Fantasmagoria
Nastolatek w luźnych, wiszących zdawałoby się, spodniach, jasnej bluzie z kapturem i czarnej czapce z daszkiem kryjącej krótkie, ciemne włosy szedł poboczem ulicy. Matka wysłała go do kuzynki po jakąś książkę, czy coś takiego. Chłopak nie był pewien, o co dokładnie chodziło. Nie musiał tego wiedzieć, gdyż matka, znając jego roztargnienie, zapisała mu tytuł na kartce, którą teraz starannie miętosił w kieszeni spodni. W pewnym momencie przystanął, wyjął z drugiej kieszeni starego, wysłużonego walkmana, przełożył znajdującą się wewnątrz kasetę na drugą stronę, założył miniaturowe, mieszczące się w uchu słuchawki, wcisnął przycisk "play", włożył sprzęt z powrotem do kieszeni i zadowolony z siebie ruszył we wcześniej wyznaczonym kierunku.
Nie minęło pięć minut, kiedy dotarł do skrzyżowania głównej drogi miasteczka z drogą krajową. Dzisiaj wyjątkowo nie było na niej dużego ruchu, ba, na horyzoncie widniał zupełny brak pojazdów, więc chłopak, nie rozglądając się zbytnio, wszedł na jezdnię. Zdobył się jeszcze tylko na szybkie spojrzenie w lewą stronę, akurat by odnotować pędzącego TIR-a w odległości paru metrów od siebie.
* * *
"No więc stało się. Umarłem. Niby nic dziwnego, w końcu każde życie ma swój kres, lecz... Moje skończyło się wcześniej niż zakłada średnia światowa. I to sporo wcześniej. No dobrze, ale jak do tego doszło, zapytacie. Normalnie. Wszedłem pod pojazd. Nie byle jaki. Pod TIR-a. Taka duża i ciężka ciężarówka, ale co ja wam będę tłumaczył, wiecie przecież jak coś takiego wygląda. To znaczy, nie to że wszedłem specjalnie. Nie, do samobójstwa daleko mi było. Jakoś tak wyszło po prostu. Idę sobie, idę, no i nagle zdaję sobie sprawę, że nie idę, tylko lecę. Potem jeszcze przez chwilę coś mnie chyba nawet zabolało, ale dalej nic nie pamiętam. Kurczę, głupio to wyszło. Wiecie, te wielkie plany na przyszłość, tyle rzeczy do załatwienia, tyle marzeń do spełnienia, i wszystko przekreślone przez jakąś ciężarówkę. Tak się zastanawiam, co sobie teraz myślą rodzina i kumple. Ciekawe, czy ktoś łzę po mnie uroni... ale co ja się będę przejmował jakimiś bzdurami. Szkoda trochę tych lat, co to jeszcze miały być przede mną. Nie będę się tym jednak przejmował, bo coś mi się widzi, że to nie koniec. To znaczy, może nie tyle widzi, bo na razie to ja nic nie widzę, strasznie tu ciemno, ale tak jakoś myśli mi się niezgorzej, więc chyba jeszcze żyję... to jest w pewnym, jak to mówiła polonistka... o, mam, w pewnym metaforycznym sensie żyję, no bo kto normalny, nie będąc jakimś Supermanem, przeżyłby spotkanie trzeciego stopnia z TIR-em, co?
Jak już wspominałem, trochę tu ciemno. Normalnie jak w czterech literach u Afroamerykanina, jeśli nie bardziej. Nic nie widać. Słyszę tylko od czasu do czasu jakieś głosy. Gadają do siebie tak jak ja. Tyle że oni gdzieś idą, a ja siedzę tutaj. Skoro przy tym jesteśmy, to trochę brakuje mi jakiegoś gościa do rozmowy, bo przecież ile czasu można tak myśleć na głos? Nie łamię się jednak. Jest spoko. No, chyba że to jeden z tych stanów śpiączkowych. Wiecie, takie jak w tych filmach. Było kiedyś coś takiego w "Po tamtej stronie". Jakiś gość musiał przetransportować się do umysłu jakiejś babki, która była w śpiączce, żeby ją tam przed czymś uratować. Fajny bajer, chociaż może to ona ratowała jego... nie pamiętam. I tak pewnie was to nie obchodzi. Albo był taki jeszcze jeden film, tylko w ogóle nie pamiętam tytułu, jakiś strasznie stary, bo jeszcze czarno-biały. Tam był taki żołnierz, co to na wojnie oberwał i potem leżał w szpitalu jak roślinka. Nie mógł mówić, nie mógł się poruszać oprócz jednej części ciała, ale nie pamiętam której, i nie słyszał. No i przez pół filmu biadolił, że chce umrzeć. A tak w ogóle to ten film w jakimś teledysku był, co tam tacy śmieszni goście grzywami machali.
No i nadal ciemno. Poczekam chyba na kogoś, kto nie będzie gdzieś szedł, bo takich tu tysiące, tylko będzie stał w miejscu. Chętnie bym sobie pogadał."
