:::: Maciek "black grzywa" Partyka ::::

Chaos team



Młody blondwłosy mężczyzna średniego wzrostu siedział w poczekalni już dobry kwadrans. Od czasu do czasu wstawał z krzesła i przechadzał się po korytarzu, żeby chwilę później znowu usiąść. Wyraźnie się niecierpliwił.
- Długo pan już czeka? - zagadnęła go staruszka siedząca obok.
- Długo - mruknął młodzieniec.
- Tak to już bywa - westchnęła staruszka - jak człowiek chce coś załatwić to swoje musi odstać.
- Ach, ta biurokracja....
- Wie pan, kiedyś było gorzej, do sklepu trzeba było stać w kolejce.
Otworzyły się drzwi. Z gabinetu wyszedł wyraźnie zadowolony rudzielec w garniturze. Niewysoki trzydziestolatek z głupią bródką zaprosił gestem następnego interesanta. Wszedł blondyn. Zamknął za sobą drzwi, rozsiadł się w fotelu i chwycił za filiżankę z kawą stojącą na biurku urzędnika.
- Przepraszam, to moja kawa! - zaprotestował urzędnik.
Blondyn ostentacyjnie wypił kawę i głośno przełknął.
- Liczyłem na to, że będę lepiej traktowany - powiedział po chwili - najpierw muszę czekać, aż jakiś urzędnik łaskawie się mną zajmie, potem wypijam kawę, która jest już zimna, nawet fotele są niewygodne!
- Przepraszam, jeśli przyszedł pan tylko po to, żeby....
- Przyszedłem, aby skorzystać z niezwykle ciekawej oferty spółdzielni mieszkaniowej, którą pan nieudolnie reprezentuje.
- Skoro tak to przejdźmy do rzeczy - powiedział zmieszany urzędnik - nazywam się Robert Leszczyński i zajmuję się tutaj obsługą klienta.
- To widzę...
- A zatem... Chciałbym pana zapytać, czy miał pan już przyjemność zapoznać się z naszą szeroką ofertą...
- Teraz ja mówię - przerwał mu blondyn. Potem powiedział zupełnie innym głosem:
- Nazywam się Sqel, jestem jednym z największych demonologów świata, więc należy mi się szacunek. Od tego powinniśmy zacząć. Jasne?
- Tak, ale...
- Nie ma żadnego ale. Teraz druga sprawa, o której powinien pan wiedzieć. Tak się składa, że swoje interesy załatwiam w dość specyficzny sposób. Jeśli wszystko idzie po mojej myśli płacę bardzo hojnie. Jeśli moi współpracownicy stwarzają problemy likwiduję ich. Wszelkie problemy znikają wraz z ich śmiercią - Sqel uśmiechnął się szeroko - a tak właściwie to przyszedłem, żeby kupić mieszkanie.
Urzędnik wziął słowa Sqela za makabryczny żart. Roześmiał się nerwowo. Ale jego rozmówca wcale nie podzielał tego entuzjazmu. Po chwili milczenia zaczęli rozmowę od nowa.
- Mieszkanie? Ach tak, mamy ich tutaj bardzo wiele - powiedział urzędnik ,sięgając po plik dokumentów z biurka - w pierwszej kolejności powinien pan przejrzeć nasz katalog.
- Nie trzeba. Chodzi mi o konkretnie mieszkanie.
- Ach to świetnie! - ucieszył się urzędnik - powiem panu szczerze, że bardzo lubię klientów, którzy wiedzą czego chcą. Denerwują mnie ludzie, którzy przychodzą tutaj o ósmej rano, pytają o wszystko, biorą wizytówkę, twierdząc że się zastanowią, dzwonią do mnie trzy razy dziennie żeby dalej się dopytywać, aż wreszcie rezygnują z naszych usług. Nie lubię takich ludzi.
- Ponieważ otrzymuje pan prowizję od każdej transakcji, tak?
- Nieprawda! Chodzi tylko o to, że tacy ludzie marnują tylko mój cenny czas, który mógłbym przeznaczyć na... na...
- Oglądanie telewizyjnych seriali? - zaproponował Sqel.
- Miałem na myśli raczej pomoc dla innych klientów - odpowiedział Leszczyński, zastanawiając się skąd ten facet wie co on robi po pracy.
- Prawdę mówiąc nic mnie to nie obchodzi. Chciałem kupić mieszkanie - przypomniał klient.
- Doskonale. Tak więc chodzi panu o mieszkanie dwu, trzypokojowe? Może apartament? Zapewniamy gratis miejsce parkingowe, a także zniżki w osiedlowym klubie fitness i w siłowni. Tak więc...
- Chodzi mi o konkretny lokal. Lokal nr 36.
Urzędnik znowu zgubił wątek. Nie lubił, kiedy mu ktoś przerywał. Strasznie go to irytowało.
- Lokal 36 - powtórzył klient.
- Tak, tak. 36 - mruknął urzędnik przeglądając swoje papiery - czy zna pan cenę?
- 2 900 zł za metr kwadratowy czyli 551 000. Zgadza się?
- Wygląda na to, że tak. Po poprzednich lokatorach zostało trochę mebli Chciałby pan je zobaczyć?
- Nie widzę takiej potrzeby.
To już była przesada. Facet przychodzi, wypija moją kawę, mówi mi, że jest demonologiem, grozi śmiercią, a na koniec proponuje transakcję za pół miliona i nie chce zobaczyć tego co ma kupić. To za wiele nawet dla prostego pracownika W.S.S "Społem". Mój klient z całą pewnością jest wariatem - pomyślał Leszczyński.
- Tak więc jaką formę płatności pan preferuje?
- Płacę gotówką.
- Bardzo dobrze, zaraz spiszemy umowę.
Drugi urzędnik przyszedł aby omówić szczegóły, a Leszczyński w tym czasie zadzwonił na policję.
- Tak! Mówię, że wariat. Twierdzi, że nazywa się Squam , Sqel czy jakoś tak z dziwnie. ..... Co? Jeden radiowóz? Ja bym uważał. Ten typ może być niebezpieczny.

