:::: new.eta ::::

"Złączeni" -
Neyya



Erris Vell był zdenerwowany bardziej niż chciałby to okazać. Czuł wielką gulę, która obciążała jego żołądek i powodowała, że nie mógł się poruszyć. Strażnik przy wejściu do grot Onsetrine popatrzył na niego z uśmiechem, dodając mu otuchy. Erris zastanawiał się, czy każdy Wybrany czuł to samo co on, w tym jakże ważnym momencie życia.
Wnętrze grot było wilgotne i ciemne - a jednak prowadzący go dwaj młodzi Strażnicy doskonale orientowali się w kierunkach i krętych korytarzach, pewnie stąpając po skalnej nawierzchni. Erris czuł zawroty głowy, kiedy w końcu dotarli do Wielkiej Jaskini. Tam musiał zrzucić rzeczy, w które starannie ubrano go, kiedy pomyślnie przeszedł wszystkie testy, trwające przez ostatnich kilka miesięcy, i Komisja uznała go za godnego tego zaszczytu. Stanął nagi na kamiennej podłodze i denerwował się jeszcze bardziej. Drżały mu nogi i szczękały zęby, choć jaskinie Onsetrine ogrzewały liczne źródła geotermalne i było tu stosunkowo ciepło. Musiało być.
Jeden ze Strażników poprowadził go dalej, do niewielkiej groty znajdującej się tuż obok Wielkiej Jaskini, i zostawił go samego. Jej oświetlenie było minimalne i włączano je tylko po to, by potencjalni gospodarze nie połamali nóg na śliskich kamieniach. Erris doskonale wiedział, co powinien zrobić. A jednak zawahał się. Zawsze tego pragnął, ale uczciwie przyznawał, że teraz jego życie diametralnie się zmieni. Nie będzie już tą samą osobą, jaką był dotychczas. Nie będzie już Errisa Vella, porucznika floty. Będzie Erris Jakiśtam, gospodarz symbiontu.
A jednak coś go przyzywało. Sprawiało, że pomimo lęku, pragnął... pragnął czegoś. Postąpił kilka kroków do przodu, aż pod palcami stóp wyczuł kamienne schodki. Jeszcze raz odetchnął głęboko, po czym powoli zaczął zanurzać się w gęstawej, nieco lepkiej cieczy wypełniającej groty na przestrzeni wielu setek kilometrów.
Stopami ledwie dosięgał dna, a niektóre odcinki musiał pokonywać płynąc. Nie był pewien, jak daleko będzie musiał zajść w głąb grot, ale napięcie w jakiś niewytłumaczalny sposób opuściło jego ciało. Przede wszystkim zrobiło mu się cieplej. Zesztywniał nagle i znieruchomiał, kiedy coś otarło się o jego łydkę. Przez chwilę oddychał ciężko, jakby się bał, że zostanie wciągnięty pod powierzchnię, po czym znowu powoli ruszył do przodu - ostrożnie, by wzbudzać jak najmniejsze fale. Dokładnie wiedział, czego się spodziewać, ale wrażenie i tak było niesamowite.
Znowu dotyk - teraz w okolicy biodra. Zatrzymał się, unosząc się swobodnie na powierzchni przy pomocy niewielkich ruchów rąk. Czekał. Delikatne dotknięcie, ledwie muśnięcie, powtórzyło się, a on odczuł dreszcz przebiegający przez całe ciało. Zaczęło się. Chociaż nie wiedział, co się dzieje pod powierzchnią, rozluźnił mięśnie i uspokoił rozedrgane nerwy. Kolejne dotknięcie, tym razem na udzie. Tym razem Erris nawet nie drgnął. Odetchnął kilka razy głęboko, po czym pozwolił swojemu ciału zanurkować w ciepłej mazi.
Coś wsunęło się delikatnie poprzez fałdkę na boku. Poczuł smagnięcie szczątkowego ogona na skórze brzucha, a potem...
Nic nie mogło go przygotować na potworny ból, rozpalający nerwy od dołu kręgosłupa aż po sam mózg; ból, który zwierał mięśnie w szarpiących skurczach; ból tak silny, że aż niemożliwy do wytrzymania... Otworzył usta do krzyku, ale natychmiast opił się organicznej zupy wypełniającej jaskinie. I stracił przytomność.

Powoli otworzył oczy. Bez zaskoczenia stwierdził, że jego ciało unosi się swobodnie na powierzchni cieczy. Wspaniałe uczucie. Jakby latał w przestworzach... Chwileczkę... To uczucie nie było mu całkiem obce... Wspomnienie czaiło się na skraju świadomości, niemal gotowe by je odkryć, by się nim nasycić, by je smakować. Sprawiło, że Errisowi mocniej zabiło serce. Dwa serca.
A więc dokonało się. Przesunął dłonią nad lewą stroną brzucha. Fałdka już się zasklepiła, pozostawiając po sobie ledwie wyczuwalne zgrubienie. Erris Vell przestał istnieć. Teraz wystarczyło dowiedzieć się, kim się stał. Jeszcze tylko dwanaście godzin, zanim połączenia nerwowe między dwoma obcymi w gruncie rzeczy organizmami zestalą się i wzmocnią. Po tym okresie będzie miał pełny dostęp do wspomnień gromadzonych przez setki lat w umyśle symbionta.
Kilkoma silnymi wyrzutami ramion dopłynął do brzegu i wyszedł na kamienne schodki, ociekając odżywczą cieczą, niczym nowo narodzone niemowlę. Nikłe światło lamp zagrało refleksami na ciemnej skórze. Opuścił grotę i przeszedł do miejsca, gdzie czekali Strażnicy. Natychmiast narzucili ciepłą szatę na jego ciało. Jeden z nich po prostu stał i przyglądał mu się ze zmarszczonymi brwiami. Erris wiedział, czego od niego oczekiwał.
- Nazywam się Winde.
Oczy tamtego rozszerzyły się gwałtownie w trudnej do opisania mieszaninie zaskoczenia, niedowierzania i lęku. Inni Strażnicy również popatrzyli na siebie porozumiewawczo, ale żaden z nich nie otworzył nawet ust, by cokolwiek wyjaśnić głównemu zainteresowanemu.
Sala ambulatoryjna była już gotowa na jego przyjęcie. Zdarzało się, że Wybrani nierzadko tracili przytomność i niemal się topili, albo też nabawiali się innych urazów na skalnym podłożu jaskiń. Technicy sprawnie wykonali badania symbiontu i jego gospodarza, po czym zostawili ich w spokoju. Jeszcze dwanaście godzin spędzonych pod uważnym wzrokiem Strażników, a potem... upragniona wolność.
Stuknęły drzwi. Erris podniósł głowę. Do pokoju wszedł przewodniczący Komisji Wyboru. Jak on się nazywał? A tak, Mace. Wydawał się czymś zmartwiony.
- Witaj, Erris - przywitał się uprzejmie. - Jak się czujesz?
- Dziękuję, doskonale - Erris nie krył zaskoczenia jego wizytą. To nie była zwykła procedura. - Co pana do mnie sprowadza?
Mace przysiadł na krawędzi łóżka i przyjrzał mu się z troską.
- Erris, być może to, co ci teraz powiem, wyda ci się absurdalne i nie na miejscu, ale postaraj się wysłuchać mnie spokojnie do końca. Chodzi o decyzję, czy chcesz zatrzymać właśnie t e g o symbionta?
Erris wytrzeszczył na niego oczy.
- Coś jest nie tak? Połączenie się nie udało? Dlaczego nikt od razu nic mi nie powiedział!? - zaczynał wpadać w panikę, ale Mace położył dłonie na jego ramionach i przycisnął go do poduszki.
- Wszystko jest w porządku, zarówno z tobą, jak i z symbiontem! - powiedział z naciskiem. Erris uspokajał się powoli, widząc prawdę w jego oczach. - Chodzi raczej o naturę Windego. Ma on skłonności do dominowania nad swoimi gospodarzami. To może być nieco niebezpieczne... zwłaszcza dla gospodarza.
- Chce pan powiedzieć, że nie jestem odpowiednim gospodarzem dla Windego? - Erris ponownie podniósł głos. Znowu się zdenerwował. - Chcecie mi go odebrać?
- Nie, nie! Nic z tych rzeczy! - zapewnił szybko Mace. Nagle jakby się zdecydował i powiedział szybko, wyrzucając słowa: - Winde nie miał gospodarza od ponad czterdziestu lat. Ostatnim był Tyrandis Winde.
Oczy Errisa zrobiły się okrągłe. Tyrandis Winde. Oczywiście, że znał to nazwisko. Szaleniec. Wariat. Zmarł samotnie, odtrącony zarówno przez środowiska naukowe, jak i przez własną rodzinę.
- Sądzicie, że szaleństwo Tyrandisa może dotknąć także mnie? - spytał nad podziw spokojnie.
- Tego nie wiemy z całkowitą pewnością. Ryzyko istnieje. Faktem jest też, że Winde zawsze miał... eee... osobliwy wpływ na swoich gospodarzy.
- Nie pozbędę się go. Zostałem przez niego Wybrany - odrzekł Erris bez chwili namysłu.
- Winde jest niebezpieczny! - krzyknął Mace, tracąc w końcu opanowanie.
Zapadła cisza. Pierwszy odezwał się Erris.
- Czy decyzja należy do mnie?
Mace popatrzył na niego niemal z gniewem.
- Tak, należy do ciebie - przyznał w końcu niechętnie.
- A więc nie mamy o czym rozmawiać - uciął Erris i Mace'owi nie pozostało nic innego, jak skapitulować.

Połączenie się utrwaliło. Errisowi oznajmił o tym nieco podenerwowany Strażnik o młodzieńczym wyglądzie. Widać było, że po raz pierwszy pozwolono mu wypełnić ten obowiązek. Erris uśmiechnął się do niego uspokajająco, kiedy ten z przejęciem układał jego ubranie na poręczy łóżka.
Udało się. Erris nie potrzebował niczyjego potwierdzenia, by być o tym przekonanym. Po prostu wiedział o tym. Czuł to głęboko w sobie. Był sobą - nadal sobą, ale nie tylko. Miał wrażenie, że jego percepcja znacznie się zwiększyła. Owszem, pamiętał wszystko to, co przeżył do tej pory jako Erris Vell - pierwszy dzień w szkole, pierwszy lot pojazdem nadatmosferycznym, pierwszą dziewczynę, która rzuciła go po dwóch miesiącach dla jego najlepszego kumpla. Ale pamiętał też mnóstwo innych rzeczy, zdarzeń i ludzi, o których wiedział, że pochodzą z umysłu symbionta.
Jeszcze tylko kilka dni - kilka dni i nie będzie w stanie odróżnić, gdzie kończy się Erris, a zaczyna Winde. Nie będzie potrafił odróżnić własnych myśli od myśli poprzednich gospodarzy. Było to zarówno cudowne, jak i nieco przerażające.
Był późny poranek, kiedy wreszcie pozwolono mu opuścić jaskinie. Śmigacz miał go zawieźć do miasta, jednak Erris nie śpieszył się z wsiadaniem do jego wnętrza. Wokół jaskiń rozpościerała się pierwotna puszcza, olbrzymi las deszczowy - tam skierował swoje kroki. Wiedział, że śmigacz na niego zaczeka.
Och, jak cudownie było znów poczuć na twarzy dotyk ciepłych promieni słońca, jak wspaniale chłonąć delikatny wietrzyk, niosący zapachy lasu... Jak to dobrze znów żyć.

