"Złączeni" -
Drogheda
Prolog
Nad systemem Callypso zawisła groźba wojny.
Zamieszkałe planety tego układu nie były szczególnie zamożne, reszta systemu nie obfitowała w bogactwa naturalne, w dodatku znajdowała się daleko od głównych szlaków komunikacyjnych. Jej znaczenie polityczne i gospodarcze było praktycznie żadne - dość powiedzieć, że tylko w najstarszych podręcznikach gwiezdnej nawigacji znałazłoby się miejsce na mapach oznaczone jako system Callypso.
A jednak z jakichś powodów Callypso zwróciła uwagę imperatora Geralta. Postanowił on poszerzyć granice Imperium Ludzi o tych kilka nic nie znaczących planet. I tak, na granicy układu, w rejonie tarczy kometarnej pojawiły się wielkie okręty imperium z dziesiątkami tysięcy żołnierzy na pokładach. Wydawało się to tym bardziej dziwne, że ani Medea, ani tym bardziej Nadzieja nie posiadały stałej armii, ani floty wojennej. Jak dotąd nie potrzebowały bronić się przed zakusami okalających je mocarstw - obie planety były zbyt biedne, by opłacało się je zdobywać. Ponadto nie miały żadnego znaczenia strategicznego.
Główny atak sił imperialnych skupił się na największym ośrodku miejskim Medei, a zarazem stolicy całego systemu - Orsay.
Była noc. Żaden z dwóch księżyców nie rozświetlał jej swym blaskiem. Nikt się niczego nie spodziewał. Valentine obudził się, kiedy nagle na uśpione miasto spadło pierwsze uderzenie. Jak wielu innych, nie wiedział, co się dzieje. Wstał z łóżka i podszedł do okna, rozjaśnionego niespodziewanie łuną pożarów - niedaleko, zaledwie kilka dzielnic dalej. Val drgnął, kiedy otworzyły się drzwi jego pokoju. Światło nie rozbłysło, choć słyszał kilkukrotne pstryknięcie przełącznika w kontakcie.
- Paniczu Valentine? - to była gosposia, stara Hallie. W jej głosie brzmiało podenerwowanie.
- Jestem tutaj - chłopiec odsunął się od okna. - Co się dzieje?
- Niech panicz szybko się ubierze, musimy stąd iść - Hallie podeszła do szafy, otworzyła ją energicznie i wyjęła jego podróżne ubranie.
- Dokąd?
Hallie popatrzyła na niego przez krótką chwilę. Już nie po raz pierwszy przemknęło jej przez myśl, że to dziecko nie powinno być wychowywane w ten sposób. Pamiętała jego aurę sprzed kilku lat, kiedy jeszcze nie potrafił jej kontrolować i żałowała, że nauczył się tego tak szybko. Kochała Valentine'a jak własnego syna i trudno było jej pogodzić się z niektórymi decyzjami jego rodziców. Zawsze miała jednak nadzieję, że wiedzą co robią.
- Jedziemy na wieś. W Orsay jest zbyt niebezpiecznie - podała mu płaszcz.
- A co z rodzicami? - spytał, kiedy zeszli na dół i nikogo tam nie zastali. Uderzenie, które obudziło Vala, powtarzało się teraz co kilka minut, odpowiadało mu wycie syren i sygnałów alarmowych.
- Są dyplomatami - przypomniała mu Hallie, wyprowadzając realot z garażu. Sprawdziła ulicę i wjechała na drogę wylotową z miasta. - Będą próbowali wszelkich sposobów, by ocalić Medeę - uśmiechnęła się do siebie. - Ale ty jesteś jeszcze za mały, żeby to zrozumieć.
Valentine rzucił jej uważne spojrzenie srebrnych oczu. Nie odezwał się ani słowem. Miał siedem lat i rozumiał znacznie więcej niż podejrzewali dorośli. Nie miał wszak porównania z innymi dziećmi w swoim wieku, dlatego nie bardzo wiedział, czego oczekiwano po siedmiolatku. Wolał milczeć.
Daleko jeszcze od granic miasta drogę zatarasowały im zwalone budynki i drzewa. Wysiedli z realotu. Wybuchy rozlegały się teraz bliżej i były znacznie częstsze. Coraz więcej ludzi wylegało na ulice z całymi rodzinami i tym, co udało się ocalić z dobytku. Wszyscy szukali bezpiecznego schronienia, a miasto już go nie zapewniało. Służby porządkowe miały trudności z utrzymaniem ładu i spokoju, zwłaszcza że panowała noc i w zaistniałej sytuacji łatwiej mogła wybuchnąć panika.
Wśród ludzi krążyły różne wieści. Podobno dzielnica południowa, zwana potocznie handlówką, została dosłownie zrównana z ziemią. Nie było ostrzeżenia o ataku, by ludność cywilna mogła się ewakuować, dlatego w tamtym rejonie spodziewano się mnóstwa ofiar. Czego nie zburzył pierwszy atak z krążowników, niszczyli imperialni marines. Mówiło się, że tu i ówdzie mieszkańcy samoczynnie organizowali się w zbrojne grupy oporu przeciwko najeźdźcom. Podobno doszło do kilku krwawych potyczek - ich wynik był łatwy do przewidzenia.
Hallie nie słuchała plotek, tylko uparcie parła naprzód, ciągnąc za sobą Valentine'a, który był tym wszystkim bardziej oszołomiony niż przestraszony. Był przecież Złączonym, był An'atar, i odczuwał ludzkie emocje ze zwielokrotnioną mocą. Nigdy jeszcze nie był otoczony tyloma ludźmi naraz, z których każdy odczuwał strach, niepewność, rozpacz i ból. W oczach Valentine'a pojawiły się łzy żałości nad ich losem i gniewu, że nie może im pomóc. Jeszcze nie teraz.
Ich podróż zakończyła się niespodziewanie tuż przed granicami miasta. Na stojący nieopodal budynek spadła torpeda. Wybuch posłał fragmenty budowli w różne strony. Hallie zdążyła osłonić Valentine'a własnym ciałem, zanim jakiś odłamek nie uderzył jej w plecy i nie złamał kręgosłupa z suchym trzaskiem. Inny odłamek rykoszetem trafił Vala w głowę. Chłopiec bezwładnie osunął się na ziemię.
Drogheda
- Obudziłeś się już? - ktoś położył dłoń na jego czole.
Valentine powoli otworzył oczy. Ujrzał pochylonego nad swoją twarzą mężczyznę w mundurze. Nie był to jednak medeański mundur.
- Jestem doktor Reginald Pacey - powiedział mężczyzna uspokajającym tonem. - Znajdujesz się w szpitalu na pokładzie statku kosmicznego. Mogę zadać ci kilka pytań?
Valentine skinął głową. Dorośli zawsze zadawali mnóstwo pytań.
- Jak się nazywasz?
- Valentine Marcus Crusher.
Doktor wpisał te dane do notesu.
- Ile masz lat?
- Siedem i pół.
- Jak nazywają się twoi rodzice?
- William i Miranda Crusher. Są dyplomatami.
Pacey zamknął notes i wstał.
- To na razie wystarczy - poprawił kołdrę wokół drobnej postaci chłopca. - Odpoczywaj.
- Kiedy będę mógł wstać?
- Niedługo.
Pacey wyszedł. Drzwi zamknęły się za nim bezszelestnie. Valentine został sam. Przez dłuższą chwilę leżał spokojnie i zastanawiał się nad swoja sytuacją. Ostrożnie dotknął opatrunku na swojej głowie i skrzywił się, kiedy palce trafiły na sporych rozmiarów guz z tyłu czaszki. Nawet jeśli doszło do pęknięcia kości, nie musiał się martwić. W wieku trzech lat przeczytał wszystko, co kiedykolwiek napisano o Złączonych i dobrze wiedział, że Taa'rea mają zdolności regeneracyjne.
Powoli zsunął się z łóżka i podszedł do okna, a raczej wąskiego iluminatora przesłoniętego malowaną w dziwaczne wzory tkaniną. Gdy pociągnął za sznurek, zasłona opadła, ukazując widok planety, spowitej tu i ówdzie różowawymi obłokami chmur. Medea.
Valentine bez trudu potrafił rozpoznać zarys kontynentów południowej półkuli, nad którą właśnie wstawał dzień. Słońce przeglądało się w oceanie srebrzystą łuną i rozlewało swój blask wskroś dość grubej warstwy atmosfery.
Val nadal czuł ból w sercu na samo wspomnienie mieszkańców Orsay pozbawionych domów i bliskich. O dziwo, nie czuł nienawiści. Tylko żal i litość nad tymi wszystkimi, którzy stracili domy i rodziny. Położył się i niemal zasypiał, kiedy do pokoju weszło po cichu dwóch ludzi i stanęło tuż obok jego łóżka. Rozmawiali półgłosem. Najwyraźniej sądzili, że chłopiec już śpi.
- Doprawdy, doktorze Pacey, nigdy nawet nie przypuszczałem, że bogowie jeszcze istnieją - powiedział z zachwytem człowiek, w którego głosie Valentine usłyszał wielki autorytet i władzę.
- Przynajmniej na Medei - przytaknął Pacey.
- Jest niezwykły - w głosie mężczyzny przebijało zadowolenie.
- To zaledwie dziecko, mój panie.
- Co z jego rodzicami?
- Wywiad potwierdził, że nie żyją. Zginęli podczas ostrzału siedziby rządu.
- Więc nikt nie będzie go szukał?
- Raczej nie. Najpewniej uznają go za zmarłego.
- Doskonale. Jakie odniósł obrażenia?
- Niewielkie, mój panie. Wszystkie rany już się zagoiły. Jego organizm posiada niezwykłą zdolność samoregeneracji.
Pacey wkrótce wyszedł. Człowiek obdarzony władzą pochylił się nad łóżkiem, przyglądając się chłopcu z uwagą.
- Możesz otworzyć oczy - powiedział. - Wiem, że nie śpisz.
Valentine posłusznie uchylił powieki. Zobaczył starego człowieka, jednakże o twarzy wyglądającej wręcz niedorzecznie młodo. Tak gładką skórę zawdzięczał zapewne chirurgii genetycznej. Ale jego oczy nie potrafiły ukryć prawdziwego wieku - te oczy widziały setki wojen, tysiące ciał poległych, widziały cały świat, był w nich cały świat. Gniew tego człowieka musiał być straszny. Stać go jednak było na wielkoduszność, współczucie, nawet na altruizm - inaczej nie mógłby być tym, kim był.
- Jesteś imperatorem - powiedział Valentine cicho, starając się, by jego głos nie zadrżał.
Mężczyzna wydawał się zaskoczony. Pewnie niewiele mogło go zaskoczyć.
- Tak, jestem imperatorem - przytaknął. - Mam na imię Geralt. A ty?
- Valentine.
- Valentine - imperator powtórzył jego imię, jakby słyszał je po raz pierwszy. - Wiesz, dlaczego tutaj jesteś?
Val zawahał się lekko, zanim skinął głową.
- Ponieważ jestem An'atar.
Znowu zaskoczenie, a potem zduszony chichot.
- Doprawdy, jesteś dokładnie tak niezwykły jak twierdzą medeańskie legendy! - imperator spoważniał nagle. - Ale już tam nie wrócisz. Teraz należysz do mnie i zostaniesz ze mną na zawsze.
Valentine nie odezwał się. Pozwolił, by jego aura przemówiła za niego, przekazała cały jego smutek, jakiego nie mogły wyrazić żadne słowa w żadnym z języków. Imperator rozgniewał się jednak.
- Nie próbuj na mnie swoich sztuczek!
Val nie okazał lęku. Przez chwilę mały chłopiec i władca większej części ludzkości mierzyli się ciężkimi spojrzeniami. Nagle Geralt rozluźnił się i roześmiał krótko.
- Podobasz mi się, chłopcze! Uwierz mi, niewielu jest ludzi, którzy potrafią spojrzeć mi w oczy!
Valentine nie mógł zasnąć jeszcze długo po wyjściu imperatora. Ten człowiek przepełniał go drżeniem, jakiego jeszcze nigdy nie czuł. Dotychczas niczego nie musiał się bać. Teraz został sam, a Medea została daleko, daleko... Val z wysiłkiem powstrzymał napływające do oczu łzy, dusząc w zarodku szloch wzbierający w gardle i tamujący oddech. Ból w płucach pozwolił mu się opanować. Matka zawsze powtarzała, że An'atar nie może płakać z byle powodu i rozczulać się nad własnym losem. Matka... I ojciec... Oboje zginęli. Nigdy ich już nie zobaczy.
Tama runęła i Valentine rozpłakał się gorącymi łzami bólu i dojmującej samotności. W końcu zasnął na mokrej poduszce - wyczerpany spazmatycznym łkaniem.
Admirał Callum Fisher był bardzo niecierpliwym mężczyzną. Już w windzie wycisnął na jej ustach siarczysty pocałunek. Nie przeszkadzało jej to. Wręcz przeciwnie - przed akcją obawiała się, że admirał to raczej zimny typ. Była niemal zadowolona, kiedy zaraz po wejściu do pokoju hotelowego zaczął ją rozbierać. Był zachwycony jej ciałem - szczupłym i dziewczęcym, o sterczących pełnych piersiach. Podzielała jego zachwyt. Nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie zerżnie ją na dywanie, w łóżku, czy gdziekolwiek. Pewnie sądził, że jest dziewicą. Nigdy się nie dowie. Oni wszyscy tacy byli. Wystarczyło, że zobaczyli piękne kobiece ciało i już zaczynali się ślinić.
Między innymi dlatego lubiła tę robotę. Uwielbiała czuć się pożądaną i podziwianą. Uwielbiała czuć na sobie zazdrosne spojrzenia innych kobiet. To było jak narkotyk. Dostawała go od każdego mężczyzny, a czasem nawet i od kobiety. Potem ich zabijała. To też uwielbiała.