- Ej zobaczcie! Jaki fajny! - krzyknął 10 - letni chłopiec wskazując jednego z przechodniów.
Ludzie spojrzeli od niechcenia za siebie, po czym wrócili do swoich spraw. Ulicą Wolską szedł człowiek mierzący ponad dwa metry wzrostu. Miał na sobie czarną jak smoła zbroję płytową. W ręku trzymał olbrzymi miecz.
- Ciekawe co on reklamuje? - zastanawiała się dziewczyna żująca gumę.
Tak się składa, że ów jegomość niczego nie reklamował. Szukał tylko spółdzielni mieszkaniowej W.S.S "Społem". Wreszcie znalazł tablicę z numerem domu; WOLSKA 84/86. Wszedł w bramę i zaraz się zatrzymał. Nie wiedział czy ma wejść do klatki A, B czy C. Zastanowił się chwilę (a myślenie niewątpliwie nie było jego mocną stroną) i postanowił zadzwonić na komórkę do szefa. Odczekał kilka sygnałów, ale nikt nie odebrał. Odezwała się poczta głosowa.
Rzucił telefonem o ziemię i przystąpił do działania. Najpierw podszedł do klatki B; drzwi były zamknięte, na ścianie obok były jakieś cyferki i koło nich przyciski. Z klatką A i C było dokładnie tak samo. Zdesperowany przybysz musiał użyć siły. Uniósł swój ciężki bucior i jednym kopniakiem roztrzaskał drzwi. Usłyszał przeraźliwy krzyk. Wszedł do środka i zauważył, że pod drzwiami, które właśnie rozwalił leży jakiś mocno poobijany człowiek.
Że też akurat teraz musiał wychodzić - pomyślał - podnosząc na wpół przytomnego człowieka z ziemi. Upewniwszy się, że tamten jeszcze żyje zapytał:
- Którędy do spółdzielni "Społem"?
- Drugie piętro, pierwsze drzwi na lewo - odpowiedział ranny i stracił przytomność.
Facet w zbroi zostawił człowieka na schodach i poszedł na drugie piętro. Jednym szarpnięciem otworzył drzwi (pierwsze na lewo) i już chciał iść do szefa, kiedy zatrzymał go ochroniarz.
- Przepraszam, ale akwizytorów nie przyjmujemy - powiedział muskularny facet ustawiając się w przejściu.
- Przyszedłem po Sqela.
- Zdejmij ten głupi kostium to pogadamy. Z czego to jest? Z plastiku?
- Tego się nie da zdjąć.
- Nie da to się parasolki w dupę wsadzić.
- Muszę przejść - powiedział stanowczo facet w zbroi.
- Nie przejdziesz - odpowiedział ochroniarz.
- Muszę przejść - powtórzył niedoszły akwizytor sięgając po swój miecz.
- Dopiero teraz ochroniarz zauważył, że facet, z którym rozmawia ma ponad dwa metry wzrostu i niewiele mniejszy obwód ramion. Ochroniarz rzucił się do ucieczki, a rycerz przeciął meczem tylko powietrze.
Następnie wszedł do biura "Społem" i srodze się zdziwił. Po podłodze walały się porozrzucane formularze, rozlana kawa, a nawet pojedynczy but, który ktoś musiał zgubić uciekając w popłochu. Na końcu korytarza stał Sqel i przeglądał jakieś papiery.
- Miło cię widzieć Duff - powiedział uśmiechnięty Sqel.
- Przybyłem na twój rozkaz, panie - odpowiedział rycerz, kłaniając się nisko.
- Szkoda tylko, że trochę za późno. Niewiele brakowało, a bym tu zwariował.
- Wybacz panie, ale nie wiedziałem jak tu dotrzeć. Wszystkie drzwi pozamykane i jeszcze ten jeden marny człowieczek, który próbował mnie zatrzymać...
- Poradziłem sobie jakoś. Wystarczyło przyzwać demona. On już ich wystraszył.
- Gdybym tylko mógł ich dogonić pokazałbym, że pana Sqela nie można denerwować. Poszatkowałbym ich moim mieczem!
- Pamiętaj, że przybyliśmy tu w pokoju.
- Tak, wiem....
- Ale okazuje się, że tutejsi są za głupi, żeby rozmawiać z nimi normalnie. Pomyśleli, że jestem wariatem i wezwali policję. Wyobrażasz sobie?!
- Ignoranci.
- No pewnie. Tak czy inaczej mamy już swoje lokum - numer 36, tak jak miało być.
- Doskonale.
- Zbierz drużynę i możecie się wprowadzać. Masz tu papiery i klucze, nie zgub ich lepiej. Ja muszę jeszcze załatwić jedną sprawę. Aha, przypomnij, żebym nauczył cię korzystać z domofonu.
- Tak panie, będę pamiętał.

