z sieci i żartowali. Dzieliła ich chyba zbyt wielka różnica wieku. W dodatku Valentine zawsze sprawiał wrażenie, jakby był w pałacu tylko gościem, jakby następnego dnia miał wrócić do domu. Nie przywiązywał się ani do przedmiotów, ani do ludzi. Zwłaszcza do ludzi.
Ciekawe, kim stałby się dla mnie Valentine, gdybym nie był imperatorem, zastanawiał się Geralt po raz setny od zniknięcia chłopca. Czy wtedy ich wzajemne relacje uległyby zmianie? Czy dręczenie samego siebie historyjkami w stylu "co by było, gdyby..." miało jakikolwiek sens?
- ... a teraz, proszę państwa, coś na co wszyscy czekamy od wczorajszego popołudnia! - głos spikera przemocą wdarł się do umysłu imperatora i zepchnął wszystkie myśli na dalszy plan. - Przenosimy się teraz do miasta Nowa Kanathea. Właśnie tam za chwilę odbędzie się konferencja prasowa zorganizowana przez Złączonych. Zdaje się, że mają nam do oznajmienia coś bardzo ważnego... Obraz na ekranie terminala zamigotał. Ukazała się na nim obszerna sala konferencyjna po brzegi wypełniona podnieconymi dziennikarzami. Kamera pokazała najpierw miejscowych prominentów - mera miasta i członków Rady Miejskiej, po czym skierowała się ku dwuskrzydłowym drzwiom, które otworzyły się z rozmachem.
Imperator wlepił wzrok w ekran, wypatrując Valentine'a. Na niewielkie podwyższenie weszło kilkoro ludzi - ale nie było wśród nich chłopca. Geralt zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno on był tym An'atar, który ledwie wczorajszego dnia przeszedł rytuał Zjednoczenia. Po raz pierwszy dopadły go wątpliwości.
Do mikrofonu podszedł Cellian Brawley. Imperator uśmiechnął się lekko na jego widok. Ten Złączony zadziwiał go po raz kolejny. Został zwolniony zaledwie poprzedniego wieczora, a już brał udział w tak ważnej konferencji prasowej. Co więcej - wyglądało na to, że to on ją zorganizował i prowadził.
- Dziękuję państwu za tak liczne przybycie - powiedział Brawley. - Z pewnością domyślacie się, po co zostaliście zaproszeni na tę konferencję. Nie będę przedłużał waszego oczekiwania. Oto nasz An'atar.
Drzwi po prawej otworzyły się i na salę weszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich był ciemnoskórym trzydziestolatkiem, sprawiającym wrażenie, jakby niezbyt dobrze się czuł w towarzystwie kamer. Drugi, ciemnowłosy i srebrnooki, miał najwyżej dwadzieścia kilka lat. Poruszał się pewnie i z pełną wdzięku swobodą.
Na sali zapanowała cisza. Absolutna, dźwięcząca cisza, jakby wcale nie było tam zgromadzonych kilkudziesięciu hałaśliwych zwykle osobników. A potem wszyscy oni bez wyjątku, jak na komendę, wstali i skłonili się.
Młody mężczyzna wydawał się trochę zakłopotany takimi przejawami szacunku. Odkłonił się nieco niezręcznie i podszedł do mikrofonu.
- Dzień dobry państwu i dziękuję za tak miłe powitanie... - powiedział, uśmiechając się lekko. Ten uśmiech, przemknęło przez myśl Geraltowi. Ale przecież to nie Val. To niemożliwe. - Nazywam się Valentine Marcus Crusher i jestem An'atar. Oto mój Opiekun, Erris Winde - wskazał na towarzyszącego mu mężczyznę.
Niemożliwe! Słowo to wybuchło w umyśle imperatora niczym stos fajerwerków. Ten mężczyzna... i Valentine? Bzdura! Podobieństwo było jednak uderzające - tak mógłby wyglądać Valentine za kilkanaście lat, gdyby miał szansę dorosnąć. Gdyby nie tamta fatalna katastrofa. Co ten Brawley wykombinował?
Geralt ponownie skupił uwagę na transmisji z New Kanathea. Wywiad z mężczyzną podającym się za Valentine'a toczył się wartko, pytania sypały się ze wszystkich stron, a on odpowiadał na każde z uśmiechem. Początkowo pytania dotyczyły sfery jego życia osobistego. Kim byli jego rodzice, od kiedy jest Złączonym i temu podobne. Imperator był pod wrażeniem przygotowania, jakiemu musiano poddać tego młodego człowieka, by mógł odpowiadać w sposób tak wiarygodny. Geralt w myślach złożył Brawley'owi ceremonialny ukłon, uznając go za godnego przeciwnika. Zwłaszcza, że kiedy pytania zeszły na śliskie, polityczne tematy, Kao'thal zręcznie przerwał konferencję.
- Apelujemy o spokój podczas uroczystości - powiedział Brawley na koniec. - Nie dajmy naszym władcom okazji do użycia siły. Nie o to tutaj chodzi. Pamiętajmy o tym wszyscy.
Imperator wyłączył terminal, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Do gabinetu wsunął się Lindsey.
- O co chodzi, admirale?
- Panie mój - Lindsey skłonił lekko głowę. - Wywiad w rejonie Kwadrantu Acaster poinformował, że na kilku planetach wybuchły rozruchy. Na razie to punktowe zdarzenia, ale według naszych analityków istnieje niebezpieczeństwo, że mogą rozwinąć się w globalne powstanie.
Geralt pokiwał głową w zamyśleniu. Spodziewał się tego od dłuższego czasu - było za spokojnie. Ruch Wyzwolenia wyraźnie zbierał siły na coś większego. Wyglądało na to, że teraz postanowił wykonać pierwszy ruch. Nadszedł czas.
- Może pan odejść, admirale.
Lindsey uniósł brwi.
- Nie podejmiemy jakichś środków zaradczych? Nie wyślemy chociażby kilku okrętów wojennych? Grozi nam przecież wojna domowa...
Geralt gniewnie zmarszczył brwi.
- Podejmę kroki, jakie uznam za stosowne - powiedział lodowatym tonem, który zmroził admirała do szpiku kości. - Nie muszę się tłumaczyć ani przed panem, ani przed nikim innym. Może pan odejść... admirale - powtórzył z naciskiem.
Przez chwilę mierzyli się ciężkimi spojrzeniami. Przez chwilę wydawało się, że Lindsey wybuchnie, otwarcie wypowie wyzwanie. Przez chwilę imperator wyglądał tak, jakby tego oczekiwał. Chwila minęła; admirał skłonił się sztywno i wyszedł.
Geralt siedział nieruchomo i spoglądał na zamknięte drzwi. Siwert Lindsey był stosunkowo świeżym nabytkiem imperatorskiej świty. Imperator nie ufał mu za grosz. Lindsey był młody i ambitny. Bardzo ambitny. Zazwyczaj sięgał wyżej niż to było możliwe i na ogół zdobywał to, czego pragnął. Geralt był prawie pewien, że teraz jego głównym celem stał się tron imperium. Gdyby wiedział to z całą pewnością, admirał już by nie żył. Imperator na wylot znał ludzi takich, jak on. Sam niegdyś taki był. I właśnie dlatego uważnie obserwował poczynania Lindseya.
Geralt uruchomił swój osobisty terminal i uaktywnił łącze.
- Działajcie - rzucił krótko i natychmiast przerwał połączenie.
Wszystko po kolei. Każda sprawa jest możliwa do rozwiązania. Trzeba tylko czasu i planowania.

Valentine był zadowolony z konferencji prasowej. Uspokoiła ona wiele rozgorączkowanych głów, a do wielu serc wlała nadzieję. O to chodziło. Należało jednak sprawić, by owa nadzieja nie wygasła. Należało ostro zabrać się do pracy.
Spokojny, wiosenny wieczór. Wiatr zupełnie umilkł. Zmęczone całodzienną wędrówką słońce powoli chyliło się ku zachodowi, rozpalając czerwono - złote ognie. Cienkie chmurki rozsnuły się po czystym błękicie nieba niczym delikatne koronki. Ptaki, aktywne przez cały dzień, układały się powoli na nocny spoczynek, ogłaszając światu swą decyzję pożegnalnym, sennym trelem. Ciężkie i mdłe zapachy parnego dnia ustąpiły z wolna aromatom wieczoru: świeżo zaoranej ziemi, rosie skrytej pośród młodych traw, pąków i świeżo rozkwitłych kwiatów.
Valentine samotnie spacerował po parku. Potrzebował chwili wytchnienia po zamieszaniu, jakie tworzyło się wokół jego osoby, gdziekolwiek by się nie pojawił.
Po zakończeniu konferencji prasowej nie wypadało odmówić uprzejmemu zaproszeniu mera miasta na późny obiad. Zostało mu przedstawionych tyle osób, że zapamiętał tylko niektóre twarze i prawie żadnych imion. Każdy chciał go dotknąć - w rezultacie ręce bolały go od uścisków. Z obiadu w prywatnym gronie zrobiło się oficjalne przyjęcie, podczas którego bez przerwy ktoś podchodził i prosił o chwilę rozmowy z An'atar.
Podczas tych spotkań Valentine miał okazję przekonać się, że jego aura działała inaczej na zwykłych ludzi niż na Złączonych. Ci ostatni odczuwali ją bardzo silnie, wszystkimi zmysłami. Brawley określił to, jak przyciąganie gwiazdy orbitującej w bezpośredniej bliskości. Więcej ciepła, więcej światła. Obecność wypełniająca sobą wszystkie puste miejsca. Podobnie czuł to Erris, choć w nieco mniejszym stopniu. Val nie dziwił się temu - w końcu kiedyś dzielili jeden umysł.
Natomiast z ludźmi nie posiadającymi wrażliwości Złączonych sprawa przedstawiała się inaczej. Owszem, wyczuwali jego obecność, ale nie tak silnie. Aura działała na nich uspokajająco i odprężająco. Żadnych gwałtownych uczuć. Tylko spokój, ufność i bezpieczeństwo. Tak było od zawsze, odkąd istnieli An'atar.
Tego dnia miało miejsce jeszcze jedno spotkanie. Valentine już wychodził z uroczystości u mera miasta. Realot czekał na niego i towarzyszących mu ludzi. Były wylewne pożegnania i uściski rąk, wiele osób miało w oczach łzy. Val odwrócił się i zobaczył ją u stóp schodów. Nie podeszła bliżej, aby się przywitać, nie dała znaku, że go rozpoznaje, po prostu stała i przyglądała mu się. Był pewien, że nigdy wcześniej jej nie widział, ale miał przedziwne wrażenie, że ją znał, dobrze znał.
Była raczej niskiego wzrostu, ubrana skromnie, lecz ze smakiem. Jej włosy miały niezwykłą białą barwę, oczy zaś równie niezwykły odcień intensywnej zieleni, który z pewnością nie mógł być wynikiem naturalnej genetycznej ruletki. Szczupłe dłonie o długich palcach zacisnęła na torebce.
Valentine przeprosił towarzystwo i podszedł do niej. Stała nieporuszona. Czekała. Spojrzał jej w oczy i już wiedział, kim ona jest.
- Witaj, Keian - powiedział cicho. - Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś cię zobaczę.
- Ja też nie byłam tego pewna.
Valentine ze zdumieniem dostrzegł jej zdenerwowanie. Ona - jeden z najlepszych zabójców w sektorze - zdenerwowana?!? Niebywałe!
- Wiele się zmieniło od naszego ostatniego spotkania - zauważyła, przyglądając mu się z zainteresowaniem.
- Oboje się zmieniliśmy - przytaknął. - Użyłaś zapewne nanochirurgii? Oczywiście zdajesz sobie sprawę, że w imperium to nielegalna praktyka?
Skinęła głową.
- Specjalnie poleciałam w tym celu na Harensicke II - przerwała na chwilę. - Valentine, zmieniłam nie tylko wygląd. Nie jestem już płatnym mordercą. Zerwałam ze swoim dawnym życiem. Już nigdy do niego nie wrócę.
- Dlatego przybyłaś na Medeę?
- Nie - westchnęła ciężko, nie wiedząc jak swoje uczucia ubrać w słowa. - Kiedy cię spotkałam, wywróciłeś moje życie do góry nogami. Wystarczyło tylko kilka twoich słów pozornie bez znaczenia; do tej pory nie potrafię tego pojąć. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Czułam się jak w pułapce. Czułam, że dopiero tutaj odnajdę spokój.
- I odnalazłaś go?
- Jeszcze nie. Ale odnajdę. Ty mi go odebrałeś, a więc tylko ty możesz mi go zwrócić.
- Niczego nie gwarantuję.
- Ale spróbujesz, prawda?
Keian pojechała razem z nim. Erris był nieco zaskoczony widokiem tej młodej kobiety. Uważnie się jej przyglądał, jakby się domyślał, że kiedyś stanowiła zagrożenie dla Valentine'a. Może nawet był zazdrosny, bowiem Val poświęcał jej sporo swojej uwagi. Jeżeli nawet tak było, to starannie ukrywał swoją niechęć.
Valentine przystanął nagle i rozejrzał się ze zdumieniem. Nie przypuszczał, że oddalił się od pałacu na tak dużą odległość. Park był rzeczywiście ogromny. Val uznał, że pora wracać, zwłaszcza, że powoli robiło się coraz ciemniej. Koniec spaceru.
Poczucie zagrożenia wzmogło się nagle w nim stukrotnie, tysiąckrotnie. Coś boleśnie ukłuło go w szyję. Nie zdążył sprawdzić, co to było. Środek usypiający, którym była wypełniona maleńka strzałka, zadziałał błyskawicznie.