Admirał już czuł wpływ delikatnie działającej trucizny, przesączającej się do krwiobiegu, zawartej w jej szmince. Wyraźnie nie mógł skupić wzroku, a ruchy rąk stały się niezborne. Trucizna paraliżowała jego mięśnie, sączyła się do wszystkich żywotnych organów, a przede wszystkim do mózgu. Pocałowała go, a jeszcze więcej trującego preparatu wniknęło do jego organizmu. W końcu osunął się dramatycznie po jej ciele i upadł u jej stóp. Na jego twarzy zastygł wyraz niemego zdumienia, a w oczach dostrzegła prośbę o pomoc.
Przeszła obojętnie nad leżącym i poszła do łazienki. Stanęła przed lustrem. Patrzyła na nią młoda kobieta o lekko skośnych oczach koloru szmaragdów, długich blond włosach i ostrym, wyzywającym makijażu. Zdjęła perukę i ukazały się jej własne włosy, brązowe, sięgające karku. Wyjęła szkła kontaktowe i jej oczy stały się niebieskie, skropione tu i ówdzie jasnobrązowymi plamkami. Starła z twarzy makijaż, a z palców sztuczne odciski, odkleiła rzęsy i stała się sobą. Przeciętną, wtapiającą się w tłum dziewczyną. Ubrała się w strój pokojówki - był to bowiem renomowany hotel, szczycący się żywym personelem. To przebranie nie zwróci na nią niczyjej uwagi.
Wychodząc, zerknęła krótko na admirała. Nie żył już. Wiedziała, że nikt nie zdoła wykryć trucizny w jego organizmie - sama ją opracowała i wiedziała, że ulega rozpadowi na nieszkodliwe związki mniej więcej po dziesięciu minutach. Najpewniej uznają to za zawał serca, albo inną chorobę podeszłego wieku. Boska sprawiedliwość po ataku na system Callypso. Tylko ona i jej zleceniodawca wiedzieli, jak było naprawdę.
O tak, zdecydowanie lubiła swoją pracę.
Kryształowy pałac imperatora był wielki. Valentine nigdy jeszcze w swoim krótkim życiu nie widział równie monumentalnej budowli. Na Medei nawet rząd i prezydent musieli się zadowolić o wiele skromniejszymi siedzibami. Pałac znajdował się na sztucznej wyspie pośrodku sztucznego jeziora. Poprzez przezroczyste ściany sączyło się swobodnie do wewnątrz światło słońca, rozszczepiając się po drodze na setkach pryzmatów i tworząc na ścianach wielobarwne tęcze. Widok był wspaniały, ale Valentine szybko poczuł się nim znużony. Od tego migotania rozbolała go głowa. Ponadto nie czuł się tutaj dobrze. Na Medei, choćby wszedł do najnowocześniej wyposażonego pomieszczenia, nadal czuł się jak w domu. Tutaj był w obcym miejscu, w sztucznej klatce, pozbawionej duszy i wyrazu. To nie było jego miejsce.
Obniżona grawitacja Droghedy sprawiała, że czuł się dziwacznie lekki. Ale do tego łatwiej było mu się przyzwyczaić, niż do rozkładu dnia i nocy. Doba trwała tutaj zaledwie dwadzieścia dwie godziny. To stanowczo za mało, jeśli do tej pory żyło się na planecie o trzydziestosześciogodzinnej dobie. Oczywiście, ludzie nie byli dostosowani do takiego długiego dnia, a więc w południe był czas na czterogodzinną drzemkę i odpoczynek. Nazywano to sjestą - nikt właściwie nie wiedział, skąd wzięło się to słowo, było starsze niż ludzka obecność na Medei. Na Droghedzie natomiast wszystko huczało przez cały dzień, bez chwili odpoczynku. Valentine nigdy do tego nie przywyknął i bardzo go to męczyło.
Powietrze na Droghedzie też było inne. Przez kilkanaście pierwszych dni Val miał wrażenie, że się w końcu udusi. Cuchnęło wszechobecnymi spalinami i wyziewami ludzkiej obecności. Planeta była przesiąknięta nowoczesną techniką do tego stopnia, że sama nie potrafiła już oddychać. Powoli umierała, ginęło na niej życie, a odór rozkładu był nie do zniesienia.
Atmosfera panująca w pałacu była równie męcząca. Geralt utrzymywał dość liczny dwór, właściwie nie wiadomo po co. Wśród zaliczających się do niego ludzi bez przerwy tworzyły się małe i większe intrygi, zawierano trwalsze i mniej trwałe sojusze, krążyły plotki i pomówienia - każdy chciał wydrzeć dla siebie jak najwięcej uwagi imperatora. Gorzej, że niektórzy próbowali wciągnąć Valentine'a w swoje knowania - trudno mu było z początku lawirować pośród pochlebców i fałszywych uśmiechów. Później starał się po prostu unikać dworaków. To był świat pozorów, drobnych szantażystów, wymuszonej uprzejmości i kłamstw.
Zaraz po przybyciu, osobisty lokaj imperatora zaprowadził Valentine'a do przygotowanego dlań pokoju, położonego niedaleko apartamentów Geralta. Wystrój komnaty zaskoczył jednak chłopca. Znajdowało się w niej mnóstwo zabawek. Leżały na podłodze w pozornym nieładzie, na półkach i w wielkich koszach - większości z nich nie potrafiłby nawet nazwać.
- Po co to wszystko? - spytał.
Stary mężczyzna wydawał się zdziwiony podobnym pytaniem.
- Jak to, po co? Zabawki służą do zabawy. Jak wszystkim dzieciom - nie rozumiał, o co mu chodzi.
Po jego wyjściu Val uśmiechnął się do siebie niewyraźnie. Przestał bawić się zabawkami, kiedy miał dwa lata. Ci tutaj urządzili jego pokój tak, jakby on wciąż był dzieckiem. To zaś oznaczało, że wprawdzie wiedzieli, iż jest Złączonym, ale raczej tego faktu nie pojęli. Wiedza i zrozumienie to dwie różne rzeczy. Valentine w tym upatrywał źródła swojej siły. Niech traktują go jak dziecko. Świetnie. On zaczeka. Czas nie miał znaczenia, a na cierpliwości mu nie zbywało.
Jeszcze tego samego wieczora majordomus zaprowadził Valentine'a do imperatora. Przed drzwiami jego apartamentów stało czterech uzbrojonych po zęby gwardzistów - dokładnie obszukali chłopca, zanim pozwolili mu wejść do środka. Majordomus wyjaśnił, że to konieczne, ponieważ na życie imperatora zorganizowano już kilkaset zamachów. I że kilka z nich o mało co się nie powiodło, a sam Geralt odniósł rany, w tym dwie poważne. Val był zdumiony. Właściwie jakim cudem imperator jeszcze żył?!?
Geralt siedział w fotelu przy płonącym kominku. Na nosie miał staromodne okulary, a w ręku plik dokumentów. Ubrany był w luźną koszulę i spodnie. Wyglądał, jak dobrotliwy wujaszek. Zwyczajny człowiek, w swoim domu po ciężkim dniu pracy. Nic wielkiego. Valentine jednak nie dał się zwieść pozorom. Ten pałac był nimi przesiąknięty.
- Podejdź tu, chłopcze - odezwał się Geralt. - Przecież się mnie nie boisz.
- To prawda - Valentine usiadł na wskazanym miejscu. - Czy jestem twoim więźniem?
Imperator zdiął okulary.
- W pewnym sensie - przetarł zmęczone oczy. - Uznaj się raczej za jeńca wojennego.
- Więc dlaczego jestem tutaj, w twoim pałacu? Nikt na Medei nie wie o moim istnieniu, nie da ci to przewagi w opanowaniu planety.
Pobłażliwy uśmieszek zniknął z twarzy imperatora. Niedługo kończył siedemdziesiąt pięć lat, ale rozmawiając z tym dzieckiem o srebrnych oczach, miał wrażenie, iż patrzy nań istota o wiele starsza, starsza nawet niż samo imperium. Ale to było tylko wrażenie. Do licha, dzieciak miał zaledwie siedem lat!
- Zdaję sobie z tego sprawę - przytaknął. - Jesteś sierotą. Każde dziecko w granicach imperium musi mieć opiekuna. Ja nim będę dla ciebie.
- Dlatego, że jestem An'atar?
- Właśnie.
- I nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia?
- Przykro mi - Geralt zastanowił się przez chwilę. - Powiedz, czy twój pokój ci się podoba?
Valentine westchnął. Niech i tak będzie. Na razie.
- Nie ma w nim książek. I terminala komputerowego.
- Rodzice dali ci dostęp do sieci? - Geralt był zdziwiony.
- Często zostawałem sam w domu, musiałem się czymś zajmować - wzruszył ramionami. - W sieci są najlepsze gry. No i wirtualne biblioteki - dodał.
Imperator ludzkości roześmiał się gromko, odrzucając do tyłu głowę.
- Dobrze, dostaniesz terminal.
Już był w jego pokoju, kiedy wrócił po dwóch godzinach. Nie był to standardowy sprzęt - mógł wyświetlać hologramy wielokrotnie większe niż typowe urządzenia, ze znacznie lepszą rozdzielczością. Na całej Medei próżno by szukać tak technicznie zaawansowanego sprzętu. Jednakże nawet zwykły komputer podręczny wystarczyłby do tego, co Valentine zamierzał zrobić.
Najpierw jednak starannie przejrzał zawartość dysku. I znalazł. Program ukryty był sprytnie, w kolejnych podprogramach systemowych. Do jego zadań należała kontrola nad wykonywanymi czynnościami. Gdyby Val spróbował włączyć się do sieci informacyjnej, czy też wysłać jakąkolwiek wiadomość, program miał o tym zawiadamiać, kogo trzeba i blokować nadzorowany sprzęt. A więc nie ufali mu na tyle, by dać swobodny dostęp do sieci. Ale Valentine spodziewał się tego.
W dość krótkim czasie udało mu się skonstruować skuteczny antyprogram, który powinien znosić działanie programu kontrolnego i dawać "bezpieczne" odczyty pracy terminala. Potem dodał jeszcze pięć warstw zabezpieczeń, które powinny uchronić go przed niepożądanymi odwiedzinami. Był pewien, że nawet imperialni fachowcy za nic nie dadzą rady rozgryźć jego systemu.
Dopiero wtedy włączył się do sieci. Najpierw sprawdził lokalne serwery informacyjne. Jednakże tutaj, na Droghedzie, tak blisko ośrodka władzy, reakcje na spacyfikowanie Medei były bardzo stonowane lub prawie żadne. W sieci ogólnej było na ten temat znacznie więcej komentarzy. Politycy reprezentowali dość ostrożne poglądy, za to dziennikarze niektórych pism sieciowych publikowali zjadliwą krytykę tego wydarzenia. Większość została napisana w mniej więcej tym samym tonie i nie było wątpliwości, że przedstawia poglądy bynajmniej nie najmniejszej części społeczeństwa. Kto teraz może czuć się bezpieczny, skoro imperator zaatakował bezbronną planetę, w żaden sposób nie zagrażającą imperium? Kto wie, czy za miesiąc lub za rok Geraltowi nie przyjdzie ochota zrównać z ziemią na przykład Droghedy?
Ale Valentine wiedział, co o tym myśleć. Może Medea nie zagrażała imperium, ale jako taka stanowiła doskonały przykład dla innych systemów i ich rządów, mających być może separatystyczne zapędy. Geralt nie chciał atakować żadnego układu w granicach imperium, gdyż takie posunięcie mogłoby doprowadzić do wojny domowej. Dlatego wybrał nie wyróżniającą się niczym planetkę na rubieżach. Krytyka tej taktyki była do przyjęcia, zwłaszcza jeśli wiadomość dotarła pod wskazany adres.
Z samej Medei nie było żadnych wiadomości w sieci. Nie było informacji o zabitych, rannych, zaginionych i zniszczeniach, jakie spowodował atak. Cały system znajdował się pod ścisłą kwarantanną.
Na posiedzeniu rady ministrów niespodziewanie pojawił się sam imperator. Wszyscy znali przyczynę, a jednak odczuli niewytłumaczalny lęk przed tym człowiekiem o zimnym spojrzeniu i obojętnej twarzy. Pomimo tego wszyscy powitali go z należnym szacunkiem, a usiedli dopiero wówczas, gdy i on zajął swoje miejsce.
Geralt rzadko bywał na zebraniach rady. Większość decyzji wolał pozostawiać swoim ministrom. Zajmowali się sprawami powszednimi, działając wedle ogólnych wytycznych. Na ogół ich działania nie wymagały interwencji imperatora, ale jeśli już się tak zdarzyło... O, to wtedy mogłeś pożegnać się z posadą, a jeśli błąd był naprawdę rażący - także z życiem. Dlatego ministrowie zawsze działali z rozwagą, ale też i tak, by nie zwracać na siebie uwagi imperatora. Nie zdawali sobie sprawy, że dokładnie o to chodziło Geraltowi.
Dzisiejszej wizyty mogli się w zasadzie spodziewać. Umarł admirał Fisher - należało mianować jego następcę. Flota nie mogła obywać się zbyt długo bez dowódcy.
- Admirał Fisher był wybitnym strategiem i potrafił doskonale kierować imperialną flotą - oznajmił Geralt bez cienia emocji w głosie. - Postarajmy się, by jego następca był nie mniej utalentowany.
Niektórzy z ministrów poczuli się urażeni wystąpieniem imperatora. Admirał miał wielkie zasługi wobec imperium i po prostu nie wypadało potraktować jego życia w podobnie zdawkowy sposób. Oczekiwali przynajmniej krótkiej, acz wzniosłej mowy. Żaden z nich jednak nie odważył się wprost okazać rozczarowania. Żaden z nich nie był głupcem.
Nie wiedzieli jednak, że Geralta zaskoczyła śmierć Fishera. Admirał był młodszy od niego o prawie dwadzieścia lat, a to przypomniało imperatorowi o śmierci, czającej się blisko, na skraju pola widzenia. W rzeczywistości Geralt nawet dość lubił admirała, głównie za jego bezpośredni sposób bycia i w innych okolicznościach z pewnością wygłosiłby znakomitą mowę.
