:::: Pierwiastek ::::

Listopadowy wiatr, słowa niesie



Uderzyłem głową o ziemię. Polała się krew. Rozciąłem sobie łuk brwiowy. Podniosłem się niezręcznie. Życiodajny płyn spływał po moim policzku cichutko kapiąc na buty... Koledzy pomagają mi iść dalej... Nie należało tyle pić... Za późno... Teraz tylko dojść do siebie... To nie będzie łatwe... Ktoś ociera moją twarz. To ONA... Patrzy na mnie... Pewnie myśli sobie...Właściwie nieważne co myśli... Co to może mnie obchodzić... Jesteśmy pod domem. Ktoś się spytał, czy jestem w stanie samodzielnie dojść do drzwi. Pytanie... Puszczają mnie... Chwiejnym krokiem, ale idę naprzód... Ktoś jeszcze krzyczy, abym uważał na rodziców... Rodziców? Dotarłem do bramy. Zamknięta. Nie będę skakał przez ogrodzenie. Znam inną drogę. Trzymając się metalowych prętów, idę wzdłuż płotu. Zaczyna się metalowa siatka. Zaczyna się również ogród. Jest i wyrwa. Czołgam się po ziemi, udaje mi się przedostać na moją działkę. Jestem cały brudny. Uważam aby iść wytoczonymi ścieżkami, ale jest to prawie niewykonalne. Co chwila upadam na krzewy drzewek ozdobnych, łamiąc je zresztą doszczętnie. Zaczyna padać deszcz. Jest przeraźliwie zimno. Słyszę wiatr, który porusza sterczące gałęzie drzew. Słyszę coś jeszcze... Słyszę odgłos nocy... Dźwięki zlewają się w jeden, przeraźliwy... Znam to... Nienawidzę tego... To idzie po mnie... znowu. Straszny, przejmujący krzyk w mojej głowie... Upadam na kolana... Zatykam uszy... Krzyczę jak szaleniec... Muszę wstać... Muszę uciekać... Za późno... Czuję rękę na ramieniu... To ONA...
- Nie upijaj się więcej. Wiesz, że to Ci nie pomoże. Jesteś nam teraz potrzebny. Zdajesz sobie z tego sprawę, przecież słyszysz TO i widzisz co się dzieje dookoła... Stan upojenia alkoholowego w tym wypadku jest tylko drobnostką. Zaraz Ci pomogę.
Wbija igłę w moją szyję. Czuję ból, ale szybko mija. Świat przestaje wirować dookoła. Podnoszę się. Są przygotowani na wszystko. Nawet na taką ewentualność... Odwracam się do Niej... Patrzę prosto w oczy... Muszę to powiedzieć...
- Czemu mnie nie zostawicie? Czemu muszę brać w tym udział?!
- Bo wojna dopiero się rozpoczęła. Może być tylko jeden zwycięzca. Przecież nie muszę Ci tego powtarzać... Jesteś cenny.... Jesteś niepowtarzalny... Jesteś jedynym, który choć przez chwilę poczuł się wolny... Kochasz to uczucie... Kochasz, prawda? Chcesz go doznać znowu... chcesz... a może nie... no powiedz: NIE... Nie, nie powiesz... chcesz jej... chcesz doznać tego samego co wtedy... chodź... na wojnę...
W ogrodzie znajduje się wiele krzewów, rabatek, jest kilka oczek wodnych, jest też jedno miejsce zaniedbane, zarośnięte, do którego oprócz mnie i dziadka, nikt nie chodzi. Gdyby nie to, że właśnie dziadek bardzo prosił "ojca", aby niczego tam nie zmieniać, to miejsce dawno zostałoby zagospodarowane. Posadzono by zapewne jakieś śmieszne rośliny, których nazw i tak nie jestem wstanie wymienić. Ale nic tu nie zrobiono. Nic nie wyrwano. Nic nowego tu nie ma. O tej porze roku jest to bardzo przygnębiające miejsce. Na końcu działki rośnie wielki krzak dzikiej róży, obok zaś stary, umierający bez... Dziadek go wsadził dawno temu... Podobnie zresztą jak tą różę... Przyniósł ją gdy wracał po zakończeniu wojny... Wracał aż z Berlina... na nogach... sam... Spał w spalonych domach... jadł co znalazł... wracał do ukochanej Ojczyzny, za którą walczył, a za którą ginęło wielu towarzyszy broni... Raz gdy się obudził, ujrzał właśnie dziką różę... Wykopał niewielki krzak... niósł ja przez kilka dni... aż dotarł do domu... posadził ją tam, gdzie rośnie teraz kolejne pokolenie tej rośliny... Bez przyniósł mu jego przyjaciel któremu również udało się przeżyć wojenną zawieruchę. Dziadek kiedyś, latem, często tu przychodził... Tak mi przynajmniej mówił. Teraz nie ma już tego zdrowia, aby wychodzić z domu... Przychodził, siadał i myślał... Wiem, że w ziemi ukrytej za kolczastą rośliną znajduję się coś bardzo cennego... Tam bowiem ukrył swoją broń, nóż i czapkę z orłem przyczepionym zwykłą agrafką... Tylko ja o tym wiedziałem. Tylko mi powiedział o historii swojego życia.