* * *
Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o wygolonej głowie siedział oparty o drzewo. Pomimo stosunkowo wysokiej temperatury jego szyję okrywał żółto-czarny szalik klubowy. Mężczyzna był zaprzysiężonym fanem tego biednego, prowincjonalnego klubu. Zaprzysiężonym nie tylko w przenośni, lecz i dosłownie. Kibicował sekcji piłkarskiej, choć to sekcja podnoszenia ciężarów cieszyła się największymi sukcesami. Stąd właśnie pochodził jeden z najlepszych obecnie polskich sportowców w tej dyscyplinie, olimpijczyk notabene. Mimo to mężczyzna wolał chodzić na mecze piłkarskie piątoligowych drużyn stojące na żałosnym poziomie. Nie zależało mu naturalnie tylko na dwudziestu dwóch facetach uganiających się przez półtorej godziny za piłką. Na stadionie zawsze mógł spotkać się z kumplami, a po meczu wypić piwo lub dwa w dobrym towarzystwie, choć często na piwach się nie kończyło. Najlepsza była jednak atmosfera, nieporównywalna z niczym innym. Niektórzy jego kumple wprost kipieli nienawiścią do drużyn przeciwnych i ich kibiców, ale jego to nie dotyczyło. Owszem, mógł pośpiewać niecenzuralne, lekko ujmując, piosenki, czasem nawet rzucić petardę jak jakiś gówniarz, ale na tym się kończyło, bo chodziło właśnie o atmosferę, o coś, co mogło odwrócić uwagę od beznadziejnej sytuacji, z jaką borykał się w dni powszednie. Miał dwadzieścia lat i skończoną zawodówkę. Zawsze miał problemy z nauką, ale życzliwi nauczyciele, w zamian za drobne przysługi, przepchnęli go przez wszystkie klasy, a potem nawet przez maturę. Teraz jednak nie było już życzliwych ludzi. Nie miał pracy. Ojciec wyniósł się z domu jakieś dziesięć lat temu. Niemłoda już matka starała się być dla niego oparciem w tych nielicznych momentach, kiedy nie była nieprzytomnie pijana. Za te momenty ją kochał. Dla niej właśnie chciał żyć, chciał pomóc jej i sobie, wyrywając ich oboje z tej pięćdziesięciotysięcznej wioski. Kiedyś miał też dziewczynę, ale odeszła od niego. Ot, ludzka rzecz. Bez pieniędzy trudno było znaleźć miłość życia, więc już nie szukał. Pracy szukać próbował, ale bez znajomości nawet na budowie go nie chcieli. Trudno powiedzieć, czy miał pecha, czy może raczej doskwierał mu brak ambicji. Pogodził się w każdym razie ze swoim życiem w jego obecnej postaci. Marzenia schował głęboko w sferach podświadomości i egzystował z soboty na niedzielę, z niedzieli na sobotę, z meczu na mecz.
Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o wygolonej głowie siedział oparty o drzewo, trzymając się obiema rękoma za brzuch, z którego wypływała dużymi ilościami szkarłatna ciecz. Nie miał szczęścia. Tego dnia odbywały się derby - do jego miasta przyjechali odwieczni rywale z sąsiedniej miejscowości. W końcu los zetknął je ze sobą na tym samym szczeblu rozgrywek. Owo spotkanie przyciągnęło uwagę nawet tych, którym nie dane było wcześniej obejrzeć meczu piłkarskiego na żywo z trybun. Na stadion ściągnęło około tysiąca ludzi, kilkanaście razy więcej niż zwykle. Mężczyzna był tym niemal wzruszony, a jednocześnie podniecony na samą myśl o tym, co będzie się działo podczas meczu. Faktycznie, wszystko, tradycyjnie nie licząc poziomu "sportowego widowiska", było wspaniałe. Kibice obu drużyn wyzywali się co prawda nawzajem więcej i ostrzej, niż mieli to w zwyczaju, ale jak wiadomo derby zobowiązują do czegoś. Nieprzyjemnie zrobiło się dopiero po meczu. Mężczyzna chciał iść już do domu, wyjątkowo tego dnia spieszyło mu się, ale kumple namawiali go na "coś jeszcze" tak długo, aż w końcu ustąpił. Gdyby wiedział, że chodziło o starcie kibiców w lesie tuż za stadionem, może nie poszedłby razem z resztą. Miał cholernego pecha. Tylko on dostał. Reszta, a wśród nich byli też gówniarze po czternaście, piętnaście lat, wymiękła, widząc paskudne cięcie przez środek brzucha. Nawet jego kumple uciekli. Mówi się, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie...
Na początku bolało jak diabli, ale w miarę upływu czasu ból ustępował miejscu dziwnemu otępieniu, którego nigdy wcześniej w życiu nie doświadczył. Nie zanosiło się również na to, by dane mu było mieć kiedykolwiek drugą taką okazję.
* * *
Miał wrażenie, że obudził się po krótkim śnie, lecz kiedy tylko znikła sprzed jego oczu ciemność, spostrzegł, iż otoczenie zmieniło się całkowicie. W miejsce lasu pojawił się tunel o wirujących ścianach, bombardujący potencjalnego obserwatora miliardami przeróżnych odcieni wszelkich możliwych kolorów. Gdzieniegdzie przez ten masakrujący oczy widok przebijały się obrazy z dawnego świata. Mężczyzna widział na jednym z nich swoją matkę leżącą na łóżku, niczego jeszcze nieświadomą, na innym swoich kumpli popijających, jak gdyby nic się nie stało, tanie wino przed monopolowym. Pozostałych miejsc bądź osób nie był w stanie rozpoznać.