Uświadomił sobie nagle i wyraziście, że jest stary. Nie mogły tego zmienić żadne operacje. Niedługo umrze, a wtedy rozgorzeje walka o tron, która może doprowadzić do rozpadu Imperium Ludzi, do zniszczenia tego wszystkiego, co on i kilku jego poprzedników budowało i utrzymywało z takim trudem.
Z trudem skupił się na słowach ministra Rywella, który po kolei przedstawiał kandydatów na zwolnione stanowisko. Jedna z nich szczególnie rzucała się w oczy. Siwert Lindsey. Młody, ambitny, z głową na karku. Idealne akta, pełne pochwał od kolejnychprzełożonych. Szybkie awanse. Reszta kandydatur wyglądała przy nim blado i mdło.
Po godzinnym posiedzeniu zatwierdzono Siwerta Lindseya na nowego admirała floty.
Imperator nie wziął udziału w dalszych obradach.
Tymczasem w głowie Geralta zaczął krystalizować się pewien plan. Pomysł pojawił się niespodziewanie, jak to zwykle bywa z genialnie prostymi rozwiązaniami.
Imperator nie miał dzieci. Swoje życie poświęcił polityce i nie miał czasu na przygody. Owszem, przeżył kilka krótkich porywów namiętności, zwłaszcza gdy był młody, ale pozostawiły one po sobie tylko niesmak. Oczywiście, w grę wchodził także mariaż ze względów politycznych, nawet teraz nie brakłoby kandydatek ze wszystkich arystokratycznych rodów imperium, ale Geralt jakoś nie miał zaufania do instytucji małżeństwa. Za dużo niewiadomych, a on nie lubił niepewnych sytuacji.
A teraz, zupełnie niespodziewanie, w jego życiu pojawił się Valentine. Imperator właściwie był znudzony operacją na Medei. Jego doradcy twierdzili, że atak ostudzi niektóre gorące głowy na Ghalizan i Zeuthen. Obecność imperatora dodawała wagi temu wydarzeniu. Niezwykłe dziecko znalazł w rumowisku dowódca patrolu poszukującego rannych i bezzwłocznie kazał przewieźć na flagowy okręt imperialnej floty. Ów dowódca został natychmiast awansowany - znalezisko warte było o wiele więcej niż mógł przypuszczać.
Geralt sam nie wiedział, kiedy zaczęła dojrzewać w nim myśl, by uczynić Valentine'a swoim następcą. Jeśli medeańskie legendy mówiły prawdę, to ten chłopiec był wprost idealnym kandydatem. Geralt zaczął obserwować go nieco uważniej. Val był nadzwyczaj opanowany i nie okazywał uczuć w sposób właściwy siedmiolatkom. Traktował wszystkich ludzi uprzejmie, ale z pewnym chłodem, trzymając ich na dystans. Rzadko kto odważał się potraktować go jak smarkacza. Takich dworaków przywoływał do porządku nie znoszącym sprzeciwu głosem. Był bardziej władczy od samego szambelana. Nie wyciągał pochopnych wniosków. Obserwował. Słuchał. Rzadko się odzywał. Czekał. W ogóle nie przypominał dziecka swoim zachowaniem.
Wszystko to sprawiało, że w Geralta wstąpiła nadzieja. Nareszcie godny następca, w którego ręce z czystym sumieniem i lekkim sercem będzie mógł złożyć losy imperium.
Załatwienie formalności nie sprawiło mu żadnych kłopotów i zajęło tylko kilka dni. W końcu był imperatorem i miał prawo tego wymagać od swoich podwładnych. Valentine Marcus Crusher prawnie stał się jego synem, a co się z tym wiązało - także następcą tronu.
Minął rok, potem drugi, trzeci i następny. Valentine nic nie wiedział o planach imperatora względem swojej osoby. Pomimo wysiłków nie zadomowił się w pałacu. To miejsce działało na niego w ten sam sposób, w jaki kraty więzienia działają na skazańca. Geralt jakby nie zdawał sobie z tego sprawy - zabierał chłopca na swoje służbowe spotkania, audiencje i narady, oficjalne przyjęcia i bankiety, jeśli tylko odbywały się w pałacu. Jakby starał się zatrzeć w Valentine'ie wspomnienia o domu, o Medei.
Jednak Val pamiętał. Co wieczór z tęsknotą spoglądał w niebo, wypatrując Callypso - gwiazdy, wokół której krążyła Medea. Co noc zastanawiał się, co też tam się dzieje. I co noc odczuwał palącą tęsknotę za domem. Co rano pił ze słońca Droghedy i marzył, by znaleźć się w promieniach słońca Medei. Każdego dnia przemierzał kryształowe korytarze, pragnąc, by stały się pierwotną, medeańską puszczą.
Geralt w końcu zauważył, że coś niedobrego dzieje się z Valentine'em. Chłopiec był blady, miał podkrążone oczy i nieprzytomne spojrzenie. Raz zemdlał na oficjalnej audiencji i potem długo dochodził do siebie. Osobisty lekarz imperatora zbadał go i nie potrafi postawić jednoznacznej diagnozy. Zalecił jednakże, aby chłopiec dużo czasu spędzał na świeżym powietrzu. Imperator zastosował się do zalecenia lekarza z całą skrupulatnością: kilka dni później sztuczną wyspę powiększono i dobudowano za pałacem wielki ogród.
Valentine nie mógł uwierzyć własnym oczom. Nie mieściło mu się w głowie, że można dokonać czegoś takiego. Geralt był zachwycony jego zdumieniem. Val jednak korzystał z ogrodu tylko po to, by mu zrobić przyjemność. W rzeczywistości to miejsce drażniło jego zmysły w podobny sposób, jak kryształowy pałac - było sztuczne, wypielęgnowane, nie miało własnego charakteru. Nie tego było mu trzeba. Nie o tym marzył i śnił.
Ciężko było dostać się na teren pałacu. Ochrona działała bez zarzutu. Jej udało się dotrzeć tu tylko dlatego, że to nie imperator był jej celem. Chciała go zobaczyć. Jej informator twierdził, że codziennie wczesnym rankiem spaceruje po ogrodzie. Sam, bez ochrony. Wydawało się to nieco dziwne - spodziewała się, że imperator bardziej zadba o swego sukcesora.
Wcisnęła się głębiej w zarośla, kiedy usłyszała kroki. Żwirową alejką szedł niewysoki, czarnowłosy chłopiec. Plotka głosiła, że to jakiś dziwoląg - ale nie, zwyczajny chłopiec. Może nieco za poważny, jak na swój wiek. Uderzył ją smutek i rezygnacja na jego twarzy i to ją zdziwiło. Smarkacz ni z tego ni z owego zostaje następcą tronu i ma taką minę?!?
Kroki ucichły. Wstrzymała oddech.
- Wiem, że tu jesteś - rozległ się jego głos. - Możesz wyjść.
Jej umysł błyskawicznie przeanalizował sytuację. Jeśli nie wyjdzie, wzbudzi tylko jego podejrzenia. Poza tym, nie pozna go lepiej, siedząc w krzakach. Zdecydowała się wyjść.
- Cześć - powiedziała z doskonale wyreżyserowaną swobodą. - Chyba się zgubiłam.
Miał niezwykłe oczy, niczym płynne srebro. Przypatrywał się jej uważnie. Poczuła się dziwnie nieswojo.
- Jesteś Valentine, prawda? - spytała, próbując nawiązać rozmowę. - Mieszkasz w pałacu imperatora.
- Tak - przytaknął, nie spuszczając z niej wzroku. - Ale chyba już nie na długo.
- Jak to? - uniosła brwi w udanym zdumieniu. To mogła być cenna informacja.
Uśmiechnął się niespodziewanie.
- Ponieważ ty masz mnie zabić, Keian - odrzekł spokojnie.
Zaskoczył ją, wymawiając imię, którego brzmienie zatarł czas.
- Keian umarła dawno temu - odparła. Czuła, że traci przewagę w tej rozmowie. Czy w ogóle ją miała?
- Chciałabyś, aby tak było. Pragniesz tego. Ale ona żyje, po prostu mocno śpi. W końcu się obudzi.
- Dlaczego? Nie jest mi potrzebna.
- Ależ jest - pochylił się nieco do przodu. - Tylko jeszcze o tym nie wiesz - odwrócił się do niej plecami i poszedł w głąb ogrodu, nie zaszczycając jej już żadnym spojrzeniem.
Przez chwilę była jak ogłuszona. Zaschło jej w ustach, kiedy uświadomiła sobie, że cały ogród może się roić od gwardzistów, którzy tylko czekają na sygnał, by ją rozwalić. Ktoś zdradził, musiał zdradzić, bo inaczej skąd ten mały by wiedział o planowanym na niego zamachu?!?
Błyskawicznie dała nura w krzaki. Cisza. Żadnych podejrzanych szelestów, nic. Ogród był pusty - a więc instynkt mimo wszystko jej nie zawiódł. Spojrzała na swoje dłonie. Drżały. Nigdy wcześniej jej się to nie przytrafiło.
Opuściła ogrody pałacowe w taki sam sposób, w jaki się do nich dostała. Nikt jej nie śledził. Przez cały dzień chodziła po mieście. Była jak nieprzytomna, pijana. Mijała dziesiątki ludzi, ale nie widziała ich twarzy. Mijała budynki i ulice, ale nie rozpoznawała ich nazw.
Jedno spojrzenie, kilka słów pozornie bez znaczenia. Do tej pory nie poznała nikogo o takiej sile. To było jak nóż prosto w serce. Czuła, że gdyby chciał, mógłby ją zabić jednym słowem. To, że tego nie zrobił, odczuwała jako bolesną torturę.
Nie pamiętała, ilu ludziom odebrała życie. Nie liczyła. Nigdy nie obchodziło jej to na tyle, by się nad tym zastanawiać. To była praca jak każda inna. A teraz czuła, że to ona jest celem o wiele bardziej wysublimowanego polowania.
Przypomniała sobie swoje pierwsze zabójstwo. Miała wtedy osiem lat. Jej rodzinny świat, Batigel, znajdował się wtedy na granicy imperium. Teraz już poza nimi. Ale wtedy Batigel zamieszkiwały jeszcze nieliczne ludzkie kolonie, rozrzucone tu i ówdzie po całym globie. Chcieli tylko spokojnie żyć i uprawiać ziemię. Przynajmniej większość z nich.
Rabusie przyszli nocą. Należeli do ludzkiego gatunku, ale wtedy stali się zwierzętami: głodnymi krwi i przerażającymi w swym okrucieństwie. Zamordowali rodziców. Zgwałcili i zabili jej jedenastoletnią siostrę. Zabawiali się okrutnie z jej młodszym bratem, aż oszalały z bólu zadławił się własną krwią. Nie darowali nawet psu. I wtedy jeden z nich zobaczył ją - trzęsący się ze strachu kłębek wciśnięty między wysokie kosze, w których zwykle przechowywano ziarno.
Ale ona była gotowa. Nie pamiętała w jaki sposób pistolet ojca znalazł się w jej dłoni. Raczej dzięki szczęściu udało się jej strzelić pierwszemu prosto w głowę. Rozprysnęła się, niczym kopnięty przejrzały melon. Drugi dostał w pierś, ale strzeliła jeszcze raz - dla pewności.
Rano znalazł ją jakiś kosmita. O mało go nie zabiła. Zabrał ją ze sobą i wychował najlepiej jak potrafił. Dał jej dom, względne bezpieczeństwo, nauczył swego zawodu. Do niedawna była jeszcze dzieckiem. Dorosłość komplikowała wypracowaną wiele lat temu taktykę, ale też dawała nowe możliwości. Nie była szczęśliwa, ale nie była też nieszczęśliwa. Tak było dobrze.
Całe jej życie było zabijaniem. Dawno się z tym pogodziła. A teraz ten dzieciak potrafił sprawić, że wszystkie jej zbrodnie wróciły; wspomnienia, o których myślała, że dawno pogrzebała w swej pamięci, odżyły i szarpały jej duszę, kawałek po kawałku.
Wspomnienia rodziców, rodzeństwa, domu. Wspomnienia wycieczek nad rzekę, radosnych pikników, zabaw z psem.
W końcu usiadła na ławce w jakimś parku i rozpłakała się. Szlochała tak długo, aż zabrakło jej łez. Wróciła do swojego mieszkania dopiero przed północą.
Czekał tam na nią, wyraźnie zniecierpliwiony. Pracowała dla niego od trzech lat, znała go dobrze, ale teraz wydał się jej obcy. Był wysoki, przystojny, jasnowłosy. Zaczynał powoli łysieć. Przedtem tego nie zauważyła. Jednak wciąż doskonale prezentował się w admiralskim uniformie, kiedy występował oficjalnie.
- Gdzie byłaś? - spytał, przyglądając się jej ze zmarszczonymi brwiami.
Dowódca doskonały, przemknęło jej przez myśl.
- Nie zrobię tego.
Wyraz jego twarzy nie zmienił się.
- Mogę znać powody?
- Nie.
Wyminęła go i weszła do sypialni. Wyciągnęła spod łóżka torbę, która pamiętała lepsze czasy i zaczęła do niej wrzucać swoje rzeczy.
- Wyjeżdżasz? - stanął w drzwiach.
- Muszę. Tutaj zrobiło się niebezpiecznie - wymówka równie dobra, jak każda inna. Potrafiła kłamać równie dobrze jak zabijać.
- Trudno - z pozorną obojętnością wzruszył ramionami. - Spróbujemy kiedy indziej.
Chyba śnisz, pomyślała i z impetem zasunęła zamek.
- Nie szukaj mnie. Skontaktuję się z tobą.
Godzinę później znajdowała się już na pokładzie pasażerskiego promu lecącego na Hiroshi z międzylądowaniem na kilku innych planetach.
Jeszcze nie znała celu swojej podróży.
Wciąż drżały jej dłonie.