Planety i gwiazdy obracając się szaleńczo i bez żadnej kontroli wypadały ze swoich orbit, zderzały się ze sobą i ginęły w oślepiających rozbłyskach. Galaktyki zapadały się, tworząc czarne dziury, które pochłonęły resztę wszechświata.
A on musiał na to patrzeć. Musiał, ponieważ wina za armageddon leżała po jego stronie.
Więc patrzył. Przez łzy, ze ściśniętym z bólu sercem i krwawiącą z rozpaczy duszą.

Valentine ocknął się, leżąc w łóżku w luksusowym apartamencie. Tuż nad jego głową zwieszał się ozdobny baldachim z ciężkiego, szlachetnego materiału wyszywanego złotą nicią w wymyślne arabeski. Nie był zbytnio zaskoczony - dokładnie wiedział, gdzie się znajduje. Stanowił część planety i coś takiego jak określenie własnego położenia nie sprawiało mu żadnych problemów. Po prostu wiedział, nie musiał nawet specjalnie się o to starać. Świadomość tego faktu tkwiła w jego umyśle przez cały czas.
Orsay. Jeden z najbardziej luksusowych hoteli w mieście, a w nim ekskluzywny apartament z widokiem na Morze Croningen. Był ranek, ale Val czuł zmianę strefy czasowej - nad pałacem Loica Abi'ye właśnie dochodziła północ.
W zgięciu łokcia poczuł dziwne pulsowanie. Delikatnie przesunął opuszkami palców po skórze w tym miejscu. Wyczuł niewielkie zgrubienie w miejscu, gdzie w żyłę wbito aplikator. Ktoś pobrał mu krew. Zapewne do badań genetycznych. Nie przejął się tym zbytnio.
Sprawne porwanie. Hotel. Ten apartament. Pobranie krwi. Wniosek nasuwał się automatycznie.
Geralt.
Valentine stanął przy oknie wychodzącym na rozległy taras i wpatrzył się w jasnobłękitną toń płytkiego, śródziemnego morza. Jego wzrok na chwilę stracił ostrość.
>Erris?<
>Jestem. Martwimy się o ciebie. Co się stało?<
>O tym później. Możesz mnie zlokalizować?<
>Tak.<
>Przyjedź po mnie. Zabierz ze sobą Celliana.<
>Wyruszamy w tej chwili.<
Drzwi wejściowe rozsunęły się z cichym szelestem. Val odwrócił się i ujrzał imperatora. Przez chwilę stali tak naprzeciwko siebie i patrzyli przez całą szerokość apartamentu. Z jednej strony spokój i opanowanie, z drugiej powaga i niedowierzanie.
- Właśnie widziałem wyniki skanu genetycznego - odezwał się w końcu Geralt. Jego głos brzmiał dziwnie nienaturalnie w panującej ciszy. - Wciąż nie mogę w to uwierzyć.
Valentine milczał. Nie bardzo wiedział, co powiedzieć.
- Myślałem, że nie żyjesz - dodał Geralt.
- To niczego nie zmienia - wyraz twarzy Valentine'a nie zmienił się.
Geralt potrząsnął głową.
- Nie mów tak, mój synu. Mój ukochany synu.
Mój synu. Val nie znalazł w sobie dość siły, by zaprzeczyć tym słowom. W pewnym sensie Geralt był jego ojcem. Ojcem, bratem, matką - częścią jego życia, wspomnień i doświadczeń, które ukształtowały go takim, jakim był teraz. Nie mógł tego odrzucić, jakby się nigdy nie wydarzyło. Ale pod prostymi słowami imperatora kryło się coś jeszcze. Coś, czego Val wolałby nie usłyszeć. Nadzieja.
- Już to przerabialiśmy - powiedział znużonym głosem. - Nie zostanę twoim następcą.
Jednak nie tak łatwo zabić nadzieję.
- A więc bądź tylko moim synem - zaproponował niezrażony, niemal z błaganiem w oczach. - Wróć ze mną do pałacu i bądź moją rodziną. Nie będę cię do niczego namawiał póki sam tego nie zechcesz.
- Nie wrócę z tobą - zaprzeczył Valentine i westchnął. - Przeszedłem rytuał. Nie mógłbym opuścić Medei, nawet gdybym tego chciał. Jestem częścią tej planety.
- Nie rozumiem.
- Nie zrozumiesz.
Geralt po raz pierwszy okazał irytację.
- Jesteśmy razem w jednym pokoju, a mam wrażenie, że dzielą nas całe lata świetlne!
- Bo tak jest! Należymy do różnych światów. Żaden z nas nie pojmuje świata tego drugiego. A wiesz, co jest w tym zabawnego? To, że ja próbowałem. Przez pięć długich lat, prawie połowę mojego życia! Ty nawet nie zadałeś sobie tego trudu! I w tym tkwi twoja wina. Nie próbowałeś zrozumieć, że nie mogę i nie potrafię być imperatorem. Nie próbowałeś nawet pojąć, kim jestem!
Geralta zaskoczył wybuch Valentine'a. Zwłaszcza, że jego słowa niosły prawdę. Pochylił głowę i zgarbił się, jakby nagle przygniotło go całe osiemdziesiąt lat życia. Jakby czas zemścił się za odsuwaną sztucznie starość.
- Jestem imperatorem od ponad pięćdziesięciu lat - powiedział cicho. - A wiesz, jak nim zostałem? Zabiłem swojego poprzednika.
- Nie chcę tego słuchać - oznajmił Val zduszonym głosem, ale Geralt był uparty.
- Muszę to komuś wyznać - podniósł wzrok i spojrzał Valentine'owi prosto w oczy. - Muszę to wyznać tobie.
Valentine odwrócił się do okna, ale słuchał. Geralt wiedział, że słucha. Świadczyło o tym napięcie widoczne w naprężonych mięśniach.
- Umbert był stary. Tak stary, że nie znalazłby się nikt, kto by pamiętał, że kiedyś nie był imperatorem. Rządził mądrze. Siła jego autorytetu była tak ogromna, że nigdy nie musiał podnosić głosu. Nigdy nie powtarzał tego samego polecenia. Był sędziwym starcem, kiedy go poznałem, ale jego umysł działał jasno i sprawnie, pomimo wieku. Imperium kwitło. Ludzie go kochali. Byłem wówczas dowódcą jego straży przybocznej. Zdawałem sobie sprawę, jak i wielu innych, że Umbert kiedyś umrze. Kiedy wszystkie te cuda medycyny w końcu przestaną przedłużać jego życie. Wielu ludzi czekało na ten moment. Ale ja nie chciałem czekać. Byłem młody i niecierpliwy. Nie zabiłem go własnoręcznie, rzadko to robię. Posłużyłem się w tym celu pewnym człowiekiem. Wszystko przebiegło zgodnie z moim planem. Imperator nie żył, a ja schwytałem i skazałem na śmierć zamachowca, którego sam wyszkoliłem. Zlikwidowałem oporną opozycję. Przekonałem niezdecydowanych. Przekupiłem lub zaszantażowałem resztę. Tak zostałem imperatorem ludzkiego wszechświata.
Chciałem rządzić tak, jak Umbert, naprawdę chciałem. Ale nie udało się. Więc korzystałem z innych sposobów. Brutalna siła, strach. Z czasem nauczyłem się dyplomacji. Z czasem nauczyłem się, że wielka władza łączy się z ogromną odpowiedzialnością. Valentine słuchał w milczeniu. W głosie Geralta oprócz innych, bardziej dwuznacznych uczuć wyczuwał obawę. Strach, że ktoś, tak jak on, sięgnie po władzę po trupach, bez względu na środki. Strach, że ten ktoś zdobędzie władzę i nie będzie potrafił zapanować nad tym ogromnym organizmem o stu głowach, jakim przez wieki stało się imperium. Że rozsypie się ono, niczym domek z kart pod najlżejszym podmuchem wiatru, a potem zapanuje chaos, koniec wszystkiego. Apokalipsa.
Val rozumiał te obawy. Część z nich i jemu zaprzątała umysł. Nie obawiał się wszakże śmierci. W gruncie rzeczy zaskoczyło go, że imperator wyraża takie obawy. Nigdy nawet nie przyszło mu na myśl, że Geralt może się obawiać tej naturalnej kolei rzeczy. Był przecież imperatorem i musiał liczyć się z tym, że za każdym rogiem, za każdą zasłoną może czyhać gotowy na wszystko zabójca. - A kiedy spotkałem ciebie... - ciągnął Geralt po krótkiej przerwie. - Obserwowałem cię uważnie. Ty miałeś ten autorytet. Byłeś... jesteś taki, jak Umbert. Nie potrzebowałbyś brutalnej siły, by utrzymać imperium w całości. Nie musiałbyś zabijać tysięcy, milionów, by zapewnić bezpieczeństwo setkom planet. Nadal uważam, że tylko ty jesteś odpowiednim kandydatem do tronu.
Valentine spojrzał na niego z niedowierzaniem. Geralt zdawał się nie przyjmować do wiadomości jego zdecydowanych zapewnień, że nie zostanie następcą tronu. Za niedowierzaniem przyszła irytacja, a potem gniew. Świetnie. Pora na twarde fakty. Może one wreszcie przekonają imperatora, by dał spokój jemu i Medei. Podszedł do przeszklonych drzwi wychodzących na zalany słońcem taras i energicznie otworzył je na oścież.
- Chciałbym ci coś pokazać - rzucił przez ramię, zanim wyszedł na zewnątrz. Był pewien, że imperator pójdzie za nim.
Nie mylił się. Geralta zaintrygował gniew w jego oczach - nigdy nie widział go w stanie takiego wzburzenia.
Valentine stanął pośrodku tarasu. Geralt dołączył do niego z lekkim wahaniem. Przez dłuższą chwilę przyglądał się młodszemu mężczyźnie z uwagą, ale Val po prostu stał.
- Co chciałeś mi pokazać? - spytał w końcu, świadomie okazując lekkie zniecierpliwienie.
Valentine uśmiechnął się niewyraźnie.
- Patrzysz nie tam, gdzie powinieneś.
Geralt rozejrzał się naokoło, aż w końcu zerknął w niebo. I właśnie tam dostrzegł coś, co zwróciło jego uwagę.
Dzień od rana był pogodny i słoneczny, a prognozy nie przewidywały żadnych gwałtownych zjawisk atmosferycznych. Lekko poróżowiałe chmurki wolno i majestatycznie płynęły po błękitnofioletowym niebie, popychane od niechcenia delikatnym wietrzykiem. Nisko znad morza nadciągnęła jednak ciemnogranatowa chmura, pędząc naprzód niczym śnieżna lawina po górskim stoku. Wkrótce przesłoniła słońce. I rosła, stawała się coraz większa i większa.
- To zwykła chmura burzowa - stwierdził wreszcie Geralt i wzruszył ramionami. - Nic nadzwyczajnego. Wejdźmy lepiej do środka, zanim się rozpada.
- Czekaj! - Valentine chwycił go za ramię.
Obaj byli zaskoczeni jego siłą. Geralt uświadomił sobie nagle z całą jasnością, że Val to już nie dziecko, lecz silny, młody mężczyzna. Jego dłonie mogą mnie zabić, przemknęło mu przez myśl. Jestem od niego słabszy.
- To jeszcze nie wszystko, co miałem ci do pokazania - dodał Valentine cicho.
Geralt ponownie spojrzał w górę. Chmura rozrosła się w ciągu tych kilkunastu sekund do niewyobrażalnych rozmiarów. Nagle pojął, na co właściwie patrzy. I w jakiej perspektywie. Owa chmura nie rosła, lecz obniżała się ku ziemi, prosto nad taras. Wszędzie wokół świeciło słońce - na molo, na plaży, na malowniczych nadmorskich uliczkach, w parku - tylko nad hotelem wisiała ta złowieszcza chmura. Była tak nisko, że gdyby wyciągnął rękę, mógłby jej dotknąć.
Nie potrafił się powstrzymać. Zrobił to. Miał wrażenie, że przesuwa palcami w niezwykle gęstej mgle. Naelektryzowanej mgle.
Ładunki elektrostatyczne przeskakiwały, łaskocząc go w skórę dłoni. Zerknął na Valentine'a.
- To... ta chmura... to jakaś miejscowa anomalia, tak? - spytał, ale Val tylko uniósł brwi.
Chmura burzowa... A oni znajdowali się w samym jej centrum, niecałe pół metra pod nią. Geralt szarpnął się nagle, kiedy w taras uderzyła pierwsza błyskawica, a wokół przetoczył się ogłuszający grzmot. Przez moment był ślepy i głuchy, próbował uciec, skryć się w bezpiecznym kokonie apartamentu, ale Valentine tylko mocniej zacisnął palce na jego ramieniu.
- Stój i patrz! - wrzasnął, przekrzykując ryk piorunów.
Błyskawice uderzały tak gęsto, że powietrze wkrótce zaczęło cuchnąć ozonem. Lunął deszcz - w jakiś dziwny sposób padało wszędzie wokół, tylko nie na nich, jakby nie stali pośrodku najdziwniejszej burzy, jaka zdarzyło się widzieć Geraltowi kiedykolwiek w swoim życiu. Jakby jakaś wszechmocna siła utrzymywała i deszcz, grad i błyskawice w rozsądnej odległości od nich obu. Chmura rozproszyła się równie nagle, jak się pojawiła. Wyjrzało słońce. Powiał wiatr, oczyszczając powietrze z oparów ozonu.
Valentine puścił ramię imperatora i spojrzał na niego z powagą.
- Jeśli będziesz w stanie dać mi taką potęgę, to zostanę twoim następcą.
Imperator zrozumiał. Ta burza, pioruny i deszcz - to był pokaz siły Vala. Zdolności absolutnego panowania nad całą planetą!
Przypomniał sobie, co mówił Vladić na temat zjawisk naturalnych występujących na Medei. Tak, były naturalne, ale najwyraźniej nie do końca - kierowała nimi bowiem ludzka wola. W ludzkim wszechświecie nikt nie dysponował taką mocą.
Geralt pochylił głowę, pokonany. Na całym tarasie, w odległości ledwie metra od ich stóp, pozostały wypalone i poczerniałe ślady po błyskawicach. W niektórych miejscach tworzywo tarasu popękało. Grad jeszcze nie zdążył się roztopić. Nic dziwnego, że Złączonych nazywano bogami Medei. Byli nimi. I czymś znacznie więcej.
- Pewnie mnie nienawidzisz - szepnął z żalem.
- Nie - zaprzeczył Valentine spokojnie. - Był czas, kiedy się ciebie obawiałem, ale nigdy cię nie nienawidziłem.
Nieoczekiwanie Geralt okazał gniew.
- Tylko tyle dla mnie masz?! Obojętną twarz i żadnych uczuć?
Widział, że jego ostre słowa sprawiły Valentine'owi ból, ale nie cofnął ich. Chciał wiedzieć.
Val spojrzał mu w oczy.
- Jesteś imperatorem - odparł zwięźle, wyminął go i wszedł do apartamentu.
Geralt stał w miejscu jak ogłuszony. Dwa słowa. Jesteś imperatorem. Nic więcej. A jednak te dwa słowa znaczyły więcej niż jakiekolwiek inne. Znaczyły: stoimy po przeciwnych stronach konfliktu, nie może być między nami przyjaźni.
Tak, to była prawda. Byli przywódcami - jeden podbitego, drugi podbijającego świata. Geralt nie był jednak pewien, który z nich stoi na czele potężniejszej armii. To prawda, że w tej sytuacji nie mogli być rodziną, ani nawet przyjaciółmi. Ale świadomość tego faktu bolała. Bolała bardziej, niż gdyby ktoś wyrwał mu serce.
Wrócił do apartamentu. Valentine stał przy drzwiach. Przez chwilę patrzyli na siebie. Z jednej strony pozory obojętności, z drugiej ledwie skrywany ból i żal.
- Czy mogę odejść? - spytał Val cicho.
- Tak - imperator odwrócił wzrok. - Możesz odejść.
Drzwi zasunęły się z delikatnym stukiem. Zapadła cisza.