Erris wiedział, gdzie chciał - i chyba powinien - spędzić resztę swojego urlopu. Oczywiście z rodziną. Nie widział ich od pół roku, od kiedy jego statek orbitował nad Al'attea, gdzie przeprowadzano skomplikowane próby nad terraformowaniem. Rodzice nawet nie wiedzieli o jego pobycie na Neyya. A przecież w końcu musiał im powiedzieć, że został Wybranym.
Matka będzie zadowolona. Zawsze bezwarunkowo cieszyła się z sukcesów swoich dzieci. Z ojcem sprawa przedstawiała się nieco inaczej. Erris znał opowieści o tym, jak to on też starał się o symbiont, ale został odrzucony podczas końcowych testów. Potem przez kilka lat był jednym z przedstawicieli Komisji. Dopiero później przeniósł się na farmę pod Ammakesh i rozpoczął - jak sam to określał - spokojne życie. Erris miał nadzieję, że ojciec będzie z niego dumny. Zależało mu na tym szczególnie dlatego, że kiedy ostatnio się widzieli, powiedzieli sobie kilka przykrych słów.
Drogę od przystanku autobusu do domu przebył pieszo. Nikogo nie zawiadomił o swojej wizycie, a poza tym chciał z nowej perspektywy zobaczyć miejsca pośród których się wychował. Kilkakrotnie zbaczał z drogi, by obejrzeć znane sobie zakątki. W tamtym zagajniku nad rzeką złamał rękę, kiedy namówiony przez starszego brata, wdrapał się na najwyższe drzewo arbukli w okolicy. Kiedy było już po wszystkim, a jego ramię zostało solidnie usztywnione, ojciec sprał Sabre'a za głupie pomysły i nawrzeszczał na Errisa za bezmyślne wcielanie ich w czyn.
Na rzece urządzali z braćmi i synami sąsiadów dzikie wyścigi skonstruowanych przez nich samych wodolotów. Na szczęście ich matkom został oszczędzony ten widok - niektóre wypadki, zderzenia i wywrotki wyglądały naprawdę poważnie. To cud, że żaden z nich nie stracił życia podczas tych wariackich zawodów. Och, ale ile przy tym było zabawy!
Pogrążony we wspomnieniach, Erris stanął w końcu na wzgórzu, z którego rozciągał się widok na farmę. Była pełnia wiosny, wszystko wręcz buchało soczystą, świeżą zielenią. Z przyjemnością odetchnął powietrzem, w którym wyczuwał znajomy zapach. Dom.
Chmury przemknęły po niebie i zniknęły za horyzontem. Delikatna mgiełka uniosła się znad pól i rozproszyła w cieple wieczornego powietrza. Parny dzień ustąpił miejsca chłodniejszemu zmierzchowi.
Gdy tylko jasny błękit nieba przyblakł, przygasł i zmienił w granatowy aksamit, pojawiły się gwiazdy. Początkowo było ich bardzo niewiele - ot, jedna czy dwie, te najjaśniejsze. Ale przybywało ich w miarę, jak ciemniało niebo, a wieczorna łuna znikała na zachodzie. Ruchy warstw powietrza sprawiały, że wszystkie migotały niczym drogocenne klejnoty, uwięzione w czarnej szkatule. Kształty znajomych gwiazdozbiorów wyraźnie już rysowały się na niebie. Te same gwiazdy, to samo niebo. Nic się nie zmieniło od czasu, kiedy po raz pierwszy spojrzał na firmament. Nic się zmieni w układzie gwiazd, kiedy wreszcie całun śmierci powlecze mgłą jego źrenice.
Okna domostwa w malowniczej dolince zapłonęły światłami. Erris otrząsnął się z nostalgicznego nastroju i zaczął schodzić ze wzgórza. Była właśnie pora kolacji, a on od rana nie miał nic w ustach. Wieczorny posiłek był na farmie wydarzeniem dnia, uwieńczeniem kilkunastu godzin ciężkiej pracy. Nastrój był zawsze ten sam, niezależnie od kłótni i sporów prowadzonych w ciągu dnia. Przy wspólnym stole nie było miejsca na niesnaski. Erris nawet nie przypuszczał, że tak bardzo za tym tęsknił. Zaskoczyło go to.
Wszedł boczną furtką, pamiętając, że główna brama okropnie skrzypi, a jak znał swoich braci, to jeszcze jej nie naoliwili. Od razu przyskoczyły doń trzy wielkie, czworonożne cienie. Jeden z nich próbował uparcie wylizać go po twarzy. Erris opędzał się od nich ze śmiechem.
- Spokój, pieski, spokój! - szepnął, głaszcząc zwierzęta po dużych łbach.
Idealnie wybrał czas. Rodzina właśnie siadała do kolacji. Kiedy Erris stanął w drzwiach niespodziewanie niczym duch, na moment zamilkły wszelkie odgłosy. Po ułamku sekundy, nie dłuższym niż uderzenie serca, rozległ się radosny wrzask, wydobywający się z gardeł jego czterech braci. Natychmiast został też przez nich otoczony, wyściskany i wyklepany po plecach. Przekrzykiwali się jeden przez drugiego:
- Nie wiedzieliśmy, że przyjeżdżasz! Długo zostaniesz? Jak tam flota?! Ekstra mundur!
W końcu udało mu się uwolnić z ramion braci. Podszedł do matki, która ocierała załzawione oczy. Ucałował ją w oba policzki, a ojcu uścisnął rękę, mając cichą nadzieję, że zapomniał o kłótni, którą prowadzili tygodniami przed jego wyjazdem. Nie wstępował przecież do floty na wieczność!
- Dobrze, że jesteś - powiedział Vell senior, kiedy wszyscy zajęli już miejsca, a przed Errisem w cudowny sposób zmaterializował się talerz pełen zupy. - Sabre się żeni.
Erris uniósł brwi i wykrzywił twarz w sarkastycznym grymasie.
- Mam mu to wybić z głowy? - spytał takim tonem, jakby chodziło o rodzinną tragedię.
Sabre docenił żart. Zachichotał.
- Tais i ja zdecydowaliśmy, że to ty powinieneś zostać moim drużbą.
- No proszę! - Erris starannie ukrył wzruszenie. - Jeszcze nie jesteś żonaty, a już znalazłeś się pod pantoflem!
Odpowiedział mu wybuch śmiechu.
- To znaczy, że się zgadzasz?
- Oczywiście, że się zgadzam, Sabre - odchrząknął. - To dla mnie zaszczyt.
- Nie przesadzaj - wtrącił Hannes z drugiego końca stołu. - Byłeś jego ostatnią nadzieją! Przez ostatnich kilka dni każdemu z nas to proponował!
Kiedy umilkły śmiechy, Erris przybrał poważny wyraz twarzy. Chciał to załatwić od razu, zanim zabraknie mu odwagi.
- Ja też mam wam coś do powiedzenia - oznajmił.
- Poznałeś kogoś? - spytała z nadzieją matka, a chłopcy natychmiast wybuchnęli śmiechem.
Najgłośniej śmiał się Sabre; Erris czuł, że przyszła pora na rewanż.
- Mamo, chyba nie myślisz, że znalazł sobie dziewczynę na Al'attea! - zawołał, kiedy tylko był w stanie nabrać powietrza. - Musiałby poczekać parę milionów lat, żeby wyewoluowała do odpowiednich rozmiarów!
Odpowiedział mu ryk śmiechu pozostałej trójki. Niemal pospadali z krzeseł. Ojciec po chwili uciszył to rozbawione towarzystwo.
- Mów, synu - zachęcił Errisa.
Ten nabrał powietrza w płuca.
- Ponad rok temu złożyłem podanie do Komisji Wyboru - przy stole zapadła cisza, nawet Anry przestał paplać. - Przeszedłem pomyślnie wszystkie testy i dostałem pozwolenie.
- Kiedy jedziesz do jaskiń? - spytał senior rodu z powagą, ale Erris wyczuł w jego głosie cień wzruszenia.
- Już tam byłem - przyznał się. - Od wczoraj jestem gospodarzem.
Wrzawa wybuchła ze zdwojoną siłą. Matka zerwała się od stołu i uściskała go ze łzami w oczach. Nawet ojciec miał podejrzanie lśniące oczy.
- Tobie udało się to, o czym ja marzyłem przez całe życie - szepnął, kiedy objął syna w serdecznym uścisku.
- Jak się teraz nazywasz? - spytał z ciekawością Jace.
- Winde - Erris rzucił szybkie spojrzenie na ojca, więc widział jak ten pobladł pod opalenizną. Modlił się tylko o to, żeby ojciec nie zaczął drążyć tego tematu jeszcze podczas kolacji.
Po posiłku Anry, Jace i Hannes dorwali się terminala, by wyszukać w necie wszystko, co kiedykolwiek napisano o symbioncie o imieniu Winde i jego gospodarzach. Rodzice wraz z Sabre'em i Errisem przeszli do salonu, popijając drinki. Co chwila któryś z najmłodszych braci wpadał do salonu i mówił bez tchu:
- Ojej, Erris, wiedziałeś, że ten Winde jest strasznie stary? Ma chyba z tysiąc lat!
- Albo więcej!
- Wiecie, on był kiedyś królem!
- I latał na Rubieże z pierwszymi Odkrywcami!
W końcu matka zdecydowała się przerwać tę ich zabawę.
- Dzieci, Erris to wszystko wie. Uspokójcie się, proszę - upomniała ich surowo, choć jej oczy podejrzanie błyszczały.
Erris uśmiechnął się dyskretnie. Matka mogła teraz zrzędzić na synów, ale domyślał się, że kiedy wszyscy już zasną, sama usiądzie przy terminalu z wypiekami na twarzy. To dla niej typowe. Spoważniał nagle, kiedy napotkał posępne spojrzenie ojca. Teraz się zacznie, jęknął w duchu.
- Czy nikt z Komisji z tobą nie rozmawiał? - spytał ojciec cicho.
- Rozmawiał - przytaknął Erris. Wiedział już, do czego zmierzała ta rozmowa. - Nazywał się Mace.
- I co ci powiedział? - ojciec pochylił się nieco i uniósł brwi w oczekiwaniu.
- Że Winde jest niebezpieczny - Erris wstał i nalał sobie jeszcze jednego drinka.
Sabre dyskutujący z matka o ślubnych zaproszeniach, nagle nadstawił ciekawie ucha.
- Niebezpieczny? Co to znaczy?
Erris wzruszył ramionami.
- Ostatni gospodarz był... eee... nieco niezrównoważony psychicznie - skrzywił się.
- Nieco?! - prychnął ojciec ze złością.
- A więc ty też sądzisz, że to wina symbionta? - popatrzył na ojca przenikliwie, aż ten odwrócił wzrok. - Cóż, tato, Winde to teraz ja. Będę w domu jeszcze przez tydzień. Będziesz miał okazję zauważyć, kiedy zacznę zdradzać oznaki szaleństwa - powiedział sucho, wychylił zawartość szklanki i wyszedł.
W przedpokoju oparł się ciężko o ścianę. Silne emocje i dwa drinki dały o sobie znać. Skręcił do łazienki. Kiedy stamtąd wyszedł, poczuł się o wiele lepiej. W korytarzu czekał na niego ojciec.
- Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało - powiedział przepraszająco. - Po prostu martwię się o ciebie.
Erris już otworzył usta, żeby wypowiedzieć jakąś kąśliwą uwagę w stylu: "w dziwny sposób to okazujesz", ale zawahał się. Tak powiedziałby dawniej. I tak jak dawniej pewnie wynikła by z tego kolejna awantura. Ale teraz nagle zdał sobie sprawę, że to nie ma sensu. Dlatego westchnął tylko i odparł:
- To mój wybór, tato - popatrzył mu prosto w oczy. - Mace potrafił to uszanować. A czy ty potrafisz?
Widział zaskoczenie na jego twarzy. A więc i on spodziewał się wybuchu. Spokojna reakcja syna zdumiała go.
- Skoro wiesz, co robisz - skinął głową. - Połóż się i odpocznij. Po Wyborze powinieneś nabrać sił.

Jego dawny pokój był już przygotowany. I pomimo tego, że wszystko było na swoim miejscu, w perfekcyjnym porządku, poczuł się tu dziwnie obco. Nie był pewien, czy to z powodu Wyboru, czy też długiej nieobecności. Podejrzewał, że pewnie lepiej by się czuł w ciasnej kabinie na pokładzie holownika. Przyjazd tutaj, do domu... to chyba był błąd. Pomyśleć, że jeszcze kilka godzin wcześniej uznał to za doskonały pomysł. Co więcej - potrzebował tego. Wtedy, w tamtej konkretnej chwili. Teraz już nie.
Zmieniał się. Czuł to wyraźnie. Jego postrzeganie rzeczywistości, jego zachowanie, odczucia, reakcje... Nawet ojciec to zauważył. Zmiana zachodziła tak głęboko w jądrze jego osobowości, że niemal nie był jej świadom. A więc tak symbionty wpływały na swoich gospodarzy...
Przestał już właściwie odczuwać uporczywy ucisk w dole kręgosłupa. Strażnicy zapewniali, że minie on po kilku dniach, kiedy ostatecznie zestali się nowe złącze nerwowe. Ale ani słowem nie wspomnieli o przebudowie jaźni, tego najgłębszego ośrodka, o którym mówił "ja". Czy przechodzili ją wszyscy Wybrani? Czy też była to cecha tego konkretnego symbionta? Winde miał już setki gospodarzy, był jednym z najstarszych symbiontów. Czy fakt ten miał jakieś znaczenie w tym subtelnym procesie?
Erris położył się w końcu i zasnął. Śnił. A raczej wydawało mu się, że śni. To nie mógł być sen. Wspomnienie?
Otaczał go ogień. Płomienie były wszędzie; pełzały żarem po podłodze, ścianach, suficie, zapalały płomyki na zakończeniach nerwów, kąsały ciało ostrymi zębami, wpijały się w skórę niczym ostre kolce i tkwiły pod nią jak bolesne drzazgi. W ślad za ogniem postępował ból; ból wszechogarniający i palący...
Erris gwałtownie wyrwał się z tego koszmarnego snu na jawie drżący i zlany potem, przyciskając dłonie do piersi, w której dziko waliło serce. To nie mogło być wspomnienie. To nie było wspomnienie. Ból był zbyt realny, płomienie zbyt rzeczywiste... A on sam był wewnątrz, ale jakby na zewnątrz, nie do końca zmaterializowany, jakby... płynny. To na pewno nie pochodziło z umysłu symbionta. Strażnicy mówili o wspomnieniach poprzednich gospodarzy, że zawsze jest się ich bezpośrednim uczestnikiem, ale pozostaje się świadomym, że to wspomnienia z innego życia. Teraz tak nie było... Czuł się raczej jak więzień, jak przymusowy obserwator.
Stuknęły drzwi. Erris rozpoznał w półmroku sylwetkę brata nonszalancko opartą o framugę.
- Krzyczałeś - poinformował. - Coś się stało?
Erris z trudem uspokoił rozedrgane nerwy, które jeszcze czuły żar płomieni. Ten ból był taki rzeczywisty...
- Koszmarny sen - odrzekł lekceważąco, starając się panować nad swoim głosem. - Zdarza się u nowo Wybranych.
- Wiem, czytałem - Sabre odkleił się od futryny i przysiadł na brzegu łóżka. Erris ledwo dostrzegał jego zatroskaną twarz. - Ale ciebie wybrał Winde.
- Ty też zaczynasz? - jęknął Erris i skrzywił się z niechęcią.
Sabre zachichotał.
- Masz już tego dosyć, co?
- Powiedzmy.
Sabre zaśmiał się cicho i poklepał go po ramieniu.
- Nie daj się stłamsić, braciszku - rzucił, zamykając drzwi.
Dopiero po jego wyjściu Erris pozwolił sobie na drżenie. Nie wiedzieć czemu, wydało mu się ważne, by nie okazać słabości przed własnym bratem. Zwlókł się jakoś z łóżka i choć uginały się pod nim nogi, doszedł do łazienki o własnych siłach. Tam zwymiotował do muszli klozetowej - po raz drugi tego wieczora.
Kiedy pochylił się nad umywalką, by przemyć twarz i przepłukać usta, przypadkowo spojrzał w lustro. Jednak to nie swoją twarz ujrzał w szklanej tafli. Przynajmniej tak mu się wydawało, gdyż nie sposób było rozpoznać rysów owej twarzy - była ona zupełnie spalona. Zniknęły włosy, brwi, rzęsy, powieki, skóra - pozostała jedynie maska pokryta bąblami i krwią, z której wyzierały zadziwiająco wyraziste srebrne oczy, pełne bólu i rozpaczy. Trwało to może jedno uderzenie serca, nie więcej. Potem Erris zmuszony był mrugnąć i senna mara zniknęła z jego lustra.
Tej nocy długo nie mógł zasnąć. Nie potrafił też wyrzucić z myśli tamtych srebrnych oczu.