To było wkrótce po jedenastych urodzinach Valentine'a. Kwarantanna Medei została zdjęta jakieś pół roku wcześniej i system Callypso został oficjalnie przyjęty w poczet planet tworzących Imperium Ludzi. Podczas uroczystości w odbudowanej stolicy nowy rząd gorąco zapewniał o swojej lojalności względem imperatora. Odbyła się parada, ludzie wiwatowali, klaskali i rzucali kwiaty pod nogi zdobywców. Ale Valentine wiedział, że to farsa, przedstawienie na rzecz mediów. Nawet Geralt krzywił się, oglądając uroczystości na terminalu w swoim gabinecie.
Niemal równocześnie z faktem przywrócenia łączności z Medeą, zaczęły pojawiać się komunikaty, że naród Medei walczy z imperialnym najeźdźcą i nie spocznie, póki oddziały marines nie wycofają się z planety. Geralt był wściekły, gdy czytał manifesty i wezwania do walki, podpisane imieniem przywódcy rebeliantów. Natychmiast kazał opublikować list gończy za tajemniczym Yarisem, a służbom bezpieczeństwa na Medei przetrząsnąć całą planetę w poszukiwaniu tego człowieka.
Przeszukując sieć w obszarze medeańskim, Valentine trafił na pewien anons. Po zamieszaniu spowodowanym atakiem mnóstwo było takich ogłoszeń - brat szukał brata, rodzice szukali dzieci i na odwrót. A Miranda Crusher poszukiwała syna. Poniżej krótkiej, acz rozpaczliwej treści znajdował się rysopis poszukiwanego, a na końcu sieciowy adres kontaktowy.
Valem wstrząsnęło odkrycie, że jego rodzice żyją i szukają go. Dawno temu pogrzebał ich w swoim sercu i nie spodziewał się, że pewnego dnia okaże się, że żyją, że wcale nie zginęli. Rodzice żyją... Valentine nawet nie zauważył, że płacze, póki łzy nie przesłoniły mu obrazu na terminalu. Płakał po raz pierwszy od czasu, kiedy dowiedział się o ich śmierci. Te łzy przyniosły mu ulgę.
Nie odważył się jednak odpowiedzieć na anons. Byłoby to zbyt niebezpieczne. Imperialni szpicle mogli odkryć w ten sposób jego obecność w sieci ogólnej, a to odcięłoby go od wszystkich informacji, jakie zdobywał poprzez terminal. Nie mógł sobie na to pozwolić.
- Musisz jeszcze trochę zaczekać, mamo - szepnął tak cicho, że sam nie usłyszał własnego głosu.
Od tej pory zaczął jednak uważniej ćwiczyć swoje nieco zaniedbane umiejętności - zwłaszcza te dotyczące metamorficznej części jego natury. Wiedział, że jeśli chce uciec z pałacu, będzie musiał to zrobić zmieniając kształt. Ćwiczył, nie zaniedbując jednak swoich dotychczasowych obowiązków - inaczej niepotrzebnie wzbudziłby podejrzenia.
Raz wylądował na biurku sekretarza stanu jako ekstrawagancka figurka z drewna tassalli, bardzo cenionego i cennego. Innym razem doprowadził sprzątaczy do białej gorączki, kiedy udawał plamy na lśniącej posadzce tuż przed wizytą jakiegoś dygnitarza. Innym razem wywołał panikę wśród dworzan, kiedy na ich oczach zmienił się w srebrzystą kałużę.
Imperator był szczerze ubawiony opowieściami o wybrykach swego wychowanka, traktując je jak psikusy rozpuszczonego dzieciaka. Zabawa jednak raptownie się skończyła, kiedy Valentine o mały włos nie zginął, płatając figla znerwicowanemu gwardziście. Strażnik myśląc, że ktoś włamał się do pałacu, strzelił z pistoletu. Valentine'a uratowała jedynie fatalna celność gwardzisty i zdolność błyskawicznej metamorfozy. Gwardzistę zdegradowano i odesłano z planety, a Valentine wysłuchał ostrej reprymendy z ust Geralta.
- Nigdy więcej tego nie rób, Valentine - głos imperatora drżał od ledwie powstrzymywanego gniewu.
Chłopiec podniósł na niego zaskoczone spojrzenie.
- Muszę ćwiczyć - odparł ze spokojem, tak bardzo kontrastującym ze wzburzeniem starego człowieka. - Jestem An'atar. Nie mogę o tym zapominać.
Geralt zmarszczył brwi.
- Tutaj nie jesteś An'atar. Nie jesteś Medeaninem. Jesteś moim synem.
Valentine'a cofnęło raptownie, jakby imperator uderzył go w twarz. Z trudem się opanował.
- Nie jestem twoim synem. Moje życie należy do Medei, nie do ciebie.
Imperator nie spodziewał się tego. Myślał, że Valentine z wdzięcznością przyjmie go jako ojca. Był przecież sierotą, dzieckiem potrzebującym opieki. Najwyraźniej się mylił.
- Pokochałem cię, Val. Tak, jak ciebie, nie mógłbym kochać nawet dziecka zrodzonego z mojej własnej krwi. Chciałem ci dać wszystko, co mam, co osiągnąłem - zacisnął wargi w wąską linię. - Nie przypuszczałem, że to dla ciebie za mało. Myślałem, że i ty mnie pokochałeś, a przynajmniej polubiłeś - dodał cicho.
- Nie mogę - Valentine wiedział, że jego słowa sprawiają Geraltowi ból, ale nic nie mógł na to poradzić. - Nie mogę być tym, kim byś chciał, żebym był. Przykro mi.
Przez kilka minut panowała cisza pełna trudnego do zniesienia napięcia. W końcu odezwał się imperator.
- Odejdź, Valentine. Chcę zostać sam - jego głos zabrzmiał głucho.
Drzwi cicho zasunęły się za wychodzącym. Geralt popatrzył na nie z goryczą. Ofiarował temu dziecku wszystko, co posiadał: swoją miłość i tron imperium. A Valentine bez namysłu odrzucił jedno i drugie, jakby nie było tych pięciu lat. Jakby nie było rozmów w długie zimowe wieczory, wyjazdów do lasu, nad jezioro, czy w góry, jakby nie było wspólnie spędzonych chwil. Dzieciak okazał czarną niewdzięczność. A Geralt naprawdę się starał. Cóż, wzgardził zarówno tronem, jak i ojcowską miłościa. Dobrze. Doskonale!
Po godzinie przyszło opamiętanie. Gniew ustąpił, pozostała głęboka rana w sercu i ból. Da się z tym żyć, Geralt miał to przećwiczone. Wystarczy nabierać powietrza, wypuszczać je i tak od nowa. Wstawać rano, pracować, wieczorem kłaść się spać. Tak, potrafił to robić.
Właściwie sam był sobie winien. Zabrał dziecko, o którym niewiele wiedział, z planety, o której wiedział jeszcze mniej. Zarówno chłopak, jak i planeta kryli w sobie mnóstwo tajemnic. Zbyt wiele, by przejść nad nimi do porządku dziennego. Nie powinno ich się lekceważyć.
Jednakowoż Geralt dokonał już wyboru w kwestii swego następcy. Valentine był nadal idealnym kandydatem na to stanowisko. To nic, że odmówił. Istniały sposoby, by zmusić go do podjęcia właściwej decyzji. Bardzo wiele sposobów. Imperator wolałby nie używać tych bardziej drastycznych, ale jeśli Valentine nie pozostawi mu wyboru...
Rozmyślając nad tym, jak załagodzić sprawę z Valentine'em, Geralt poszedł do jego pokoju. Dwóch gwardzistów jak zwykle ruszyło za nim. Pokój był pusty. A pomimo tego terminal był włączony. Geralt podszedł bliżej. Na ekranie powstałym z krzyżujących się laserowych promieni widniało tylko jedno słowo: Żegnaj. Imperator odwrócił się do gwardzistów. Jego twarz wyglądała strasznie.
- Znajdźcie go - wychrypiał przez zaciśnięte gardło. - Znajdźcie i przyprowadźcie do mnie. Zginiecie, jeśli choć włos spadnie mu z głowy.
W ciągu godziny przetrząśnięto cały pałac od góry do dołu i przyległe doń ogrody. A potem jeszcze raz. Przeskanowano wszystkie pomieszczenia. Potem sprawdzono je jeszcze raz przy użyciu podczerwieni.
- Nie ma go w pałacu - zameldował kapitan imperialnej gwardii.
- Szukajcie go - w głosie Geralta wyraźnie przebijał ból i ledwie powstrzymywana rozpacz. - Szukajcie za wszelką cenę. Od tego zależy wasze życie.
Kapitan nie dał po sobie poznać, że się boi. A bał się. Imperator rzadko wpadał w szał, ale kiedy już się tak działo, kapitan wolałby się znajdować w takiej chwili w innej galaktyce. Mimo to wyprężył się służbiście i zniknął za drzwiami, by wydać stosowne rozkazy swoim ludziom.
Geralt zdał sobie nagle sprawę, że popełnił błąd, wyznając Valentine'owi swoje zamierzenia. Po prostu, zwyczajnie przegiął. Chłopiec był zbyt wrażliwy, zbyt młody i zareagował w ten nieprzewidywalny sposób. A wina jest moja, moja, powtarzał imperator w myślach, kręcąc się po swoich apartamentach niczym dziki zwierz w klatce. Skrzywdził Valentine'a, chcąc zrealizować własne ambicje, własną wizję przyszłości. A teraz chłopiec błąkał się gdzieś sam, pośród prostytutek, narkomanów, żebraków i wszelkich innych mętów społecznych. Geralt nie mógł znieść myśli o tym.
To przerażało. Geralt nie sądził, by był jeszcze zdolny do tak gwałtownych uczuć. I to względem dziecka, które nie było jego własnym. A jednak. Ten niepokój, który zżerał go od środka, przerażenie na samą myśl o tym, co może spotkać chłopca poza tymi murami, mdlący strach o jego bezpieczeństwo... Pokochał to dziecko niepostrzeżenie nawet dla samego siebie, a teraz ono odeszło...
Valentine w ciągu kilku minut dotarł do najbliższego miasta. Ćwiczenia w metamorfozie bardzo się przydały. Nikt go nie zauważył, kiedy opuszczał pałac przyobleczony w pióra jednego z miejscowych gatunków pospolitych ptaków. W wielkim mieście, takim jak Yaren, był jeszcze jednym bezdomnym dzieckiem. Jeśli będzie uważał, wszystko powinno się udać. Tu go nie znajdą, a doskonale zdawał sobie sprawę, że będą szukać. Znał imperatora na tyle dobrze, by wiedzieć, że on się nie podda. Nigdy się nie poddawał.
Wielkość miasta zaskoczyła i oszołomiła Valentine'a. Na Medei nawet Orsay nie mogła równać się z Yaren. Wielopiętrowe budynki sięgały niebios, jakby chciały je rozedrzeć swoimi iglicami. A jednocześnie panował tu nieopisany chaos i nędza - nawet tak blisko politycznego centrum ludzkiego wszechświata. Istoty w łachmanach śpiące w zużytych opakowaniach, tu i ówdzie niemal nagie kobiety w wyzywających pozach i o zmęczonych oczach, które widziały już wszystko, narkomani siedzący bezwładnie pod ścianami, na krawężnikach, albo wprost na ulicy...
Nikt go nie zaczepiał, kiedy tak szedł przez miasto, mijając kolejne kwartały ulic, choć widok dziecka w dobrze skrojonym ubraniu dziwił w pewnych miejscach. Ścigały go ciekawskie spojrzenia, ale nic ponadto. Ludzie nie interesowali się nim, zbyt pochłonięci własnymi sprawami, własnymi problemami.
Valentine nie bardzo wiedział, dokąd idzie. Oglądał plany miasta na terminalu, ale co innego oglądać czysty, nieskażony brudem i zaduchem obraz, a co innego znaleźć się w samym środku tego tygla. Uciekł z pałacu - i prawdę powiedziawszy, nie wiedział dokąd się udać. Sprzeczne uczucia otaczały go ze wszystkich stron. Osaczyły go i sprawiły, że zupełnie stracił orientację.
W mieście szybko zapadał zmrok, a potem noc. Zapłonęły światła uliczne. Valentine, wytrwale walcząc ze zmęczeniem, dotarł do reprezentacyjnej części miasta. Tutaj czuło się niemal zapach blichtru i zamożności, ukrytych pod niedbałym niekiedy płaszczykiem. Eleganckie restauracje, sklepy, butiki, domy aukcyjne i galerie, banki i kantory.
Valentine usiadł na jednej z ławek, by dać nieco odpocząć zmęczonym marszem mięśniom. Rozglądając się dookoła, miał wrażenie, że przechodząc przez ulicę, trafił do zupełnie innego miasta. Tutaj nie było bezdomnych ani prostytutek, nie było narkomanów i żebraków. Inny świat. Podjeżdżały lśniące, niekiedy zabytkowe, niekiedy bardzo nowoczesne auta, wysiadali z nich roześmiani ludzie w eleganckich strojach, rozmawiając wchodzili do restauracji. Valentine poczuł nagle, że jest głodny - ostatni posiłek jadł ponad osiem godzin wcześniej, przy imperatorskim stole.
Wstał i już miał iść dalej, kiedy jego uwagę przyciągnęła rodzina, idąca drugą stroną ulicy. Kobieta była niewysoka, miała jasnopopielate włosy, uczesane w misterną fryzurę, mężczyzna barczysty, ciemnowłosy, ze staromodnymi okularami na nosie. Miedzy nimi szedł, podskakując od czasu do czasu, roześmiany chłopak w wieku może dziesięciu lat. Valentine'a zakłuło serce na ten widok. Nie domyślał się nawet, że tak bardzo będzie mu brak rodziców - zwłaszcza w takiej chwili, kiedy był sam. Opanował napływające do oczu łzy i ruszył w drogę, zdecydowany wydostać się z Yaren jak najprędzej.
Okazało się to zadaniem ponad jego siły. Stolica imperium była wielka jak żadne inne miasto. Wyczerpany chłopiec zasnął na ławce w parku i tam znalazł go policyjny patrol. Natychmiast przewieziono go do szpitala, gdzie lekarz stwierdził wychłodzenie organizmu i ogólne osłabienie. Zatrzymał go na noc.