Dwaj gwardziści odprowadzili Valentine'a do windy. Dopiero tam, w pustym, zamkniętym pomieszczeniu, Val odetchnął - szybko i boleśnie, jakby przez ostatnie minuty wstrzymywał oddech. A potem zaszlochał bezgłośnie, dając ujście napierającym nań sprzecznym uczuciom.
Kłamał. Kochał Geralta, to on był jego rodziną, spędził z nim przecież więcej czasu niż z własnymi rodzicami. Ale nie mógł mu tego powiedzieć, nie teraz! O, ileż wysiłku kosztowało go zachowanie obojętności, kamiennej twarzy, podczas gdy Geralt rzucał mu w oczy wyzwania! Ale imperator musiał wreszcie pojąć, że Val nie zostanie jego następcą. Nie było innego sposobu. Niech szuka sobie sukcesora gdzie indziej. Musiał mu pozwolić odejść.
Ale to bolało. Valentine czuł dojmujący wstyd, że tak doskonale udało mu się zagrać typa bez serca. Zranił i Geralta i siebie. Takie rany nie goją się szybko. Czas ich nie leczy.
Kiedy winda zjechała na dół, oczy Vala były już suche - nikt nie powinien widzieć, że An'atar płacze tuż po spotkaniu z imperatorem ludzkiej części wszechświata. Nikt nie powinien się nawet domyślać, że łączyło ich coś ponad sprawy państwowe.