Przy ulicy Górczewskiej zatrzymał się stary volkswagen transporter. Otworzyły się drzwi samochodu, wyszli pasażerowie.
Ich wygląd niewątpliwie zadziwił każdego. Często widuje się różnych dziwaków, jednak nigdy nie zdarza się, żeby pojawiali się oni w większej grupie. Tymczasem z volkswagena wygramoliło się 8 istot, które z całą pewnością można było uznać za bardzo dziwne. Pierwszy pojawił się wysoki, niezwykle blady człowiek w czarnym płaszczu, trzymający w dłoni ludzką czaszkę. Wysiadł od strony pasażera. Potem wylazł kierowca - ogromny rycerz w czarnej zbroi.
A potem wygramolili się wszyscy siedzący z tyłu; półtorametrowy osobnik z długą czarną brodą w hełmie z rogami zasłaniającym twarz, niewiele od niego większy potworek będący skrzyżowaniem człowieka i szczura, niezwykle chudy facet o elfich rysach o odstających uszach, a na koniec 3 śmierdzące stwory o nikczemnym wzroście i urodzie goblina. Wesoła gromada zmierzała do lokalu nr 36. Pierwszy szedł gość z czaszką w dłoni. Na klatce schodowej natknął się na młodą kobietę w kolorowej sukience. Przywitał się z nią uprzejmie ku jej wielkiemu zdziwieniu.
- Miło mi panią poznać madame, jestem tu nowy... jak zresztą widać.
- Po co panu czaszka? - spytała podejrzliwie.
- Ach tak, czaszka. Jestem studentem medycyny.
Kobieta przyjrzała mu się uważniej. Nie była w stanie ocenić jego wieku. Mógł mieć równie dobrze 20 jak i 30 lat. Miał bardzo bladą, ascetyczną twarz pełną paskudnych krost. To pewnie pozostałości po trądziku - pomyślała. Jest brzydki, ale to nie znaczy, że niebezpieczny. Najważniejsze, że nie wyglądał na imprezowicza, chociaż noce będą ciche i spokojne.
- Przepraszam, gdzie się pan wprowadza?
- Lokal nr 36.
- 36? To chyba apartament. Będzie pan mieszkał sam w takim wielkim...
- Nie madame. Przybyłem z przyjaciółmi - powiedział wskazując stojących za nim dziwolągów.
- Mam nadzieję, że będę miała okazję ich bliżej poznać - powiedziała życzliwie.
- Oczywiście, chętnie ich wszystkich przedstawię.
- Może innym razem, idę na zakupy. Do widzenia panu.
Gromada odsunęła się z przejścia, a kobieta opuściła budynek. Szła bardzo szybko.
Piątka przybyszy poszła schodami na trzecie piętro, gdzie znajdowało się ich nowe miejsce zamieszkania.
Trzy śmierdzące pokraki postanowiły zbadać windę. Wspólnymi siłami uporały się z drzwiami, jednak nie zdołały sięgnąć do przycisków, więc winda ruszyła sama.
- Łaaaaaaa! Gdzie to jedzie?! Ratunku!! - krzyczały stwory.
Winda zatrzymała się na szóstym piętrze. Jakiś człowiek otworzył drzwi, ale zobaczywszy co znajduje się w windzie od razu je zamknął i z krzykiem rzucił się do ucieczki. Trzy podobne do goblinów stwory postanowiły wspólnymi siłami dosięgnąć przycisku z numerem 3. Powłaziły jeden na drugiego i już miały wcisnąć trójkę, kiedy winda gwałtownie ruszyła i wszystkie się poprzewracały. Tym razem winda pojechała na dziewiąte. Para nastolatków zrezygnowała z podróży, kiedy smród dotarł do ich nozdrzy. Stwory na nowo zaczęły tworzyć misterną konstrukcję. Jednak znowu ktoś im przeszkodził i pojechały na czwarte piętro. Do windy wsiadł pijak śmierdzący tanim winem, nacisnął parter. Winda zjechała na dół. Zanim facet wysiadł jeden z goblinoidalnych dziwolągów zapytał, czy ten mógłby nacisnąć trójkę. Pijak wcisnął cyfrę i wysiadł. Zamknęły się drzwi i 3 snotlingi wreszcie znalazły się tam gdzie chciały.
Dwa zdążyły wysiąść i poszły do drzwi z numerem 36, trzeci zatrzasnął się w windzie i z krzykiem pojechał na dół. Jego towarzysze zaczęli się śmiać. Reszta drużyny była już w mieszkaniu i oglądała je z zaciekawieniem.
- Dlaczego nie ma telewizora? - zapytał szczuropodobny.
- Ja chcę stół bilardowy - zagrzmiał brodaty pokurcz wymachując groźnie rękoma.
- Ałaaa! - krzyknął dwumetrowy rycerz, znowu zawadzając o sufit.
- Tylko spokojnie - powiedział gość z czaszką - zaraz zrobię zakupy. Na razie nie ruszajcie się z miejsca i nic nie zdemolujcie, dobra?
- Dobra, dobra - pisnął szczuropodobny mutant - tylko się pośpiesz, ja chcę discovery!
- Nie martw się. Załatwię to szybko, w końcu jestem nekromantą.

Nekromanta z czachą wezwał windę. Otworzył drzwi i ujrzał swego towarzysza snotlinga.
- A ty tu po co?
- Zamknęli mnie tutaj - tłumaczył się pokurcz.
- Dobra, dobra, tylko mnie nie denerwuj, idź do swoich śmierdzących towarzyszy.
- A mogę iść z tobą?
- Będziesz mi tylko przeszkadzał....
- Ale mogę iść? Mogę? Mogę? Mogę?
- Dobra, chodź.
- To super! A gdzie właściwie idziemy?
Głupota tej istoty powaliłaby każdego, jednak nekromanta był do tego przyzwyczajony. Wiedział, że snotlingi są najgłupszymi istotami na świecie.
Poszli do supermarketu Geant. Snotling wsiadł do wózka i jadąc w nim wydawał głupie odgłosy przypominające pierdzenie (za co ciągle dostawał po głowie), nekromanta wrzucał do koszyka kolejne artykuły. Telewizor z promocji, konsolę play station 2, kilka filmów na DVD, piłkę, 11 kompletnych strojów piłkarskich w różnych rozmiarach (także po promocyjnej cenie), żelazko, lodówkę turystyczną i różne inne rzeczy. Snotling zginął gdzieś w stercie artykułów. Kiedy się wygramolił, znowu zaczął wydawać nieprzyzwoite odgłosy.
- Jak się zamkniesz, to kupię ci coś do jedzenia - zaproponował nekromanta.
- Jedzenie, jedzenie! - cieszył się pokurcz.
Nekromanta okazał się bardzo hojny. Kupił 15 batonów snickers, 4 paczki chipsów, 2 kilo pomarańczy, arbuza, 4 butelki coca coli i zgrzewkę piwa. Dorzucił jeszcze kawał zepsutego mięsa i śmierdzącą rybę. Wreszcie dojechali do kasy. Snotling z wielkim przejęciem układał towary na ruchomej taśmie. Kiedy uporał się z tą ciężką pracą sam usiadł na końcu za snickersami. Kasjer nie był pewien czy ma go policzyć, jednak nie zauważywszy kodu kreskowego na ciele potworka odłożył go do wózka.
- 3559 złotych, 13 groszy - powiedział jak maszyna.
Nekromanta zapłacił, snotling zaczął pakować zakupy do reklamówek.
- Zaczekaj chwilę, zaraz wracam - powiedział nekromanta i poszedł do toalety. Wszedł do kabiny, zamknął drzwi od środka i rozpoczął inkantację. Wypowiedział kilka nieznanych słów, rzucił czaszką o ziemię. Po chwili z podłogi wyłoniło się czterech zombich. Spuścił wodę i wyszedł z kabiny w towarzystwie swoich sług.
- A to co znowu? - zdziwiła się sprzątaczka - wlazł jeden i wylazło pięciu.
- Magia, tylko magia - odpowiedział nekromanta.
- Zboczeniec...
Wyszedł z WC, czterech zombich włóczyło się za nim. Przy kasie odnaleźli snotlinga, która zdążył już zjeść trzy batony i właśnie dobierał się do piwa.
- Bierzcie zakupy - rozkazał nekromanta.
Trzech zombich wzięło reklamówki z zakupami, czwarty wziął pod pachę snotlinga. Drużyna wracała do domu.