Przez cały czas Valentine nie odezwał się ani słowem. Nie odpowiadał na pytania lekarza, pielęgniarki, ani też na zaczepki innych dzieci na oddziale pediatrycznym. Nie robił tego dla kaprysu. Nie chciał, żeby jego dane trafiły do komputerów - wtedy Geralt znalazłby go bardzo szybko. A Val za nic nie chciał wracać do pałacu.
Następnego dnia przed wieczorem pojawiła się opiekunka społeczna. Pytała go o imię, nazwisko, o rodziców.
Valentine milczał.
Alinda Kent była opiekunką społeczną od piętnastu lat. Widziała w życiu wiele dzieci - porzuconych, bezdomnych, uciekających z domu, krzywdzonych przez dorosłych i przez rówieśników. Znała dziesiątki odmian kłamstwa i wszystkie potrafiła bezbłędnie odróżnić. Chłopiec, który siedział tuż obok i patrzył na nią nieruchomym wzrokiem, stanowił dla niej zagadkę. Wyglądało na to, że uciekł z domu - jego ubranie wskazywało na zamożną rodzinę. Tylko dlaczego milczał? Próbowała się z nim porozumieć na wszystkie sposoby, użyła nawet języka migowego, sądząc iż dziecko jest głuchonieme, ale nie przyniosło to żadnych rezultatów.
Opiekunka westchnęła i wpisała do komputera rysopis dziecka. Imię: nieznane. Nazwisko: nieznane. Imiona rodziców: nieznane. Adres: nieznany. Wiek: około dziesięciu lat. Włosy: czarne. Oczy: szare. Znaki szczególne: brak. Potem poczekała na efekt działania programu poszukującego. Tak jak się spodziewała - bez rezultatu. Nic dziwnego przy tak ograniczonej liczbie danych. Chłopca nikt nie szukał, ani nie zgłosił jego zaginięcia. Po namyśle zdecydowała się go umieścić w katolickiej placówce prowadzonej przez zakonnice - dzieci po przejściach to była ich specjalność.
Valentine był przekonany, że wiozą go z powrotem do pałacu. Nie wiedział co jeszcze mógłby zrobić w tej sytuacji, która wydawała się naprawdę beznadziejna. Dlatego był więcej niż zaskoczony, kiedy realot zatrzymał się przez piętrowym budynkiem, otoczonym wysokim żywopłotem.
Opiekunka poprowadziła Valentine'a długim korytarzem z szeregiem drzwi po obu stronach, aż do niewielkiego gabinetu, w którym za szerokim biurkiem siedziała starszawa kobieta. Jej głowę okrywała misternie zawiązana chusta z biało-czarnej tkaniny, a jej strój był prosty i tak samo pozbawiony barw. Val domyślił się, że to zakonnica, choć jeszcze nigdy żadnej nie widział. Na wąskim nosie tkwiły okulary w metalowych oprawkach, a oczy patrzyły uważnie i przenikliwie.
- A więc to jest nasz nowy podopieczny - zakonnica na ich widok wstała zza biurka i podeszła do Valentine'a.
Obie kobiety zamieniły ze sobą kilka słów na osobności. Potem opiekunka wyszła, a zakonnica przyjrzała się chłopcu z powagą. Instynkt podpowiadał jej, żeby z tym dzieckiem postępować bardzo ostrożnie.
- Jestem dyrektorką tej szkoły. Nazywam się Frances Elizabeth Darling - przedstawiła się; miała zaskakująco łagodny i głęboki ton głosu. - Wszyscy nazywają mnie matką Elizą. Uważam, że imię jest bardzo ważne dla każdego człowieka. Jest częścią nas samych, tak samo jak dziedzictwo krwi. Rozumiesz, co mam na myśli?
- Tak - Val z niejakim zdziwieniem usłyszał swój głos. - Mam na imię Valentine.
- Drogheda nie jest twoim domem - domyśliła się zakonnica, słysząc jego akcent.
- Nie - przytaknął.
Nie powiedział nic więcej i matka Eliza nie naciskała. Wolała wydobyć z niego całą prawdę po trochu, małymi kroczkami. Wiedziała, że osiągnie sukces. Jej siłę stanowiły lata doświadczeń z przeróżnymi dziećmi.
- Pokażę ci twój pokój - powiedziała i wyjęła klucze z szuflady biurka. - Jest już późno i na pewno jesteś zmęczony. Jutro dostaniesz mundurek, buty i bieliznę. Przydzielę ci także kogoś, kto cię oprowadzi po szkole i pomoże zaaklimatyzować się u nas.
Valentine nie odezwał się. Szkoła, też coś. Imperator zapewnił mu tak doskonałą edukację, że mógłby zdawać egzaminy na dowolną wyższą uczelnię w całym imperium. Jednak nie miał wyboru. Szkoła czy nie, ale powinna wystarczyć mu za schronienie na kilka tygodni, póki nie odzyska sił. Póki nie będzie gotów.
Pokój był niewielki i dość ubogi w sprzęty. Ani umywał się do apartamentu w pałacu imperatora, ale Valentine nie zamieniłby jednego na drugi za żadne skarby. Ten pokój - to wszystko, czego w tej chwili potrzebował. O resztę będzie się martwił, kiedy nadejdzie właściwa pora.
- Dobranoc, Valentine - powiedziała z uśmiechem matka Eliza, zamykając drzwi.
Valentine zasnął natychmiast, jak tylko jego głowa dotknęła poduszki. Śniło mu się, że imperator chce ukraść mu duszę.
Obudził się jeszcze przed świtem. Dręczące go koszmary nie dawały mu wytchnienia nawet w nocy. Nie mógł już zasnąć. Wstał i podszedł do niewielkiego okna. Widział przezeń wyraźnie różowawą łunę wschodzącego słońca. Nie przypuszczał, że szkoła znajduje się na przedmieściach Yaren, w okolicy parterowych, okolonych zielenią domków. Valentine poczuł się niemal jak w domu.
Świt zastał go przy otwartym oknie. Wlewające się do pokoju światło słońca omywało jego postać niczym ciepły, letni deszcz, wnikało w jego ciało, aż i ono stało się promieniem światła, po którym popłynęły myśli, niczym krople rosy po pajęczynie. Pozwolił, by po tej nici podążyła jego dusza, stopiła się ze słońcem i ogrzała w jego gorącym wnętrzu. Będzie potrzebował tej energii za kilka, może kilkanaście dni.
Pukanie do drzwi gwałtownie wyrwało Valentine'a z transu. Zatracił się do tego stopnia, że nie zauważył upływu czasu. Szybko wrócił do swej ludzkiej postaci, wstał i otworzył drzwi. Stała za nimi jakaś dziewczyna. Miała może z siedemnaście lat, jasne włosy i zielone oczy z brązowymi plamkami na tęczówkach.
- Mam pokazać ci szkołę - powiedziała i wyciągnęła do niego rękę w powitalnym geście. - Jestem Ademarisa. Wszyscy mówią do mnie Mari.
- Valentine.
Matka Eliza przyglądała się z okna Ademarisie i Valentine'owi, kiedy omawiali coś siedząc na trawie w ogrodzie. Jeszcze poprzedniego wieczora, choć było bardzo późno, sprawdziła listy zaginionych i poszukiwanych dzieci, ale nie znalazła nic, podobnie jak opiekunka społeczna. Jak to możliwe, że nikt nie szukał tego chłopca? Raport policji mówił, że znaleziono go w reprezentacyjnej części miasta, ale to nic nie znaczyło. Istotnym faktem było to, że chłopiec pochodził spoza planety.
Zakonnica wróciła do biurka i włączyła terminal. Tym razem nie ograniczyła poszukiwań do samej tylko Droghedy, rozciągając je na całe imperium. Kilka godzin później program potwierdził, iż poszła dobrym tropem. Na ekranie terminala jarzyły się dane chłopca o nazwisku Valentine Marcus Crusher, zaginionego podczas ataku na Callypso.
Callypso. System zaanektowany przez imperium kilka lat temu. Zakonnica sporo wiedziała o tym układzie, zwłaszcza o planecie zwanej Medeą. Początkowo zamieszkiwali ją katolicy. Oczywiście, funkcjonowało wiele innych wyznań i sekt, jak na każdej planecie, ale katolicy stanowili zdecydowaną większość. Medea była niemal planetą jednowyznaniową. Po prostu ideał. A potem, zupełnie nagle, w ciągu kilkuset lat narodziła się i rozpowszechniła tam nowa religia, wypierając wszystkie pozostałe. Złączeni. Co ciekawe, sąsiednia Nadzieja pozostała wolna od ich wpływów.
Patriarchowie kościelni przez wiele dziesięcioleci próbowali rozwikłać zagadkę tego nowego kultu, ale bez rezultatu - Medea zazdrośnie strzegła swych sekretów, zwłaszcza jeśli chodziło o jej wierzenia. W końcu zapomniano o tej grzesznej planecie i jej mieszkańcach. Skoro ich religia nie ekspandowała na inne światy, to po co zawracać sobie nią głowę? Podobno to zdanie wypowiedział ówczesny papież, Jan Paweł XXXIX. I w skrócie wyrażało ono nieoficjalne stanowisko Kościoła wobec Medei.
Matka Eliza czuła, że trafiła w dziesiątkę. Jakkolwiek jednak odpowiedziała sobie na jedno pytanie, zaraz pojawiły się nowe. Jak Valentine trafił na Droghedę, skoro dopiero niedawno zdjęto kwarantannę z systemu Callypso? Po kolacji zaprosiła Valentine'a do swojego gabinetu, zdecydowana usłyszeć całą prawdę.
Poczekała, aż usiądzie, po czym zaatakowała.
- Wiem, jak się nazywasz.
Przez twarz chłopca przebiegło ledwie zauważalne drżenie, zaledwie cień znacznie głębszych uczuć.
- Co pani zamierza z tym zrobić? - spytał nienaturalnie spokojnym głosem.
On się kontroluje, przemknęło zakonnicy przez głowę. Pokazuje tylko tyle uczuć, ile uznaje za stosowne, nic ponadto. Zdumiewające dziecko.
- Chwilowo nic - odrzekła i od niechcenia zaczęła się bawić ozdobnym długopisem. - Ale to zależy od tego, co mi powiesz.
- A co chciałaby pani usłyszeć?
Znowu pytanie. Matka Eliza umiejętnie ukryła irytację.
- Prawdę. Twoich rodziców nie ma na Droghedzie?
Skinął głową twierdząco.
- Więc w takim razie gdzie są?
- Nie wiem. Prawdopodobnie nie żyją.
- Skoro tak, to gdzie mieszkałeś do tej pory?
Chmura przysłoniła jasne oblicze Valentine'a.
- W pałacu imperatora - odparł w końcu. - Uciekłem stamtąd. I nigdy tam nie wrócę - dodał z naciskiem.
Długopis upadł na blat biurka z cichym stukiem, ale matka Eliza nawet tego nie zauważyła. Przypatrywała się chłopcu z niedowierzaniem.
- Nie wierzy mi pani - uśmiechnął się kącikiem ust, ale jego oczy pozostały poważne. - Też bym nie uwierzył na pani miejscu.
Po wyjściu Valentine'a matka Eliza długo siedziała nieruchomo w fotelu i zastanawiała się nad tym, co przed chwila usłyszała. Brzmiało to bardzo wiarygodnie, ale... już nie takich historii wysłuchiwała od swoich wychowanków, spragnionych domu i rodziny. Valentine był nieco dziwny, owszem, ale w gruncie rzeczy nie różnił się wiele od swoich rówieśników. Wszystkie te dzieci były takie same - wymyślały nawet najbardziej nieprawdopodobne historie usprawiedliwiające ich sierocy los.
Matka Eliza zignorowała opowieść Valentine'a. Nie próbowała już domagać się od niego prawdy. Uznała to za bezcelowe.
Mijały dni. Mari, ku zaskoczeniu wszystkich swoich kolegów, a szczególnie samej siebie, zaprzyjaźniła się szczerze z Valentine'em. Wyglądało to dość dziwnie: ona, prawie dorosła i on, prawie dzieciak. Nie szukali swojego towarzystwa, a jednak bez przerwy widywano ich razem: na stołówce, w bibliotece, w ogrodzie. Ona traktowała go jak młodszego brata, a on pomagał jej w lekcjach.
Kilka dni po ich pierwszym spotkaniu Valentine zdecydował się wyjawić jej prawdę o sobie. Początkowo wahał się, czy to zrobić. A jeśli nie zrozumie i odepchnie go tak, jak Geralt? Ademarisa stała mu się bardzo bliska i trudno byłoby mu znieść odtrącenie. Ale może tak byłoby lepiej - nie czułby takiego bólu, kiedy musiałby już opuścić to miejsce i zostawić ją. Zaskoczyło go, że w tak krótkim czasie zdążył tak bardzo się do niej przywiązać.
Okazja do poważnej rozmowy nadarzyła się podczas krótkiej wycieczki nad jezioro.
- Wkrótce stąd odejdę - powiedział Val, kiedy już zebrał się na odwagę. Nie chciał tego przeciągać w nieskończoność.
Ademarisa leżała obok na kocu, susząc się po kąpieli w ciepłych promieniach słońca. Po jego słowach uniosła się na łokciach i popatrzyła nań pytająco.
- Dlaczego?
- To nie jest moje miejsce.
- To nie jest miejsce dla żadnego z nas! - zaśmiała się ponuro.
- Nie o to chodzi - potrząsnął głową. - Muszę wracać do domu.
- Na Medeę? - Przytaknął. Mari z trudem zbierała myśli. - Dlaczego? - spytała ponownie.
Westchnął ciężko. Nie był pewien, jak jej to powiedzieć. Był przekonany, że prawda ją zaszokuje, ale o ile ją znał, to powinna pogodzić się z faktami. Oby.
- Jestem An'atar.
Nie od razu to pojęła. Dopiero po chwili jej oczy zrobiły się okrągłe ze zdumienia.