Razem z NIĄ doszliśmy do garaży. Kluczyki od samochodu leżały w domu. Weszła do środka, po chwili zaś pojawiła się niosąc coś w ręku.
- Ja prowadzę. Pojedziemy werbować naszych żołnierzy.
Nie zapytałem się nawet gdzie. Ona wie lepiej. W końcu to moja... właśnie... kim ona dla mnie jest? Co do niej czuję? Czuję coś? Ile ja tak naprawdę o niej wiem? Nic, albo niewiele. Wiem tylko o niej tyle, że chce z moją pomocą, rozpocząć walkę... Walkę o ludzi mieszkających w tym kraju... Tylko tyle... albo aż... W końcu nic innego się dla niej nie liczy... Deszcz lunął z nieba z ogromną siłą... Krew, która cały czas spływała po mojej twarzy szybko zmieszała się z wodą... Pomimo że mokłem, nie chciałem wejść do samochodu. Otwarła mi drzwi od strony pasażera. Wsiadłem. Poczułem ogarniające całe me ciało, przyjemne ciepło... Otwarła bramę za pomocą pilota. Włączyłem radio, nie miałem ochoty z nią rozmawiać. Same serwisy informacyjne. Wybiła 6 rano. Z przymusu ustawiłem fale na jedno z ogólnopolskich stacji. "Dziś w tym szczególnym dniu dla kraju, wraca jak echo, śmierć pierwszego polskiego żołnierza, w Iraku.{...}" Mimowolnie, ze ściskiem w gardle i z wielkim wyrzutem zacząłem mówić do NIEJ:
- Zabili jakiegoś naszego? Kiedy?... Nic nie wiedziałem... Ty wiesz... My też będziemy ginąć... Jak ONI. Nasza krew zmiesza się z ziemią... Przecież na wojnie nie może się obyć bez ofiar! Wiesz o tym! Chcesz jej! A nie pomyślałaś czasami, że nie warto?!
- Warto... Nieważne ile będzie ofiar... Tamta wojna jest inna... Tamta wojna, to wymysł tych na górze... Nasza wojna, obejmuje nas wszystkich, niezależnie kim jesteśmy... Musimy walczyć, bo inaczej nasz kraj zginie... Umrze śmiercią naturalną... A zresztą, boisz się? Ty? Sam wiesz, iż nie uwierzę w to, że czujesz strach... Miałeś broń w ręku, nie raz, nie dwa razy... Zabiłeś niejednego człowieka... Nie po to Cię ratowaliśmy, abyś teraz się odłączył... To byłoby bez sensu...
Opanowałem emocje. Nie wiem skąd wziął się taki wybuch. Przecież uczyli mnie, abym nigdy nie tracił "zimnej krwi".
- Nie, nie boję się... Boja się tylko ludzie... A mnie trudno nazwać człowiekiem... Strach, to żadna przeszkoda, da go się zwalczyć... Boję się czegoś innego... Boję się, że ta walka nie ma sensu... Nie ma, bo ludzie jej nie chcą... Oni nie chcą żyć w innym świecie... Wolą kraj pełen ograniczeń, pomimo, że ten o który chcesz walczyć jest lepszy... Im brak odwagi... Najbardziej boję się ich głupoty... Z niej nie można się tak po prostu wyleczyć...
Spójrz koło siebie. Pomyśl jaki dziś jest dzień. Widzisz jakieś flagi? Na głównym placu, kilka. Gdzieniegdzie na jakimś bloku, widać kawałek biało-czerwonego materiału.... A teraz spójrz na prawo. patrz, jaki piękny supermarket. Jaki śliczny, jakież piękne kolorowe lampki... A te choinki, no super... Wyglądają jak żywe, tyle tylko, że te są ładniejsze... A najbardziej podoba mi się to, że dziś będę tu mógł wpaść na zakupy... No, powaga... Będę mógł wziąć duży wózek, i wśród całej masy ludzi, przemieszczać się pomiędzy półkami... Mam nadzieję, że razem z ogromnym tłumem, poczuję atmosferę tych świąt... Świąt, które będą za półtorej miesiąca...