Tydzień urlopu skończył się wreszcie i Erris z ulgą opuścił farmę. Dręczył go fakt, że nie czuł się zbyt dobrze w rodzinnym domu, wśród ludzi, którzy kochali jego i których on kochał. Przez cały czas miał się na baczności, żeby nie palnąć czegoś głupiego. Ojciec podniósłby wtedy palec i stwierdził: "A nie mówiłem?". Wyszło by na to, że Winde rzeczywiście jest szalony jak kapelusznik, a tego Erris by nie zniósł. Ponieważ znał prawdę. Zresztą - już nie mogli legalnie odebrać mu symbiontu, Winde musiałby go odrzucić. Po powrocie na statek Erris natychmiast zameldował się u dowódcy. Miał dość bezczynności. Chciał wracać do służby. Komandor oczywiście docenił jego zapał i skierował do oddziału ustawiającego olbrzymie lustra na orbicie planety. Erris rzucił się na pracę niczym wygłodniałe zwierzę, co zaskoczyło nawet jego samego.
Ustawianie zwierciadeł nie należało do zadań ani prostych, ani nudnych. Samo dostarczenie lustra na wyznaczone miejsce to była pestka. Kłopoty zaczynały się przy rozwijaniu spakowanej w zgrabną kostkę konstrukcji. Większa część operacji przebiegała w sposób automatyczny. Jednakże zaczepy mocujące miały dość przykry zwyczaj blokowania się i wówczas w całej konstrukcji występowały silne naprężenia. Pilot w kapsule zmuszony był ręcznie zwalniać zakleszczone zaczepy. Czynność ta wiązała się ze sporym ryzykiem, bowiem taki zaczep mógł w każdej chwili puścić samoczynnie, a wtedy... Cóż.
Jednak pomimo niebezpieczeństwa, ta praca musiała zostać wykonana. System zwierciadeł na orbicie miał za zadanie ogrzewać wybrane fragmenty planety i doprowadzić do uwolnienia gazów zgromadzonych w zmarzlinie tuż pod jej powierzchnią. W ten sposób na Al'attea miała powstać pierwotna atmosfera. Podobny proces przeprowadzono kilkaset lat wcześniej na Hegirze. Już od ponad stu lat mieszkali na niej ludzie, oddychając tlenem wytworzonym przez kolonie glonów. Technika poszła naprzód: to samo stanie się na Al'attea zaledwie za sto pięćdziesiąt lat.
Erris z radością rzucił się w wir obowiązków. Przerażające sny dręczyły go co noc, ale znalazł na nie sposób - małą, niebieską pastylkę. Koszmary natychmiast straciły na intensywności, a on mógł się wreszcie wyspać. Ponadto starał się utrzymywać stare znajomości - często wyrywał się z holownika razem z chłopakami i lecieli pohulać na stację Xenox, orbitującą wokół Hegiry. Znalazł sobie przyjaciółkę - pracowała w nawigacji i jej też nie interesował trwały związek.
Pastylki wkrótce przestały działać. Raz obudził się z bliznami po oparzeniach, które w przedziwny sposób zniknęły po kwadransie. Innym razem czuł w swojej kabinie wyraźną woń spalonej skóry i włosów. Aż w końcu, kiedy myślał, że więcej tego nie wytrzyma, zdarzyło się coś, czego chyba podświadomie oczekiwał od jakiegoś czasu.
Akurat pracował przy zwierciadle. Trafiła mu się naprawdę wredna sztuka - zaczepy blokowały się bez przerwy, a cała konstrukcja, na wpół rozłożona, trzeszczała złowrogo od wewnętrznych naprężeń, grożąc rozpadem. Erris nie nadążał z usuwaniem usterek, dwoił się i troił zwalniając oporne mechanizmy z ich łożysk i klnąc w duchu konstruktora.
W silnikach jego kapsuły wkrótce zabrakło paliwa i zdecydował, że czas wracać na holownik. Poinformował przez radio dyżurnego oficera o swoim zamiarze, po czym włączył silniczki kapsuły, by oddalić się na bezpieczną odległość od lustra. Wiedział, że w tej chwili z pokładu startuje już jego zmiennik, w takiej samej kapsule, lecz z pełnymi zbiornikami.
Nagle błysnęło. I to tam, gdzie nie powinno być żadnych błysków. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się holownik, a teraz wirowała bezładna chmura szczątków. W Errisie wzięło górę szkolenie - włączył silniki na pełną moc i skierował dysze w przeciwnym kierunku. Niemal obojętnie i całkowicie automatycznie zarejestrował drugą strefę szczątków w miejscu rozwijanego zwierciadła. Totalna destrukcja.
Mimo maksymalnego ciągu kapsuła nie zdołała wydostać się z zasięgu rażenia rozprzestrzeniających się fragmentów holownika. Kilka z nich walnęło w delikatnie poszycie i rozerwało je na strzępy, krusząc bąbel atmosfery wewnątrz pojazdu. Jeden z odłamków pechowo uderzył w zbiornik paliwa - był on niemal pusty, lecz opary paliwa wystarczyły, by większa część kapsuły eksplodowała, definitywnie kończąc jej żywot.
Erris stracił przytomność zanim jeszcze zdążył się przestraszyć, że nie będzie miał czym oddychać.

Znowu miał ten sen. Patrzył na spaloną twarz, z której tym razem wyzierały jego własne, tchnące przerażeniem oczy. To on był tą twarzą, czerwoną od krwi gotującej się od straszliwego gorąca, pokrytą bąblami, z których obficie wyciekała limfa, patrzył przez oczy, które nie miały powiek. Chciał krzyknąć, wrzasnąć głośno z bólu, ale nie miał warg, ani języka, by to uczynić. Ból był wszędzie, powolny jak śmierć, palił, rozrywał, ćwiartował na sztuki, ciął jak nożem...
I wtedy zobaczył nad sobą znajome srebrne oczy. Mówiły: spokój, spokój, a ból odpływał, stając się ledwie cieniem dawnego odczucia, stając się wspomnieniem. Uszkodzona tkanka odbudowywała się pod wpływem kojącego spojrzenia, aż nie pozostała nawet blizna. Odzyskał powieki, usta i język, i dzięki temu mógł wreszcie krzyknąć z bólu i zapłakać. Spokój, spokój, cisza...