Nie było ich wielu. Pracowali w konspiracji rozrzuceni po różnych częściach imperium. Mieli fałszywe nazwiska prawdziwych ludzi, którzy kiedyś żyli, ich życiorysy, ich twarze, odciski palców, wzory siatkówek, a trening psychologiczny sprawił, że upodobnili się do nich także mentalnie. Wszystko, by wprawić w błąd tych, którzy mieli ich poznać. Nie mogli bowiem wzbudzać żadnych podejrzeń. Chwilowo jedynym celem ich działania było skutecznie wtopić się w środowisko, w którym później mieli wykonać swoje finalne zadanie. Niektórzy z nich pracowali od pięciu lat, inni od dziesięciu, a inni jeszcze dłużej. Nie znali się nawzajem. Nie meldowali się nikomu, nie składali raportów, nie kontaktowali się między sobą. Tylko kilka osób w imperium wiedziało o ich istnieniu. Tylko jedna mogła wydawać im polecenia.
Rozkaz został wydany. Był krótki, zawierał tylko jedno słowo - jednakże ci, do których został skierowany, zrozumieli go bardzo dobrze. Oczekiwali go już od kilku tygodni. Spodziewali się takiego obrotu spraw w świetle ostatnich wydarzeń. Większość z nich była gotowa do wykonania zadania zaledwie kilka minut po odebraniu wiadomości.
Każdy z nich wybierał dla siebie broń, którą miał się potem posłużyć, na samym początku szkolenia. Były wśród nich różnego rodzaju noże, sztylety, miecze, pistolety, karabiny snajperskie, różnego rodzaju bomby, bardziej subtelne jak na przykład trucizny działające szybko i działające powoli, a nawet kilka nieco bardziej ekstrawaganckich narzędzi zbrodni, jak enariański diament. Terres Yino nie potrzebował broni. Sam nią był. Wymagało to wielu lat treningu, przygotowań, a potem utrzymywania wysokiej formy przez całe lata bezczynności. To było dość trudne w jego wieku, wymagało wielu poświęceń i wyrzeczeń. Jednak było warto. Maszyna do zabijania zwana Terres Yino była gotowa do działania. Dokładnie wiedział, gdzie znajduje się jego cel. Loic Abi'ye rzadko opuszczał swoją rodową siedzibę, chyba że wymagały tego sprawy najwyższej wagi, których nikt inny poza nim nie mógłby załatwić. Zwykle wolał się wysługiwać swoimi nielicznymi współpracownikami. Yino wiedział, że w tej chwili Abi'ye jest w swojej posiadłości. Sam. Crusher i spółka gdzieś zniknęli, większość służby miała wychodne. Pałac był niemal pusty.
Zostawił realot przed głównym wejściem - nie miało większego znaczenia, czy ktoś go zauważy, czy też nie. Kamerdyner z uśmiechem otworzył mu drzwi, nie zdając sobie sprawy, że w jego osobie wpuszcza do domu śmierć.
Yino nie tracił czasu. Jego lewa dłoń wystrzeliła nagle w bok i chwyciła wciąż uśmiechniętego kamerdynera za gardło, odcinając mu zarówno dopływ krwi do mózgu, jak i powietrza do płuc. Dłoń Yino raptownie zmieniła położenie - rozległ się cichy, charakterystyczny trzask pękających kości karku. Z ust starego mężczyzny wydobyło się tylko słabe charkotanie. Oczy pokryła mgła, a na twarzy zastygł wyraz zaskoczenia. Bezwładne ciało osunęło się ciężko po ścianie, wywracając przy tym ozdobny stolik wykonany kunsztownie w czarnym drewnie be'etlar.
Hałas wywabił lokaja. Yino zabił i jego, zanim ten zdążył choćby otworzyć usta do ostrzegawczego krzyku. Wyskoczył do góry i z półobrotu skopał głowę z jego karku tak idealnie, że poszybowała w powietrzu i głucho walnęła w przeciwległą ścianę. Krew buchnęła z bezgłowego tułowia, podrygującego w groteskowym tańcu. Nie oglądając się za siebie, Terres ruszył ku dalszej części pałacu.
Abi'ye powitał go z uśmiechem, jak gdyby ucieszył się z tej niezapowiedzianej wizyty.
- Terres! Myślałem, że wyjechałeś na wyspy Alvesta! Co się tu sprowadza?
Yino uśmiechnął się posępnie.
- Naprawdę chcesz wiedzieć? - w jego oczach błysnęło okrucieństwo.
Zanim Abi'ye zdążył chociażby mrugnąć, Yino doskoczył doń jednym susem i przyszpilił go do ściany dwoma ostrzami wbitymi na wylot w nadgarstki. Loic wrzasnął z bólu i zaskoczenia.
Ale Yino nawet jeszcze nie zaczął swojego dzieła. To było ledwie preludium. Podszedł do Loica spokojnie, przyglądając się krwi spływającej w dół po jego rękach i skapującej od niechcenia na kosztowny dywan. Nie zwrócił najmniejszej uwagi na rozpaczliwe wysiłki Loica, by uwolnić choćby jedną rękę. Spojrzał mu w oczy i dostrzegł w nich to, czego się spodziewał, co pragnął zobaczyć - strach, przerażenie, ból, cierpienie, rozpacz. O to mu chodziło.
- Proszę, Terres, co ty wyprawiasz?! Uwolnij mnie, proszę cię, błagam...
Proszącą litanię przerwało zwierzęce wycie wydobywające się z jego własnego gardła - to Yino rozerwał mu brzuch gołymi palcami. Parujące jelita wylały się na zewnątrz. Abi'ye nie błagał już o litość, tylko o śmierć - byle nie musiał tego czuć. Yino pozornie zdawał się nie zwracać uwagi na jego jęki i prośby, ale w rzeczywistości karmił się nimi, niczym głodujący widokiem jedzenia. Dokładnie wiedział, jak wywołać taką, a nie inną reakcję, dawkował ból porcjami i dzięki temu Abi'ye nie tylko nie zemdlał, ale i odczuwał w całej pełni każdy swój ruch, każdy swój oddech jako nieprzerwane pasmo bólu. I wiedział już, że umrze, powoli, w męczarniach. Palce kata zanurzyły się w gorących wnętrznościach, przebiły przeponę i wśród wrzasków swej ofiary, zacisnęły się na mięśniu sercowym, bijącym mocno, panicznie, skurcz-rozkurcz, pompującym krew z całą mocą. Abi'ye zaczął się dusić. Yino zwolnił na chwilę ucisk, tylko na tyle, by dać Loicowi odetchnąć. Nie chciał go zabijać tak od razu. Chciał się nacieszyć jego widokiem. Loic patrzył nań oszalałym z bólu wzrokiem, z oczu płynęły mu łzy, z ust ślina. Nie kontrolował już odruchów fizjologicznych - w powietrzu przesyconym metalicznym zapachem krwi rozszedł się mdlący odór moczu.
Yino upajał się jego strachem, jego bólem, był wręcz odurzony zapachem krwi. I pragnął jeszcze. Jego dłoń ponownie wróciła do serca. Patrzył Loicowi prosto w oczy, kiedy szarpnął silnie, po czym podsunął wciąż drgające w konwulsyjnych skurczach serce tak, by mógł je dobrze widzieć, nim w końcu umrze. Oczy pełne bólu z wolna powlokły się bielmem śmierci. Ciało zwisło bezwładnie na sztyletach.
Terres Yino wypuścił z dłoni zastygły nagle organ. Wykonał zadanie. Cel został zniszczony - dosłownie i w przenośni. Reszta nie miała już żadnego znaczenia. Był zadowolony ze swego dzieła. Mógł umrzeć.
Nie bez trudu palcami lepkimi od ledwie zakrzepłej krwi wysupłał z włosów cieniutką igłę. Podwinął rękaw na lewej ręce i wbił ją w żyłę na zgięciu łokcia. Już po trzech sekundach poczuł efekt działania trucizny.
Niektórzy z nich przeżyli. Część popełniła samobójstwo, tak jak zaplanowano, część została zlikwidowana przez członków Ruchu niższego szczebla. Część - najbardziej odporna psychicznie i o największej woli przeżycia - zniknęła. Czasami tu i ówdzie słyszano o nich, jako o płatnych mordercach, działających poza imperium, lecz nie gardzących zleceniami w jego granicach. Ich życie nie było warte zbyt wiele.
Tego dnia, kiedy zginął Loic Abi'ye i przez kilka następnych dni, asasyni imperatora - ponieważ tak nazwała ich historia - zlikwidowali wszystkich ważniejszych przywódców Ruchu Wyzwolenia na wielu planetach. Struktury antyimperialistów rozpadły się z czasem, choć nie szczędzono wysiłków, by utrzymać je w całości. Kiedy zabrakło charyzmatycznych przywódców, każda frakcja poszła w swoją stronę. Kilka z nich weszło na drogę fanatycznego ekstremizmu - z tymi oddziały marines rozprawiały się bez litości przy aprobacie większej części społeczeństwa. Tej samej części, która niegdyś je popierała.
Stare układy rozpadły się. Przywódcy Ruchu niemal paranoicznie obawiali się zdrady, nawet ze strony swoich najbardziej zaufanych współpracowników - nie bez racji zresztą, jak pokazał czas - dlatego trzymali w sekrecie wszystkie swoje kontakty z dostawcami broni i zaopatrzenia, z finansującymi Ruch organizacjami, z innymi przywódcami Ruchu. Kiedy zginęli, zginęła zdecydowana większość ich tajemnic - układy, traktaty i pakty przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
Niemal jednocześnie ze śmiercią przywódców, imperialne programy szpiegowskie przejmowały w sieci kontrolę nad danymi Ruchu: kontami, informacjami personalnymi i taktycznymi, korespondencją, wszystkim, co miało z nim jakikolwiek związek.
Bezgłowe i bezrękie ciało hydry podrygiwało jeszcze chwilę w przedśmiertnych skurczach, po czym szczezło i zgniło. Robactwo zajęło się resztkami. Wichry historii rozegnały smród rozkładu.
Jak zawsze.

Po spotkaniu z imperatorem Valentine wybrał się na długi spacer ulicami Orsay. Tak dawno tego nie robił - ostatni raz z rodzicami, przy okazji zakupów. Rzadkie chwile, kiedy byli wszyscy razem. Poza tym wolał być wśród ludzi. Wolał chodzić po szerokich alejach, obficie obsadzonych wszelaką roślinnością.
Ludzie uśmiechali się do niego. Niektórzy machali rękami, podchodzili, zamieniali kilka słów, prosili o błogosławieństwo dla siebie, dla swoich dzieci. Dostał dziesiątki zaproszeń: do prywatnych domów, do szpitali, organizacji charytatywnych i innych instytucji. - Obiecuję - odpowiadał spokojnie i z lekko przepraszającym uśmiechem na natarczywe pytania. - Kiedy tylko znajdę czas. Co znaczyło tyle, co nigdy. Wiedział o tym, że nigdy nie będzie miał tak wiele czasu, by spełnić choćby dziesiątą część tych próśb. Nie miał jednak serca komukolwiek odmawiać.
Patrząc na rodziców idących wraz ze swymi dziećmi, Val myślał o małej Mirandzie. Jego serce rwało się ku niej - ku jego małej siostrzyczce, której będzie musiał zastąpić ojca i matkę. On miał przynajmniej dotyczące ich wspomnienia, ona nie miała nawet tego, wychowywana przez obcych ludzi.
Valentine skręcił do parku i usiadł na ławeczce w cieniu ogromnego drzewa ialoe'a. Nikt go już nie niepokoił, jak gdyby ludzie domyślili się w jakiś niepojęty sposób, że potrzebna mu chwila spokoju i odpoczynku. Rozległy park ze swymi licznymi zagajnikami, altankami i pergolami zapewniał mu choć odrobinę prywatności.
Miał wiele do przemyślenia. Wyczuwał zniecierpliwienie planety jako ucisk gdzieś głęboko we wnętrzu czaszki. Należało się spieszyć. Gdyby doszło do najgorszego, Złączeni przeżyliby wybuch jej gniewu, ale reszta Medean - nie. To by była masakra.
Val wiedział, że Geralt nie ustąpi. Nie mógłby tego zrobić nawet gdyby chciał. Medea miała być przykładem dla buntowników - wycofanie się z niej teraz czy kiedykolwiek podważyłoby sens wcześniejszych działań. Imperator wprawdzie usunął bezpośrednie zagrożenie wybuchem buntu na kilkunastu planetach, ale to była zaledwie część pracy. Val przypomniał sobie jego słowa: "Jedną z cech dobrego władcy jest konsekwencja i pewność we wszystkim co robi. Jeśli się zawaha - jest skończony". Dlatego Geralt nie podejmie takiej decyzji, choćby wszyscy Medeanie po kolei na klęczkach błagali go o litość.
Co robić?
Zbrojne powstanie nie wchodziło w rachubę, choć wielu mieszkańców Medei opowiadało się za takim rozwiązaniem. Valentine patrzył na ten pomysł realnie - imperator nie bez powodu trzymał w systemie Callypso cztery okręty bojowe swej floty z tysiącami doskonale wyszkolonych i wyposażonych marines. Zdawał sobie sprawę, że Callypso, a zwłaszcza Medea, to potencjalny punkt zapalny. Natomiast przygotowanie powstania, które miałoby wyzwolić planetę spod wpływów imperium, zabrałoby mnóstwo czasu, a tego akurat nie było. Nie, walka to bezsensowne samobójstwo. Lepiej od razu poderżnąć sobie gardło.
Z kolei sama Medea to żywioł. Kiedy w końcu eksploduje, to z potworną siłą, aż nie ostanie się nikt i nic. Niepowstrzymany i przerażający w swej pierwotnej mocy.
Val czuł się jak między młotem i kowadłem. Znikąd rady. Znikąd pomocy. Decyzje musiał podjąć sam i sam unieść ciężar odpowiedzialności na swych barkach. Imperator miał przynajmniej ministrów i doradców, których mógł zwolnić, a nawet zabić, jeśli spartaczyli robotę. On był sam.
A jednak... Aż wyprostował się rażony nagłą myślą. Nie był sam. Były przecież głosy Kao'thal. Legendy mówiły, że zrozumieć je i powiązać w logiczną całość może tylko An'atar. Mówiono, że to głosy umarłych, żyjących i jeszcze nie narodzonych, głosy z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Valentine'owi zależało zwłaszcza na tym ostatnim.
Ale nawet An'atar mógł ulec, zatracić się w hipnotycznym transie. Legendy przestrzegały, by jakikolwiek An'atar nie próbował wsłuchiwać się w głosy Kao'thal samotnie, bez opiekuna, który wyrwałby go z wiru, gdyby zrobiło się niebezpiecznie.
Gdyby głosy usłyszał zwykły człowiek, postradałby zmysły. To się zdarzało. Dlatego ludzie rzadko odwiedzali ciepłe, wilgotne i ciemne jaskinie. Biorąc pod uwagę popularność, Taa'rea miały zdecydowanie większe powodzenie - nie interesowały ich myśli, a jedynie odczucia. Spokojna, chłodna inteligencja Kao'thal sprawiała, że większość ludzi czuła się nieswojo w ich obecności, pod ostrzałem zimnych, srebrnych oczu.
Val poczuł się bardzo podniesiony na duchu. Wizyta w grotach Kao'thal z pewnością pomoże mu w podjęciu decyzji i odpowiedzi na kilka istotnych pytań. Ale najpierw musiał zobaczyć małą Mirandę. Potem odszukać Ademarisę. Dopiero wtedy udam się do jaskiń, postanowił.
Winde był już niedaleko. Valentine coraz silniej wyczuwał jego obecność. Opuścił więc park i wyszedł z powrotem na gwarną, rojną ulicę.