W tym czasie Sqel zajął się sprawami organizacyjnymi. Nauczony poprzednimi doświadczeniami wiedział już jak należy się zachowywać w kontaktach z tutejszymi ludźmi. Nie wspominał więc ani o tym, że jest słynnym demonologiem, ani nie groził śmiercią nikomu z działu obsługi klienta. Starał się, najogólniej rzecz biorąc, nie odbiegać od normy, mając nadzieję, ze życzliwi mu ludzie załatwią jego sprawy tak, jak należy. Odwiedził wszystkie możliwe urzędy poczynając od Urzędu Gminy Warszawa Wola, poprzez Główny Urząd Statystyczny, a kończąc na siedzibie Polskiego Związku Piłki Nożnej.
Mimo, że złożył wszystkie niezbędne dokumenty, powiedziano mu, że zarejestrowanie drużyny może potrwać nawet kilka tygodni.
Wobec tego skupił się na poszukiwaniach sparingpartnera. Niewiele wiedział o drużynach piłkarskich w Warszawie, prawdę mówiąc niewiele w ogóle wiedział o piłce nożnej. Zaczął od kupienia gazety sportowej. Dowiedział się z niej, że w Warszawie jest drużyna o nazwie Legia. Jednak nie miał pojęcia, gdzie znajduje się klubowy stadion.
Wypytywał więc ludzi na ulicy, przyciągając podejrzliwe spojrzenia przechodniów. Wreszcie dwóch sympatycznych młodych ludzi o posturze Duffa udzieliło mu precyzyjnej informacji. Musiał wsiąść w autobus linii 171 i jechać do końca trasy. Kiedy znalazł się na miejscu podeszło do niego trzech chłopaków dresach. Jeden z nich wyciągał nóż, drugi chował z tyłu kij bejsbolowy, trzeci trzymał metalowy pręt.
- Dawaj kasę, mały - powiedział ten pierwszy.
- Chyba nie chcesz problemów, co?
Sqel zignorował trójkę dresiarzy i poszedł dalej, wywołując tym nie lada zdziwienie. Po chwili trójka opryszków dogoniła go.
Tym razem nie mieli nic do powiedzenia. Jeden zadał cios metalowym prętem, drugi zamachnął się kijem. Sqel momentalnie odskoczył w bok. Następnie uniósł się na trzy metry w górę i wydał z siebie przerażający krzyk demona.
Napastnicy popatrzyli na siebie niepewnie. Demonolog wykorzystał ten moment zawahania i wystrzelił w ich kierunku dwie ogniste kule. Napastnicy porzucili broń i uciekli. Sqel wyjął z kieszeni komórkę i zadzwonił na policję.
- Dzień dobry, chciałem zgłosić napad.
- Kto pana napadł? - zapytała znudzonym głosem kobieta po drugiej stronie.
- Nie wiem.
- Jak to pan nie wie?!
- Nie znam napastników z imienia i nazwiska. Byli w miarę młodzi i ogoleni na łyso.
- Wszyscy tak wyglądają. Mieli jakieś znaki szczególne?
- Nie wiem, nie przyglądałem się.
- To co pan robił?!
- Przecież powiedziałem, że byłem napadnięty!
- Dobrze, gdzie to miało miejsce?
- Na ulicy.
- A gdzie dokładnie? Adres?
- Łazienkowska 3, koło stadionu.
- Ilu ich było?
- Trzech.
- Czy coś panu ukradli?
- Nie.
- Pobili pana?
- Nie, uciekli.
- To po co pan dzwoni?
- Żeby zgłosić napad.
- Proszę sobie nie robić głupich dowcipów - powiedziała kobieta i odłożyła słuchawkę.
Sqel wzruszył ramionami. Cóż miał zrobić skoro nikt nie chciał słuchać jego zgłoszenia? Udał się na poszukiwania budynku klubowego. Odnalazł go bez większego trudu, lecz zanim tam wszedł został zatrzymany przez ochronę. Wyjaśniono mu, ze jeśli nie okaże stosownych dokumentów nie zostanie wpuszczony. Sqel wyciągnął z kieszeni swoje prawo jazdy, tymczasowy dowód osobisty i zaświadczenie o prowadzeniu działalności gospodarczej. Był gotów nawet podać swój numer NIP, gdyby to w jakikolwiek sposób mogło przekonać ochronę. Niestety dość brutalnie poinformowano go o tym, że nie ma prawa wstępu i jeśli dalej będzie się awanturował wezwą policję, aby go stąd zabrała. O ile przyjazdu policji wcale się nie obawiał (wszak nie brali oni poważnie nawet doniesienia o napadzie), zrezygnował chwilowo z prób dostania się do budynku, nie chcąc narażać się władzą klubu względem których miał przecież przyjazne zamiary. W sklepiku klubowym kupił skarb kibica. Znajdowały się tam składy wszystkich I i II- ligowych drużyn, a także adresy klubów i numery telefonu. Znalazłszy odpowiedni numer postanowił skontaktować się telefonicznie. Po kilku głuchych sygnałach usłyszał wreszcie zaspany głos:
- Tak, słucham.
- Dzień dobry, mówi Sqel, kapitan reprezentacji wyznawców bogów chaosu. Chcielibyśmy rozegrać mecz sparingowy z drużyną Legii Warszawa.
- Musi pan w tej sprawie porozmawiać z prezesem. On skonsultuje się z dyrektorem sportowym, a ten z kolei ustali szczegóły z trenerem drużyny. Termin rozegrania meczu zostanie ustalony w porozumieniu z klubowym dietetykiem i specjalistą od odnowy biologicznej. Damy panu odpowiedź za jakieś dwa miesiące.
- Czy nie można ustalić wszystkiego trochę szybciej?
- Tak, ale musiałby pan spotkać się z prezesem, a to na razie niemożliwe. Dzisiaj pan prezes nie pracuje.
- A dyrektor sportowy?
- Również wziął wolne. Jest tylko masażysta.
- To świetnie...
- Ale on niestety nie odbiera telefonów.
- Dziękuję za pomoc.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
Sqel uświadomił sobie, że w tym klubie niczego nie załatwi. Zrezygnowany siedział na pobliskiej ławce i przeglądał skarb kibica. Wreszcie odnalazł drugi warszawski klub - Polonię Warszawa. Cóż, może tu uda się coś zdziałać...