- Niedawno mieliśmy wykład o systemie Callypso... I o wierzeniach tamtejszych mieszkańców, zwłaszcza o religii panującej na Medei. Siostra Beattris twierdziła, że to tylko legendy, lokalny folklor... Legendy i mity! - wykrzyknęła nagle, tracąc panowanie nad sobą.
Valentine wzruszył ramionami.
- Siostra Beattris jest katolicką zakonnicą. Oni wszyscy chcieliby, żeby Złączeni byli tylko legendą i mitem. Lecz tak nie jest - wyciągnął przed siebie dłoń i pozwolił, by zmieniła kształt. Przez chwilę była gałązką pełną liści, pijących ze słońca życiodajną energię. Potem na powrót stała się ludzką dłonią.
Ademarisa ostrożnie dotknęła jednym palcem jego skóry, jakby bała się, że ją uszkodzi.
- A więc to takich, jak ty nazywają bogami Medei - wyszeptała.
- Dlatego muszę tam wrócić. To mój dom.
Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odzywało. Gdzieś w górze świergotał przenikliwie jakiś ptak, drzewa szumiały lekko na wietrze, a z drewnianej przystani i niewielkiej plaży słychać było radosne nawoływania i pokrzykiwania podopiecznych matki Elizy.
- Jak chcesz tam wrócić? - spytała Mari, bawiąc się znalezioną na brzegu muszelką. - Nie dasz rady przejść przez kontrolę kosmoportu. Jesteś dzieckiem. A ja jestem jeszcze za młoda, by udawać twoją matkę.
- Nie chcę, byś się dla mnie narażała - pokręcił głową. - Mam pewien plan, ale potrzebuję kogoś, komu ufam, by móc go zrealizować.
Wzmianka o zaufaniu bardzo ucieszyła Ademarisę.
- Będę przy tobie - obiecała.
Zniknięcie Valentine'a przybiło imperatora, lecz pomimo to musiał on nadal wypełniać swoje obowiązki tak, jakby nic szczególnego się nie stało - prywatne problemy nie mogły mieć wpływu na politykę państwa, ani na publiczny wizerunek władcy.
Minęły już dwa tygodnie, a kapitan gwardii nadal przychodził z niczym. Codziennie składał raporty i coraz bardziej obawiał się o swoje życie. Kapitan nie był nieudacznikiem - po prostu dzieciak wpadł jak kamień w wodę i przepadł. Jego zdaniem już nie żył. Za nic jednak nie powiedziałby tego wprost imperatorowi. Dlatego kłaniał się coraz niżej i coraz częściej zastanawiał się, kto zaopiekuje się jego psem, kiedy jego zabraknie.
Tego dnia do pałacu przybyła, jako jedna z wielu, delegacja rządu Medei. Niegdyś Geralt nieźle by się bawił, wysłuchując mniej lub bardziej szczerych zapewnień o lojalności, pochwalnych peanów na swoją cześć lub też zgrzytania zębów co pomniejszych uzurpatorów, patrząc na formalne ukłony i ceremonialne podrygi. Dziś nie poświęcał delegacjom nawet dziesięciu procent swojej uwagi, zbywając pochlebstwa lekceważącym machnięciem ręki. Mistrz ceremonii był głęboko zaniepokojony jego zachowaniem.
Imperator ożywił się nieco dopiero wówczas, gdy jeden z Medean poprosił o prywatne spotkanie. Ponieważ był szanowanym obywatelem, zezwolono na audiencję w prywatnym gabinecie imperatora. Oczywiście, zanim wpuszczono go do środka, przedsięwzięto wszelkie środki ostrożności - Medea była nowym nabytkiem imperium i należało się spodziewać kłopotów z tamtej strony.
Geralt zobaczył w drzwiach wysokiego, żylastego blondyna w średnim wieku o stalowoszarych oczach. Jego spojrzenie było równie przenikliwe, jak wzrok Valentine'a. Poczuł się pod tym spojrzeniem, jak okaz w zbiorach zapalonego kolekcjonera motyli: przyszpilony, opisany i skatalogowany. Nie było to miłe uczucie. A więc to Złączony. Mógł przybyć tylko w jednym celu. Geralt natychmiast stał się czujny.
- Jestem Cellian Brawley, Kao'thal - przedstawił się, łamiąc zasady etykiety i odzywając się bez pozwolenia.
Imperator wskazał mu fotel i sam usiadł.
- Czemu zawdzięczam pańską wizytę? - spytał pozornie obojętnie, zapominając niemal, iż Złączeni mogą wyczuć najbardziej skrywane emocje wsłuchując się jedynie w brzmienie głosu rozmówcy.
- Sądzę, iż pan doskonale wie, imperatorze - Brawley przyglądał mu się niewzruszenie. - Pięć lat temu zabrał pan z Medei kogoś, kto nie należy do pana.
Geralt z trudem pohamował gniew. Jak on śmie... Przychodzić tutaj i rozmawiać, jak... jak równy z równym!
- Proszę się nie unosić, imperatorze - głos Brawleya uspokajał i koił, a przynajmniej takie miał spełniać zadanie. - Valentine Crusher musi natychmiast wrócić ze mną na Medeę. On należy do naszej planety.
- Zabawne - imperator zmierzył gościa nieprzychylnym spojrzeniem.- Powiedział mi mniej więcej to samo, zanim uciekł.
- Uciekł? - oczy Brawleya zrobiły się okrągłe. Geralt był zadowolony, że jednak udało mu się czymś zaskoczyć dumnego Medeanina. - Dlaczego?
- Niech pan mi to powie, Kao'thal - ostatnie słowo wypowiedział z jawnym obrzydzeniem.
Brawley puścił zaczepkę mimo uszu. Jeśli imperator lubił obrażać ludzi... Cóż. Nie miał zamiaru dać się sprowokować.
- A więc nie będzie miał pan nic przeciwko temu, jeśli poszukam go na własną rękę? Czuję, że nie opuścił jeszcze planety.
- I nie opuści jej bez mojej wiedzy - dodał Geralt z naciskiem. - W każdym kosmoporcie każdy funkcjonariusz dostał jego wideogram. Nie wymknie się.
Brawley tylko się dyskretnie uśmiechnął.
Valentine czuł, że czas nadszedł. Ciało mówiło mu, iż jest już gotowe.
- Musimy znaleźć jakieś odosobnione miejsce, gdzie nikt się bez przerwy nie kręci - powiedział do Mari na popołudniowej przerwie.
- Może piwnica? - zasugerowała. - Chodzą słuchy, że tam straszy.
Potrząsnął głową i skrzywił się nieznacznie na wzmiankę o duchach.
- Musi być swobodny przepływ powietrza.
- A więc strych. Tam też straszy, zwłaszcza podczas pełni księżyca. Można otworzyć okna. Kiedy?
- Dzisiaj. Czekaj na mnie przy schodach po zgaszeniu świateł.
Strych nadawał się idealnie. Wprawdzie nie było tu światła, ale to akurat Valentine'owi nie przeszkadzało.
- Co właściwie chcesz zrobić? - spytała Mari, kiedy otworzyła wszystkie okna; łagodny i rześki powiew wiatru wpadł do środka, przynosząc świeży zapach lasu. Mari kilkakrotnie potknęła się w ciemnościach o jakieś stare rupiecie, ale miała nadzieję, że ktokolwiek przechodzący korytarzem na dole uzna te dźwięki za efekt działalności duchów.
- Będę starał się dorosnąć - odparł po prostu, rozkładając na drewnianej podłodze gruby koc. Potem zaczął się rozbierać.
- Zmiana kształtu, tak?
Roześmiał się cicho.
- Nie, to zbyt proste. Żeby móc przejść przez kontrolę kosmoportu muszę być dorosły, a nie tylko na takiego wyglądać.
- Chcesz przyspieszyć swój rozwój fizyczny? - Ademarisa nie dowierzała własnym uszom. - To jest w ogóle możliwe?
- Dla mnie? Tak, jest możliwe.
W ciemnościach podał jej dłoń. Usiedli na kocu.
- Co mam robić? - w głosie Mari brzmiało podenerwowanie.
- Nic. Po prostu trzymaj mnie za rękę. Nie wrzeszcz, kiedy zacznie się coś dziać. Gdybym po wszystkim zemdlał, nic nie rób, tylko przy mnie bądź. Spędzę tu najbliższe dwa, trzy dni, ale lepiej nie przychodź do mnie, bo szybko by mnie odkryli. Dobrze?
- Chyba tak - starała się, żeby jej głos nie zadrżał ani odrobinę. Prawie jej się to udało.
- A więc zaczynajmy - lekko uścisnął jej dłoń, dodając otuchy.
Mari z trudem opanowała zdenerwowanie. Słyszała, jak oddech Valentine'a spowalnia coraz bardziej, kiedy wchodził w trans, aż stał się niemal zupełnie niesłyszalny. Ademarisa słyszała tylko bicie swojego serca. Przymknęła oczy. Dłoń chłopca uwięziona w jej dłoni zaczęła drżeć. Jego oddech zaczął raptownie przyspieszać, a skóra stała się tak gorąca, że niemal parzyła. Mari nie puściła jednak jego ręki, ani też nie otworzyła oczu. Kiedy później próbowała przypomnieć sobie, co się wówczas działo, nie potrafiła tego zrobić. Wiedziała tylko, że minęła ledwie godzina, ale dla niej to była cała wieczność.
I wreszcie skończyło się. Dłoń Valentine'a wysunęła się z wolna z jej uścisku. Otworzyła oczy, ale i tak niewiele zobaczyła w panujących ciemnościach.
- Val? - spytała niepewnie.
- Tak? - męska dłoń chwyciła jej rękę w przegubie. Głos był inny, głębszy, choć tak samo tchnący spokojem i łagodnością.
- A więc się udało?
- Chyba tak - puścił jej rękę; usłyszała szelest, kiedy się ubierał. - Efekt będę mógł ocenić dopiero za dnia. Teraz jestem za bardzo zmęczony.
- Co teraz?
- Dwa dni odpoczynku, potem będę musiał odejść - powiedział cicho. - Muszę cię zostawić. Wybacz, proszę.
- Nie proś mnie o wybaczenie. Nie musisz mnie zostawiać. Zabierz mnie ze sobą - poprosiła. - Miałam brata, który zaginął podczas rajdu Var'an'eer'ów na Selayar. Możesz użyć jego nazwiska i wyciągnąć mnie stąd! A poza tym, gwardia szuka jedenastoletniego chłopca - tym bardziej nie zwróci uwagi na brata i siostrę, opuszczających planetę.
- Wszystko sobie przemyślałaś, co? - zastanawiał się przez moment. - Jak nazywał się twój brat?
- Ryal Er'ella.
- Zobaczę, co da się zrobić. Wrócę po ciebie za kilka dni, najpóźniej za tydzień. I, Mari?
- Tak?
- Nikomu ani pary z ust.
- Rozumiem.
Imperator wezwał do siebie dowódcę gwardii. Ten nawet nie krył zdenerwowania.
- Mój panie, nadal poszukujemy chłopca... - zaczął, ale Geralt mu przerwał:
- Mam dla pana inne zadanie. Cellian Brawley. On też szuka Valentine'a i podejrzewam, że poszczęści mu się bardziej niż wam. Musicie tylko mieć go na oku. Rozumie pan, kapitanie?
- Tak jest, mój panie.
- Postarajcie się tym razem. Oczekuję sukcesów - dodał Geralt z naciskiem.
Kapitan zbladł nieco pod opalenizną.
- Tak jest, mój panie.
Następnego dnia matka Eliza wezwała Ademarisę do swojego gabinetu. Dziewczyna domyślała się, o co mogło jej chodzić.
- Valentine nie pojawił się na porannych zajęciach, nie ma go też w pokoju - poinformowała matka Eliza i popatrzyła na nią wyczekująco.- Może ty wiesz, dokąd poszedł? - zachęciła ją.
Mari nawet nie próbowała udawać zdumienia.
- Nie wiem - odparła krótko, nie patrząc zakonnicy w oczy.
Matka Eliza uniosła brwi. Nie uwierzyła jej, ale to było do przewidzenia.
- Zdajesz sobie chyba sprawę, że muszę powiadomić władze o jego zniknięciu?
Mari wzruszyła ramionami lekceważąco.
- Proszę bardzo. I tak go nie złapią.
Matka Eliza westchnęła ciężko.
- Nie ułatwiasz mi pracy, dziecko - czekała przez chwilę na reakcję dziewczyny. Ademarisa zacisnęła jednak usta w wąską linię i milczała. - Powiedziałabyś mi, gdyby Valentine'owi groziło jakieś niebezpieczeństwo?
- Oczywiście, matko.
Matka Eliza zawiadomiła opiekę społeczną i policję o ucieczce chłopca. Funkcjonariuszka przepytała inne dzieci, zwłaszcza Mari, ale nie dowiedziała się niczego więcej od dyrektorki.
Kilka dni później siostra Floretta ponownie wezwała Ademarisę do biura matki Elizy. Znowu, jęknęła dziewczyna w myślach, i z cierpiętniczą miną powlokła się korytarzem. Kiedy jednak weszła do gabinetu natychmiast zauważyła, że dyrektorka nie jest sama. Na krześle naprzeciwko biurka siedział jakiś nieznany Ademarisie młody mężczyzna. Na widok Mari wstał - był wysoki, wyższy niż ona - a wtedy zobaczyła jego oczy, iskrzące się żywym srebrem i wesołością. Serce zabiło radośnie w jej piersi. Valentine! Wrócił po nią! Bez namysłu rzuciła mu się na szyję.
- Pamiętaj, że jesteśmy rodzeństwem - szepnął jej do ucha.
To pomogło jej odzyskać równowagę. Wolność była tak blisko, nie mogła niczego popsuć.
Kiedy usiedli, Mari nie mogła się jednak powstrzymać od zerkania kątem oka na Valentine'a. Matka Eliza coś tam do niego mówiła, on jej odpowiadał, ale Mari nic z tego nie słyszała. Valentine był... cóż, dorosłym mężczyzną. Z pewnością pełnoletnim - wyglądał na jakieś dwadzieścia kilka lat. Rysy jego twarzy wyostrzyły się, nie były już takie miękkie, jak u jedenastolatka. Ale jego spojrzenie było tak samo łagodne, jak przedtem. I uśmiech. To był ten sam uśmiech, te same oczy...