Realot zakończył swój długi lot niezbyt łagodnym lądowaniem na płycie w centrum miasta. Erris był bardzo poirytowany, kiedy dyspozytorka ruchu kazała mu czekać całe dziesięć minut, aż zwolni się miejsce na lądowisku. Jego irytację dodatkowo pogłębiał fakt, że Keian uparła się lecieć razem z nimi, choć nikt jej o to nie prosił. Nie odzywała się zresztą przez całą drogę. Brawley przyglądał się Errisowi rozbawiony, ale rozsądnie powstrzymał się od komentarzy.
To Erris zagaił rozmowę. Zapewne po to, by nieco rozładować panujące między nimi napięcie, wyczuwalne zresztą od początku ich znajomości. Cellian podejrzewał, że Winde jest zazdrosny zarówno o Keian, jak i o niego.
- Zauważyłem, że nie towarzyszy ci żaden Opiekun. Dlaczego?
Z oczu Brawleya zniknęło rozbawienie. Odwrócił wzrok.
- Sedrick umarł, zanim jeszcze schwytali mnie imperialni żołnierze. Był już stary i zmęczony - wzruszył ramionami. - Teraz czekam, aż mnisi przydzielą mi nowego Opiekuna.
Wysiedli z realotu, kiedy tylko został wciągnięty na podziemny parking. Brawley uiścił opłatę za parkowanie, po czym wszyscy troje wyszli na ulicę skąpaną w promieniach przedpołudniowego słońca.
- Więc Złączeni nie wybierają sobie sami Opiekunów? Val mówił mi co innego.
- To nie takie proste. Kiedy dostępujesz Złączenia, najlepiej kiedy obok jest ktoś, kto cię zna jak nikt inny; tak dobrze, że pomoże zmierzyć się ze wszystkimi zmianami zachodzącymi wokół ciebie i w tobie. I ta osobą najczęściej zostaje później twoim Opiekunem. Dla mnie kimś takim był mój ojciec.
- Twój ojciec? A więc to on...
- Tak - odparł krótko Kao'thal, nieco przyspieszając kroku. - Teraz rozumiesz? Opiekun to ktoś wyjątkowy. Dlatego mnichom tak trudno wybrać kogoś dla konkretnego Złączonego.
- A An'atar?
Brawley czuł, że ta rozmowa zmierzała właśnie do takiego celu.
- An'atar rządzą się innymi prawami niż cała reszta. Jeżeli zechcą, mogą nie mieć Opiekuna - decyzja należy wyłącznie do nich. A Val jest wyjątkowy jeszcze i z tego powodu, że jest An'atar od urodzenia.
Winde wydawał się usatysfakcjonowany jego odpowiedzią, bowiem dalej szedł w milczeniu. W pewnej chwili wskazał ręką na jakiś punkt daleko przed nimi.
- Valentine! Tam jest!
Brawley podążył wzrokiem w tamtym kierunku. Valentine nie był bardzo wysoki, ale wyraźnie wyróżniał się spośród tłumu. Była w nim godność i niezwykła siła i każdy to dostrzegał, choć może nie każdy potrafił ubrać to wrażenie we właściwe słowa.
Winde krzyknął radośnie i pomachał do niego ręką. Brawley skrzywił się nieznacznie, kiedy kilkoro przechodniów obejrzało się za nimi z irytacją.
- Zachowuj się, Winde - syknęła Keian, odzywając się po raz pierwszy od początku podróży, a Erris posłał jej otwarcie niechętne spojrzenie.
Valentine pomachał im w odpowiedzi - i nie ścigały go żadne niepochlebne spojrzenia. Tłum przerzedził się nieco, a uśmiech na twarzy Errisa zniknął raptownie, zastąpiony przerażeniem.
- Chcą go zabić! - wykrzyknął i puścił się biegiem.
- Kto? - Brawley stanął jak wryty, ale Erris zniknął już w tłumie.
Keian ruszyła za nim, wrzeszcząc coś niezrozumiale. Była drobna, a więc szybciej przecisnęła się pomiędzy ludźmi i wkrótce stracił ją z oczu.
Strach ścisnął Brawleyowi serce. Zamach na An'atar... Oczywiście: imperium. Kao'thal zaczął się przeciskać ku miejscu, w którym ostatnio widział Valentine'a. Ludzie rozstępowali się przed nim niechętnie. Że też musiało się to zdarzyć akurat w taki dzień, na tej właśnie wiecznie zatłoczonej ulicy. Uświadomił sobie jednak i to, że zamachowiec też będzie miał utrudnione zadanie - może więc Windemu uda się go powstrzymać.
Wydostał się z największej ciżby akurat w chwili, w której rozległy się dwa strzały z fazera, jeden po drugim.
Valentine nagle zatoczył się silnie, ale nie upadł. Natomiast Winde, który był tuż obok, zasłonił go własnym ciałem i trafił go drugi strzał. Przez chwilę stał wyprostowany, potem oparł się ciężko o Valentine'a i osunął powoli na ziemię. Kątem oka Brawley dostrzegł też Keian i stanął jak wryty, porażony widokiem. Zobaczył bowiem jak ta drobna dziewczyna dopadła zamachowca i gołymi palcami zdarła mu skórę twarzy z czaszki. Nie miał nawet szans na obronę. Mógł tylko wyć z bólu, zasłaniając krwawą maskę trzęsącymi się dłońmi.
Dopiero wtedy Brawley odzyskał słuch. Usłyszał krzyki ludzi. Tłum rozpierzchł się raptownie. Kilku mężczyzn obezwładniło zamachowca, choć ten nie zaprzestał się niezdarnie bronić - rana twarzy skutecznie mu to uniemożliwiała, krew zalewała oczy. Ktoś inny przytrzymywał Keian, by go ponownie nie dopadła. Gdyby zaraz nie pojawiło się kilku policjantów, doszłoby do jatki. Gdzieś z oddali dobiegł go ostry sygnał karetki. Ten dźwięk przywrócił mu zdolność ruchu. Przecisnął się przez tłum gapiów i uklęknął obok siedzącego wprost na bruku Valentine'a.
- Jesteś ranny, An'atar - powiedział spoglądając na jego prawą rękę; z palców skapywała krew. Tuż pod obojczykiem koszula była podarta i poplamiona.
Val drgnął, jakby obudził się z koszmaru. Spojrzał na Brawleya, jakby go nie rozpoznawał, po czym pochylił się nad leżącym.
- Erris? Słyszysz mnie?
Winde był nieprzytomny. Ostrożnie, z pomocą Brawleya Val przewrócił go na plecy. Rana wyglądała paskudnie i bardzo krwawiła. Valentine przycisnął do niej obie dłonie, by zatamować krwawienie. On też był ranny, ale to Erris przyjął na siebie główny impet - postrzał w pierś.
Odzyskał przytomność w karetce. Wiedział, że umiera. Ale był bezgranicznie wręcz szczęśliwy, kiedy obok ujrzał Valentine'a. A więc udało się, Val żył. Udało się. Udało się. Te słowa rozbrzmiewały melodią w jego sercu, które powoli, nieuchronnie wykrwawiało się na śmierć. Ale Erris nie czuł bólu. Ogarniał go stopniowo przyjemny chłód. Czuł, jak z każdą kroplą krwi wypływa z niego życie. Zdobył się jednak na jeszcze jeden wysiłek.
- Val?
- Szsz... Nie mów. To męczy.
Sanitariusz próbował opanować krwotok, podłączał niezliczoną ilość różnych aparatów, mających utrzymać rannego przy życiu aż do przyjazdu do szpitala. Tam zajmą się nim specjaliści. Jednakże jego wysiłki wyraźnie spełzały na niczym - rany były zbyt rozległe i naruszyły żywotne organy.
Erris zmusił drętwiejącą rękę do posłuszeństwa i chwycił dłoń Valentine'a. Przez ich palce przeszedł prąd - słaby, acz wyczuwalny.
- Valentine... Musisz mi coś obiecać... - szepnął cicho, z wyraźnym wysiłkiem.
Val pochylił się nad nim, by lepiej słyszeć jego słowa.
- Cokolwiek zechcesz - zapewnił.
Erris przez chwilę oddychał ciężko, zbierając siły.
- Musisz zająć się symbiontem. Jeśli Winde przeżyje, to ja również - przerwał na moment, kiedy w jego gardle narosło chrapliwe bulgotanie. Odkaszlnął z widocznym bólem.- I mam prośbę. Pochowaj moje ciało na jakimś wzgórzu, skąd widać jak najwięcej gwiazd. Niebo nad Neyya jest takie puste, a tamtejsze słońca... takie samotne... A tu noc jest... jak szkatułka pełna drogocennych klejnotów...- uśmiechnął się, zapewne widząc przed oczyma takie niebo, o jakim marzył.
Aparatura podtrzymująca życie rozpoczęła piskliwą arię. Sanitariusz rzucił się ku pacjentowi, gotów rozpocząć reanimację zanim dojdzie do śmierci pnia mózgu, ale Valentine powstrzymał go łagodnym gestem.
- To nic nie da - powiedział cicho. - A mamy jeszcze jedno życie do uratowania.
Sanitariusz popatrzył nań zaskoczony.
- Nie rozumiem, An'atar. Mówisz zagadkami.
Valentine z bólem patrzył na nieruchome ciało Errisa. Wydawało się takie zimne, odległe. Człowiek, który w nim zamieszkiwał, odszedł. I odszedł też człowiek, którego Val kochał całym sercem. Pozostała pusta skorupa, pęknięte naczynie, z którego wyciekała dusza, niczym woda z uszkodzonego dzbana.
Ale było w nim coś, co kłóciło się z ze zwykłym porządkiem rzeczy. Nieśmiertelność, zamknięta w strukturach organizmu symbiotycznego. Val odsłonił lewy bok Errisa - fałdka już się odchyliła. Sanitariusz przyglądał się z niedowierzaniem, jak z otworu wynurza się obłe ciało symbionta. Potem szybko znalazł pusty pojemnik, oddalił się w drugi koniec karetki i zwymiotował. Valentine nie dziwił się jego reakcji. Symbionty mogły budzić obrzydzenie u ludzi, którzy nie mieli o nich pojęcia, nie znali ich natury. Ale nie on. Zanim zielony na twarzy sanitariusz wrócił na swoje miejsce, Val umieścił Windego w pojemniku z rozcieńczoną cieczą fizjologiczną. Powinno to wystarczyć - na razie. Jednakże wkrótce trzeba będzie znaleźć dlań odpowiedniejsze miejsce lub nowego gospodarza.
Szarpnęło. Karetka zatrzymała się przed szpitalem.

Valentine pochował ciało Errisa zgodnie z jego życzeniem - na wzgórzu pełnym kwiatów, gdzie rzadko pojawiał się człowiek.
- I tyle gwiazd, ile zapragniesz - szepnął Val, kiedy było już po wszystkim.
Towarzyszyli mu tylko Cellian i Keian.