W pewnym momencie zauważył, że jest zawieszony w powietrzu. Chwilę później jego uwagę przykuło jasne światło na końcu tunelu. Bezwiednie zaczął lecieć w jego kierunku. Podczas lotu obrazy, które jeszcze przed chwilą widział na nieustannie wirujących ścianach, samoistnie stawały mu przed oczami. Całe życie dawało o sobie znać, już ostatni raz. Gdy ostatni wizerunek znikł, blask oślepił mężczyznę, wchłaniając go w siebie na wieczność.
* * *
Godzina trzecia rano, lub jak kto woli, w nocy. Osiemnastoletni chłopak wracał chwiejnym krokiem przez opustoszałe ulice do domu. Zmysł orientacji, choć potężnie nadwerężony, wciąż zdawał się funkcjonować. Jeszcze godzinę temu pomagał dokończyć flaszkę znajomym, którzy zebrali się na osiemnastce jakiegoś gościa, którego on znał tylko z widzenia. Skoro jednak jego dziewczyna dostała zaproszenie, on poszedł razem z nią. Ona została tam, w sporym domu na przedmieściach, mieszczącym jakoś cały natłok gości.
Promile próbowały raz po raz wydostać się na zewnątrz, a że chłopak im w tym nie przeszkadzał, chodnik zdobiły co kilkaset metrów kwieciste pawie. W sumie zabawa była niezła, choć widział lepiej zorganizowane imprezy. Pewnie gdyby nie kumple, wyszedłby stamtąd wcześniej. Właściwie powinien poczekać, aż wytrzeźwieje, ale ktoś kiedyś powiedział mu, że wracanie do domu po nocy w stanie wskazującym na spożycie jest niezapomnianym przeżyciem. Być może. Wszystko zależy od punktu widzenia. Szedł niemal godzinę i już od jakiegoś czasu miał pewność, że znajdował się tam, gdzie nie powinien. Zmysł orientacji może i nie szwankował krytycznie, ale kierunkowskaz nie nadawał się już do użycia.
Nachylił się, kiedy żołądek domagał się swych praw po raz kolejny. "Że też akurat w tym miejscu musiały wysiąść latarnie", pomyślał. Nagle zachwiało nim mocno. Nie zdążył wyprostować się wcześniej, stracił więc równowagę i poleciał do przodu. Minęły dwie sekundy, a on wciąż nie leżał na ziemi.
* * *
Wszystko stało się na powrót wyraziste. Wstał bez problemów. Mdłości, jak również osobiste zaburzenia grawitacji ustały zadziwiająco szybko. Rozjaśniło się nawet nieco i chłopak mógł dostrzec poszczególne elementy otoczenia. Stał teraz pod mostem, co wyjaśniało, czemu leciał tak długo. Spojrzał mimochodem pod nogi i zobaczył samego siebie - własne ciało, będąc dokładnym. Głowa spoczywała na ostrym kamieniu, który zyskiwał powoli barwę krwi wydobywającej się z tylnej części czaszki. Chłopak uśmiechnął się do siebie. Nie tak wyobrażał sobie swój koniec. Sama śmierć była dla niego zupełnie w porządku, ale okoliczności przedstawiały się tragicznie. Jeszcze ktoś powie, że popełnił samobójstwo... Tego by sobie nie życzył. Jak już masz zrobić coś celowo, to zrób to dobrze - tak brzmiała jego dewiza życiowa, a tak przynajmniej wmawiał sobie przy wielu sytuacjach.
Wszystko rozmyło się ponownie, tym razem jednak znikło na dobre. Zaczął unosić się, wpierw powoli, wraz z upływającym czasem nabierając prędkości. Wkrótce osiągnął pułap pierwszych chmur, aż w końcu dotarł przed olbrzymią, złotą bramę, stanowiącą jedyną odmianę wśród wszechobecnych obłoków. Spróbował stanąć na jednym z nich. Udało się. Podszedł do bramy. Wisiała na niej ciężka, mosiężna kłódka. Nic poza tym. Rozejrzał się, lecz żadnego klucznika nie zobaczył. Ujrzał natomiast wyłaniające się w oddali schody prowadzące na dół. Nad nimi widniała złota tabliczka z wygrawerowanym napisem "For employees only". Chłopak raz jeszcze zerknął na bramę, po czym zaczął schodzić na dół. "Zawsze jest jakieś wyjście", powiedział do siebie, śmiejąc się w duchu.
* * *
W tym samym czasie z tej samej imprezy wracali kumple chłopaka wraz z jego dziewczyną. Pięć osób w maluchu nie gwarantowało komfortu jazdy, lecz nikomu w tym momencie to nie przeszkadzało. Z całej tej grupki zdążył wytrzeźwieć tylko jeden - Krzysiek, w czarnej, skórzanej kurtce i z ciemnymi, związanymi w kucyk włosami. Cała reszta - Iwona, farbowana blondynka w tandetnej kurteczce, Andrzej, chowający swą prawdziwą naturę za szkłami okularów i zwykłym, szarym swetrem, nałogowy imprezowicz, Rafał, gość o posturze koszykarza i Leszek, podążający najwyraźniej za modą hiphopową, jeśli takie pojęcie w ogóle kiedykolwiek istniało, tracili kontakt z rzeczywistością w mniejszym lub większym stopniu. Samochód prowadził Leszek. Na początku, zachowując szczątki zdrowego rozsądku, starał się jechać ostrożnie, ale pod wpływem towarzystwa i sugestywnej muzyki dyskotekowej zmienił zdanie i już chwilę później szarżował po, na wspólne szczęście, prostej i pustej drodze.