Erris siedział na łóżku i patrzył ponuro w ścianę naprzeciwko. Obok jęczał jakiś chorąży z maszynowni, któremu doktor zamierzał usunąć ząb. Errisa napakowali taką ilością środków przeciwbólowych, że pewnie powaliłaby nawet reyytha. Nie miał jednak zamiaru protestować.
- Miał pan dużo szczęścia - poinformował go doktor Tyall, kiedy wybudził go po operacji. - Złamane obie kończyny dolne, skomplikowane złamanie lewego ramienia, połamane żebra. Symbiontowi nic się nie stało, może być pan spokojny, poruczniku. Stopniowo, z fragmentów, dowiedział się wszystkiego o wypadku.
Kiedy tylko holownik zniknął z ekranów, ruszyła akcja ratunkowa ze stacji Xenox. Część wraku weszła w atmosferę, więc jeden zespół wylądował na Al'attea, a drugi przeszukiwał szczątki pozostałe na orbicie okołoplanetarnej. Ci ostatni odnaleźli tylko jednego żywego członka załogi - Errisa. Radiolatarnia w jego skafandrze bez przerwy nadawała rozpaczliwe sygnały, choć kapsuła była doszczętnie zniszczona, a wybuch o mało co nie rozerwał samego skafandra i nie uszkodził baterii. Natomiast zespół na planecie natknął się na szczątki holownika i jeszcze jednego statku, o którym było wiadomo, że nie pochodził z tego układu. Erris wiedział doskonale, że najbliższe gwiezdne systemy, jeśli już posiadały planety, to były one tak niegościnne, że nie dawały szansy jakiemukolwiek życiu. Kilka z nich było w stadium terraformowania, ale miną jeszcze lata, zanim będą mogli na nich zamieszkać ludzie.
A jednak skądś się brały wraki statków, na które od czasu do czasu natykała się Straż w dalekiej przestrzeni. Niektóre odnajdywano nawet na planetach wewnętrznych układu Blantyre. Ostatnia taka sensacja miała miejsce zaledwie kilka lat temu, kiedy odnaleziono statek skuty lodem na południowym biegunie Hegiry. Na pokładzie znaleziono doskonale zachowane ciała jakichś obcych form życia. Tłumaczenie zawartych w komputerach ocalałych danych nie dało żadnych rezultatów - były to prawdopodobnie jakieś informacje techniczne.
Gdzieś daleko niewątpliwie istniały inteligentne cywilizacje. Musiało to jednak być bardzo daleko, skoro żadna z nich do tej pory nie odpowiedziała na sygnały. Zanosiło się wszakże na przełom w tej kwestii. W rozbitym wraku obcego statku na Al'attea znaleziono żywą istotę. Natychmiast przetransportowano ją na stację i umieszczono w izolatce w ambulatorium.
Errisa od początku coś ciągnęło w tamtym kierunku, uparcie zwracało na siebie uwagę. Ale doktor Tyall dopiero po tygodniu pozwolił mu wstawać z łóżka i rozpocząć rehabilitację. Połamane kości goiły się zgodnie z oczekiwaniami, więc Erris mógł odbywać krótkie spacery - najpierw po ambulatorium, a potem po estakadzie.
Ze swojego łóżka Erris miał doskonały widok na izolatkę. Wiedział, że doktor przesiaduje tam w wolnym czasie. W odwiedziny przyszedł również dowódca stacji, porucznik Ardwight. Zajrzał do izolatki tylko na chwilę. Kilka dni później zjawiła się grupka naukowców. Nie bez zaskoczenia Erris dostrzegł wśród nich profesora Kaernaniego, którego rozsławiło odnalezienie wraku na Hegirze, oraz profesorowie Lloreli i Buc'caa. Wszyscy oni zajmowali się kwestią obcych cywilizacji. Jak tylko weszli, rozległy się ich podniecone głosy.
Erris nie wytrzymał. Zsunął się z łóżka i powoli podszedł do drzwi izolatki. Nikt go nie zatrzymywał - zresztą, nie było po co. Przesunął się ostrożnie za plecami naukowców i stanął jak wryty.
Pośrodku łóżka mieniła się opalizującym srebrem kałuża jakiegoś amebowatego stworzenia, które bez przerwy tworzyło różnego rodzaju wypustki.
- To nie może być istota inteligentna - stwierdził Kaernani kategorycznie, przeglądając wyniki skanów medycznych. - To nawet nie ma mózgu!
- Możemy z dużą dozą pewności przyjąć, że istoty tego gatunku nie mogą raczej stworzyć trwałej cywilizacji technicznej - zgodził się Lloreli.
- Może to maskotka członków załogi? - zasugerował Buc'caa, przyglądając się uważnie wypustkom. - Takie zwierzątko domowe? Popatrzcie na te kształty, uparcie chce coś naśladować, imitować.
Erris przysłuchiwał się im z niedowierzaniem. Czy tylko on to czuł? Niezwykle silną falę spokoju i wyciszenia... ale i pewności. Absolutnej pewności.
- Mylicie się - powiedział cicho.
Naukowcy zamilkli raptownie, jakby zaskoczeni, że ktoś nie związany z ich środowiskiem ośmiela się wyrażać swoje zdanie podczas dyskusji.
- Kim pan jest? - spytał Kaernani obcesowo, gniewnie marszcząc brwi.
Erris nie odpowiedział. Podszedł do łóżka i przyjrzał się leżącemu na nim stworzeniu.
- Ono poszukuje kształtu, na którym mogłoby się oprzeć - powiedział, po czym dotknął jednej z wypustek, do złudzenia przypominającej ludzką dłoń.
- Niech pan tego nie robi! - krzyknął Buc'caa ostrzegawczo.
Ale Erris go nie posłuchał. Wypustka owinęła się wokół jego dłoni, jakby ją badała. Inna dotknęła jego torsu, inna twarzy, przesuwając się po oczach, nosie, ustach. Zupełnie jakby owa tajemnicza istota uczyła się ludzkiego ciała. Dotknięcie nie było nieprzyjemne: wypustki były gładkie, ciepłe i zadziwiająco delikatne. Po chwili wszystkie się cofnęły, a kształt stworzenia zaczął się różnicować.
Naukowcy i Erris patrzyli zafascynowani. Powierzchnia amebowatej kałuży stała się najpierw zupełnie gładka i lśniąca niczym lustro, potem wyciągnęła się, tworząc załamania i wypukłości. Przez chwilę wydawało się, że przybierze kształt dorosłego mężczyzny, ale niespodziewanie uformowała się w postać dziesięcioletniego najwyżej chłopca o kruczoczarnych włosach. Na jego ciele, zwiniętym w pozycji embrionalnej, nie było żadnych widocznych znamion tego, że ledwie tydzień temu uczestniczył w katastrofie dwóch statków. Żadnych ran, oparzeń, złamań, nawet jednego otarcia. Jego skóra była za to niezwykle jasna, niemal biała - Erris nigdy jeszcze nigdy nie widział kogoś o takiej karnacji.
Minęła dłuższa chwila, zanim chłopiec w końcu poruszył się i uniósł powieki, ocienione długimi rzęsami. Erris ze świstem wciągnął powietrze - srebrne oczy! Ten sen, który prześladował go od wielu tygodni... a więc to prawda...
Ich spojrzenia spotkały się. Erris poczuł się uwięziony, spętany tym spojrzeniem. Aż ścisnęło go w dołku z wrażenia.
- Gdzie jestem? - spytał obcy w jakimś dziwnym języku, który o dziwo, brzmiał dla Errisa znajomo.
- Jesteś bezpieczny - odparł odruchowo. - Odpoczywaj.
Chłopiec zawahał się lekko, po czym przymknął oczy. Po chwili jego pierś uniosła się w spokojnym oddechu. Erris nachylił się i nakrył go kocem.
Kaernani nie wytrzymał. Podszedł do Errisa i stanął nad nim z gniewnie zmarszczonymi brwiami. Z boku wyglądało to bardzo zabawnie, gdyż profesor był sporo niższy od porucznika.
- Kim pan jest, u diabła, i co pana wiąże z tą... tym obcym!?
- Nazywam się Winde - przedstawił się spokojnie Erris.
W oczach tamtego pojawił się cień zrozumienia, ale jednocześnie nie skrywanej pogardy.
- Winde! Tutaj! - syknął. - Tego tylko brakowało!
Erris z trudem powstrzymał się od wybuchu. Ten Kaernani był równie irytujący jak stado wściekłych os ziemnych.
- Tyrandis od dawna nie żyje - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Chcę panom oznajmić, że tylko ja znam język obcego. Beze mnie się z nim nie porozumiecie.
Buc'caa i Lloreli byli bardziej skorzy do współpracy i nie mieli uprzedzeń do Windego - w przeciwieństwie do Kaernaniego. Ten, obrażony, poszedł prosto do dowódcy stacji. Porucznik wysłuchał obu stron, po czym skontaktował się ze swoimi przełożonymi. Ci zdecydowali, by porucznik Erris Winde chwilowo służył naukowcom za tłumacza. Obcy miał od tej chwili znajdować się pod jego bezpośrednią opieką, jako że porucznik Winde miał chwilowo najwyższe kwalifikacje do tego zadania. Na ten okres miał otrzymać specjalne uprawnienia i regularnie składać raporty naukowcom.
Kaernani był wściekły. Zwłaszcza, kiedy usłyszał o tych "wyższych kwalifikacjach". Uważał siebie za autorytet w sprawach obcych i nie mógł znieść, że ktoś nie związany z tą dziedziną badań, zajmuje wyższą pozycję od niego. Był po prostu zazdrosny, choć, oczywiście, za nic by się do tego nie przyznał.
Errisa mało obchodziło zamieszanie wokół jego osoby. Przez cały czas siedział przy chłopcu, który spał przez całą dobę. Kaernani nie odczepił się - siedział w kącie izolatki i zawzięcie gryzmolił coś w swoim notesie. Przynajmniej nie przeszkadzał. Erris starał się nie zwracać na niego uwagi.
Chłopiec obudził się wieczorem. Nagle zmieniła się częstotliwość i głębokość jego oddechu, a potem powoli otworzył oczy. Przez chwilę patrzył w sufit, jakby próbował zorientować się, gdzie się znajduje. Potem skierował wzrok na Errisa.
Srebrne oczy z całą siłą wwierciły się w brązowe.
Erris nie odwrócił wzroku - nie mógłby tego zrobić, nawet gdyby chciał. Wiedział, że to byłby błąd. Te niezwykłe oczy uwięziły go, sprawiły, że wszechświat przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Zatracił się w tym spojrzeniu, zapomniał... I kiedy myślał już, że więcej nie zniesie - chłopiec znów popatrzył w sufit. Erris znów był sobą. Znów sobą. Ale co to znaczyło? A tak, to ja, Erris Winde. Erris Winde. To ja.
Powrócił do rzeczywistości ciężko łapiąc oddech. Znów patrzył na niego chłopiec o srebrnych oczach, a nie wiekowa istota biologicznie tak różna, a jednocześnie tak bliska jego duszy.
- Kim ty jesteś? - szepnął Erris z niedowierzaniem.
Oczy chłopca stały się nieobecne.
- Nie pamiętam - odparł po chwili, starannie dobierając słowa, jakby dopiero uczył się mówić. - Pamiętam... pamiętam ogień - popatrzył na Errisa. - I to dziwne, ale pamiętam ciebie.
Erris był zaskoczony obojętnością chłopaka. Najwyraźniej nie przejął się faktem, że stracił pamięć. Żadnej reakcji: ani strachu, ani niepewności, ani zdziwienia, ani żadnej próby przypomnienia sobie czegokolwiek z przeszłości. Jedynie proste stwierdzenie faktu. Nie tak zachowują się dziesięcioletni chłopcy.
- Nie jesteś człowiekiem - stwierdził Erris po dłuższej chwili.
Chłopiec wzruszył ramionami i skrzywił się, jakby temat nie był dla niego zbyt interesujący.
- Ty też nie jesteś człowiekiem.
Erris podniósł nań zaskoczone spojrzenie.
- Skąd wiesz?
Obcy wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Czuję to.
- Ale masz rację, oczywiście. Nie jestem człowiekiem - Errisa ucieszyło choćby równie nikłe zainteresowanie z jego strony. - Nazywam się Erris Winde. Mam się tobą opiekować.
- Czy potrzebuję opieki? - chłopiec uniósł brwi.
- Wielu ludzi uważa, że tak.
Zapadła cisza, w której słychać było tylko ich ciche oddechy i sapanie Kaernaniego.
- Była katastrofa... tak? - odezwał się obcy w końcu. W jego głosie brzmiało napięcie i Erris nadstawił uszu. - Był tam ktoś jeszcze?
- Na twoim statku znaleźliśmy kilka ciał. Ale to byli kosmici. - Nie wspomniał, że na holowniku było mnóstwo ofiar śmiertelnych. Ta wiedza na pewno nie pomogłaby temu dziecku. - To dobrze czy źle?
- Nie wiem - przyznał i chyba naprawdę nie wiedział. Popatrzył na Kaernaniego i spytał ściszonym głosem: - Kim on jest?
- On nie rozumie twojego języka, nie obawiaj się - uspokoił go Erris. - Jest naukowcem.
Chłopiec uniósł brwi.
- Naukowcem? Czy to ja jestem obiektem jego badań?
Erris nie był właściwie zaskoczony jego przenikliwością.
- Jesteś obcą istotą - wyjaśnił. - Pierwszą żywą obcą istotą, jaka pojawiła się w naszym systemie planetarnym - uzupełnił.
- Nie rozumiem. Połowa galaktyki jest zamieszkana - zdziwił się, unosząc brwi.
- Najwyraźniej my znajdujemy się w tej drugiej połowie. Od zawsze znajdowaliśmy wraki, ale nie wiedzieliśmy skąd pochodziły. Zdajemy sobie sprawę, że ktoś gdzieś tam jest, nie wiemy tylko kto i jak daleko.
- A teraz pojawiłem się ja - dokończył chłopiec. - Spodziewam się, że wasi naukowcy wpadli w euforię - stwierdził sucho. Nie podobała mu się rola królika doświadczalnego. Nagle zainteresowało go coś innego. - A ty? Właściwie skąd znasz mój język, skoro nawet ci wasi naukowcy go nie znają?
Erris wzruszył ramionami.
- Nie jestem pewien.
Wspomnienie było odległe, zatarte przez czas. Z trudem udawało mu się wydobyć jakieś chwilowe rozbłyski, ale nic z nich nie wynikało. Jednak słowa płynęły gładko, niemal tak płynnie, jakby uczył się ich od dzieciństwa.
Chłopiec przyjął do wiadomości taką odpowiedź, ale natychmiast zadał kolejne pytanie:
- Co zamierzacie ze mną zrobić?
- Nie jesteś więźniem.
- Och. Czy w takim razie dostanę ubranie?
- Oczywiście. Wybacz, że do tej pory o tym nie pomyślałem - Erris odwrócił się do Kaernaniego. - On prosi o ubranie. Mógłby pan to załatwić?
Kaernani wstał sztywno, rzucił im obu niepochlebne spojrzenie i wyszedł.
- Znasz swoje imię? - spytał Erris, gdy tylko drzwi zamknęły się za profesorem. Chłopiec potrząsnął głową przecząco. - Musimy ci jakieś nadać - zastanowił się. - Co powiesz na Sanjay?
- Sanjay - powtórzył chłopiec, jakby smakując to słowo. - Ono coś znaczy?
- W moim języku tak określa się tak przybysza, gościa z daleka.
- Ciekawe - wzruszył ramionami. - Może być.
Erris miał wrażenie, że w ten sam sposób zareagowałby na każde inne imię, jakie by dla niego wymyślił. Mimo to starał się nie okazywać rozczarowania.

- Nie ma sensu go tu trzymać - powiedział Erris na zebraniu w gabinecie dowódcy stacji, na którym oczywiście nie zabrakło Kaernaniego. - Nic nie pamięta.
- Co to ma znaczyć? - Kaernani do tej pory siedział w miarę spokojnie jak na niego, ale teraz zerwał się z miejsca. Erris nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi, co jeszcze bardziej rozwścieczyło profesora.
- Nie wiem, co ten chłopiec przeżył, ale szok musiał być traumatyczny.
- Czy jest szansa, że cokolwiek sobie przypomni? - porucznik zerknął na wzburzonego profesora i spojrzeniem nakazał mu milczenie.
- Szansa istnieje, oczywiście - przytaknął Erris. - Ale to może potrwać.
Porucznik Ardwight zastanawiał się przez chwilę.
- Dobrze, ma pan zgodę, poruczniku Winde. Proszę się nim dobrze opiekować.
- Tak jest, sir.
Erris nawet nie starał się ukryć ulgi, jaka brzmiała w jego głosie. Osiągnął to, co chciał, ale i tak czuł się jak zdrajca. Technicznie rzecz biorąc, nie okłamał Ardwighta - po prostu nie powiedział mu całej prawdy. Nie wspomniał ani słowem, że chłopiec jest kimś więcej, niż wskazywałby na to jego niewinny wygląd. Nie przyznał się, że w jakiś niewytłumaczalny sposób był związany z tą obcą, niezwykłą istotą. Nie powiedział, że chłopca otacza przedziwna aura, która najwyraźniej działała tylko na niego samego.
Jednakże pomimo wszystko Erris cieszył się, że pozwolono mu zabrać Sanjaya ze stacji. Wiedział - nie, nie wiedział - po prostu czuł, że stacja Xenox nie była odpowiednim dlań miejscem. Poza tym naukowcy w rodzaju Kaernaniego zadręczaliby tylko chłopca setkami pytań, na które nie znał on odpowiedzi. Erris musiał go zabrać jak najdalej stąd.
Sanjay nie okazał żadnych emocji, kiedy dowiedział się, że opuszcza stację. Nie powiedział ani słowa przez cały lot na Neyya. Prywatny śmigacz zawiózł ich z kosmodromu do miasta, a potem na wieś, do rodzinnego domu Errisa. Dopiero wtedy Sanjay okazał zainteresowanie podróżą. Wyglądał przez okno na przesuwające się za szybą pola, sady i gospodarstwa. Znowu tutaj wracam, pomyślał Erris z niemałym zdziwieniem. Zaledwie miesiąc temu dałbym wszystko, byle wyrwać się wreszcie z farmy.
- Podoba mi się - oznajmił Sanjay niespodziewanie i uśmiechnął się niepewnie.
Erris odpowiedział uśmiechem. A więc to jednak nie był taki zły pomysł.