Nekromanta i jego świta dotarli na Górczewską w ostatniej chwili. Znudzeni towarzysze pozostawieni w pustym mieszkaniu właśnie urządzali sobie walkę. Brodaty pokurcz wymachiwał gigantycznym toporem, co chwila trafiając w ścianę, chudzielec o elfich rysach i odstających uszach unikał jego ciosów. Rycerz w zbroi płytowej starał się strącić dwa snotlingi, które złapały go za nogę, a szczuropodobny już szykował się do ugryzienia któregoś z walczących. Wszyscy jednak zatrzymali się zdziwieni, gdy zobaczyli w drzwiach zombich z zakupami. Nekromanta ogarnął wzrokiem pobojowisko i złapał się za głowę. W ciągu kilku minut wojownicy zdążyli stłuc lampę, powybijać wszystkie okna i rozwalić połowę ściany.
- Co to ma być? - zapytał groźnie nekromanta.
Przerażone snotlingi schowały się za szczuropodobnego, brodacz odłożył swój topór w kąt. Zakuty w zbroję olbrzym próbował się tłumaczyć:
- Zaczęło się od tego, że krasnolud pokłócił się z elfem, potem ten głupi zaczął piszczeć, że nie ma kablówki, a to małe chciało żebym zrobił coś do jedzenia...
- Nie liczcie na to, że ujdzie wam to na sucho. Wszyscy zostaniecie ukarani, a na razie wynoście się stąd! Grupa dziwolągów posłusznie opuściła lokal, a nekromanta wraz z czterema zombie i snotlingiem zaczęli rozpakowywać zakupy.
Artykuły spożywcze umieścili w lodówce, podłączyli telewizor i play station 2. Stroje piłkarskie ułożyli w jednym miejscu.
Snotling biegał po pokoju z anteną w ręku starając się złapać obraz, wreszcie się przewrócił i urwał jakiś kabel. Jemu też kazano się wynosić.

Jak na ironię wyrzuceni z domu chaośnicy poczuli się jak ryby w wodzie. Każdy poszedł rozrabiać na własną rękę. Trzy snotlingi zakradły się do kuchni w Mc Donald's , gdzie zajęły się pakowaniem łajna do hamburgerów, ku przerażeniu zarówno obsługi jak i klientów. Brodacz poszedł do baru, żeby napić się piwa. Najpierw nie chciano go wpuścić do środka, mówiąc , że jest za mały. Kiedy jednak udało mu się przeforsować drzwi odmówiono mu sprzedaży alkoholu, ponieważ nie miał dowodu osobistego, a dzieciom takich rzeczy się nie sprzedaje. W odpowiedzi wbił topór w stół i krzyczał, że wcale nie jest dzieckiem, tylko krasnoludem. Barman, nie wiedząc co ma robić, uciekł na zaplecze, a krasnolud korzystając z okazji sam nalał sobie piwa do kufla, czym wzbudził powszechny aplauz. Po jakimś czasie wrócił barman wraz z właścicielem baru. Ten oświadczył, że klient z całą pewnością ma 18 lat i może legalnie kupować napoje alkoholowe. Problem powstał, gdy okazało się, że krasnolud jest niewypłacalny. Na szczęście inni klienci poratowali sympatycznego pokurcza.
Podobny do elfa typ, który tak naprawdę BYŁ elfem postanowił poszukać sobie jakiegoś miłego towarzystwa na wieczór. Jego wybranka miała jakieś 15 lat i uwielbiała "Władcę Pierścieni". Od razu znaleźli wspólny język, chociaż elf nie wiedział czemu dziewczyna mówi na niego Legolas.

Najbardziej zdesperowany był szczuropodobny. Krążył po mieszkaniach w nadziei na to, że uda mu się wprosić do kogoś kto ma kanał discovery. Bliski już rezygnacji zapukał do drzwi nr 54. Otworzyła mu 7 - letnia dziewczynka z kolorową wstążką we włosach.
- Dzień dobry panu - powiedziała uprzejmie - w czym mogę pomóc?
- Jestem twoim sąsiadem i nie mam telewizora i no... widzisz chciałbym pooglądać discovery...
- Ale rodzice zabraniają mi wpuszczać obcych do domu...
- Jaki tam obcy? Jestem twoim sąsiadem - przekonywał szczur.
- Ale rodzice...
- Jak mnie wpuścisz to pozwolę ci się pogłaskać. Moje futerko jest bardzo miłe w dotyku.
Dziewczynka uśmiechnęła się uroczo i otworzyła drzwi.
Szczuropodobny nie czekając na specjalne zaproszenie wszedł do pokoju i rozwalił się na kanapie. Sięgnął po pilota i zaczął przerzucać kanały w poszukiwaniu discovery. Dziewczynka chwilę przyglądała mu się z zaciekawieniem, potem zapytała:
- Kiedy dasz się pogłaskać?
- Nigdy! - odpowiedział i dalej przeskakiwał po programach.
- Ale przecież obiecałeś!
- I co z tego!?
- Że powinieneś dotrzymać słowa!
- Jestem skavenem! Jestem zły, okrutny, niegodziwy i tak dalej. Ja nigdy nie dotrzymuję słowa! Obiecałem tylko po to, żeby tu wejść, a ty byłaś na tyle głupia, żeby w to uwierzyć. Teraz idź się pobaw i daj mi spokojnie pooglądać!
- A co to skaven?
- Taki zły i okrutny stwór jak ja!
- A gdzie mieszkają skaveny?
- Daleko.
- Jak daleko?
- Bardzo daleko!
- A jak bardzo?
Skaven widział, że dziewczynka nie da za wygraną.
- Skoro tak bardzo chcesz wiedzieć opowiem ci wszystko od początku. Usiądź koło mnie i słuchaj.
- Dobrze panie skavenie.
Opowiedział jej o Starym Świecie, o Północnych Pustkowiach Chaosu, skąd początek bierze wszelkie zło.
Wspomniał o skaveńskich tunelach pod największymi miastami, o skarbach ukrytych w krasnoludzkich twierdzach i o fanatycznej wierze w Rogatego Szczura. Kiedy skończył dziewczynka już spała.