Ulica wiodła przez las. Nawet w dzień ciężko było tu o samochód, o tej zaś porze jakikolwiek pojazd stanowiłby w tym miejscu ewenement. Słowem odludzie, choć raz na jakiś czas w oknach malucha mignął pojedynczy domek ukryty gdzieś wśród drzew. Może właśnie dlatego nawierzchnia wskazywała na brak zainteresowania w zakresie renowacji ze strony tutejszej Rady Miasta. Maluch co chwila podskakiwał na dziurach w asfalcie, a każdy taki wyczyn Rafał kwitował niewybrednym epitetem rzucanym w losowym kierunku.
Nastrój panował świetny. Cała piątka, najwyraźniej wciąż znajdująca się pod wpływem magicznej atmosfery towarzyszącej każdej osiemnastce, wybuchała śmiechem z godną podziwu częstotliwością, opowiadając głupie dowcipy i historyjki.
- Ciekawe czy Kamil dolezie do domu? - rzucił Andrzej.
- Do końca dnia powinien się wyrobić - odparł Krzysiek. Wszyscy wybuchli śmiechem.
- To twardy gość, co by mu się miało nie udać... - dodał jeszcze Rafał. Przerwał mu gwizd Leszka z przedniego siedzenia.
- Patrzcie na to - zawołał. - Który z was weźmie ten zakręt tak jak ja?
Istotnie, zbliżali się do miejsca, gdzie ulica gwałtownie skręcała w prawo. Po obu stronach drogi gęsto rosły drzewa, co dodawało adrenaliny kierowcy. Jedynie naprzeciwko łuku znajdował się niewielki kamienny mostek, wzniesiony około sześć metrów nad wąskim strumykiem.
Leszka dopingował każdy, tylko Iwona zaklęła cicho. Chciała, by zwolnił, ale zdawała sobie sprawę, że nie wypadało wychylać się z taką uwagą. Siedziała więc na miejscu, obok kierowcy, wpatrując się w zakręt. Zorientowała się, że nie zapięła pasów, lecz nie miała zamiaru robić tego teraz. Nikt zresztą tego nie robił.
Krzysiek, przez pierwsze sekundy otumaniony panującą atmosferą i gorąco dopingujący kolegę, uległ nagle przejmującemu wrażeniu, że coś może pójść nie tak. Kiedy dotarło w końcu do niego, co się właściwie dzieje, krzyknął, lecz jego głos ugrzązł pośród ryku silnika, muzyki i okrzyków Rafała i Andrzeja.
Nadszedł punkt kulminacyjny. Kilka sekund wystarczyło. Leszek z niemal szaleńczą pewnością siebie szarpnął bezmyślnie kierownicą w prawo. Efekt był łatwy do przewidzenia.
* * *
Obudził się w szpitalu. Niewiele pamiętał z tamtej nocy. Lekarz powiedział mu później, że mieli niesamowite szczęście. Jakimś cudem przeżyli. On, feralny kierowca, Rafał, który dochodził powoli do siebie po wstrząsie mózgu, i Andrzej. Dwójka ich towarzyszy nie podzieliła ich losu. Zginęli ponoć na miejscu. Najdziwniejsze wydało się Leszkowi to, że nawet nie pamiętał dokładnie swych pasażerów. Lekarz natomiast nie miał pojęcia, czemu to właśnie najbardziej uchlany gówniarz prowadził samochód. Odpowiedź była prosta - tylko on jeden z całej piątki umiał samochód prowadzić...
* * *
Iwona wstała powoli, otrzepując się z kurzu. Po chwili zdjęła kurtkę, czując gorąco unoszące się wszędzie wokół. Nie była już w samochodzie, nie było już ciemno. Okolicę oświetlały olbrzymie paleniska i wetknięte w odległe ściany pochodnie. Ziemia stała się wyschniętą skorupą, poprzeplataną niewielkimi wyłomami, w których, kilkanaście metrów pod gruntem, złowieszczo bulgotała magma. Ostro zakończone stalagmity o wysokości przeciętnego człowieka zastąpiły las. Niebo zdawało się płonąć żywym ogniem - tak silna łuna rozciągała się nad tym miejscem. Ulica została natomiast dokładnie taka jak przedtem, co jeszcze bardziej krzywiło i tak nadszarpnięty wizerunek rzeczywistości.
Iwona spojrzała za siebie. Przez moment wydawało się jej, że przypatruje się pospolitym ciemnościom; dopiero chwilę później zdała sobie sprawę, że widzi bezdenną otchłań. Odskoczyła od niej błyskawicznym susem, jak gdyby obawiając się czegoś, co chciałoby wciągnąć ją do środka. Odwróciła się i udała przed siebie.