Żyła w ciemności. Ciemność była dookoła, a także w niej samej. Była ciemnością. Karmiła się nią, jak chlebem.
Nie była nieśmiertelna, choć nie pamiętała swoich narodzin - ani jednych, ani drugich. Nie pamiętała nawet, że rodziła się dwukrotnie. Nie pamiętała swego imienia, które nosiła kiedyś... przed czymś... Nie pamiętała. Czy kiedykolwiek miała jakieś imię? Czas nie miał dla niej znaczenia. Można by rzec, że żyła poza nim. Swego istnienia nie rozpatrywała nigdy pod kątem "ja" - "ja" żyję, "ja" mieszkam w czeluściach jaskiń, "ja" jestem Mówiącą. Po prostu: żyła, mieszkała, była - trwała. Ludzie przychodzili i odchodzili, zadawali pytania, ona odpowiadała, jeśli tylko znała odpowiedź. Trwanie przez wieczność.
Nigdy nie myślała, że kiedyś umrze. Nie pamiętała nawet, czym dla ludzi jest śmierć. Nie znała takiego wyrażenia - ci, wśród których żyła nigdy nie umierali. Zwykłe, niezrozumiałe słowo.
Nigdy nie była samotna. Ludzie nie byli dla niej towarzystwem, chociaż podejrzewała kiedyś, że dawno temu była jedną z nich. Był to absurdalny pomysł, ale bawiła się nim trochę - ot, tak sobie. Nie czuła przecież z nimi żadnej więzi. Nic ją z nimi nie łączyło, z wyjątkiem ich rzadkich wizyt. Nie, jej rodzina pływała w zbiorniku odżywczej cieczy, rozciągającym się pod miliardami ton skał. I ona pływała razem z nimi, przyswajała związki organiczne przez skórę - jak oni. Rozumiała ich myśli znacznie lepiej, niż swoje własne. Pamiętała wszystko, czego się od nich dowiedziała. Znała ich najskrytsze tajemnice, a oni jej ufali.
Czekała. Od jakiegoś czasu czuła, że przyjdzie - dawno nie widziany przyjaciel, brat, syn. Ogrom myśli i wspomnień. Czekała. Czas dłużył się jej, choć nie znała tego pojęcia. Niecierpliwiła się, choć nie potrafiłaby określić swego stanu tak dobitnie.

Po poważnej rozmowie z rodzicami Erris zabrał Sanjaya do starej chaty w lesie. Spędzili tam cały miesiąc, a Hannes od czasu do czasu dowoził im zapasy. Nikt ich nie niepokoił, chociaż starszy pan Vell obawiał się nieco najazdu hordy żądnych sensacji dziennikarzy. Erris obiecał mu, że stawi się na ślubie Sabre'a bez względu na to, co się wydarzy.
Miesiąc minął szybko. Za szybko. Przez cały ten czas Erris starał się przełamać rezerwę swego podopiecznego. Był zadowolony, że przynajmniej częściowo mu się to udało. Ale tylko częściowo. Pomimo wysiłków nie udało mu się przekroczyć pewnej granicy. Wyglądało to tak, jakby chłopiec świadomie nie dopuszczał go bliżej. Erris nie znał przyczyny takiego stanu. Podejrzewał, że gdyby ją poznał, wszystko poszłoby szybciej, lepiej. Ale wiedział, że przyspieszanie czegokolwiek na siłę mogło się okazać fatalne w skutkach. A więc czekał.
Mimo to postępy były wyraźne. Sanjay interesował się wszystkim, co dotyczyło planety i zamieszkujących ją ludzi. Zaintrygowali go Wybrani i symbionty. Z jakiegoś powodu proces wyboru wydał mu się nienaturalny.
- Wiec to Komisja ocenia, kto się nadaje? - spytał z niedowierzaniem w głosie.
- Oczywiście. Takie jest prawo - Erris wzruszył ramionami. - Nie każdy może zostać gospodarzem.
- Czy nie powinien o tym decydować sam symbiont?
Erris parsknął.
- One nie są inteligentne! Ich zadanie polega jedynie na magazynowaniu wspomnień kolejnych gospodarzy!
Albo ten epizod w lesie. Jeszcze teraz na samo wspomnienie Errisowi przechodziły ciarki po grzbiecie. Akurat przygotowywał posiłek, mając oko na Sanjaya spacerującego wśród drzew niedaleko chaty. Nagle zamarł, kiedy spostrzegł, że z drugiej strony skrada się wielki reyytha. Jego długie szablaste zęby skrzyżowane ponad tępo zakończonym pyskiem świadczyły o tym, że był to stary samiec. Erris drżącymi rękami pochwycił strzelbę ze ściany i z trudem wcisnął kilka nabojów do komory.
Ale kiedy wypadł z chaty z bronią gotową do strzału, stanął jak wryty, zapominając nagle o wszystkim innym. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Reyyth, najdziksze i najgroźniejsze drapieżne zwierzę na planecie, nie dające się chwytać, oswajać, ani hodować, w żaden sposób nie ulegające wpływom człowieka - to właśnie zwierzę łasiło się do jedenastoletniego chłopca niczym domowy pieszczoszek.
Przyjęcie weselne Sabre'a odbywało się w ogrodzie, pośród stuletnich palm eeva. Erris stał z kieliszkiem w dłoni i z pewnej odległości obserwował Sanjaya, jak zachowuje się wśród gości weselnych. Śmiał się. Rozmawiał z Jace'em i Hannesem i śmiał się razem z nimi.
Niewiarygodne.
Erris bardzo chciał pomóc temu dziecku. Ale nie wiedział nawet, jak się do tego zabrać. Pobyt w lesie pomógł, oczywiście, ale tylko połowicznie. Odnosił wrażenie, że rozwiązanie kryje się bardzo blisko, tuż pod powierzchnią, w zasięgu ręki - tylko wyciągnąć dłoń. Jednak wciąż mu się wymykało, nie dawało się objąć świadomością.
Westchnął ciężko, czując że zaczyna boleć go głowa. Przeprosił swoich rozmówców - jakieś nudne małżeństwo z Kerri'ane - i poszedł do kuchni. Przy stole siedział ojciec i popijał swoją ulubioną nalewkę. Na widok syna wyjął z szafki dodatkowe naczynie i nalał do pełna.
- Napij się, Erris. W końcu mamy wielkie rodzinne święto - powiedział serdecznie. - Taka okazja nie nadarzy się teraz za szybko. Erris skrzywił się.
- Nie będę pił - oparł ociężałą nagle głowę na dłoniach. - Za kilka dni przyjeżdża Kaernani, żeby sprawdzić postępy. Nie muszę ci chyba mówić, że ten sęp tylko czeka, żeby dostać Sanjaya w swoje ręce.
- Co chce z nim zrobić? - Vell senior łyknął nalewki. - Przecież nawet się z nim nie dogada!
- Jemu nie chodzi o rozmowę - odrzekł z naciskiem Erris, a ojciec uniósł brwi. - Kaernani wie, że chłopak jest zmiennokształtny - wstał i nalał wody do szklanki. - Chyba przeceniłem własne siły.
- Bzdura! - zaprzeczył ojciec z powagą. - Nie doceniasz sam siebie, synu, ot co...
Przemowę obliczoną na podniesienie Errisa na duchu przerwał mu brzęk tłuczonego szkła. Odwrócił się zaskoczony i z przerażeniem ujrzał, jak jego syn z głuchym jękiem osuwa się na podłogę wprost w kałużę rozlanej wody i potłuczonego szkła. Natychmiast zerwał się od stołu i pochylił nad nim z troską.
- Erris? Erris, moje dziecko, co ci jest?
Minęła dłuższa chwila, zanim młody mężczyzna drgnął i otworzył oczy, krzywiąc się z bólu. Z jego nosa i uszu popłynęły cieniutkie strużki krwi.
- Chyba nic mi nie jest - poruszył głową i jęknął. Wstał z wysiłkiem, opierając się na ramieniu ojca, po czym ruszył do drzwi. - Sanjay!
Chwiejnie wybiegł do ogrodu. Pod jednym z kolorowych namiotów już uczyniło się zbiegowisko. Chłopiec leżał na trawniku bez życia, a tuż nad nim pochylali się dwaj młodsi bracia Errisa. Jace pognał po pomoc. Ojciec bez słowa wziął Sanjaya na ręce i zaniósł do jednego z wolnych pokoi na parterze, układając jego bezwładne ciało na sofie.
Anry płakał. Ojciec przytulił go i spytał delikatnie:
- Co tam się stało?
- Nnie wiem! - zaszlochał Anry, a wystraszony Hannes pokiwał energicznie głową. - Rozmawialiśmy, a on upadł... i zaczęła mu lecieć kreeew! - rozbeczał się na dobre.
- Spytałem go o jego rodziców - dodał Hannes. - Przepraszam, Erris. Nie wiedziałem, że nie powinienem...
- Nic się nie stało. Każdy może zemdleć od czasu do czasu - Erris popatrzył nań uspokajająco. - Idźcie do gości. Ja z nim zostanę. Anry pociągając nosem dał się w końcu przekonać. Hannes rzucił Errisowi jeszcze jedno błagalno - przepraszające spojrzenie, po czym wyszedł za ojcem, starannie zamykając za sobą drzwi.
Sanjay wciąż nie odzyskiwał przytomności. Erris mógłby się założyć o cokolwiek, że oba omdlenia nastąpiły dokładnie w tym samym czasie. Ale co je spowodowało? Czyżby tylko nieopatrzna wzmianka o rodzicach? Erris otarł krew z twarzy chłopca. Dopiero wtedy zauważył, że i on krwawi.
To tylko potwierdzało jego podejrzenia.
Wiedział, na czym polega utrata pamięci. Traumatyczne przeżycie może zepchnąć bolesne wspomnienia głęboko w podświadomość. Silny wstrząs może je wydobyć z powrotem. Ale Sanjay nie ograniczył się jedynie do odepchnięcia niechcianych wspomnień. On je wyrzucił. Dosłownie. Usunął ze swojego umysłu, wykasował. Z tym, że nie mógł wywalić ich w próżnię - jedynie do innego umysłu. Umysłu Errisa Winde, dostatecznie pojemnego, by pomieścił dodatkowe dane, choć były na tyle obce, że nie potrafił ich zinterpretować.
To miało sens.
Teraz Erris wiedział, dlaczego od samego początku miał poczucie więzi z tym chłopcem. A kiedy jego bracia spytali Sanjaya o rodzinę... Wyglądało na to, że przez moment - krótką chwilę, ułamek sekundy - zapragnął on odzyskać wspomnienia. Nie mógł ich odnaleźć we własnym okaleczonym umyśle, więc sięgnął do tego, który już znał. W rezultacie obaj stracili przytomność.
- Winde! - Sanjay otworzył nagle oczy i rozejrzał się wokół w panice. Uspokoił się wyraźnie na widok Errisa. - Co się stało?
Erris usiadł obok niego.
- Nie jestem pewien - odparł ostrożnie. - Wydaje mi się, że próbowałeś odzyskać pamięć, ale niezbyt dobrze ci to wyszło - chłopiec nie potwierdził, ale i nie zaprzeczył. Erris czuł instynktownie, że poszedł dobrą drogą. - Chcesz tego, prawda?
W oczach Sanjaya pojawiły się łzy. Erris jeszcze nie widział u niego tak silnych emocji. Jakby chłopiec panował nad swoimi uczuciami do tego stopnia, że nie nic nie mogło się wymknąć spod jego kontroli.
- Boję się - szepnął. - Boję się, że nie zniosę prawdy. Boję się tego, co mogę sobie przypomnieć.
- Z pewnością - przytaknął Erris łagodnym głosem. - Każdy by się bał. Ja na pewno. Pytanie, czy masz dość odwagi, by skonfrontować swoje wspomnienia - chłopiec nie odpowiedział. - Posłuchaj, zdaję sobie sprawę, że to co przeżyłeś musiało być okropne, ale z pewnością nie wszystko. Zastanów się.
Sanjay zmarszczył brwi.
- Twój brat spytał mnie o moją matkę... - powiedział w końcu cicho. - To chyba było dobre wspomnienie.
- A więc, czy chciałbyś je odzyskać?
Zawahał się.
- Chyba tak - zacisnął dłonie w pięści, aż paznokcie wbiły się w skórę, pozostawiając na niej półkoliste czerwone ślady. - Tak, chcę - dodał bardziej zdecydowanie. - Ale nie wiem, jak tego dokonać.
- Ja chyba wiem - przyznał Erris. - Znam kogoś, kto będzie mógł nam w tym pomóc. Pojedziemy tam jutro. Teraz musisz odpocząć.

Jaskinie Onsetrine nie zmieniły się ani trochę, odkąd Erris został gospodarzem. Trwały niezmiennie od tysięcy lat - trudno wobec tego, by jakaś istotna zmiana nastąpiła w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Czuł się dziwnie powracając w to miejsce tak szybko. Oczywiście, przed wejściem nikogo nie było, jak zwykle zresztą. Erris pomógł Sanjayowi wysiąść ze śmigacza - chłopiec wciąż nieco niepewnie stał na własnych nogach po wydarzeniach poprzedniego dnia. Sanjay rozejrzał się ciekawie dookoła. Co on widzi, zastanawiał się Erris, podążając spojrzeniem za jego wzrokiem. Czy tylko wielką puszczę i zwałowisko kamienia tuż przed nimi? Czy też coś znacznie więcej: ciepło drążące skałę i dające puszczy życie?
- Miejmy to już za sobą - odezwał się Sanjay cicho.