- Wszystko to ładnie, panie Er'ella - mówiła właśnie matka Eliza. - Ale wszystko zależy od tego, czy Ademarisa zdecyduje się opuścić planetę razem z panem. Mieszka u nas od dziewięciu lat, ma tu przyjaciół...
- Chcę jechać z bratem - przerwała jej Mari.
Matka Eliza była zaskoczona.
- A co z Valentine'em?
Mari speszyła się nieco. Jak miała to wyjaśnić, skoro Val siedział tuż obok niej?
- On da sobie radę - powiedziała w końcu. - Posiada wiele talentów.
- No dobrze - matka Eliza skapitulowała. - Spakuj swoje rzeczy, Ademariso. A pan musi podpisać kilka dokumentów.
- Oczywiście - zgodził się Valentine.
Mari wyszła. Za drzwiami gabinetu oparła się bez sił o ścianę i przycisnęła dłonie do piersi, by uspokoić dziko walące serce. A więc udało się. To było niewiarygodne, ale chyba naprawdę się udało.
Pobiegła do pokoju, który dzieliła z trzema innymi dziewczętami w jej wieku i zaczęła się gorączkowo pakować. Lekcja już się skończyła i jej współlokatorki odrabiały prace domowe lub przygotowywały się do kolejnych zajęć.
- Wyjeżdżasz, Mari? - spytała jedna z dziewczyn, widząc jej bieganinę od szafki do walizki.
- Brat po mnie przyjechał - odparła z błyskiem w oku. - Zabiera mnie z planety.
W tej chwili "brat" stanął w drzwiach. Mari widziała, jak oczy wszystkich dziewcząt robią się okrągłe na jego widok. Był przecież przystojny. Był mężczyzną, który mógł podobać się kobietom. Ademarisa poczuła nagłe ukłucie zazdrości, ale natychmiast stłumiła je w sobie. Valentine nigdy nie będzie należał do niej jako mężczyzna. Był najdroższym bratem, przyjacielem... Był jedenastolatkiem z bezbronnym spojrzeniem i duszą czystą jak kryształ.
Cellian Brawley i jeszcze jeden, znacznie starszy mężczyzna stali pośrodku ruchliwej ulicy. Tuż za rogiem panował brud i bieda, ale nikt tego jakby nie zauważał.
- On tu był - stwierdził Brawley, przymykając oczy. - Czuję jego głód, pragnienie i strach - z wolna podszedł do metalowej ławki i delikatnie przesunął dłonią po rzeźbionej poręczy. - Ktoś go stąd zabrał.
- Ludzie imperatora? - zaniepokoił się starzec.
- Nie, chyba miejscowe służby porządkowe.
Starszy mężczyzna odetchnął z ulgą.
- Musimy znaleźć An'atar, choćby miało to kosztować mnie życie.
- Nie martw się, Sedricku - pocieszył go Brawley. - Znajdziemy go i zawieziemy do domu.
W miejscowym komisariacie wskórali tyle, że dostali listę wszystkich domów opieki nad nieletnimi w całym Yaren i jego najbliższej okolicy. Niemal stracili już nadzieję, kiedy trafili na przedmieścia stolicy. Brawley podniósł nagle wzrok znad mapy i otworzył szeroko oczy.
- To tutaj - powiedział tonem absolutnej pewności.
Matka Eliza była bardziej niż zaskoczona ich wizytą.
- Niestety, spóźniliście się, panowie - powiedziała. - Valentine zniknął przed kilkoma dniami. A jedyna osoba, która mogłaby coś na ten temat wiedzieć wyjechała wczoraj. Bardzo mi przykro.
- Kilka dni - szepnął Opiekun z rozpaczą w głosie. - Spóźniliśmy się o kilka dni!
Brawley potrząsnął głową.
- Trop myślowy jest znacznie świeższy - stwierdził. - Czy możemy zobaczyć pokój Valentine'a?
- Oczywiście - matka Eliza nie kryła zdziwienia niezwykłymi gośćmi, ale powstrzymała się od komentarzy. Skoro mieli pełnomocnictwo rodziców chłopca... Wskazała im drzwi na końcu korytarza, po czym wróciła do swoich zajęć. Wiedzieli, gdzie jej szukać, gdyby mieli jeszcze jakieś pytania.
Brawley stanął pośrodku pokoju i rozejrzał się dookoła z uwagą. Czuł wyraźnie, że Valentine coś planował, coś nieprawdopodobnego, czego nikt przedtem nawet nie próbował nawet dokonać. Mężczyzna okręcił się nagle wokół własnej osi i zdecydowanie ruszył ku schodom na strych, jak gdyby prowadziła go jakaś niewidzialna ręka. Wspiął się na górę i po kilku zaledwie krokach stanął jak wryty.
- Sedricku, on to zrobił! - powiedział łamiącym się, nabrzmiałym od emocji głosem. - Naprawdę tego dokonał! Nigdy nawet nie przypuszczałem, że coś takiego jest możliwe!
Starszy mężczyzna stropił się.
- Ale teraz będzie nam trudniej go odnaleźć...
- Nie sądzę - Brawley zeskoczył ze schodów i pozwolił, by mechanizm podciągnął je w górę. - On nie ucieka przed nami. Nawet nie wie, że go szukamy.
Zaledwie opuścili sierociniec i zdążyli przejść kilkanaście metrów, kiedy przed bramą zatrzymała się opancerzona furgonetka. Z jej wnętrza wysypała się grupa mężczyzn w barwach imperialnej gwardii. Jeżeli byli uzbrojeni, to tak przemyślnie, że Brawley niczego nie zauważył.
- Żołnierze imperatora - mruknął pod nosem.
- Śledzili nas - dodał Sedrick, marszcząc brwi.
- Spodziewałem się tego - Brawley wzruszył ramionami obojętnie. Nagle drgnął, jakby ktoś niespodziewanie dźgnął go nożem. Jego wzrok automatycznie powędrował ku wąskiej alejce po drugiej stronie ulicy.
- O co chodzi? - Sedrick podążył spojrzeniem w tym samym kierunku, ale niczego nie zauważył.
- Bardzo silna aura - szepnął Brawley i zacisnął palce na ramieniu towarzysza. - Bardzo silna - powtórzył z naciskiem.
- Valentine?
Ademarisę obudziło jakieś postukiwanie za ścianą. Sennie przetarła oczy i rozejrzała się po pokoju hotelowym, który wynajęli dwa dni temu. Jej wzrok padł na rozkładany fotel. Był pusty, kołdra leżała złożona w zgrabną kostkę. A więc Valentine już wyszedł. Nie zjadł nawet śniadania dostarczonego im przez zrobotyzowaną obsługę.
Wzięła kąpiel, ubrała się i wyszła na spacer. Okolica wcale nie przypominała tej wokół sierocińca - była szara, brudna i zaśmiecona. Twarze ludzi były zmęczone i bez wyrazu, nawet oczy dzieci były puste. Pomyśleć, że to stolica ludzkiego wszechświata... Mari wkrótce zrezygnowała ze spaceru i wróciła do hotelu. Postanowiła tam zaczekać na Valentine'a. Wrócił około południa.
- Sprawa nieco się skomplikowała - oświadczył. - Kontrola kosmoportu została zaostrzona. Sprawdzają teraz kody genetyczne. Powinienem był to przewidzieć... - pokręcił głową. - Nieważne. Znalazłem dla nas inny transport.
Mari uniosła brwi.
- Nielegalny - domyśliła się. - Skąd wziąłeś na to pieniądze?
Val spuścił wzrok.
- Włamałem się do systemu i namieszałem w kontach Imperialnej Służby Bezpieczeństwa. Miną tygodnie, zanim się w tym połapią. Do tego czasu będziemy już daleko stąd.
Mari przyglądała mu się z niedowierzaniem.
- Ukradłeś?
Spojrzał jej prosto w oczy.
- Tak, ukradłem - w jego głosie brzmiał ton zaczepki. - Potrzebujemy tych pieniędzy. Więc wybacz, ale nie będę czuł się winny.
- Nie to miałam na myśli - bąknęła.
Valentine westchnął ciężko.
- Wybacz - powiedział cicho i objął ją ramionami. Wciąż się dziwiła, jak to możliwe, skoro on miał dopiero jedenaście lat. - Imperialni szpicle trafili już do sierocińca. Nie wiem, jak im się to udało.
- Skąd wiesz?
- Byłem tam dzisiaj rano.
Przeraziła się.
- Mogli cię złapać!
- Nie rozpoznaliby mnie w tej postaci - Val uśmiechnął się lekko. - Przeszedłem obok ich dowódcy, a on nawet nie mrugnął! Martwi mnie coś innego... Kiedy tam byłem... Poczułem coś dziwnego, jakby dawno zapomniany zapach... - przymknął oczy, a potem nagle je otworzył. - Nie wiem.
Ademarisa starała się zachowywać rzeczowo. W końcu to ona była tutaj najstarsza.
- Kiedy odlatujemy?
Valentine otrząsnął się z zamyślenia i spojrzał na zegarek.
- Za trzy godziny. Ale na statku musimy zjawić się za godzinę, podczas załadunku.
- A więc chodźmy.
Lądowisko numer pięćdziesiąt dwa było niemal zupełnie wyludnione, jeśli nie liczyć kilku dalekich postaci, kręcących się wokół magazynów. Valentine czuł jednak nieokreślony niepokój. Coś wisiało w powietrzu, niczym zapowiedź gwałtownej burzy. Zastanawiał się, czy nie powiedzieć o tym Ademarisie, ale uznał, że to nie byłby dobry pomysł. Lepiej, żeby się niepotrzebnie nie martwiła.
Byli w połowie drogi do niezbyt solidnie wyglądającego promu towarowego, kiedy Val dostrzegł jakiś kształt leżący obok jednego z dużych wsporników. Zatrzymał się raptownie. Nie musiał podchodzić bliżej, żeby wiedzieć, że to ciało. Martwe, ludzkie ciało. Jeszcze dziś przed południem należało do właściciela promu.
- Coś się stało? - Ademarisa nic jeszcze nie zauważyła. Valentine przesunął się, żeby zasłonić jej widok.
- Nic szczególnego - odrzekł cicho. - Ale chyba będziemy musieli zmienić nieco nasze plany.
- Dlaczego?
Uczucie zagrożenia spotęgowało się niespodziewanie. Val odwrócił się powoli i zobaczył wymierzony w swoją pierś karabin. Trzymała go w błoniastych odnóżach jakaś humanoidalna istota w skafandrze o czterech parach otworów na oczy. Zanim Valentine zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, karabin plunął strumieniem energii. Usłyszał jeszcze przeraźliwy krzyk Ademarisy, a potem wchłonęła go ciemność.
Ocknął się gwałtownie, czując dotkliwy ból w piersiach. Z trudnością oddychał. Promień ogłuszający. Trafił go bez pudła, pamiętał ten moment jak na zwolnionym filmie.
Ademarisa! Co z Mari?!? Poderwał się raptownie. Zbyt raptownie. Potworny ból powalił go z powrotem niczym kłodę drewna. Przez chwilę oddychał ciężko, po czym jęcząc przetoczył się na bok, z wysiłkiem zmuszając obolałe mięśnie do posłuszeństwa.
Leżała tuż obok niego. Promień ogłuszający nie okazał się dla niej równie łaskawy jak dla niego - krwawiła z nosa i uszu. Potrząsnął ją delikatnie za ramię.
- Mari?
Cellian Brawley cierpliwie czekał na audiencję u imperatora. Starał się nie okazywać zdenerwowania, ale nie oszukał siedzącego na ławeczce Opiekuna. Sedrick przyglądał mu się z niepokojem, a na jego czole pogłębiała się pionowa zmarszczka. Jemu też się to nie podobało. A Geralt kazał im czekać i czekać, jakby w ten sposób chciał okazać im swoją wyższość.
W końcu drzwi otworzyły się.
- Możecie wejść - oznajmił szambelan. - Imperator Geralt przyjmie was teraz.
Brawley wszedł sam. Imperator siedział przy swoim biurku i zdawał się być pochłonięty pracą.
- Czym mogę panu służyć? - spytał, kiedy tylko cicho stuknęły drzwi. Najwyraźniej nie zamierzał niepotrzebnie przedłużać tego spotkania. Świetnie. Brawley również nie zamierzał bawić się w ceregiele z etykietą.
- Valentine został porwany - oznajmił krótko.
Geralt stracił na chwilę swoje słynne opanowanie. Ale tylko na chwilę. Jego twarz natychmiast przybrała kamienny wyraz.
- Dlaczego pan tak uważa? - spytał pozornie obojętnym głosem. Nie zwiódł tym jednak Kao'thal, który wyraźnie wyczuł ślad tłumionych emocji, drgnienie strachu na krawędziach słów.
- Wiem, że próbował opuścić planetę. Nie mógł przez kosmoport, a więc znalazł przemytniczy prom - imperator nawet nie drgnął. Brawley ciągnął: - Nie zdążyli na niego wsiąść.
- Dokąd go zabrano?
- Wiem tylko, że transportowiec klasy empiro wystartował dwie godziny temu z lądowiska numer czternaście.
- Dlaczego przychodzi pan z tym do mnie? Wystarczyłoby zawiadomić o porwaniu odpowiednie służby, a one by się wszystkim zajęły - Geralt wzruszył ramionami.
Brawley miał ochotę nim potrząsnąć.
- Porywacze wiedzą dokładnie, kim jest Valentine. Słyszałem ich myśli... przez moment... Chcą go sprzedać temu, kto da najwięcej.
Imperator jeszcze przez chwilę przyglądał się stojącemu przed nim mężczyźnie, po czym skinął głową i sięgnął do intercomu.
Krótko poinformował jednego ze swoich podwładnych o sytuacji i wydał odpowiednie zarządzenie:
- Zatrzymać ten transportowiec wszelkimi sposobami, ale nie używać broni. Pojmać wszystkich porywaczy żywcem - zdjął palec z przycisku i ponownie skierował wzrok na Brawleya. - Powiedział pan: oni. Że "oni" nie zdążyli wsiąść na prom.