Szła długo, mijając po drodze wykute w skale doły, zabezpieczone od góry kratami, marmurowe podesty o niewiadomym zastosowaniu, stalagmity wyższe od pozostałych mniej więcej dwukrotnie, zabarwione u szczytów czerwienią, prawdopodobnie od krwi. Znajdowały się tam też rożna umieszczone nad paleniskami, co do przeznaczenia których można tylko było snuć domysły. Gdy dotarła do kresu swej wędrówki, a taką miała przynajmniej nadzieję, pojawiła się przed nią wysoka postać, kryjąca tożsamość pod kapturem i grubym płaszczem. Postać wskazała jej kawałek spalonej ziemi i w tej samej chwili pojawiła się tam klapa. Iwona z wysiłkiem otworzyła przejście i zeszła po stromych schodach na dół. Tajemnicza postać została na górze.
Gdy dotarła wreszcie do końca schodów, poczuła jeszcze większe ciepło. Rzuciła niedbałym ruchem swą kurtkę na lekko czerwonawy grunt. Kurtka spaliła się w mgnieniu oka. Dziewczyna nie zauważyła tego jednak, idąc spokojnie przed siebie niczym zahipnotyzowana. Schody za nią rozpłynęły się, ujawniając stromą skalną ścianę.
* * *
Krzyśka obudziło przenikliwe zimno. Wstał błyskawicznie i roztarł dłonie, by ogrzać je choć trochę. Stał po kolana w zaspie śnieżnej, a wokół niego rozciągała się lodowa pustynia. Ten surowy krajobraz mącił jedynie las zamarzniętych drzew. Krzysiek podążył w jego stronę.
Każdy pień obrośnięty był szklistymi pnączami pełnymi ostrych jak brzytwy cierni. Gdzieniegdzie z ziemi wyrastały olbrzymie kolce, przypominające nieco przerośnięte kły słoni. Pod każdym drzewem tkwił wbity w ziemię krzyż złożony z dwóch kości przymocowanych do siebie rzemykiem. Setki, tysiące bezimiennych grobów. Zapomniane cmentarzysko ukryte wśród bezkresnych śniegów.
Mocny podmuch wiatru wywołał u chłopaka nagły dreszcz. Skórzana kurtka nie dawała dobrej ochrony przed zimnem. Rozglądając się za jakimś schronieniem dostrzegł w oddali niski, ciemnoszary budynek. Z bliska w oczy rzucały się bogate zdobienia - kamienne gargulce wyglądały jak żywe, wyrzeźbione z pedantyczną dokładnością; wejście stanowiło miniaturowy portal, nad którym ktoś uwiecznił przeróżne sceny z dziejów ludzkości. Grube, bodaj dębowe drzwi skrywały za sobą pojedyncze pomieszczenie starannie oświetlone pochodniami i dziesiątkami świec na złotych świecznikach. Pod ścianą, naprzeciw wejścia, stała masywna, marmurowa tablica. Na jej szczycie znajdował się krzyż, pod nim zaś napis, w którego zrozumieniu przeszkadzała bariera językowa - tekst pochodził z łaciny. Krzysiek domyślił się mimo to, że jest to swoisty nekrolog, którego cała reszta na szczęście była już w języku jak najbardziej zrozumiałym: polskim. Na tablicy nie widniały jednak imiona i nazwiska. Chłopak przeczytał na głos pierwsze pozycje z listy.
Miłość, Współczucie, Litość, Odwaga, Przebaczenie, Prawda...
* * *
Gdzieś ponad nimi wszystkimi, ponad nastolatkiem z walkmanem w kieszeni, ponad kibicem w żółto-czarnym szaliku, ponad Kamilem, ponad Iwoną, ponad Krzyśkiem stał byt bez postaci, bez formy, bez wyglądu, bez ubioru. Stał i wpatrywał się w nowo przybyłych. "Każdy pójdzie do własnej celi", westchnął cicho. Przez jego dłonie przemykały miliony, dzień po dniu, rok po roku, wiek po wieku. Gdyby tylko zacisnął pięść, droga zostałaby zamknięta. Cele nie napełniłyby się nowymi więźniami. Starzy pozostaliby na swoim miejscu, lecz nowi błąkaliby się po bezkresnej siatce wymiarów. Odwieczny porządek zostałby zburzony, może nawet nieodwracalnie. Ale on nie chciał takiego rozwiązania. Chciał, by wiedzieli gdzie są, choć jednocześnie nie mógł wyjawić im tego bezpośrednio. Nie mógł wyciągać ich z marzeń, koszmarów lub czerni bezsenności. Dlatego czekał. Czekał od tysięcy lat, odkąd zaświtała nadzieja, odkąd przybyły wreszcie istoty zdolne do myślenia abstrakcyjnego. Czekał na jedną z nich, tą, która zda sobie sprawę z jego istnienia. Czekał na kogoś, z kim mógłby podzielić się swą wiedzą. Niczym alchemicy poszukiwał swego kamienia filozoficznego, jakże błahego: sensu swej egzystencji, a w jego skrzywionym odwieczną monotonią umyśle dawno już narodziła się myśl, że swych poszukiwań nie będzie w stanie zakończyć w samotności.