Strażnicy z uwagą wysłuchali Errisa. W pierwszej chwili byli przerażeni, ale jakoś ich przekonał do swojego pomysłu.
- Winde jest bardzo stary, sami to przyznacie. W jego umyśle zamkniętych jest wiele drzwi. Muszę dotrzeć do jego najwcześniejszych wspomnień. Ja to wytrzymam, on też.
- To niebezpieczne - stwierdził jeden ze Strażników.
- Pozostawianie obcych wspomnień w umyśle symbionta też jest niebezpieczne. Trzeba je stamtąd usunąć i chcę się dowiedzieć, jak tego dokonać.
Strażnicy popatrzyli na siebie porozumiewawczo.
- To, czego możesz się dowiedzieć, musisz zachować wyłącznie dla siebie. Utrzymanie tajemnicy jest bardzo ważne.
- To, czego się mogę dowiedzieć?...
- Inaczej twój symbiont cię zabije. Winde jest do tego zdolny. Już raz to zrobił.
Erris pobladł.
- Tyrandis - jego głos lekko zadrżał.
- Tyrandis przypadkowo dowiedział się za wiele, a co gorsza zaczął rozpowszechniać tę wiedzę. Został uznany za szaleńca, a Winde go odrzucił. Ciebie może spotkać to samo.
Erris opanował się.
- Jestem oficerem floty. Nie kłapię ozorem bez potrzeby. Gdyby tak nie było, Winde nigdy by mnie nie wybrał.
- Ryzyko jest duże.
- Podejmuję je każdego dnia, wychodząc w otwartą przestrzeń. Nie mówcie mi o ryzyku. Chcę ocalić symbionta i tamtego chłopca. Oboje mogą zginąć, jeśli tego nie zrobię.
- Rozumiemy twoje pobudki. Chcieliśmy, byś i ty zrozumiał.
Erris pojął sens tej rozmowy. Stawiał na szali swoje życie. Albo się nie uda i umrze, albo się uda i symbiont go odrzuci. Rozmowa była o tym, czy jest w stanie aż tak zaryzykować.
- Zaczynajmy.

Znowu był sam. Strażnicy doprowadzili go tylko do pewnego miejsca i zostawili w ciemnym korytarzu, wskazując jedynie ogólny kierunek, w którym powinien się udać. Zabrali latarnie. Erris czuł się równie niepewnie, jak wtedy, gdy był zaledwie kandydatem na gospodarza.
Zrobił kilka kroków do przodu, ostrożnie stawiając stopy i starając się przebić wzrokiem ciemności. Wkrótce udało mu dostrzec słabą poświatę. Ruszył w jej kierunku. To było dziwne - szedł i szedł, a źródło światła wciąż znajdowało się daleko przed nim. W końcu wędrówka ciemnym korytarzem, pełnym wystających skał zakończyła się niespodziewanie z niewielkiej grocie, skąpo oświetlonej dwoma lampami, umieszczonymi wprost na skalistym podłożu.
- To ty, Winde?
Erris drgnął. Głos dochodził z najciemniejszego kąta, do którego nie docierał słaby blask latarń. Nawet po dłuższym wpatrywaniu się w to miejsce, nie był w stanie dostrzec najmniejszego nawet ruchu.
- Wejdź, nie krępuj się - ponaglił głos, drżąc starczym rozbawieniem. - Nigdy przecież nie byłeś nieśmiały. Wejdź i usiądź.
Erris ostrożnie zszedł między lampy. Usiadł obok jednej z nich, krzyżując nogi w kolanach.
- Czy to do ciebie miałem przyjść? - spytał w końcu. - Kim jesteś?
Odpowiedział mu suchy chichot.
- Nie mam imienia... Nie pamiętasz? - głos spoważniał. - Zresztą, nic dziwnego. Znowu masz gospodarza.
Erris przysłuchiwał mu się zaskoczony. Ktokolwiek to był, rozmawiał nie z nim, Errisem, tylko z jego symbiontem. Ale przecież on i ja stanowimy jedność, uświadomił sobie. Co za różnica, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi?
- Chciałem wiedzieć, kim jesteś dla tego miejsca, dla pracy, która wykonujesz...
- Mówię w imieniu symbiontów. Jestem... Zresztą, sam popatrz.
Z cienia wynurzyła się twarz, która kiedyś mogła należeć do człowieka. Erris z trudem opanował chęć odskoczenia w najdalszy kąt groty z dzikim wrzaskiem. Zamiast tego spokojnie spojrzał w oczy pozbawione powiek i najdrobniejszego nawet śladu pigmentu w tęczówkach, omiótł spojrzeniem bezwłosą czaszkę bez małżowin usznych, twarz pozbawioną nosa, a zamiast niego mającą tylko dwa niewielkie otwory. Uważnie przyjrzał się skarłowaciałym ramionom z dłońmi do złudzenia przypominającymi płetwy i beznogiemu, niemal białemu torsowi poznaczonemu siecią drobnych błękitnych żyłek. Dwa obwisłe worki niemal przezroczystej skóry świadczyły o tym, że ta istota kiedyś była kobietą. I człowiekiem.
- Transmutacja - szepnął w końcu.
Przerażająca postać cofnęła się z powrotem w cień.
- Mówię w imieniu symbiontów - powtórzył mutant. - Przekazuję ich myśli Strażnikom i odwrotnie, jeśli trzeba. Tym jestem. To robię dla tego miejsca. Tym żyję.
Erris starał się skupić na jego słowach. Wydało mu się nagle, że zawierają oczywistą sprzeczność.
- Przecież symbionty nie mają własnych myśli. Są tylko magazynami wspomnień kolejnych gospoda...
Z kąta rozległ się syk.
- Nic nie wiesz... Jak tu rozmawiać z nieukiem! - przez chwilę rozlegało się ciche mamrotanie. - Pozwól, że opowiem ci pewną historię. Zdarzyła się ona wiele milionów lat temu, kiedy istoty obdarzone świadomością zamieszkały w podziemnych źródłach organicznej zupy. Rodziły się tutaj, rozmnażały i umierały. Żyły swoim życiem. W końcu, kilka tysięcy lat temu, pojawili się dwunożni. Istoty z grot zrozumiały nagle, że istnieje coś więcej niż ich mały świat. Tak zaczęły tęsknić do słońca, do światła, do cudów świata na zewnątrz. Aż pewnego dnia, kiedy pragnienia doprowadziły niemal do ich zagłady, pojawiła się istota z innego świata, tak bardzo podobna do nich, że nie mogły w to uwierzyć. A jednocześnie tak różna, jak to tylko możliwe...
Erris zastanawiał się gorączkowo. Strażnicy chyba chcieli, żeby trafił w to szczególne miejsce. Jednakże nigdy przedtem nie słyszał o mutancie mieszkającym w jaskiniach Onsetrine. Czy to on miał mu pomóc w odświeżaniu wspomnień?
Erris z trudem skupił się na jego słowach, dochodzących z ciemności.
- Obcy rozumiał ich pragnienia, jakby były jego własnymi, choć nikt wcześniej nawet nie próbował tego zrobić. Ale on zrozumiał. Za współczuciem przyszło działanie. I tak w jaskiniach Onsetrine pojawił się pierwszy Wybrany.
- Chcesz powiedzieć, że Wybrani to efekt sztucznie wywołanych zmian genetycznych? - nie wytrzymał Erris, ale mutant nie zwrócił najmniejszej uwagi na jego słowa.
- W ten sposób symbionty mogły wreszcie poznać świat zmysłami tych, którzy je nosili. W zamian dawały im to, czego tak bardzo pragnęli: nieśmiertelność w skomplikowanych zwojach swej pamięci. Obca istota odeszła. Nie zdążyły jej w żaden sposób podziękować. Aż do teraz.
- Mówisz o tym chłopcu? To przecież tylko dziecko!
- Oczy nie widzą wszystkiego. Forma nie ma znaczenia. Symbionty chcą mu pomóc. Jesteś gotów?
Errisowi nagle zaschło w ustach. A więc trafił we właściwe miejsce.
- Tak.
To stało się w ułamku sekundy. Z ciemnego kąta wystrzeliła płetwiasta dłoń i chwyciła go za gardło stalowym uściskiem kościstych paluchów. Nie podejrzewał mutanta o taką siłę. Zaczął się krztusić, czarne plamy wirowały mu przed oczyma, kiedy poczuł nagle ostre ukłucie. Zanim zdołał chociażby krzyknąć z bólu, świat rozpłynął się przed jego wzrokiem.

Ocknął się nagle i zachłysnął powietrzem, niczym po wypłynięciu z wody po zbyt długim pobycie pod jej powierzchnią. Tak samo paliło w gardle i płucach, tak samo łzawiły oczy. Tak samo pękała czaszka.
- Miałeś drgawki - powiedział ktoś nienaturalnie głośno. - To się zdarza po serum.
Powoli otworzył oczy. Każdy ruch sprawiał mu ból. Tuż obok niego siedział Strażnik, który poprzednio z nim rozmawiał, a on sam znajdował się w łóżku w ambulatorium.
- Serum? - spytał słabym głosem.
- Na odświeżanie wspomnień - wyjaśnił Strażnik uprzejmie. - Jest bardzo silne, stąd bóle głowy i mięśni. To minie za jakąś godzinę. Postaraj się rozluźnić i odpocząć.
Drzwi ambulatorium otworzyły się delikatnie, a w powstałym otworze pojawiła się głowa jakiegoś młodego Strażnika. Przyjrzał się on uważnie Errisowi, po czym wrócił na swoje miejsce za drzwiami. Po chwili dobiegł stamtąd szmer podnieconych głosów.
- Co się tam dzieje? - Erris zmarszczył brwi.
Strażnik wydawał się zażenowany.
- W tak małej społeczności, jak nasza, wieści rozchodzą się bardzo szybko - odparł z ubolewaniem w głosie. - Dostałeś serum - od tysiąca lat to się nie zdarzyło. Niektórzy robią zakłady, czy Winde cię zabije.
Erris skrzywił się. Zakłady o jego życie. Też coś!
- Bardzo zabawne - mruknął. - Co z chłopcem?
- Jest zdenerwowany, ale czuje się dobrze. Umieściliśmy go w pokoju obok - Strażnik pochylił się nieco. - Czy serum już zaczęło działać?
- Jeszcze nie wiem.
Przymknął oczy. Czuł się straszliwie zmęczony. Miał w żyłach rozpalone żelazo, bolały go mięśnie, o których do tej pory nie miał pojęcia, że w ogóle je posiadał. Symbiont poruszał się niespokojnie w jego wnętrzu, jakby chciał zerwać się z uwięzi. Od czasu do czasu przed oczami Errisa przelatywały jakieś oderwane obrazy. Miał nadzieję dotrzeć do wspomnień najwcześniejszych gospodarzy Windego. Strażnicy wspominali, że to będzie trudne, ale nie sądził, że aż tak.
W pewnej chwili otarł się świadomością o coś tak obcego, że natychmiast go odepchnęło. Przez chwilę spanikował, zanim zrozumiał, że to wspomnienia Sanjaya. Nie próbował dobierać się do nich ponownie - to nie miało sensu. Były zbyt odmienne.