Zmieniłem stację na inną. Jakiś reportaż. Jakaś przeprowadzona sonda. Jakaś pani, twierdziła, że się wstydzi przyznać do swojej narodowości, gdy jest choćby na wakacjach... Mówi, że gdy słyszy gdzieś polski, mimowolnie odwraca głowę w drugą stronę.. Jakiś chłopak twierdzi, iż musi wyjechać, bo w Polsce nie ma żadnych perspektyw rozwoju. A na zachodzie ma zamiar znaleźć super pracę i zarobki. Jasne... Zmieniłem stację na kolejną. Ponownie jakiś serwis. Dziennikarze mówią o kolejnej, wielkiej aferze w najwyższych kręgach władzy. Przypominają podobne. Mówią, o jakiś przekrętach, o tym jak ktoś kogoś wykorzystał, oszukał...Wyłączyłem radio. Szkoda go słuchać. O tych wszystkich rzeczach wiem sam doskonale. W sumie sam jestem ich sprawcą. Popatrzyłem na NIĄ. Śliczna... Młoda... Pełna zaangażowania... Ambitna... Naiwna....
- Gdzie znajdziemy, tych naszych żołnierzy? Sama nie wiesz... Chcesz, coś Ci pokażę... Zatrzymaj samochód. I chodź za mną.
Zatrzymała. Wyszliśmy oboje. Szła za mną. W międzyczasie przestało padać.
- Popatrz. Widzisz tych ludzi. Leżą na tych ławkach. Uczą się w jednej w najlepszej szkole w Polsce. Bogaci, strasznie inteligentni, najarani i najebani do nieprzytomności. Oni będą stanowić o sile tego kraju. I nie będzie czymś odkrywczym, jeżeli powiem, że nie są wyjątkami. Są normalni. W takim stanie możesz spotkać niemalże każdego swojego kumpla, koleżankę. A najzabawniejsze nie jest to, w jakim są stanie, ale to, że Oni wstydzą się być Polakami. Wstydzą się za ten kraj, chcą wyjeżdżać bo tak tu niedobrze i źle. Patrz na tamtego. Cały we krwi. Pewnie dostał. Policja z tamtej strony. Jego zgarną, bo idzie sam. Tam z drugiej strony, idzie cała grupa pijanych, wybili jakąś szybę. Nie wierz w cuda. Do nich nawet nie podejdą. W tym kraju nie ma sensu rozpoczynać wojny o uświadomienie. Nikt z nich nie porzuci wygodnego życia, w imię jakiś tam ideałów. Każdy jest zajęty swoimi problemami. Nie licz, ze ktoś Ci pomoże bezinteresownie. Dziś ten kraj to jedna wielka instytucja korupcyjna. Nic nie załatwisz bez kasy i "pleców". Wszyscy oni są obojętni, wobec tego wszystkiego... Lepiej wróć do domu. Zacznij powstanie we własnym pokoju... Oni Ci nie pomogą... Oni na to leją... Oni chcą wyjechać... Ty możesz pokazać ludziom, że można inaczej. Możesz im udowodnić, że warto walczyć o los nie tylko swój, ale i kraju... Ty też będziesz decydować o przyszłości...
Krople spływały jej powolutku po twarzy.
- Nieprawda!
- Płacz pomaga rozładować emocje, więc wylewaj swoje łzy jak długo tylko chcesz, ale one dziś nikogo już nie wzruszą. Zresztą, czy kiedykolwiek wzruszyły?
Objąłem ją. Zaprowadziłem do samochodu. Tym razem to ja prowadziłem. Rozpoczynały się pierwsze uroczystości... Ktoś niósł jakiś sztandar, za nim jakaś niewielka grupka, w wojskowych mundurach. Znowu zaczęło padać. Podjechaliśmy pod dom. Zaparkowałem samochód w garażu. ONA ciągle płakała. Wysiadła z auta.
- Masz rację, ta wojna nie ma sensu. Nie ma również i przez Ciebie. Wtedy, gdy Cię przywieźli, myślałam, że w końcu znalazłam człowieka, z którym wszystko się uda. Ale nie. Ty jesteś taki sam jak pozostali. Egoista, bezwzględny, bez sumienia... Byłam przekonana, że Cię uratujemy. Nie pozwoliłam Ci umrzeć, bo wydawało mi się, że jesteś cenniejszy niż my wszyscy... Nie, nie jesteś cenny, jesteś tchórzem. Boisz się reakcji ludzi. Chcesz się nie wyróżniać, bo w końcu tak bardzo się dla Ciebie liczy co powiedzą inni... A jak dla mnie mogą mówić co im się podoba, bo to mnie gówno obchodzi! Słyszysz, gówno!
- Mam sumienie, słyszę jak krzyczy... Nie daje mi spać...