Minuty i godziny nikły w otchłani czasu niezauważone. Tym razem jednak przeczucie podpowiedziało jemu, Nadzorcy, by zejść z wysokości na pułap ludzki i poświęcić trochę nic nie znaczących jednostek czasu na dokładną lustrację nowo przybyłych, do których, jak wyczuwał, miała dołączyć jeszcze jedna osoba.
* * *
Leżała na łóżku z błogim uśmiechem na twarzy. Budzik pokazywał dziewiątą rano. Za oknem padał rzęsisty deszcz, nasilając i tak już podły, jesienny nastrój każdego, kto musiał teraz przemierzać mokre chodniki, mając nadzieję, że nie trafi na złośliwego kierowcę chcącego ochlapać kolejnego przechodnia. Ona natomiast w ten piątkowy ranek była szczęśliwa jak nigdy wcześniej. Nawet jeśli miała kiedyś równie dobry humor, było to dawno temu, tak dawno, iż znikło gdzieś w czeluściach pamięci. Zaśmiała się cicho na myśl, że inni muszą męczyć się w szkole lub w pracy, podczas gdy ona...
Rozległ się dzwonek do drzwi. Dziewczyna nie miała zamiaru się ruszać. Wpatrywała się tylko rozmytym spojrzeniem w biały sufit swego małego pokoiku. Po chwili mała szyszka uderzyła w okno. "Anita!", zawołał ją po imieniu ktoś z dołu. Rozpoznała ten głos. Zawsze szła do szkoły ze swoją najlepszą przyjaciółką, która stała teraz pod jej domem i czekała na nią. "Cóż, będzie musiała pójść sama...", pomyślała Anita. Kiedyś, gdy przeprowadziła się do nowego, obcego miejsca, marzyła o tym, by mieć taką przyjaciółkę, swoją powierniczkę, której mogłaby się zwierzyć ze swoich problemów. Gdy jednak znalazła taką osobę, zorientowała się, że nie będzie w stanie podzielić się z nią wszystkimi wrażeniami i odczuciami. Są rzeczy, o których nie mówi się nikomu, i ona o nich nie wspomniała nawet słowem.
Leżała na łóżku z błogim uśmiechem na twarzy. Na prześcieradle dwie czerwone plamy wciąż powiększały się od krwi płynącej z podciętych na wysokości nadgarstków żył. Może gdyby wcześniej powiedziała komuś o swoich kłopotach, może wtedy coś by się zmieniło. Teraz jednak nie miało to już żadnego znaczenia... Była szczęśliwa jak nigdy dotąd, czując jak życie opuszcza ją powoli.
Ostatnie myśli nawiedzały ją gorączkowo, domagając się ostatniej audiencji. Ostatnie pytania rozbrzmiewały w jej głowie. Czy ktoś będzie o niej pamiętał? Może na początku, ale za dziesięć, dwadzieścia lat... każdy będzie miał własne życie, nie mając czasu na nieprzyjemne wspomnienia. A rodzice? Rodzice jakoś sobie bez niej poradzą. Zawsze sobie radzili. A przyjaciele? Każdy człowiek jest egoistą w mniejszym lub większym stopniu. Zapomną, będą mieli na to dużo czasu. Czy na pewno postąpiła dobrze? A co mogła zrobić innego? Nie szukała w życiu kolejnych nie różniących się od siebie dni. Nie chciała przechodzić przez życie niczym szara mysz w swej szarej rzeczywistości, uwięziona w klatce zbudowanej dla niej przez społeczeństwo. Jeśli całe życie miało wyglądać tak, jak jego pierwsze siedemnaście lat, najlepiej było skrócić je od razu. Co chciałaby zobaczyć po śmierci? Wystarczyłaby jej prawda.
* * *
Schodził na dół powoli, jak czynił to już wielokrotnie. Na swoim przeczuciu zawiódł się niezliczoną ilość razy, lecz nadzieja nie pozwalała mu zrezygnować. Widział, jak do piątki osób dołączyła jeszcze jedna, nie wyróżniająca się niczym, tak jak cała reszta, z ludzkiego tłumu.
Podszedł do nastolatka z walkmanem w kieszeni, rozglądającego się nieprzytomnie wokół siebie wzrokiem nie dostrzegającym niczego. Odwrócił się od niego z obrzydzeniem i przyjrzał się łysemu mężczyźnie w żółto-czarnym szaliku, zatopionemu w światłości życia, jakie sobie wymarzył. Nie czegoś takiego oczekiwał Nadzorca. Spojrzał na Kamila, schodzącego w swym śnie wyimaginowanymi schodami z powrotem na ziemię. Rzucił jeszcze okiem na Krzyśka i Iwonę, lecz oni błądzili po świecie swych koszmarów. Zrezygnowany zanurzył się w umyśle Anity. Tu, ku własnemu zdumieniu, dostrzegł coś zupełnie innego. Ona nie szukała dla siebie żadnej nowej rzeczywistości, myślami była tylko tutaj. Natychmiast pojawił się przed nią, zaintrygowany.
- Witaj - powiedział, zaskoczony własnym skrępowaniem. Eony spędzone w odosobnieniu zdawały się robić swoje.