- Winde? Winde, obudź się!
Ktoś brutalnie potrząsał go za ramię. Otworzył oczy. Tuż nad nim pochylał się Strażnik o spopielałej twarzy. Erris natychmiast otrząsnął się z resztek snu. Coś musiało się stać.
- Chłopiec zemdlał, dostał krwotoku - poinformował Strażnik. - Nie wiemy, co robić.
- Ja wiem - Erris szybko narzucił szlafrok na ramiona i ruszył do drzwi.
Nad Sanjayem pochylało się kilku przestraszonych Strażników. Bezskutecznie starali się zatamować krew płynącą z jego nosa i uszu. Ciałem chłopca od czasu do czasu wstrząsały drgawki. Jednocześnie zaczynał tracić swoją ludzką formę - rysy twarzy rozmywały się, skóra nabierała srebrzystego odcienia, od którego tym bardziej wyraziście odcinała się czerwień krwi. Ale Sanjay uparcie walczył o utrzymanie stałej formy.
Erris nie wahał się ani chwili. Wziął chłopca na ręce i ruszył ku głównej jaskini, w której symbionty dokonywały Wyboru. Znał drogę. Strażnicy poszli za nim, ale nie weszli do środka. Erris nie dbał o to - ważne, że żaden z nich nie próbował go powstrzymać.
Nie zatrzymując się, zszedł po kamiennych schodkach wprost do jeziora ciepłej cieczy. Zanurzył się po szyję i, pomagając sobie jedną ręką, wpłynął w głąb groty. Dopiero tam wypuścił Sanjaya z ramion i pozwolił, by uniosły go prądy.
Z początku nic się nie działo. Odżywcza ciecz falowała delikatnie, a ciało chłopca unosiło się bezwładnie na jej powierzchni. Po chwili jednak przez jezioro przebiegła iskra, potem jeszcze jedna i następna. Zbliżały się.
Erris czuł, jak symbiont w jego brzuchu zaczyna się szarpać coraz gwałtowniej. Wiedział, co musiało teraz nastąpić, ale i tak nie był przygotowany na przeraźliwie ostry ból, rozpalający nerwy od dołu kręgosłupa do mózgu. Symbiont zerwał połączenie nerwowe - był wolny. Fałdka na boku otworzyła się i Winde wypłynął z niej, niczym nowo rodzące się życie.
Jednak Erris nie stracił świadomości. Z trudem zapanował nad bólem. Zdawał sobie sprawę z tego, że minie jeszcze kilka godzin, zanim jego organizm przestanie funkcjonować, zanim minie ból i poczucie ogromnej straty, zanim wszystko zniknie w ciemności. Już teraz czuł ziejącą w swoim wnętrzu olbrzymią pustkę, spowijającą mrokiem umysł i ciało.
Ale teraz patrzył. Widział jak Winde kilkoma szybkimi ruchami szczątkowego ogona podpłynął do niezidentyfikowanego kształtu, jakim stało się ciało chłopca. Pojawiły się też dziesiątki innych symbiontów, wzbudzając na powierzchni fale i emitując jakiś rodzaj promieniowania, które przebiegało przez ciecz, krzyżowało się i wybuchało rozbłyskami. Erris z trudem dostrzegał wśród nich Windego. Symbiont wyraźnie nie potrafił nawiązać kontaktu z na wpół ciekłą formą Sanjaya. Instynkt kazał mu szukać fałdki na boku, ale jej tam nie było. Nie było niczego.
Erris domyślił się, co musi zrobić, co już kiedyś zrobił. Pomimo palącego bólu w mięśniach, podpłynął do galaretowatej masy i zanurzył się w niej. Oblepiła jego ciało niczym druga skóra. Ból niespodziewanie zelżał. Czuł obok siebie obecność czegoś mocno przerażonego i bardzo małego. Sam wydawał się sobie równie mały i nic nie znaczący, ale potrafił ofiarować tej obcej istocie spokój. To nic, że był to spokój śmierci.
Winde znalazł drogę. To dziwne, ale nawet teraz Erris czuł go jak samego siebie, jakby łącząca ich więź nie uległa zerwaniu, a tylko naprężeniu. Uznał to za efekt uboczny działania serum. Winde nie należał już przecież do niego, nie był nim samym, duszą i ciałem. A dalej była tylko straszliwa samotność i noc bez brzasku...
Z wysiłkiem odepchnął od siebie rozpacz. Na nią miał jeszcze czas. Całe mnóstwo czasu. Teraz miał pracę do wykonania. Sanjay niemal odzyskał swą ludzką postać. Winde nie czekał, aż ponownie ją utraci. Jakby na sygnał symbionty podpłynęły bliżej, zacieśniając krąg i wysyłając coraz więcej impulsów. Erris przymknął oczy - nie mógł znieść blasku rozbłysków. Woda zakotłowała się niespodziewanie wokół niego, w twarz uderzyła fala gorąca...
Sekunda...
Dwie...
Trzy...
Cisza. Otworzył oczy i zamrugał. Symbionty zniknęły. Ciecz falowała spokojnie, jak gdyby przed chwilą nic szczególnego się nie wydarzyło. Parę metrów od niego unosiło się na powierzchni ciało nieznanego mu młodego mężczyzny. Kiedy ich oczy się spotkały, Errisa ogarnęła potężna fala spokoju i bezpieczeństwa. Sanjay!
- Mam na imię Valentine - powiedział obcy, jakby czytając w jego myślach. - Dziękuję ci, Winde.
- Nie ma za co - wyksztusił Erris.
Poprzednio sądził, że otaczająca obcego aura jest silna, ale teraz dosłownie zwalała z nóg. Dopiero po chwili uświadomił sobie jeszcze jeden fakt. Winde! Nie odrzucił go! Znowu należał do niego...
Miał ochotę śpiewać i tańczyć z radości...

Ze wzgórza roztaczał się wspaniały widok na leżącą poniżej dolinkę. Niewielki strumień wił się pośród łąk, sprawiając wrażenie pełnej sielanki. Erris pamiętał jednak pewną wiosnę kilka lat temu, kiedy z gór zeszło mnóstwo wody i cała okolica była zalana - strumień przypominał wówczas rwącą, kipiącą wściekłością rzekę. Teraz jednak dolina tchnęła spokojem, była pełnia lata, nad kwiatami unosiły się setki różnobarwnych motyli, brzęczały miodopijki... Erris nie był pewien, czy to jeszcze jeden efekt działania serum, ale widok ten nie poruszał go już tak, jak niegdyś.
- ... chciałem, żeby się to skończyło. Mari była ranna, może nawet zginęła, przeze mnie - kończył Valentine opowiadanie swojej historii. - Wystrzelili jakiś impuls. Wywołał reakcję łańcuchową z moim korytarzem. Wszystko eksplodowało - popatrzył na Errisa. - Nie wiem, co chciałem osiągnąć, pozbywając się wspomnień, ale cieszę się, że cię spotkałem, Winde.
- Wiele przeszedłeś - Erris odwrócił wzrok od scenerii na dole i zerknął na swojego podopiecznego.
To niemożliwe, by dorosły mężczyzna mógł tak wyglądać: włosy tak czarne, że niemal granatowe, srebrne oczy niczym dwa księżyce i skóra gładka, jak skóra dziecka. Erris miał szaloną chęć przekonać się, czy tak jest w istocie - przesunąć dłonią po delikatnym policzku, ustach, włosach. Był zszokowany, że takie myśli pojawiły się jego głowie. Co gorsza, nie chodziło tylko o myśli. Naprawdę tego pragnął. Jeszcze nigdy nie czuł czegoś takiego - wobec jakiejkolwiek kobiety. Pragnienia dręczyły jego duszę niczym kropla wody drążąca skałę.
- Nie wiem, co robić - wyznał Valentine cicho.
Na zboczu wzgórza po drugiej stronie strumienia rozgrywała się walka o życie - drapieżny ptak spadł z nieba jak pocisk i porwał z ziemi piszczącego gryzonia.
- Musisz wrócić do domu. Twoi rodzice na ciebie czekają.
- Geralt też.
Erris usiadł na trawie. Spod jego dłoni wyfrunął motyl o wściekle czerwonym zabarwieniu dużych skrzydeł - zapewne był trujący.
- Nie prościej byłoby przystać na jego warunki? - spytał.
- I zostać imperatorem? - Val skrzywił się. - To by się nie udało, wierz mi. Z trudem przeżyłem na Droghedzie kilka lat: zmniejszona grawitacja, zbyt krótka doba. Tacy jak ja nie mogą żyć zbyt długo na innych planetach.
- Mógłbyś przenieść stolicę na Medeę - Erris nadal nie widział problemu. - Byłbyś imperatorem. Kto by ci tego zabronił?
Ale Valentine potrząsnął głową.
- Winde, wiem doskonale w jaki sposób to działa. Ty też to wiesz, kiedyś przecież byłeś królem. Imperium jest ogromne. Tryliony ludzi, setki planet. Wysyłanie wojsk w zagrożone rejony, mianowanie przywódców, ściganie i karanie tych samych przywódców, duszenie w zarodku rebelii, ochrona granic, obcy przekraczający warunki układów, separatystyczne zapędy niektórych systemów... Tysiące drobnych obowiązków. Dyplomacja, kłamstwa i szantaż. Widziałem, jak Geralt to robi. Widziałem, jak się rządzi. Nie miałbym czasu dla Medei. A Medea to moje życie, moje korzenie, moje ja.
Erris żachnął się.
- Nadal nie rozumiem, co cię powstrzymuje. Ty jesteś An'atar, a ten Geralt to ledwie imperator!
Val przez chwilę przyglądał mu się z niedowierzaniem.
- Jesteś niesamowity - wyksztusił w końcu. - Zasadniczo masz jednak rację - westchnął ciężko. - Geralt przekopie Medeę na wylot, jeśli się dowie, że wróciłem.
Erris uśmiechnął się wyrozumiale.
- Obawiasz się, że Medea ucierpi poprzez twoją obecność. Jednakże sądzę, że powinieneś zadać sobie inne pytanie: czy Medea poradzi sobie z imperium bez ciebie?
Valentine popatrzył na niego z zadumą.
- Jesteś bardzo mądry.
Erris wzruszył ramionami.
- Mam za sobą tysiące lat doświadczeń. Jestem starszy niż to ciało.
Zapadło milczenie. Chmury płynęły wolno po niebie, na którego tle kołował drapieżny ptak wypatrujący nowej zdobyczy. Gdzieś w pobliżu musiało się znajdować jego gniazdo z samicą i młodymi.
Wieczne koło życia.
- Jaka jest Medea? - spytał nagle Erris wyrywając Valentine'a z sennego zamyślenia.
- Jest bardzo podobna do tego miejsca - odparł i zatoczył ręka koło. - Tu jest po prostu cudownie.
Erris uśmiechnął się z zadowoleniem, rad z pochwały. W końcu to Neyya, jego rodzinny świat.
- A miasta?
Valentine przymknął oczy, jakby to pomagało mu w przypomnieniu sobie wszelkich szczegółów.
- Są inne niż na Neyya. Medeanie kochają swoją planetę, nie chcą zabierać więcej niż to konieczne. W miastach najwyższe budynki mają najwyżej po pięć pięter. Wokół każdego sadzi się wiele drzew. Czasami, aby dostać się z jednego końca miasta na drugi, trzeba iść przez las. To krajobraz rządzi architekturą, nigdy odwrotnie.
- A Złączeni? Jak odbywa się Wybór?
- Nikt tego nie wie - Val wzruszył ramionami.
Erris wytrzeszczył oczy.
- Nikt? A ty? Przecież jesteś Złączonym, prawda?
- Prawda. Z tym, że ja już się taki urodziłem. Nie wiem, jak to jest być zwykłym człowiekiem, który w pewnym momencie swojego życia dostąpił Złączenia.
- Ale jak to się odbywa? - drążył Erris uparcie.
- Nie mamy Komisji, która by czuwała nad całym procesem, jeśli o to ci chodzi. Kandydat prędzej czy później sam odnajduje właściwą drogę. Prowadzi go pewien subtelny rodzaj instynktu, czego nawet nie jest świadomy. Kiedy znajdzie się w odpowiednim miejscu o właściwym czasie, następuje Złączenie. To wszystko.
Erris aż otworzył usta ze zdumienia. Żadnych pytań, żadnych wyczerpujących umysł i ciało testów, żadnych morderczych ćwiczeń... wydawało się to niemożliwe.
- Nad Złączonymi czuwają Opiekunowie - kontynuował Valentine, bawiąc się od niechcenia błękitnym kwiatem, na którego płatkach siadł wielobarwny motyl. - To wielki zaszczyt, jednak wiąże się z ogromną odpowiedzialnością.
Erris był coraz bardziej zafascynowany.
- Nasi Strażnicy strzegą wyłącznie symbiontów. I muszą to robić do końca życia: są uwarunkowani. Część z nich to byli przestępcy, którzy dostali wybór: wyrok albo uwarunkowanie. Niewielu wybiera tę drugą opcję. Po uwarunkowaniu niewiele pamiętają ze swego dawnego życia, zmieniają się psychicznie. Ten system działa od setek lat.
- Jak widać, całkiem skutecznie - motyl sfrunął z kwiatu na dłoń Valentine'a, jakby i na niej spodziewał się znaleźć pożywny nektar. Val przyglądał mu się ciekawie.
- Zwykli ludzie się ich boją - Erris wykrzywił twarz w grymasie zniechęcenia. - Prawdę powiedziawszy, Wybranych też. Chociaż z drugiej strony jeszcze nigdy nie brakowało kandydatów do Wyboru - wzruszył ramionami. - Nie każdy może dostać pozwolenie. Dla większości ludzi symbiont to czysta abstrakcja. Więc się boją. Nie okazują tego w przesadnie ostentacyjny sposób, ale ten strach istnieje, gdzieś głęboko w ich wnętrzu.
- Strach przed obcym gatunkiem, który wydaje się być od nas potężniejszy - stwierdził Valentine. - Jakaż to typowa reakcja rodzaju ludzkiego! Gdybyśmy teraz byli na Medei, a wieść rozniosła się dostatecznie szeroko, tą ścieżką pośród wzgórz zdążaliby teraz pielgrzymi.
- Chciałbym zobaczyć Medeę - powiedział nagle Erris. - Zabierzesz mnie ze sobą?
- Jeśli chcesz - zgodził się Valentine.
- A więc zdecydowałeś się na powrót?
- Powiem ci, kiedy się zdecyduję.