Wieczorem w lokalu na Górczewskiej pojawił się Sqel. Był wyraźnie poirytowany tym, że nie udało mu się załatwić tego, co sobie zaplanował.
- Coś ty taki zdołowany? - zapytał go nekromanta.
- Nie mamy z kim zagrać - odpowiedział smętnie Sqel.
- Niemożliwe, czyżby nie było tu żadnej drużyny piłkarskiej?
- Są nawet dwie! W Legii nie mogłem skontaktować się z zarządem - wszyscy byli nieobecni, więc pojechałem do Polonii.
Dogadałem się z tamtejszymi działaczami. Problem pojawił się, gdy zapytali gdzie chcemy rozegrać mecz. Oni zaproponowali rozegranie spotkania na naszym stadionie. No i wytłumaczyłem im, że nasza drużyna takowego nie posiada i wolelibyśmy grać na ich terenie. Po konsultacji z rzeczoznawcą okazało się, że rozegranie meczu na stadionie Polonii także nie jest możliwe, ponieważ obiekt nie spełnia norm licencyjnych PZPN. Prezes Polonii zaoferował, że jego drużyna może wystąpić w roli gospodarza, a mecz odbędzie się na stadionie Legii. Ale nie można tego meczu zorganizować, bo zarząd Legii jest w obecnej chwili nieuchwytny. Czy cokolwiek z tego zrozumiałeś?
- Zrozumiałem, że jak na razie meczu nie będzie - powiedział po chwili zastanowienia nekromanta.
- No, przynajmniej nie w Warszawie. Ale jest dużo drużyn w innych miastach!
- Skąd wiesz?
- Przeczytałem to i owo - powiedział Sqel wyjmując z kieszeni pomięty skarb kibica - z tego co tu piszą wywnioskowałem, że w pierwszej lidze jest 14 zespołów, a w drugiej 18. Z tego wynika, że szansa iż któryś z nich zechce z nami zagrać jest bardzo duża.
- Dobra robota Sqel.
- A co z twoimi zadaniami?
- No cóż... Moi podopieczni mieli drobne problemy z aklimatyzacją...
- To widzę - powiedział Sqel, zerkając na rozwaloną ścianę.
- Trochę tu rozrabiali, więc kazałem im się wynosić. Jak znam życie niedługo przybędą tu w komplecie.
- Stawiam 10 złotych, że pierwszy przybędzie krasnolud. Jak zawsze pijany...
- Ja raczej obstawiłbym snotlingi. Nie umieją nawet korzystać z windy, więc nie oddaliły się zbytnio.
- Zakład stoi.

Nie minęło 10 minut, a Sqel wygrał zakład. Po serii niewybrednych przekleństw i dźwięku tłuczonego szkła na klatce schodowej można było domyślić się kto powraca. W drzwiach stał krasnolud, dzierżący w ręku trzy butelki piwa. W ciągu następnej godziny zeszli się pozostali. Trzy snotlingi schowane w papierowe torby z Mc Donald's, skaven zajadający chipsy, elf wraz ze swoją towarzyszką (którą przedstawił wszystkim zgromadzonym), i na koniec Duff, którego zbroja płytowa została zbezczeszczona przez graficiarzy piszących HWDP.
- Miło was znowu widzieć - powiedział nekromanta - czy przypadkiem zrobiliście w ciągu ostatnich godzin cokolwiek pożytecznego?
- Ja postanowiłem zintegrować się z lokalną społecznością - powiedział elf patrząc na dziewczynę, którą przyprowadził.
- W celu szerzenia chaosu oczywiście - dodał po chwili, żeby nie było żadnych wątpliwości.
- Zatruwaliśmy jedzenie - powiedziały chórem snotlingi.
- Ja wykładałem teologię Rogatego Szczura - dodał skaven.
- Ja kazałem rysować na ścianach symbole boga Khorna - dorzucił Duff.
- A ja... - zastanowił się krasnolud - przyczyniłem się do przepadku dziesięciu butelek piwa Królewskie, kilku puszek Volta i jednego wina, to też się liczy?
- Jak widzę nie marnujecie czasu - powiedział Sqel - ale już od jutra wasza działalność musi skupić się na jedynym i najtrudniejszym zadaniu. Od jutra zaczynamy treningi.
- Rano przybywa trener, powinniśmy zgotować mu miłe powitanie - dodał nekromanta.
- Złożymy kogoś w ofierze? - zapytał Duff.
- NIE! Nie będziemy składać żadnych ofiar, możemy co najwyżej kupić mu tort - odpowiedział Sqel.
- Macie się wyspać przed jutrzejszym treningiem - powiedział nekromanta.
- Krasnolud, jak będziesz miał kaca to cię zabiję - zagroził Sqel.
W dobrych nastrojach drużyna poszła spać. Elf nalegał, żeby młoda dziewczyna została razem z nim, ale ta opuściła go, tłumacząc, że musi być w domu przed 22.