Po zamachu na An'atar sytuacja dla imperatora stała się nie do zniesienia. Wszyscy mieszkańcy uznali, że to z jego polecenia - nawet niektórzy ludzie z jego otoczenia, jakkolwiek by nie byli oddani Geraltowi. Jednak większość jego doradców wiedziała, że taki bezpardonowy atak na świętą dla Medean istotę, to szyta grubymi nićmi prowokacja. Oczywiście, Medean nie dało się o tym przekonać w żaden sposób - nawet wszczęciem oficjalnego śledztwa. Niezależne media medeańskie napiętnowały próbę zabicia ich An'atar i urządziły nagonkę na imperialną administrację. Imperator zdecydował się w końcu opuścić planetę. Zrozumiał, że jego obecność wywoływała zbyt wiele emocji, które mogły znaleźć ujście w najbardziej nieprzewidywalny i tragiczny sposób.
Marionetkowy rząd Medei na czele zdecydował się przydzielić An'atar ochronę. Decyzja ta spotkała się z wyjątkowo dużym poparciem społeczeństwa, które na ogół nie interesowało się działaniami ministrów powołanych do sprawowania urzędów przez imperialnego gubernatora. Valentine nie był zachwycony faktem, że nagle zaczęło za nim chodzić czterech uzbrojonych po zęby facetów. Złożył nawet oficjalny protest, ale jego obiekcje nie spotkały się ze zrozumieniem.
Wkrótce ta sprawa przestała zaprzątać jego umysł - miał tyle innych spraw na głowie, że bardzo szybko przestał się irytować na widok "obstawy".
Po pierwsze: Miranda. Traktowała go jak obcego, jak jeszcze jednego opiekuna. Val rozumiał ją - nigdy nie miała takiego poczucia bezpieczeństwa, by komuś zaufać. Zawsze wśród obcych ludzi, którzy tolerowali przybłędę - lub nie. Nie zaakceptowała go jeszcze jako starszego brata - traktowała go z chłodną obojętnością, a kilka razy czuł, że go sprawdzała. Zadawała nieistotne z pozoru pytanie, obserwowała jego reakcję, uważnie chłonąc każde słowo. Miał nadzieję, że zdał jej egzamin. Niewiarygodne, że była tak cichym i niewymagającym dzieckiem. On też kiedyś był taki sam - ale z zupełnie innych powodów.
Rząd podarował Valentine'owi niewielka posiadłość pod Orsay, zwaną Szafirowe Wody - w pobliżu znajdowało się wielkie jezioro Saphire. Razem z domem dostali zażywną gospodynię, panią Eddę, która na powitanie upiekła wspaniałe ciasteczka, wiedząc że zamieszka tu dziecko.
Spędzali ze sobą sporo czasu - on, Miranda i Ademarisa. Czasem dołączała do nich Keian. Urządzali pikniki na plaży nad jeziorem, na które pani Edda przygotowywała różne frykasy. Za każdym razem otworzenie koszyka z wiktuałami było przygodą. Val zabierał siostrę na wycieczki, czasami też na służbowe wyjazdy - starał się, by poznała go jak najlepiej, by go pokochała tak, jak on ją kochał. Starał się być dla niej nie tylko starszym bratem, odpowiedzialnym za nią opiekunem, ale i przyjacielem. Chciał zastąpić jej rodzinę. I powoli, bardzo powoli zaczęło mu się to udawać.
W Szafirowych Wodach zamieszkał także Brawley ze swoim nowym Opiekunem, niezbyt młodym mnichem o płomiennorudej czuprynie i śmiejących się oczach. Pokojów było dość, a Val chciał, by Cellian był jak najbliżej. On najlepiej orientował się w subtelnych zależnościach polityczno - społecznych na Medei, znał wszystkich, którzy mogli pomóc, ale i takich, którzy stanowili zagrożenie.
Następnie Ademarisa. Jej sprawa była być może najprostsza, ale i najtrudniejsza. Zamieszkała w Szafirowych Wodach, razem z nim opiekowała się Mirandą. Jeszcze jedna siostra. Jednak Val był An'atar i ta wrażliwość sprawiała, że raczej nie potrafił nie zrozumieć subtelnych sygnałów, z których istnienia Mari pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy.
Nie wiedział, co robić. Rozmowa pewnie bardzo pomogłaby im obojgu, ale nie miał pojęcia, jak się do tego zabrać. Nie chciał zranić Ademarisy. Rozwiązanie niespodziewanie pojawiło się samo. Stanęło w drzwiach Szafirowych Wód i przedstawiło się jako Ryal Er'ella. Okazało się, że dopiero niedawno udało mu się uciec z obozu jenieckiego na Ta'aneka'egirze. Odnalezienie siostry zabrało mu sporo czasu.
Ademarisa cieszyła się z odnalezienia brata, ale nie chciała opuszczać Medei. Oczekiwała poparcia dla swej decyzji ze strony Valentine'a, ale zawiodła się. Val zdawał się być zachwycony pomysłem Ryala, by kupić farmę na jakiejś spokojnej, prowincjonalnej planecie, uprawiać ziemię, hodować miejscowe bydło, żyć bez pośpiechu, po wiejsku.
- Dlaczego nie na Medei? - spytała Ademarisa brata. - To piękne miejsce.
Ryal uśmiechnął się wyrozumiale. Chyba wciąż postrzegał ją jako małą dziewczynkę, a nie młodą kobietę.
- Wybacz, siostrzyczko, ale Medei daleko do prowincjonalności i spokoju. Sama wiesz.
Mari w końcu zrozumiała. Wyjechała z ciężkim sercem. Wiedziała jednak, że nigdy nie zapomni srebrnych oczu, które odmieniły jej życie.
Do mieszkańców Szafirowych Wód należała jeszcze jedna istota. Pływała ona w zbiorniku odżywczej cieczy, pobierając składniki organiczne potrzebne do życia wprost przez skórę.
Winde był trzecim zmartwieniem Valentine'a. Erris prosił, by to on sam stał się gospodarzem, ale to nie było dobre rozwiązanie. Był An'atar i starał się podołać swoim obowiązkom najlepiej jak potrafił. Zobowiązanie wobec Windego byłoby ponad jego siły. Poza tym nie wiadomo było, w jaki sposób symbiont wpłynąłby na Kao'thal i Taa'rea, które były częścią jego ciała i umysłu odkąd sięgał pamięcią.
A kusiło go to. Był już raz częścią tego ogromnego umysłu o fraktalnej głębi - wprawdzie niewiele z tego pamiętał, ale pozostał cień uczuć, dawnej jedności. Dziesiątki gospodarzy, ich wspomnienia, życiowe doświadczenia - skarb nie do przecenienia. No i Erris. Gdzieś tam był też Erris. Val pragnął złączyć się z nim w jedną nierozerwalną całość, by ich myśli mieszkały obok siebie. Czuć to samo, co on, mieć jego wspomnienia...
Nie mógł wszakże myśleć tylko o sobie. Dlatego przekazał opiekę nad symbiontem w ręce Keian. Uznał, że sprawowanie opieki nad inną istotą, potrzebującą pomocy, pozwoli jej stłumić mordercze instynkty, jakie wciąż w niej tkwiły, tuż pod powierzchnią, gotowe wybuchnąć w każdej chwili. Val wolał się nie zbliżać do Windego - ponieważ wtedy odczuwał tak silne przyciąganie, pierwotny zew, który kazał mu przyjąć symbiont i stać się jego częścią, że trudno było mu się oprzeć.
Keian radziła sobie jak potrafiła najlepiej. Wprawdzie Winde był tak obcym organizmem, jak to tylko możliwe, ale niespodziewanie nawiązała się pomiędzy nimi pewna nić porozumienia. Zaskoczyło ją to, ale w sumie była zadowolona.
Kolejną sprawą zaprzątającą umysł Valentine'a była wizyta w grotach Kao'thal. Czas uciekał. Znowu doszło do katastrofy budowlanej w centrum Orsay, a lawina błotna o niespotykanych rozmiarach zasypała robotników pracujących przy budowie lądowiska dla imperialnej floty.
Tydzień po śmierci Errisa, Val w towarzystwie Kiana Neno i Loucasa Hori udał się do jaskiń Kao'thal, znajdujących się pod opieką klasztoru Ellesmere na Kontynencie Północnym. Przełożony klasztoru, powiadomiony wcześniej o wizycie trzech Złączonych, powitał ich z całym ceremoniałem. Na uroczystości zjawili się wszyscy ci okoliczni mieszkańcy, którzy zdążyli na czas przybyć do klasztoru. Dopiero następnego dnia Valentine mógł się udać do grot.

Keian zmieniała wodę w akwarium, by potem wymieszać ją ze składnikami organicznymi, kiedy symbiont niespodziewanie owinął się wokół jej ręki. Zanim zdążyła go strząsnąć, poczuła drżenie jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Jakby wszystkie zakończenia nerwowe zostały pobudzone jednocześnie. Niestety, Valentine'a nie było i nie mogła go zapytać, co się właściwie stało. Wiedziała jednak, że to symbiont wywołał w niej to uczucie. Dlatego jeszcze raz zanurzyła dłoń w ciepłej cieczy. Symbiont natychmiast zareagował. Podpłynął bliżej, na chwilę jakby się zawahał, po czym ponownie wspiął się na jej rękę. Znowu to uczucie w całym ciele. Tym razem Keian nie przerwała kontaktu. Chciała wiedzieć wszystko.
Ocknęła się na podłodze obok akwarium. Chyba straciła przytomność. Usiadła. Na ręce, której dotykał symbiont odkryła niewielkie ślady - jak po oparzeniu słonecznym. Ale wiedziała. Była mniej ludzka od większości ludzi, dlatego wyraźnie zrozumiała wezwanie. I poddała mu się. Więź między nią a Windem była słaba, ze swej natury mocno ograniczona, ale nie musiała być silniejsza, by przekazać do jej umysłu to, co należało zrobić.
Miała przy sobie pojemnik pełen nanostruktur, który kupiła na czarnym rynku Harensicke II. Nigdy przecież nie wiadomo, kiedy mogą się przydać niezaprogramowane nanomechanizmy. A Keian miała głęboko zakorzeniony nawyk, by zawsze mieć coś w zanadrzu, by nigdy nie dać się zaskoczyć. Wyglądały w buteleczce jak złocisty, gęsty płyn. Do tego, co zamierzała zrobić potrzebna jej była tylko niewielka część tego płynu, zawierająca ogromną ilość maleńkich biomechanizmów. Najwięcej czasu zabrało jej zaprogramowanie ich tak, by dokonały w jej organizmie zmian koniecznych do przyjęcia i utrzymania symbiontu. Całkowita przemiana nastąpiła ledwie po kwadransie.
Keian odczekała jeszcze trochę, by jej ciało zaakceptowało zmiany, po czym zabrała akwarium do basenu w ogrodzie. Wpuściła Windego do wody, rozebrała się i zanurzyła się sama.
Kiedy wyszła z basenu pół godziny później ociekając wodą, nie była już Keian Assette, dzieckiem zamordowanych rodziców z Batigel, ani też Haissą Mette, byłą zabójczynią. Nazywała się Keian Winde i stała się gospodarzem symbiontu.

Val usiadł na skalnej półce, a obaj Taa'rea obok niego. Przymknął oczy. Po dłuższej chwili wyczuł drgnienie innego umysłu, drżenie myśli, niemal materialny dotyk, przeradzający się w daleki gwar wielu głosów. Niczym szept na wietrze.
- Szukają kontaktu - powiedział cicho, wciąż nasłuchując z zamkniętymi oczami. Obaj Taa'rea natychmiast stali się czujni.
- Jesteśmy tutaj - zapewnił Kian.
Mieli prosty plan. Kiedy wyczują, że Valentine jest bliski zatracenia, wyciągną go z transu. Trudność polegała na tym, by precyzyjnie określić najodpowiedniejszy moment - nie za wcześnie, ale i nie za późno. W ostateczności mogli nawet wynieść go po prostu z groty i w ten sposób przerwać kontakt między nim a Kao'thal. Wiadomo było, że widma nie sięgają tak daleko myślami.
Wszyscy chwycili się za ręce - musiała istnieć miedzy nimi bliskość fizyczna, aby łatwiej było im się wyczuwać nawzajem. Taa'rea będą częściowo uczestniczyć w "rozmowie" Vala z Kao'thal, ale będą do nich docierać tylko echa jego uczuć, nie zrozumieją słów, ani myśli. Dlatego nie mogli ulec zatraceniu.
Oczy Valentine'a stały się szkliste. Po chwili jego głowa opadła, a mięśnie zwiotczały. Zapadł w głęboki trans.