Valentine krzyknął zduszonym głosem, gwałtownie wyrwał się z sennego koszmaru i usiadł na łóżku, oddychając ciężko, niczym po morderczym biegu.
Kolejny Błysk. Poprzedni miał miejsce parę lat temu. Chodziło wtedy o Złączonego, który zginął śmiercią tragiczną. I teraz też tak było. To już drugi Złączony, odkąd imperium wdarło się przemocą w system Callypso. Tym razem była to młoda kobieta, Taa'rea, która pechowym zbiegiem okoliczności znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.
Czuł, jak pociski przeorały jej ciało, czuł jej upadek na chodnik, jakby sam w niego uderzył, czuł krew wyciekającą spomiędzy palców. Czuł jej zaskoczenie, jak swoje własne. Ona też go wyczuła. Przedśmiertny skurcz umysłu.
Miała na imię Assunta.
Valentine ukrył twarz w dłoniach i zaszlochał. Płakał z żalu nad Assuntą, nad tymi wszystkimi, którzy zginęli, ale także i nad sobą. Nad własnym bólem, samotnością i rozpaczą.
Ktoś usłyszał jego płacz. Silne ramiona objęły go i utuliły. Sam dotyk przyniósł mu ulgę. Już nie był sam.
- Winde - wyszeptał.
- Jestem.
Dotyk ust był delikatny, niczym muśnięcie skrzydeł motyla. Dlatego też z żarem odpowiedział na pocałunek.
Ale to Erris był tym, który się wycofał.
- Nie mogę - odwrócił głowę zawstydzony.
- Nie chcesz?
Potrząsnął głową.
- Boję się chcieć.
- Nie musisz - Val dotknął jego ramienia, ale Erris strząsnął jego dłoń.
- Masz dwanaście lat!
Valentine uniósł brwi.
- Czy wyglądam na dwunastolatka? - Erris odwrócił wzrok. - A ty? Ile masz lat? Tysiąc? Pięć tysięcy? Dziesięć? Jakie to ma znaczenie?
Erris wstał z ociąganiem.
- Dobranoc, Valentine.
- Uciekasz. Dlaczego?
Erris uśmiechnął się niewyraźnie.
- Bo mógłbyś mnie przekonać, żebym został.

Profesor Kaernani przyjechał na farmę Vellów kilka dni później. Towarzyszyło mu dwóch urzędników wydelegowanych przez sekretarza do zbadania całej sprawy. Najwyraźniej opinia Kaernaniego nie wydawała się miarodajna. Erris wyszedł na spotkanie ich śmigacza. Profesor, jak tylko wysiadł, zmierzył go nieprzyjaznym spojrzeniem.
- Obcy przechodzi pod moją opiekę, panie Winde - poinformował nie bez mściwej satysfakcji. - Gdzie on jest?
Erris usiłował nie skrzywić się z niechęcią.
- Odpoczywa w ogrodzie. Zaprowadzę panów - ruszył przodem.
Kilka metrów za furtką rosło młode drzewo palmy eeva. Oczywiście w ogrodzie było mnóstwo tych drzew, ale akurat w tym konkretnym miejscu nigdy żadne nie rosło. W dodatku wszystkie inne miały po co najmniej sto lat, to natomiast najwyżej dwadzieścia.
Kaernani rozejrzał się szybko i gniewnie zmarszczył brwi. Erris mógł niemal zobaczyć, jak narasta w nim wściekłość.
- Gdzie on jest? - podszedł do Errisa. - Przysięgam, Winde, jeśli cokolwiek knujesz, to postaram się, byś już nigdy nie dostał gospodarza!
- Nie ma potrzeby tak się gorączkować - odparł zimno Erris. - Valentine?
- Tutaj.
Kaernani aż podskoczył. Z szeroko otwartymi oczami podszedł powoli do drzewa, które poruszyło się nieznacznie. Dwaj urzędnicy stracili na chwilę swoje opanowanie i odsunęli się przezornie kilka kroków do tyłu. Tymczasem drzewo przeobrażało się - liście skracały się, dwa konary stały się ramionami, a pień rozdzielił tworząc nogi i stopy. Valentine wyprostował się i przeciągnął, aż kości chrupnęły w jego stawach.
- Ach, było cudownie - powiedział z zadowoleniem, używając najczystszego dialektu ze środkowej części Neyya. Zupełnie ignorując Kaernaniego zwrócił się wprost ku urzędnikom. - Czego panowie sobie życzą?
Ta zniewaga podziałała na profesora niczym iskra elektryczna.
- Chwileczkę! Od kiedy to znasz nasz język? - skoczył przed Valentine'a, ale nie zdołał go onieśmielić.
- Od kiedy odzyskałem pamięć - pochylił się nieco, by Kaernani dobrze usłyszał to, co miał mu do powiedzenia. - Znam pańskie najskrytsze myśli, profesorze - potem szepnął coś, a Kaernani pobladł i zatoczył się, jakby dostał prosto w twarz.
Należało się staremu draniowi, pomyślał Erris mściwie.
- To wszystko twoja wina, Winde! - napadł na niego Kaernani, jak tylko odzyskał głos i kolory na twarzy.
- Och, niech pan wreszcie przestanie się ośmieszać! - Erris wyminął go i podszedł do Valentine'a, który rozmawiał z urzędnikami.
- Oczywiście, odpowiem na wszystkie pytania - mówił właśnie uprzejmie.
- Na wszystkie? - upewnił się jeden z urzędników.
Valentine przytaknął.
- Jeśli tylko będę znał odpowiedź. Ale oczekuję czegoś w zamian.
W oczach obydwu urzędników natychmiast pojawiła się czujność.
- Mamy dość ograniczone możliwości decyzyjne - odrzekł ostrożnie jeden z nich, zerkając nieco nerwowo na drugiego.
Valentine uśmiechnął się. Oczywiście wiedział, że to kłamstwo.
- To wam nie sprawi najmniejszego kłopotu. Potrzebuję statku. Statku zdolnego do lotu w otwartej przestrzeni, jak i przechodzenia przez atmosferę. Z zapasami na około dwanaście godzin.
- I z pilotem?
- Nie, pilota już mam - Val mrugnął porozumiewawczo do Windego.
Co on planuje, zastanawiał się Erris, podczas gdy urzędnicy przeprowadzali wstępny wywiad. Zapasy na dwanaście godzin? Nawet zwykłym pojazdem klasy fo'om dolecieliby najwyżej do Hegiry. Bez sensu. Chyba, że Val chciał po prostu pozwiedzać. Interesowało go przecież ustawianie zwierciadeł i procesy terraformowania. Erris czuł jednak, że to nie o to mu chodziło. Popatrzył na urzędników i nagle coś zaskoczyło w jego głowie - to oni mieli tak myśleć. A to z kolei znaczyło, że Valentine miał jakiś plan.
Wyraźnie zadowoleni urzędnicy wkrótce odjechali wraz ze wściekłym Kaernanim. Erris odprowadził wzrokiem ich śmigacz, póki nie zniknął za wzgórzem, po czym wrócił do ogrodu. Valentine znowu przekształcił się w drzewo palmowe - wysokie, o rozłożystych konarach i lśniących zielenią liściach.
- Wybacz, że ci przeszkadzam... - zaczął Erris niepewnie. Czy możliwe jest przeszkadzanie drzewu? - Co ty właściwie robisz?
Odpowiedział mu suchy chichot. Erris zauważył, że u szczytu pnia utworzył się niewielki otwór, do złudzenia przypominający usta. - Jestem drzewem. Piję ze słońca. W liściach przeprowadzam fotosyntezę. Z gleby pobieram sole mineralne. Magazynuję energię. Erris był zaskoczony.
- Myślałem, że tylko imitujesz drzewo! - wykrzyknął.
- Niczego nie imituję - wyjaśnił cierpliwie Val. - Kiedy wyglądam, jak drzewo, jestem drzewem. Kiedy wyglądam jak ptak, jestem ptakiem. Proste.
- Wiec możesz fizycznie zmienić się w cokolwiek zechcesz?
- Nie w cokolwiek. Najłatwiej jest mi się zmienić w inne żywe istoty. Mogę też przeobrazić się w przedmiot, wykonany z naturalnych, nie przetworzonych surowców, na przykład w drewniany stolik. To wymaga większej koncentracji i większego zużycia energii, ale jest możliwe.
Erris zamyślił się. To cudowne - móc zmienić się w jakieś inne stworzenie. Być zwierzęciem albo rośliną, wybrać sobie dowolną formę. Być wolnym i nieskrępowanym, nawet tkwiąc korzeniami w glebie.
- Jak to jest? - usiadł na trawie i oparł się plecami o szorstki pień.
Valentine wiedział doskonale, o co pytał.
- Naprawdę nie wiem, jak ci opisać to uczucie - odparł po chwili. - To spokój, trwanie, senne przyswajanie związków i zamiana ich w energię... - jego głos powoli zamierał.
Erris niemal mu zazdrościł. Valentine sprawiał wrażenie, jakby żył w doskonałej harmonii ze wszystkim, co go otaczało, jakby był częścią większej, wspanialszej całości. A jednocześnie zdawał się nad wszystkim panować, sprawować subtelny rodzaj kontroli, nie tracąc przy tym wrodzonego wdzięku.
- Powiedziałeś, że magazynujesz energię - przypomniał sobie nagle. - A przedtem poprosiłeś o statek.
Valentine westchnął przeciągle.
- Cóż, nie mogę zostać tutaj na zawsze, to niemożliwe. To bardzo piękne miejsce, ale mój dom jest gdzie indziej.
- A więc zdecydowałeś się?
- Tak.
- Jak chcesz tego dokonać?
- Mam w pamięci zapis korytarza, który mnie tu sprowadził. Wykorzystam te dane do powrotu.
Erris zmarszczył brwi.
- Ale to bardzo niebezpieczna zabawa. Doświadczyłeś tego na własnej skórze!
- Nie zapominaj, w jakich okolicznościach doszło do destabilizacji korytarza.
- Nie ma gwarancji, że nie będą do nas strzelać! - burknął.
- Nie będą. Znikniemy, zanim się zorientują, że nas nie ma. Nie będziemy nawet musieli opuszczać studni grawitacyjnej tego systemu, żeby dokonać skoku.
- A jeśli po drugiej stronie pojawimy się we wnętrzu planety? Albo gwiazdy?
- Nic takiego nam nie grozi. Boisz się?
Erris zastanowił się.
- Nie, właściwie nie. Po prostu... To dość niezwykły sposób przemierzania galaktyki.
- Prawda? - Valentine nie wiedzieć czemu zachichotał. - Zajmij się statkiem, a mnie pozostaw resztę.

Dostali dokładnie taki statek, jakiego Erris się spodziewał. Była to niewielka jednostka przeznaczona dla kilku osób do lotów nadatmosferycznych. Wewnątrz żadnych udogodnień - jedynie sterownia z owalnym pulpitem kontrolnym. Brak kabin, łazienek, łóżek. Ubikacja wciśnięta między panel systemów chłodzących a szafę z zapasowymi zbiornikami tlenu.
Valentine rozejrzał się i skinął głową z zadowoleniem.
- Nadaje się - stwierdził.
Erris widział, jak urzędnik już otwiera usta, by zapytać, do czego się nadaje, ale zrezygnował. W tak małym stateczku możliwości było mniej niż niewiele.
- Jesteśmy gotowi - Erris popatrzył na Valentine'a, a kiedy ten skinął głową, przeniósł spojrzenie na urzędnika. - Czy możemy startować?
- Oczywiście. Oczekujemy waszego przybycia na stację Xenox za około sześć godzin. Miłej zabawy - właz zamknął się za nim z cichym plaśnięciem uszczelnianej śluzy.
Erris usiadł za sterami i uruchomił silniki. Kilka minut później orbitowali już wokół błękitno-białego globu. Zamiast jednak skierować statek ku stacji Xenox, Erris wyznaczył kurs na Al'attea, po czym zredukował moc silników.
- Mamy jakieś dwadzieścia minut, zanim wykryją nieplanowaną zmianę kursu i zaczną się nami interesować - poinformował.
- To wystarczy - Valentine odpiął pasy i stanął za jego fotelem. - Trzymaj się, może nami rzucać.
- A ty?
- Dam sobie radę.
Erris z trudem panował nad podnieceniem. Silniki pracowały miarowo. Za przednią szybą Al'attea widniała niczym jasny klejnot na aksamicie. Znajdowała się zbyt daleko, by można było rozpoznać jakiekolwiek szczegóły ukształtowania powierzchni. Erris zacisnął palce na poręczach fotela, kiedy poczuł mdłości.
Obraz za oknem ulegał stopniowemu zniekształceniu - co gorsza zniekształcenie zaczęło pochłaniać sam statek. Z pełną grozy fascynacją patrzył, jak przyrządy na pulpicie tuż przed nim zaczynają falować i rozmywać się we mgle, jaka spowijała jego umysł. W pewnej chwili jakaś potężna siła wcisnęła go w fotel, pozbawiając tchu.
Kiedy w końcu otworzył oczy (stracił przytomność!?), przed oczyma ujrzał iskry. Przez krótki moment myślał w panice, że gdzieś nastąpiło zwarcie i wybuchł pożar. Jednak wkrótce odzyskał ostrość widzenia i iskry okazały się gwiazdami. Za oknem świeciło tysiące gwiazd. Miliony, miliardy gwiazd. To nie było niebo nad Neyya, które rozświetlały nieliczne tylko płomyki, liczone zaledwie z setkach. To niebo, na które teraz patrzył, iskrzyło się gwiazdami, jakby ktoś szerokim gestem rozsypał po firmamencie ogniste zarzewie. Erris nigdy nie uważał nieba nad Neyya za ubogie - póki nie zobaczył nieba nad Medeą. Było piękne.
- Winde, musimy wejść w atmosferę, zanim namierzą nas imperialne posterunki orbitalne - powiedział Val głosem, w którym przebijało zmęczenie. - Postaraj się wylądować jak najbliżej tych współrzędnych - wpisał do komputera kilka liczb.
Brutalna rzeczywistość przerwała Errisowi chwile czystego zachwytu.
- Co to za miejsce?
- Tam po raz ostatni widziałem moich rodziców - odparł Val cicho.
Erris tylko skinął głową.


new.eta

neweta@op.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||