Nazajutrz wszystkich mieszkańców bloku przy ulicy Górczewskiej obudził ryk silnika. Przybył trener drużyny.
Jako osoba znana i poważana wśród wyznawców chaosu nie mógł przyjechać w normalny sposób. Aby swojemu przybyciu nadać niezwykły charakter wjechał po schodach na czarnym motorze. Zatrzymał przy lokalu nr 36 i nacisnął dzwonek. Snotlingi otworzyły drzwi i zobaczywszy przybyłego uciekły w głąb mieszkania krzycząc tak głośno, że obudziły wszystkich lokatorów, których nie był w stanie obudzić poprzedni hałas. Powodem do krzyku był niewątpliwie wygląd trenera. Osobnik ten miał około dwóch metrów wzrostu, podobnie jak Duff odziany był w zbroję, na której wyryto napis "trener." Jednak prawdziwe przerażenie budziła jego głowa, a właściwie jej brak. W miejscu gdzie kończyła się szyja widniała goła czaszka. Trener stał w drzwiach i palił papierosa, dym wylatywał mu z nozdrzy i z pustych oczodołów. Nie czekał na specjalne zaproszenie, wszedł do środka. W kuchni natknął się na Sqela, który właśnie robił śniadanie. Demonolog ukłonił się nisko widząc gościa.
- To ty jesteś Sqel? - zapytał gość.
- Tak. A pan jest zapewne naszym trenerem...
- Ta...
- Proszę poczekać, zaraz przedstawię resztę drużyny - powiedział Sqel biegnąc po pozostałych. Trener korzystając z okazji zaczął zjadać kanapkę, po chwili jednak odłożył ją ze wstrętem.
- Kto kupił takie świństwo!?
- Nie smakuje panu - zdziwił się nekromanta - to bardzo przykre, sam kupowałem.
- Kto go wysłał po zakupy! - dziwił się trener - nie wiedzieliście, że oni zawsze kupują coś zgniłego!
- To się więcej nie powtórzy - powiedział pokornie Sqel, który momentalnie znalazł się w kuchni.
- A tymczasem chciałem przedstawić resztę - dodał po chwili demonolog.
Do kuchni wszedł skaven, elf, krasnolud i wojownik w zbroi. Wszyscy się przedstawili.
- Mamy jeszcze 3 innych zawodników - pochwalił się nekromanta.
- Tylko mi nie mówcie, że zabraliście ze sobą snotlingi!
- A czemu by nie? - zapytał Sqel.
Trzy papierowe torby już zmierzały w kierunku kuchni.
- Czeka nas ciężka praca - westchnął trener.

Tego samego dnia drużyna chaosu rozpoczęła treningi. Już na samym początku wystąpiły pewne problemy organizacyjne.
Żaden klub nie chciał udostępnić swojego boiska hordzie dziwolągów, tak więc zajęcia treningowe musiały odbywać się na boisku szkolnym Gimnazjum nr 50. Uczniowie szkoły byli zawiedzeni tym, że nie mogli odbywać tam zajęć wychowania fizycznego, nauczyciele cieszyli się, że na skutek dziwnego zbiegu okoliczności są zwolnieni z prowadzenia lekcji na świeżym powietrzu. Wprawdzie kilku rodziców próbowało interweniować w tej sprawie, ale widok trenera skutecznie zniechęcił większość ich od tego zamiaru. Po pomyślnym rozwiązaniu sprawy boiska pojawił się problem ilości zawodników. Trener upierał się, że koniecznie musi ich być jedenastu. Jedynym rozwiązaniem było więc wskrzeszenie umarłych w postaci szkieletów.
Nekromanta dokonywał tego aktu przed każdym treningiem. Niemniej jednak brak w pełni żywych piłkarzy prowadził do szeregu niepoważnych sytuacji. Otóż zdarzało się, że czar nekromanty (ograniczony przecież w czasie) przestawał działać w najbardziej nieodpowiednim momencie. I tak dochodziło do sytuacji, w której napastnik po dobrej akcji zamiast kopnąć piłkę w kierunku bramki rozpadał się w pył lub zamieniał w kupkę kości i zapadał pod ziemię. Nekromanta od razu wznawiał działanie czaru, ale kolejne niewykorzystane w ten sposób sytuacje psuły statystykę drużyny.
W parze ze szlifowaniem formy zawodników szły działania mające na celu zorganizowanie meczu. Okazało się, że żadna z I i II - ligowych drużyn nie wyraża chęci rozegrania sparingu z nieznaną drużyną. Wobec tego Sqel dał ogłoszenie do lokalnej gazety, a nawet szukał przeciwników w internecie, jednak ani Real Madryt, ani Manchester United nie raczyły odpowiedzieć na jego ofertę.

Po wyczerpujących ćwiczeniach pod czułym okiem (no, raczej oczodołem) trenera chaośnicy znajdowali czas także na relaks.
Kwitło życie towarzyskie.
Krasnolud każdego wieczora wychodził żeby pić i wracał późnym wieczorem w stanie lekkiej nieważkości. Elf równie często spotykał się ze swoją sympatią. Okazało się, że jest fanką nie tylko "Władcy Pierścieni" Tolkiena. Wachlarz jej szerokich zainteresowań stanowiły również zespoły muzyczne pokroju Spice Girls, Backstreet Boys i inne znane z tygodnika Bravo Girl, filmy z Leonardo di Caprio, a w szczególności walka o pokój na świecie. Skaven odwiedzał dziewczynkę spod 51 i zagłębiał ją w tajniki wiedzy o bogach chaosu, przy okazji wyjadając ser z lodówki. Ale robił to tylko wtedy, gdy w domu nie było rodziców dziewczynki. Bał się bowiem, że mogliby nie zaakceptować jego osoby. Duff zaprzyjaźnił się z graficiarzami po tym, jak uratował ich przed interwencją policji. Odtąd razem chodzili po mieście i na każdym murze rysowali symbole chaosu. Nekromanta nawiązał bliskie stosunki z administracją Cmentarza Wolskiego w celu zdobycia świeżych zwłok do swoich mrocznych eksperymentów, w zamian przejął część uprawnień grabarza. Tylko snotlingi nie zyskały niczyjej sympatii. Należy jednak odnotować, że odkąd zaczęły jeździć windą, żaden inny człowiek nie ośmielił się do niej wsiadać. Nawet lokatorzy z najwyższych pięter chodzili schodami. A ruch to przecież samo zdrowie...