Dziewczyna, choć nieco zdezorientowana nowym otoczeniem, zareagowała zrazu obojętnie, zwracając od niechcenia głowę w stronę, z której dochodził głos i gdzie czekało na nią potężne zaskoczenie. Zobaczyła coś, co porównać można było co najwyżej do pojęć tak abstrakcyjnych, jak kształt zapachu. Stała przed nią postać, która pomimo swej niewidzialności istniała w jej umyśle. Wydawało się jej, że widzi kogoś, kto nie istnieje.
- Kim jesteś? - zapytała z zadziwiającą pewnością w głosie.
- Czy to ważne? Czy jeśli powiedziałbym ci, że niegdyś nazwano mnie Nadzorcą, zmieniłoby to coś?
Było w nim coś, co pozwalało mu zaufać, dzięki czemu nie czuło się oporów przed normalną rozmową. Nie umknęło to uwadze Anity, która ciekawość przedłożyła przed zaskoczenie i podświadomy strach.
- Wiedziałabym wtedy, jak się do ciebie zwracać. Ja mam na imię...
- Anita - dokończył za nią. - Wiem.
- Czy to jest Niebo, czy raczej Piekło? A może Sąd Ostateczny? - zapytała, rozglądając się wokół. Czarna przestrzeń pokryta była gwiazdami i lekkimi, fioletowymi obłokami. Poza swoją standardową niezwykłością widok ów miał w sobie coś nieokreślonego, czego nie było na mapie uczuć ludzkich. Dziewczyna czuła, jak przesiąka powoli tym nowym, tajemniczym wrażeniem.
- Och, przecież tak naprawdę w to nie wierzysz - odparł Nadzorca z pewnym wyrzutem w głosie. - Choć, pokażę ci, gdzie teraz jesteśmy.
Chwycił ją, mało zresztą delikatnie, za rękę i powiódł ją za sobą do umysłów tych, którzy stali bezwiednie tuż obok niej.
Ogarnęła ich absolutna ciemność, wśród której widać było jedynie niepozornego chłopaka w jasnej bluzie, ze słuchawkami w uszach. Nie istniało tu nic namacalnego, co nie przeszkadzało owej pustce przytłaczać każdego, kto by się tu pojawił. Oboje słyszeli, jak chłopak rozmawia sam ze sobą, reagując w ten sposób na sytuację, w jakiej się znalazł.
- To jest odpowiedź? - Anita zatrzęsła się pod wpływem serii dreszczy przechodzących przez jej ciało.
- Widzę, że jeszcze nie rozumiesz. Chodź.
Przenieśli się do nowego miejsca. W pierwszym momencie ich oczy zostały zaatakowane oślepiającym blaskiem, lecz już parę sekund później zza ściany światła zaczął wyłaniać się powoli obraz kolejnego świata. Pozornie wszystko wyglądało normalnie - miasto, które znała, to samo szare osiedle, zaledwie kilkaset metrów od szkoły, do której chodziła. Jedynym nie pasującym elementem były wszechobecne czarno-żółte transparenty zawieszone nad ulicami, głoszące "OKS Mistrzem Polski 2004" i tłum ludzi zalegający wokół terenu należącego do klubu. Gdy tylko z jednego z budynków obok stadionu wyszło dwadzieścia osób trzymając sporych rozmiarów złocony puchar, powietrze niemal widzialnie zatrzęsło się od ryku kibiców. Jeden tylko stał z tyłu i podczas gdy wszyscy pozostali entuzjastycznie skandowali nazwiska kolejnych piłkarzy, on, z żółto-czarnym szalikiem na szyi, patrzył w ciszy ze łzami szczęścia w oczach, ściskając dłonie rodziców stojących tuż obok niego.
- Ciekawe, ale... - zaczęła dziewczyna.
- Ale nierealne - podsumował Nadzorca. - To jeszcze nie wszystko.
Wędrując do następnej rzeczywistości minęli chłopaka schodzącego z niebios na ziemię po ledwo widzialnych stopniach. Na jego twarzy gościł lekceważący wszystko uśmieszek. Gdy znikał im z oczu, cały świat załamał się i znikł razem z nim. Po chwili znajdowali się w kolejnym umyśle. Anita natychmiast odczuła wysoką temperaturę. Na jej czole wystąpiły pierwsze krople potu. Znajdowali się w jaskini, będącej jednocześnie olbrzymim labiryntem. Przed nimi, odwrócona tyłem, stała dość niska blondynka. Znajdowała się właśnie na rozwidleniu dróg, jakich zdążyła minąć do tej pory już dziesiątki. Spojrzała w lewo, potem w prawo, jakby chciała przejść przez jezdnię, aż w końcu wybrała przejście po swej prawicy. Anita chciała pójść za nią, ale Nadzorca zatrzymał ją ruchem ręki. Unieśli się razem na wysokość kilkunastu metrów, ponad ciemnoczerwone ściany labiryntu, którego pozbawiono wyjścia.
- Co to w takim razie jest, jeśli piekło nie istnieje? - zapytała Anita.
- Poczekaj jeszcze chwilę, a może odpowiesz na to pytanie sama - brzmiała odpowiedź.