Ostatnich moich zdań już nie usłyszała. Z jeszcze większym płaczem uciekła do ogrodu. Nie pobiegłem za nią. Udałem się do domu. Dziadek siedział w fotelu.
- Co tam wnuczuś? Czemu taki smutny jesteś? Gdzie Asia? Byłeś w ogrodzie? Jak róża? Żyje jeszcze?
- Byłem dziadku. Róża jest w tym samym miejscu co wtedy, gdy ją wsadziłeś. Teraz z nią jest Asia. Dziadku... Słuchaj... JA nie jestem twoim prawdziwym wnuczkiem... Chcę, abyś o tym wiedział, choć sam nie wiem, czy ma sens, Ci o tym mówić...
- Dobrze wnuczuś jak rośnie... Bardzo dobrze... A podlewasz Ty ją, jak mi obiecałeś? Ona mnie przeżyje... I dobrze... Niech rośnie... Podlewaj ją...
- Proszę Pana...
- Dobrze wnuczuś... Zawołaj Asię... A opowiadałem Ci ja historię, jak przywiozłem ten krzak? Opowiem Ci...
Siedział niewzruszony w tym swoim fotelu. Od trzech miesięcy, odkąd go znam, nie rusza się nigdzie indziej... Deszcz dalej padał. ONA tam strasznie moknie. Musiałem iść po NIĄ, nie tylko dlatego, ze ktoś mnie o to prosił... Nie zwracałem uwagi na kałuże, błoto. Zobaczyłem drzewo bzu, krzak dzikiej róży, i ciało leżące pod nią. Serce przyspieszyło swój rytm... Zerwałem się do biegu, po ułamku sekundy byłem przy NIEJ. Zobaczyłem kałuże krwi, która spływała dalej, razem z wodą... Chwyciłem JĄ za rękę, na której spostrzegłem cięcie, tuż przy nadgarstku... Podcięła sobie żyły... Sprawdziłem puls... Nie żyła... Krew z rany kapała na strudzoną ziemię... To była pierwsza ofiara tej wojny... Wojny, która tak na dobrą sprawę się nie rozpoczęła i chyba nigdy się nie rozpocznie... Nie płakałem... Siadłem koło niej. Mogłem iść za nią... Czemu tego nie zrobiłem?! Tak krótko ją znałem... A przecież to ONA uratowała mi życie... To ONA wykradła mnie przed sześcioma miesiącami z organizacji... Nie pozwoliła mi umrzeć, gdy leżałem z dwoma ranami, a człowiek przede mną szykował się do zadania ostatecznego ciosu... Zaryzykowała wszystko co miała najcenniejszego, aby mnie wydostać... Chciała, abym pomógł jej rozpocząć bunt i zniszczyć organizację dla której wcześniej pracowałem. Bo to nie była zwykła placówka. To było wielkie centrum z wielkimi laboratoriami. W jednym i ja zostałem wyhodowany. Szkoliłem naszych przyszłych pracowników.
Przechodzili najbrutalniejsze testy, podczas których aby przeżyć, musieli zabijać innych. Najlepszych przystosowywałem do życia w społeczeństwie. Ich zadaniem nie było wcale zabijać wyznaczone cele... Nie, to było całkowicie niepotrzebne... Szkoliliśmy ich po to, aby to oni kształtowali społeczeństwo. To Oni siali zamęt... To dzięki nim społeczeństwo stawało się pomału, ale sukcesywnie, obojętne na wszystko... Na zło, na dobro... To Oni, przez kilkadziesiąt lat doprowadzili do dzisiejszego stanu. Wychowali kolejne pokolenie arogantów, egoistów, "młodych gniewnych." Cel organizacji został całkowicie wykonany... Ludzie zaczęli zabijać siebie nawzajem... Po co zatem szkolić specjalnych morderców, gdy to samo może zrobić człowiek za paczkę papierosów? Dalej siedziałem przy niej... Przy... Właśnie? Kim? Koleżance, wielkiej miłości... siostrze... To była moja siostra... Jej wcześniej udało się wyrwać, ze szponów organizacji... Ktoś ją adoptował, dlatego miała rodziców, dziadka... I mnie, gdy udało mi się dojść do siebie, wzięła do swojego domu... To powstanie... Cel jej życia... Miała niesamowite zaangażowanie, najnowszą technologię, wykradzioną z tajnych ośrodków, miała wizję przyszłości... Nie miała tylko jednego, ale najważniejszego elementu... Ludzi, gotowych stanąć z nią "ramię w ramię" i gotowych podjąć walkę o lepszą przyszłość... niekoniecznie swoją... NASZĄ..


"Narody tracąc pamięć, tracą życie"


copyright by pierwiastek. >cop.b.p<


Pierwiastek

pierwiastekx@op.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||