Płynął. A raczej unosił się. Kiedy spojrzał na swoje dłonie, stwierdził z zaskoczeniem, że ich nie ma. Wtedy zrozumiał, że to nie był on sam, w swojej cielesnej postaci, a jedynie projekcja jego umysłu.
Przestrzeń wokół niego była ogromna. Ale i ona nie była taka, do jakiej przyzwyczaiły go zmysły. Istniała, w pewnym sensie, ale nie znane było jej pojęcie czasu. Była nieskończona i nie istniały pojęcia matematyczne, które byłyby w stanie ją opisać. Zawierała w sobie wszystko - ale nie takie, jak w tak zwanym rzeczywistym świecie - tutaj wszystko było prawdziwe, bez fałszu, maskujących otoczek i masek.
W pobliżu wyczuł czyjąś obecność. Była to istota potężna, o wielkiej sile umysłu. Kao'thal. Ale tutaj - jeśli w ogóle można było mówić o jakimś "tutaj" - nie stanowiły tylko niewyraźnych cieni. Płomienie ich umysłów świeciły jasno, jak płomień każdej żywej istoty. Wiedziały po co przyszedł.
Pokazały mu przeszłość. Nie tego się spodziewał. Zobaczył siebie i Windego, kiedy w małym, kruchym stateczku pokonywali skręconą przestrzeń korytarza. Widok Errisa sprawił mu ból, ale nie to było celem pokazu. Val początkowo nie zrozumiał. Po co pokazują mu przeszłość, skoro jego problem dotyczył przyszłości? Ale nagle przypomniał sobie słowa Errisa: "Niebo nad Neyya jest takie puste, a tamtejsze słońca takie samotne..." I wtedy pojął. Przez chwilę nie mógł uwierzyć w prostotę tego pomysłu.
Co można zrobić ze statkiem, można i z całą planetą. Rozmiary nie mają znaczenia.
Nie było sensu tego odwlekać.

Nikt nie zobaczył impulsu. Ale wszyscy Złączeni odczuli niezwykłe ssanie, trwające niewiele ponad sekundę. Początkowo poczuli niepokój, ale tuż za nim pojawiła się fala czystego uczucia. Zrozumieli. Byli zaskoczeni, ale nie wahali się okazać pomocy. Popłynęły następne impulsy, z konieczności nieco słabsze.
Daleko w przestrzeni kosmicznej zaczęła rosnąć niezwykła anomalia, karmiąca się energią niezbyt odległej gwiazdy. Pierwszy impuls nadał jej charakter i podstawowe parametry. Kolejne tylko korygowały początkowe ustawienia, by dostosować je do wymagań Twórcy. Dalej rozwijała się sama, z każdą sekundą powiększając swoje rozmiary.
Na razie była niewielka. Czujniki jeszcze jej nie wykryły. Ale wkrótce jej wielkość rozbudzi sensację nie tylko w środowiskach naukowych. Tu i ówdzie doprowadzi nawet do paniki.
Bowiem na jej drodze znajdowała się zamieszkana planeta.

Valentine otworzył oczy i z zaskoczeniem stwierdził, że leży na polanie przed jaskinią, na pachnącej świeżością miękkiej trawie. Obaj Taa'rea leżeli niedaleko, zmęczeni. Najwyraźniej wynosili go z jaskini w pośpiechu.
Przestał już właściwie odczuwać ten przykry, uporczywy nacisk głęboko w swoim umyśle. Czuł... ulgę. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo mu on przeszkadzał. Teraz prawie zupełnie zniknął, a on mógł wreszcie odetchnąć, nie wiedząc, że do tej pory wstrzymywał oddech. Nie był nawet zmęczony utworzeniem korytarza. Był wolny, jakby zrzucił jarzmo z karku. Euforyczne uczucie. Zamknął oczy, pozwalając myślom szybować swobodnie, ponad chmurami, w zupełnym oderwaniu od nawoływań ciała. To było wspaniałe uczucie. Wznosił się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu dotknął umysłem tworzącego się korytarza. Jego rozmiary powiększały się w szybkim tempie, ale i tak potrzeba będzie ponad trzech tygodni, prawie miesiąca, aby osiągnął odpowiednią wielkość.
Odpowiednią, by pochłonąć planetę wraz z dwoma księżycami.

Valentine wyczuł zmianę, jak tylko przekroczył próg domu. Zaraz za drzwiami został jednak zatrzymany przez Mirandę, która musiała widzieć jego przyjazd z okna i chciała się przywitać. Przytuliła się do niego mocno, nieco niezgrabnie, ale czuł, że włożyła w to całe serce. Po tej chwili spontaniczności zesztywniała i z powrotem zmieniła w miniaturę dorosłego człowieka.
- Tęskniłam za tobą.
Roześmiał się dobrodusznie i pogładził ją po blond włosach splecionych w luźny warkocz.
- Nie było mnie tylko jedną noc!
Zaczerwieniła się, potem zbladła i spuściła wzrok, niczym winowajca.
- Bałam się, że już nie wrócisz... - szepnęła; łzy wielkie jak grochy potoczyły się po jej policzkach.
- Och, moje biedactwo! - Val przytulił ją instynktownie. Miranda rozszlochała się na dobre w jego koszulę. - Przecież obiecałem, że nigdy cię nie zostawię.
Wziął ją na ręce i zaniósł do salonu. Usiadł w fotelu, usadził ją sobie na kolanach i utulił w ramionach. Pozwolił jej wypłakać się do woli - z tego, co wiedział, mała miała sporo do nadrobienia. Kiedy szloch zamienił się w ciche pochlipywanie, Val zaśpiewał jej kołysankę. Tę samą, którą śpiewała mu matka, kiedy był dzieckiem i się bał. Kołysał się w przód i w tył, aż w końcu dziewczynka zasnęła. Ostrożnie zaniósł ją do pokoju dziecinnego, po czym delikatnie ułożył w łóżku i opatulił kołdrą. Starannie zamknął za sobą drzwi.
Kiedy wszedł do swojego pokoju zastał w nim Keian. Siedziała na sofie w dość wyzywającej pozie i patrzyła na drzwi wyczekująco. Na jego widok wstała.
- Mam dla ciebie pewną propozycję - oznajmiła, zamiast powitania.
Uniósł brwi. Przyjrzał się jej uważnie. Coś się zmieniło. Ona się zmieniła.
- Coś przede mną ukrywasz.
Prowokacyjny uśmieszek na jej ustach nieco przygasł.
- Tak myślałam, że nie ukryję tego przed tobą - podeszła do niego. - Nic się przed tobą nie ukryje, prawda?
- Nie - zaprzeczył. - Nie wiem na przykład co ty knujesz.
- Ojej, zaraz knujesz! - zrobiła nieco obrażoną minę.
Sięgnęła po jego dłoń i przycisnęła ją do dolnej części swoich pleców. Oczy Valentine'a rozszerzyły się zaskoczeniem.
- Symbiont! Ale jak?
- Powiedział mi jak. Reszta to zastosowanie odpowiedniej techniki - wzruszyła ramionami. - Bułka z masłem.
Val zastanawiał się w milczeniu.
- Jesteś tego pewna?
- Jak niczego innego w życiu. Nareszcie odnalazłam spokój. A co do mojej propozycji... Pobierzmy się. Miejmy dzieci, by Miranda nie była taka samotna. Żyjmy długo i szczęśliwie - Val otworzył usta, ale nie dała mu dojść do słowa. - Mam wspomnienia Errisa. Wiem, jak bardzo cię kochał i wiem, jak bardzo ty kochałeś jego. Część tego uczucia stała się moim udziałem. Wiem, że brak ci Errisa, ale on jest we mnie. Jest mną.
Valentine westchnął ciężko i usiadł w fotelu. Keian usadowiła się naprzeciwko i patrzyła nań z oczekiwaniem w oczach.
- Zanim przyjmę twoje... eee... oświadczyny... chcę byś o czymś wiedziała. Jeśli się ze mną zwiążesz, będziesz musiała zostać na Medei, ponieważ ja nie mogę jej opuścić.
- To oczywiste - wtrąciła.
Val ostrzegawczo podniósł dłoń.
- Ale za kilka tygodni Medei już tu nie będzie.
Zdziwiła się.
- Czyżby imperator planował wysadzenie planety w powietrze? Pomijając fakt, że to niemożliwe?
- Nie. Chodzi o to, że sytuacja stała się na tyle niezdrowa, a okolica tak niegościnna, że postanowiłem zmienić adres.
- Aha - domyśliła się reszty. - I po prostu zabierasz planetę ze sobą?
Roześmiał się cicho.
- Mniej więcej.
Zamyśliła się.
- Nie mogłam wybrać lepszego miejsca niż Medea, by definitywnie skończyć z przeszłością.

W ciągu dwóch tygodni anomalia osiągnęła rozmiary małej planety.
Najpierw próbowali ją badać wojskowi. Myśleli, że to rodzaj broni i podchodzili do niej z wielką ostrożnością. Kiedy jednak przekonali się, że to wybryk natury, rozpoczęli zakrojone na szeroką skalę badania. Umieścili nawet stację badawczą na pobliskiej orbicie. Czujniki wrzucane do jej wnętrza ginęły wkrótce bez śladu, a kontakt z nimi urywał się po kilku zaledwie sekundach. Flota w końcu straciła zainteresowanie anomalią - jak tylko okazało się, że nie da się jej w żaden sposób wykorzystać do celów militarnych. Potem zjawili się naukowcy cywilni, żądni zarówno wiedzy, jak i sławy, która spadłaby na tego, który by rozwiązał zagadkę Anomalii Callypso, ponieważ w ten sposób ją ochrzczono. Ich próbniki ginęły jednak równie szybko jak wojskowe. Jednak oni pierwsi zaobserwowali fakt, że anomalia znajduje się dokładnie na orbicie Medei. Wyliczyli moment zderzenia z planetą i doszli do wniosku, że anomalia pochłonie dodatkowo co najmniej jeden z księżyców. Bardzo ograniczone ze swej natury badania anomalii, jej parametrów i własności doprowadziło w końcu jeden z zespołów do wniosku, że jest to nietypowa czarna dziura. Teorię tę przyjęto za fakt.
Następni zjawili się dziennikarze. Najpierw kilka statków, potem kilkanaście. Bez przerwy krążyły wokół anomalii, aż w końcu po wypadku jednej ekipy wojsko było zmuszone ustanowić strefę bezpieczeństwa. Obrazy Anomalii Callyspo zaczęły dominować w sieci. Było zresztą na co popatrzeć: barwny twór w kształcie leja o rozjaśnionym wnętrzu.
Fraktal w skali makro.
Kiedy nauka wypowiedziała się już na temat anomalii, na scenę wkroczyli domorośli mistycy, wszelkiej maści szarlatani, naciągacze i oszuści oraz nieliczni z duchowych przywódców różnych sekt i stowarzyszeń religijnych. Nawet papież uznał w jednym z wywiadów, że anomalia jest karą boską wymierzoną w bezbożny naród Medei. Ale, oczywiście, Kościół będzie się modlił za ich grzeszne dusze. Imperialna administracja rozpoczęła ewakuację swoich pracowników. Jednocześnie wojsko również zaczęło nieoficjalnie redukować stan liczebny stacjonujących na Medei jednostek i przenosić je między innymi na Nadzieję.
Rzecz jasna grzecznie zapytano mieszkańców Medei i Ceuto czy chcą się ewakuować. Zapytanie to było raczej retorycznym zwrotem, bowiem nikt z kręgów imperialnych nie wyobrażał sobie, by ktokolwiek chciał zostać na planecie zagrożonej zagładą. I srogo się zawiedli w swoich przewidywaniach, ponieważ z Medei nadeszła uprzejma, acz kategoryczna odpowiedź odmowna. Jedni uznali to postanowienie za akt heroizmu, inni za przykład bezdennej głupoty. Niektórzy zaczęli się zastanawiać, co się za tym kryje. Tych, którzy doszli do właściwych wniosków, można by policzyć na palcach jednej ręki.