W ostatnim świecie, w jakim się znaleźli, panowało przejmujące zimno. Szalejąca zamieć znacznie pogarszała widoczność, lecz ślady pozostawione przez jakiegoś człowieka dziwnym trafem nie znikały, toteż można było pójść za nimi. Po kilku minutach stali już przed mauzoleum otoczonym przez powykrzywiane od wiatru, zimna i ciężaru zalegającego na ich gałęziach śniegu drzewa. W środku, pomimo licznych świec i pochodni, panowała temperatura równie niska co na zewnątrz. Pod ścianą przeciwległą do drzwi stała marmurowa tablica, przed którą klęczał z opuszczoną głową długowłosy chłopak w cienkiej kurtce. Jego skóra siniała powoli od zimna. Gdy podeszli do niego, usłyszeli, jak szepcze pojedyncze słowa.
Mądrość, Cnota, Szacunek, Przyjaźń, Równość...
* * *
Wrócili oboje do czarnej przestrzeni upstrzonej gwiazdami, gdzie zaczęli swą rozmowę. Dopiero teraz Anita zauważyła, że obok niej stali ci, których widziała w wizjach zafundowanych przez Nadzorcę.
- A więc wszyscy trafiają tutaj - stwierdziła, spoglądając w puste oczy piątki osób obecnych jedynie fizycznie.
- I to nie tylko ludzie. Wszystko, co kiedyś żyło, trafia tutaj. Psy, koty, gołębie, robaki, jakiś czas temu również dinozaury - uzupełnił Nadzorca. - Czy wiesz, czym te wszystkie istoty różnią się od ludzi? Ludzie mają sny. Dlatego stoją tutaj jak kukły. Każdy z nich ma swoje marzenia, w których tapla się, zamiast istnieć tam, gdzie powinien.
- Marzenia? - zapytała Anita, przypominając sobie dwie ostatnie wizje.
- Masz rację, źle to ująłem. Widzisz, oni tkwią w swych wyobrażeniach na temat życia po śmierci. Inne istoty nie mają wyobraźni, dlatego nie mają snów. Ludzie natomiast... - westchnął. - Ci, którzy chcieli lepszego życia, śnią o nim teraz. Ci, w których, choćby podświadomie, tkwiło poczucie winy, trafiają do swych koszmarów. Niektórzy wyobrażają sobie zwykłe, ordynarne piekło, inni tworzą bardziej wysublimowane światy. Są również tacy, którzy wracają w marzeniach do życia, próbując kontynuować je w nieskończoność. Najgorzej zaś mają ci bez żadnych obrazów pośmiertnej egzystencji. Oni, zamiast widzieć to, co widzisz ty i ja, trafiają do ciemności stworzonej przez własny umysł na miejsce potrzebnych wizji. - Zakończywszy odetchnął.
- Czemu więc ja jestem tutaj? - odezwała się, nieco zdezorientowana tym przemówieniem.
- Powiedz mi, o czym myślałaś przed śmiercią? - Nadzorca zmienił nagle temat.
Anita sięgnęła pamięcią kilkanaście minut wstecz. "Wystarczyłaby mi prawda."
- To jest właśnie odpowiedź - potwierdził.
- Czy zostanę tu na zawsze?
- Każdy zostaje tu na zawsze, moja droga. Różnica polega na tym, że ty zdajesz sobie z tego sprawę, podczas gdy inni nie dostąpili tego zaszczytu. Jesteś pierwsza; nikt przed tobą nie próbował rozstawać się ze światem, nawet jeśli komuś wydawało się, że tego chce. Wiesz dlaczego? Ponieważ żaden człowiek nie ma zamiaru podporządkować się śmierci. Umierając, nie miałby nic przeciwko kolejnemu życiu, choć zawsze ma nadzieję, że jeśli już takowe by istniało, to będzie wyglądało inaczej niż poprzednie, lepiej.
Dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie. Przecież ona również chciała, by świat był inny, by każdy mógł żyć na równi z innymi. Dlaczego więc...?
- Ja też tego przez pierwsze chwile nie rozumiałem - odpowiedział, czytając w jej myślach. - Teraz jednak wiem, co cię uratowało. Ostatnie pragnienie. Ono modeluje rzeczywistość, w jakiej się znajdziesz. Na jego podstawie powstają indywidualne nieba, piekła, czy też setki, tysiące innych ponadczasowych i uniwersalnych miejsc. Ty pragnęłaś prawdy, więc ją dostałaś. Czuj się zatem jak u siebie w domu - rzekł, uśmiechając się.
Odwrócił się, przeszedł parę kroków i uniósł się, wracając na swój ulubiony punkt obserwacyjny. Anita ruszyła za nim, unosząc się już bez jego pomocy. Gdy dotarli na miejsce, stanęła obok Nadzorcy i, tak jak on, w ciszy spoglądała na kolejne rzędy istnień ludzkich zmierzających ślepo do swych cel. Przesiąknięta do cna niesamowitą energią tego miejsca po raz pierwszy w życiu pomyślała o sobie jako o kimś wartościowym. Dostała, jako jedyna ze swojego rodzaju, szansę na prawdziwą egzystencję - wieczną, nieograniczoną pojęciami, myślami i rozumowaniem, bez sztuczności i narzuconych przez innych barier. Po raz pierwszy w życiu poczuła się naprawdę szczęśliwa.
[XI.2003]
Scooter Fox
scooter_fox@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||