Kao'thal zawahał się lekko.
- Valentine'owi towarzyszyła pewna dziewczyna, zapewne poznali się w sierocińcu.
- Dziewczyna? - Geralt uniósł brwi.
- Większość z nas, Złączonych, raczej nie szuka towarzystwa. Ale An'atar... Oni nie potrafią żyć bez kontaktu z innymi ludźmi.
An'atar to nie zabawki, które można po pewnym wyrzucić niczym zużytą lalkę. To potężne istoty...
- Zdaję sobie z tego sprawę - zauważył sucho Geralt.
- Chyba nie za bardzo - sprzeciwił się Brawley surowo. - Inaczej nie zabierałby go pan z Medei.
- Dlaczego go zabrałem to wyłącznie moja sprawa! - Geraltowi nie podobało się, że strofuje go jakiś Medeanin.
- Ale An'atar to nasza sprawa. Naszej religii. Imperium toleruje różne wyznania, prawda? Dlaczego w takim razie nasza religia jest dyskryminowana i to przez samego imperatora?
Brawley nie czekał na odpowiedź. Zmierzył Geralta pełnym litości spojrzeniem i wyszedł. Przez dłuższy czas imperator siedział jak ogłuszony.
Kapitan Varitel, dowódca krążownika "Tar'ku'ua" nie był pewien, czy ten dzień okaże się szczęśliwy dla dalszego przebiegu jego kariery w imperialnej flocie. Prawdę powiedziawszy, kapitan wolałby się znajdować wiele lat świetlnych od swojej aktualnej pozycji - w dowolnym kierunku. Pech, szczęście, w każdym razie los sprawił, że "Tar'ku'ua" znajdował się najbliżej poszukiwanego transportowca klasy empiro, kierującego się na pełnym ciągu silników ku Mgławicy Kowadło.
Varitel potwierdził odebranie rozkazu niecierpliwym uderzeniem w oporny klawisz terminala komunikacyjnego. Jeszcze przez chwilę patrzył ponuro w pusty ekran, po czym wszedł na mostek.
- Alarm zielony - zarządził, a barwa świateł sygnalizacyjnych na pokładzie natychmiast uległa zmianie na mdłą zielonkawą poświatę, która nadawała ludziom upiorny wygląd. - Prędkość pościgowa.
Podkomendni kapitana sprawnie zaczęli wykonywać procedurę, przewidzianą w takich sytuacjach. Pierwszy oficer popatrzył nań pytająco, ale Varitel tylko potrząsnął głową. Cel tej misji nie był dobrym tematem do rozmowy na mostku, przy wszystkich.
To się nie mogło dobrze skończyć. W dodatku nie mógł użyć broni ofensywnej. Znaczyło to tyle, że transportowiec miał na pokładzie coś cennego, na tyle cennego, że w sprawę zaangażował się sam imperator.
Zasrany dzień.
Ademarisa bardzo powoli otworzyła oczy i popatrzyła na Valentine'a nieprzytomnie. Widział po jej oczach, że go nie rozpoznała. Po chwili jęknęła z bólu i dotknęła delikatnie swojej skroni. Valentine ucieszył się, że w ogóle odzyskała świadomość. Obawiał się, że promień ogłuszający poczynił w jej organizmie znacznie większe szkody.
Musieli się stąd wydostać. Ci, którzy ich porwali nie mogli mieć wobec nich dobrych zamiarów. Val czuł, że to się źle skończy, zwłaszcza dla Mari. Nie była im potrzebna. Mogli ją zabić od razu, ale nie zrobili tego. Właściwie po co, skoro mogli to zrobić w każdej chwili, a ciała pozbyć się bez śladu? Dlatego musieli się stad wydostać.
Ale jak?
Valentine podszedł do drzwi i przesunął wokół nich otwartą dłonią. Nic. Żadnej szpary, żadnego niedopasowania, przez które mógłby się prześliznąć zmieniając kształt. Otwory wentylacyjne w suficie również zabudowano tak, by uniemożliwić mu ten sposób ucieczki. Val poczuł mdlący strach, skręcający mu wnętrzności w ciasny sznur. Porywacze dobrze się przygotowali. Zbyt dobrze, jak na zwykłe porwanie.
Czas poznać wroga. Może uda mu się wymyślić w jaki sposób opuścić to miejsce bez narażania niczyjego życia. Usiadł na podłodze obok Ademarisy i, pomimo okropnego bólu, który wciąż rozsadzał mu czaszkę, przymknął oczy, koncentrując siły umysłu i skierował myślową sondę na zewnątrz. Dawno tego nie robił - niebezpiecznie było zagłębiać się w umysły innych ludzi. Można wpaść w pułapkę ich lęków i niepowodzeń, można wpaść w obłęd, a nawet stracić życie.
Ale na tym statku nie było ludzi. Załogę stanowili kosmici. I wszyscy byli wyposażeni w psychotarcze, chroniące ich umysły przed obcą ingerencją. Wiedzieli dokładnie, z kim mają do czynienia. Zabezpieczyli się na wszelką ewentualność...
Ale czy na pewno?
Valentine dokonał czegoś w rodzaju mentalnego obchodu całego okrętu. Jego myśl delikatnie przebiegała przez cienkie przewody i elektroniczne układy, aż natknął się na to, co miał nadzieję znaleźć. Statek porywaczy nie miał pola siłowego. To była jego szansa.
Wyszedł z transu powoli, by nie naruszyć kruchej równowagi w mózgu. Część włókien nerwowych została już uszkodzona promieniem ogłuszającym, a on nie mógł sobie pozwolić na rozrzutność w tej kwestii. Będzie potrzebował ich wszystkich już za chwilę.
Obcy dobrze przygotowali statek i siebie do transportu Złączonego. Nie wzięli jednak pod uwagę pewnego drobnego faktu: nie był to zwykły Złączony, lecz An'atar. Valentine nie mógł się wydostać z zamkniętego pokoju zmieniając kształt, czy też wpływając na umysł jakiegoś członka załogi. Ale mógł zrobić coś innego, coś, o czym tamtym nawet się nie śniło.
Valentine wstał nie bez wysiłku i wziął Ademarisę na ręce. Znowu straciła przytomność, ale może to i lepiej. Gdyby coś się nie udało, żadne z nich nie poczuje bólu. Stanął na szeroko rozstawionych nogach, by łatwiej mu było utrzymać równowagę i ponownie przymknął oczy. Sięgnął głęboko w siebie, we własną jaźń, tak głęboko jak jeszcze nigdy przedtem, aż znalazł siłę, której istnienia nikt nawet się nie domyślał. Szczepił z nią myślowe palce i skierował ją na zewnątrz, aż otoczyła jego ciało, aż zaczęła skręcać i rozrywać przestrzeń, kształtując ją wedle jego woli.
Był późny wieczór. Matka Eliza zmęczonym gestem poprawiła okulary i zamknęła gabinet na noc. Wszyscy jej podopieczni już spali w swoich łóżkach, ale zakonnica starym zwyczajem upewniła się, że tak jest w istocie, zaglądając do wszystkich pokojów. W sali ogólnej wyłączyła pracujący jeszcze terminal, o którym zapomniano w przedwieczornej bieganinie.
Ostatnich kilka dni było jak droga przez piekło. Wszędzie pełno żołnierzy z doborowej gwardii imperatora, przerażenie wychowanków i niekończące się przesłuchania. W ciągu zaledwie kilku godzin przepytało ją tylu ludzi, że nie byłaby w stanie podać nazwiska żadnego z nich, nie mówiąc już o funkcjach jakie pełnili. To był koszmar.
Ale ten koszmar przekonał ją o czymś. Valentine nie kłamał. Nie kłamał. Mówił prawdę. A ona mu nie uwierzyła. Po raz pierwszy w życiu popełniła tak karygodny błąd. Do tej pory była dumna ze swojej umiejętności w ocenianiu ludzi. Do tej pory instynkt nigdy jej nie zawiódł.
Kim było to dziecko?
Matka Eliza przetarła oczy pod okularami. Miała zamiar zejść jeszcze do kaplicy, by pomodlić się przed snem, kiedy nagły błysk światła w korytarzu zwrócił jej uwagę. Zmarszczyła brwi. Czyżby któreś z dzieci wymykało się po kryjomu ze swojego pokoju? Zakonnica ruszyła w tamtym kierunku, zdecydowana ukrócić podobnego rodzaju wybryki, ale to co zobaczyła sprawiło, że stanęła jak wryta.
Kilka metrów od miejsca, w którym stała, mniej więcej w połowie wysokości korytarza pojawiło się w powietrzu niewielkie zniekształcenie. Po chwili z jego centralnej części zaczęła rozchodzić się fala, kierując się kuliście na boki. Kolejna fala pojawiła się w chwilę po pierwszej, a potem jeszcze jedna i jeszcze...
Zakonnica zaczęła się powoli cofać. Dłonie automatycznie uczyniły znak krzyża. Nigdy w życiu nie widziała niczego podobnego. Sfera uzyskała ostatecznie około dwóch metrów średnicy - ledwie mieściła się w korytarzu. Z każdą kolejną falą obraz poza nią ulegał coraz większemu zniekształceniu, jakby owa sfera działała niczym odwracająca soczewka. To trwało chwilę. Wnętrze sfery zaczęło się wypełniać. Pojawiły się mgliste zarysy jakiegoś niewyraźnego kształtu na tle oślepiająco białej mgły. Kształt ów z każdą chwilą nabierał wyrazistości i ostrości.
Matka Eliza przycisnęła dłonie do ust, by nie krzyknąć ze zdumienia, kiedy rozpoznała ową postać. A raczej dwie postacie. Ademarisa i jej brat Ryal. Na twarzy młodego mężczyzny malowało się straszliwe skupienie. Mari była chyba nieprzytomna, gdyż jej głowa opierała się bezwładnie na jego ramieniu.
Sfera ustabilizowała się, a mężczyzna dopiero wtedy otworzył oczy i spojrzał niezbyt przytomnie wprost na zakonnicę. Srebrne oczy zalśniły w półmroku bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Srebrne oczy... Matka Eliza zrozumiała, że to nie Ryal, brat Ademarisy, lecz Valentine...
Ale jak on to zrobił?!
Kim lub czym był?!
Matka Eliza przeżegnała się jeszcze raz.
Kapitan Varitel ponuro patrzył na główny ekran, na którym widniał niewielki transportowiec. Załoga tego małego stateczku nie odpowiadała na wezwania do zatrzymania się i wyłączenia silników. Wyglądało nawet na to, że przyspieszyli, desperacko starając się uciec ścigającemu ich krążownikowi.
- Strzał ostrzegawczy, pięć jednostek od lewej burty - polecił kapitan.
Tylko krótki błysk wyrzutni świadczył o tym, że torpeda została wystrzelona. Po ułamku sekundy ładunek eksplodował efektownie w pobliżu transportowca. Ścigany statek nawet nie zmienił kursu, a nawet jeszcze przyspieszył. Groziło mu wyrwanie silników z ich łożysk.
- Przygotować impuls - Varitel popatrzył na pierwszego oficera, pewien, iż tamten wyrazi sprzeciw. Nie zawiódł się.
- Mamy zakaz użycia broni ofensywnej, sir.
Kapitan skinął głową.
- Dlatego damy salwę tylko połową mocy wyjściowej baterii. Wyłączymy im zasilanie w systemach. To ich unieruchomi.
Twarz podwładnego rozjaśniła się w uśmieszku pełnym zadowolenia. Uwielbiał takie rozgrywki: nie silni przeciwko słabym, lecz sprytni przeciwko głupcom. Varitel był pewien, że młody oficer rychło zajmie główne miejsce na mostku.
- Impuls gotowy! - potwierdził porucznik przy konsoli uzbrojenia, kiedy tylko skalibrował odpowiednio przyrządy.
Varitel zacisnął palce na barierce tak silnie, że aż pobielały mu knykcie. Teraz się okaże, czy jego kariera nagle przyspieszy biegu, czy też równie niespodziewanie się zakończy.
- Ognia!
Kadłub zadrżał lekko, gdy uaktywniło się główne działo laserowe.
Valentine opadł na kolana, a potem popatrzył na matkę Elizę niezbyt przytomnym wzrokiem. Zakonnica gapiła się na niego z otwartymi ustami.
- Przepraszam - powiedział cicho. - Chyba potrzebny nam lekarz...
Otaczająca go wciąż sfera zafalowała gwałtownie i raptownie zaczęła się kurczyć.
- Nie! - krzyknął, a matka Eliza niemal bezwiednie powtórzyła jego krzyk. Próbowała dosięgnąć go ręką, ale oddalał się coraz bardziej i bardziej, aż w końcu wszystko wybuchło.
Przez korytarz przetoczyła się fala energii. Zakonnicę rzuciło na ścianę, przez moment nie mogła oddychać, nie mogła się ruszyć, nic nie widziała i nie słyszała. Osunęła się po murze i upadła na podłogę niczym szmaciana lalka, której ktoś nagle odciął sznurki.
Minęła dłuższa chwila, zanim poczuła ręce pomagające jej wstać i usłyszała szum zaniepokojonych i przestraszonych głosów dzieci. Chciała je uspokoić, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu.
Kapitan Varitel, jak i zresztą wszyscy zgromadzeni na mostku z otwartymi ze zdumienia ustami patrzyli na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się transportowiec. Teraz ziała w tamtym miejscu kosmiczna pustka.
- Przeszukać sektor - polecił kapitan wypranym z emocji głosem. - Poszukiwać chmury pyłu o dużej zawartości metali.
- Nie było eksplozji - zauważył pierwszy oficer rozsądnie.
- Nie wiemy, co się właściwie stało - odparł kapitan. - Przyjmujemy, że ścigany statek został zniszczony, a wszyscy jego pasażerowie zginęli. I taki meldunek zamierzam złożyć imperatorowi.
Nikt na niego nie patrzył. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza.
new.eta
neweta@op.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||