Imperator poważnie potraktował obietnicę złożoną mieszkańcom Medei i wszczął nie tylko jedno śledztwo - oficjalne - lecz także swoje własne. I jakkolwiek oficjalna procedura jednoznacznie nie wskazała winnego, to prywatne śledztwo dało wyniki, które w gruncie rzeczy nie zaskoczyły Geralta. W pierwszej chwili czuł tylko gniew. Gdyby zleceniodawca całej akcji znajdował się wówczas w pobliżu, rozszarpałby go gołymi rękami. Jak on śmiał zaatakować jego syna!!!
Ale im dłużej się zastanawiał, tym bardziej mijał mu gniew. Gdyby Umbert miał spadkobierców, pierwszym ruchem Geralta byłoby pozbycie się ich. Ten, kto zlecił zabicie Valentine'a postępował według tego samego wzorca.
Zaczął się poważnie zastanawiać nad swoją przyszłością. Zdawał sobie przecież sprawę, że nie będzie żył wiecznie, ale czy musiał umierać jako imperator? A gdy się zestarzeje tym bardziej nie będzie żadnym przeciwnikiem dla młodego i sprytnego pretendenta do tronu imperium. Ponadto już teraz istniał ktoś na tyle zdecydowany, że nie wahał się położyć na szali własnego życia dla osiągnięcia celu. Był gotów ponieść ryzyko i odpowiedzialność.
Następnego dnia rano imperator kazał wezwać Siwerta Lindseya do sali tronowej. Admirał nie był tym zaskoczony i starannie ukrywał strach. Geralt przyjął go sam, siedząc jak zwykle na krześle. Niczego więcej nie potrzebował, by każdy wiedział, kto tu rządzi. Lindsey przeszedł całą długość sali tronowej, przyklęknął na jedno kolano i pochylił głowę w poddańczo-służalczym geście. Gdyby nie powaga sytuacji, Geralt roześmiałby mu się w nos.
- A więc twoja ambicja zawiodła cię aż tutaj - powiedział.
Lindsey podniósł głowę. W głosie imperatora brzmiał wyrok śmierci.
- Pozwól mi, panie mój, że sam wykonam egzekucję. Chcę odejść z honorem.
Imperator uniósł brwi.
- Dlaczego miałbym ci wyświadczyć tę łaskę, hm? Czy ty miałeś zamiar okazać łaskę mojemu synowi? Co?
- Kazałem go zabić szybko i bezboleśnie. Obchodził mnie tylko dlatego, że był twoim następcą! - Lindsey niespodziewanie odkrył wszystkie karty. Musiał spodziewać się śmierci, że nie zależało mu już na dochowaniu tajemnicy. Jeśli nawet imperator nie miałby niezbitego dowodu na zdradę admirała, to te słowa cuchnęły wręcz zdradą.
- Tron... - Geralt wstał. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. - Bardzo chciałeś go zdobyć, czyż nie? - zapytał, a potem roześmiał się krótko, dziwnie. Admirałowi ciarki przeszły po grzbiecie. - A więc przyjmiesz na siebie odpowiedzialność. Zasłużyłeś sobie na to - dodał drwiąco. Odwrócił się i ruszył ku jednemu z bocznych wyjść. W drzwiach obejrzał się za siebie. - No? Zamierzasz tu siedzieć i czekać?!
Z lekka ogłupiały i coraz bardziej podenerwowany Lindsey wstał z klęczek i poszedł za imperatorem do jego prywatnego gabinetu. Jeszcze nigdy nie był w tym miejscu. Pełnił funkcję admirała floty już od kilku ładnych lat, ale jeszcze nigdy nie został zaproszony do tego pomieszczenia. Zastanawiał się, co mógł oznaczać fakt, że został doń zaproszony właśnie teraz. Spodziewał się, że Geralt od razu wezwie gwardzistów, by go aresztowali. Podświadomie chyba nawet pragnął, by tak się stało, by to wszystko wreszcie się skończyło. Ale imperator najwyraźniej chciał go jeszcze dręczyć.
Siedział przy wielkim biurku i pisał coś. Pióro śmigało po wysokiej jakości papierze z imperatorskimi emblematami. Admirał czytał gdzieś, że Geralt używa papieru wyłącznie do pisania naprawdę ważnych dokumentów państwowych. Kiedy skończył, podpisał się zamaszyście i przyłożył pieczęcie. Potem podał dokument do przeczytania.
- Moja abdykacja i przekazanie władzy w twoje ręce - podpowiedział Geralt, kiedy Lindsey nieruchomym wzrokiem wpatrywał się w litery. - Wejdzie w życie za trzy dni. Wówczas też odbędzie się oficjalna uroczystość.
- Ale.. ale dlaczego? - wybełkotał w końcu admirał, z niemałym trudem zmuszając oporny język do posłuszeństwa.
To pytanie jednakże zirytowało imperatora.
- Niech pan nie będzie wścibski, admirale. I proszę nie wchodzić mi w drogę przez kolejne trzy dni, bo mogę się rozmyślić. Jestem już stary i mam swoje kaprysy.
Lindsey nie bardzo wiedział, co na to odpowiedzieć, więc tylko się skłonił. Jestem imperatorem, pomyślał z niedowierzaniem, kiedy opuszczał pałac.

Valentine był kompletnie zaskoczony, kiedy usłyszał w wiadomościach sieciowych informację, że imperator Geralt I abdykował. Pokazano fragmenty ceremonialnego przekazania władzy. Nawet Anomalia Callypso zeszła na dalszy plan. To dziwne, ale Geralt wydawał się zadowolony ze swej decyzji, nawet szczęśliwy. I to również zdziwiło Valentine'a - przecież on kochał władzę, dla tej władzy zabijał. Zastanawiające, że rezygnując z tronu sprawiał wrażenie tak spokojnego. Zwłaszcza, że przekazywał władzę w ręce Siwerta Lindseya, człowieka którym w gruncie rzeczy pogardzał.
Admirał, w przeciwieństwie do Geralta, zdawał się być mocno podenerwowany, jakby jeszcze nie wierzył w to, co go spotkało. Pomimo wszystko dzielnie starał się panować nad sobą, choć chwilami jego twarz robiła się podejrzanie zielonkawa. Dziwne - w końcu przecież osiągnął to, o co walczył, usuwając niewygodne osoby ze swojej drogi.


Epilog

Kilka dni później na terenie posiadłości Szafirowe Wody pojawił się obcy mężczyzna. Nie miał ze sobą żadnego bagażu, nikt mu nie towarzyszył. Ubrany był prosto, skromnie, ale jego rzeczy były najwyższej jakości. Był stary, ale chód miał sprężysty i pewny, postać wyprostowaną, dumną i pełną godności.
Valentine wyczuł jego przybycie, jak tylko postawił stopę na lądowisku w Orsay. Wiedział, że wcześniej czy później obcy zjawi się w posiadłości. I wyszedł mu na spotkanie.
- Witaj, Geralt - powiedział, kiedy stanęli ze sobą twarzą w twarz.
- Witaj, synu - odparł mężczyzna, uśmiechając się na jego widok radośnie.
Usiedli pod wielkim drzewem o grubym pniu, którego nie objęłoby ramionami dwudziestu ludzi. Jego konary były rozłożyste i dawały mnóstwo cienia - nie rosło pod nimi nic oprócz miękkiej trawy. Drzewo miało z tysiąc lat.
- Porzuciłem imperium - oznajmił Geralt swobodnym tonem. - I wiesz co? Czuję się wspaniale!
- Na pewno? - Val popatrzył na niego z powątpiewaniem.
Geralt roześmiał się wesoło. To nie był ten wymuszony chichot, jakiego używał w pałacu. Nawet w połowie nie tak swobodny, jak niegdyś. Śmiech dochodził z głębi trzewi i zachwycał swoją pełnią. Napawał się tym uczuciem - całkowitej wolności, braku jakichkolwiek obowiązków, przymusu podejmowania decyzji ważących o losach całych planet. Nie tęsknił za tym.
- Wiem, co zaplanowałeś - powiedział do Valentine'a i wymownym ruchem głowy wskazał na anomalię, zajmującą już niemal pół nieba. - Nieźle to wykombinowałeś.
- Nie byłem sam.
- Kiedy?
- Za dwa, trzy dni. Kiedy tylko księżyce zajmą odpowiednią pozycję.
- To dobrze. Obawiam się, że Lindsey wysłał za mną zgraję płatnych zabójców. Medea to w tej chwili najbezpieczniejszy adres.
- Możesz tu zostać, jak długo zechcesz - zgodził się Val.
- Chciałbym zostać z tobą.
Valentine nie odezwał się. Czekał na słowa wyjaśnienia. Nie zawiódł się.
- Mogłem lecieć na Hittemaru, mój rodzinny świat. Ale to nie jest już mój dom. Przyjaciele z dzieciństwa już mnie nie pamiętają. Tam byłbym tylko emerytowanym imperatorem, byłym władcą wszechświata. Przynajmniej dopóty, dopóki Lindsey pozwoliłby mi żyć. A więc przybyłem tutaj... Do jedynej osoby na świecie, która mnie zna... zna, jak nikt inny. I którą kocham, jak własnego syna.
Valentine wstał gwałtownie i zaczął starannie otrzepywać spodnie z suchych źdźbeł trawy.
- Przejście przez korytarz zajmie nam kilka minut - powiedział bez związku, nie patrząc na Geralta. - Atmosfera ochroni nas przed niepożądanymi skutkami. Po drugiej stronie znajdziemy się od razu na orbicie naszej nowej gwiazdy. Jest niemal taka sama jak Callypso, nazywa się Omiya. Najbliższym zamieszkanym światem będzie Neyya w systemie Blantyre, wystarczająco daleko, byśmy nie wchodzili w drogę tamtejszym mieszkańcom. Nie chcemy wojny...
Geralt przyglądał mu się zaskoczony. Nic z tego nie rozumiał.
- Valentine? - wtrącił w potok słów błagalnym tonem. Domyślał się, że Valowi trudno podjąć taką decyzję, trudno mu będzie zaakceptować go - po tym wszystkim, co się wydarzyło i co sobie powiedzieli, nierzadko w gniewie, raniąc siebie nawzajem. Dlatego z niepokojem słuchał jego słów. Dlatego z drżeniem serca czekał na wyrok.
Valentine zamilkł. Odezwał się ponownie po dłuższej chwili wiele mówiącego milczenia. Nadal nie patrzył na Geralta.
- Powinienem cię odtrącić, kazać iść precz. Przez ciebie niepotrzebnie zginęło tylu ludzi... nie tylko na Medei. Przez ciebie moja siostra i ja straciliśmy rodziców. To twoja wina, że pokochałem cię bardziej niż ich... - spojrzał mu w końcu w oczy. Geralt dostrzegł w nich ból, ale także i coś, co dawało nadzieję - przebaczenie. Val nagle zdecydował się i wyciągnął ku niemu rękę. - Od tej chwili nazywasz się Marcus Crusher i jesteś moim dziadkiem. Moim i mojej siostry. Niektórzy pewnie domyślą się, kim jesteś, ale możesz się nie obawiać - nie zdradzą tajemnicy.
- A więc będę miał za jednym zamachem wnuka i wnuczkę - stwierdził Geralt głosem drżącym ze wzruszenia. Ujął dłoń Valentine'a. - Czy to sen? Jeśli tak, to nie chcę się nigdy obudzić.

10 października 2000 -- 30 sierpnia 2003


new.eta

neweta@op.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||