Jednak mimo licznych sukcesów nie udało się znaleźć sparingpartnera. Wobec tego Sqel zarządził walne zebranie wszystkich istot chaosu w okolicy (a nie było żadnych innych poza lokalem 36). Uważnie przyjrzał się wszystkim zgromadzonym.
- Wyglądacie żałośnie - stwierdził.
Jeden ze snotlingów wylazł z papierowej torby i nieśmiało zapytał.
- Teraz lepiej?
Sqel spojrzał na niego z politowaniem.
- Nie jest lepiej - powiedział po chwili - nie jest i nigdy nie będzie lepiej z żadnym z nas! Czy zdajecie sobie sprawę z tego kim my właściwie jesteśmy?! Jesteśmy wyznawcami chaosu! Powinniśmy siać śmierć i zniszczenie, dążyć do zagłady świata, tak jak to robią inni! Ale my nawet tego nie potrafimy robić. Jesteśmy bandą nieudaczników! Dlatego odesłano nas tutaj, żebyśmy wykonali najprostsze zadanie świata - rozegrali jeden głupi mecz. Ale my nawet tego nie umiemy. Bogowie są cierpliwi, ale jeśli nie podołamy temu zadaniu na pewno się zdenerwują, nie będziemy mieli po co wracać na Północne Pustkowia, będziemy skończeni. Co ja mówię, już jest po nas!
Chaośnicy wbili wzrok w ziemię.
- Idę się napić - zakończył Sqel.
Po chwili ciszy odezwał się nekromanta.
- On ma rację, nie rozegramy żadnego meczu.
- A dlaczego nie? - zapytał krasnolud - jest jeden klub, który na pewno by się zgodził.
Wszyscy spojrzeli z nadzieją na pijanego brodacza.
- Sarmata Warszawa - powiedział bez emocji.
- Sarmata? - zdziwił się nekromanta - co to jest?
- Wczoraj poszedłem na piwo - zaczął krasnolud - kupiłem zgrzewkę w monopolowym no i zacząłem szukać jakiegoś miejsca, żeby... no wiecie, nie pije się w końcu byle gdzie...
- A co to ma wspólnego z jakimś klubem? - zapytał skaven.
- Poszedłem wzdłuż ulicy Wolskiej, patrzę i widzę, że jakieś chłopaczki mają szcześciopaka. No to idę za nimi i widzę, że wchodzą na jakieś takie śmieszne schodki. Tak po prawdzie to nie były schodki tylko trybuna, tylko cała rozwalona, bez krzesełek. Naprzeciwko tych schodków było boisko i jacyś ludzie nawet po nim biegali. Kawałek dalej był taki budyneczek z napisem "Klub Sportowy Sarmata", no to wziąłem piwo i pod tym klubem wypiłem. A teraz mi się tak przypomniało...
- Jesteś genialny! - krzyknął elf.
- Nie, jestem pijany - odpowiedział krasnolud i osunął się na ziemię.

Następnego dnia z entuzjazmem przystąpiono do działania. Zdawano sobie sprawę z tego, że możliwość rozegrania meczu z Sarmatą jest ostatnią szansą na wypełnienie misji. Działano więc niezwykle ostrożnie. Najpierw krasnolud poprowadził zwiad w celu zorientowania się w terenie. Grupa zwiadowcza, w skład której weszli: krasnolud, skaven i trzy snotlingi, zbadała dokładnie teren klubu "Sarmata", sporządziła dokładną mapę (wraz z objaśnieniem jak dojść z mieszkania do siedziby klubu), naszkicowała budynek klubowy i trybuny (a raczej ich pozostałości). Snotlingi chciały również dokonać pomiaru długości i szerokości boiska za pomocą dwudziestocentymetrowej linijki, szybko jednak porzuciły ten zamiar, zauważywszy, że nieustannie mylą się w obliczeniach. Kiedy ich misja dobiegła końca, przystąpiono do realizacji dalszej części planu. Najnormalniej wyglądających chaośników, to znaczy elfa, demonologa i nekromantę przebrano w eleganckie garnitury i wysłano do klubu celem przeprowadzenia negocjacji. Prezes mocno się zdziwił, bo w swoim biurze dawno nie widział tak eleganckich gości. Początkowo obawiał się, że mogą to być gangsterzy próbujący wymusić haracz od jego klubu, szybko jednak oddalił swoje obawy. Kto chciałby haracz od klubu z V ligi!? Przyjął więc gości bardzo serdecznie.
- Może któryś z panów napije się herbaty? - zapytał na początku.
- Nie, dziękujemy - odpowiedział Sqel.
- My tylko na chwilę - dodał nekromanta.
- Co panów do mnie sprowadza? - zapytał wprost prezes Sarmaty.
- Chcielibyśmy zorganizować mecz pomiędzy pańskim zespołem, a reprezentacją bogów chaosu.
- To bardzo ciekawe, a w której lidze występuje ten zespół.
- Prawdę mówiąc e.... no...
- Jeszcze nie przystąpiliśmy do rozgrywek - wybrnął szybko Sqel.
- To nic nie szkodzi, mój zespół również jest w fazie przygotowań do sezonu. Przyznam szczerze, że mecz sparingowy urozmaici nasze coroczne zgrupowanie.
- To bardzo dobrze...
- Ale - kontynuował prezes - organizacja meczu wiąże się z pewnymi kosztami, które niestety trzeba pokryć. Sądzę, że organizacja meczu na stadionie "Sarmaty" to wydatek rzędu 1500 złotych. W obecnej sytuacji finansowej klubu...
- Nie ma problemu, my zapłacimy za wszystko - zaoferował się elf.
- Dorzucimy jeszcze 50 000 złotych jako prezent dla zaprzyjaźnionego z nami klubu i ustalimy dokładny termin spotkania - dodał Sqel.
Jakby na potwierdzenie tych słów nekromanta postawił na biurku prezesa reklamówkę pełną pieniędzy. Prezes zaniemówił z wrażenia. Jeszcze nigdy nie czuł się tak głupio. Widząc zmieszanie na twarzy rozmówcy Sqel starał się ratować sytuację:
- Jeśli to za mała suma, to możemy ponegocjować.
- Nie, nie trzeba... - odpowiedział prezes, który o mało nie zakrztusił się swoją herbatą.
- Tak, więc jaki termin pan proponuje? - wrócił do przerwanej myśli elf.
- Jutro? - prezes chciał szybko korzystać z oferty, zanim tych trzech wariatów się rozmyśli.
- Dobrze, odpowiada panu godzina 12.00?
- Tak, jak najbardziej.
Chaośnicy wymienili uściski dłoni z prezesem klubu i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wrócili do lokalu na Górczewskiej. Kiedy tylko wyszli z biura prezes chwycił drżącymi rękoma za telefon:
- Baśka! Wygrałem w totka 50 000, jesteśmy bogaci!

W drużynie chaosu zapanowała euforia. Nikt nawet nie podejrzewał, że uda się zorganizować mecz w tak szybkim terminie. Szczęśliwi wyznawcy chaosu świętowali cały dzień i pół nocy. Do wspólnej zabawy zaprosili nawet sąsiadów, jednak ci nie skorzystali z propozycji po tym, jak Duff dopytywał się kiedy będą składać krwawe ofiary z ludzi. W całym tym zamieszaniu zapomniano o samym meczu, co omal nie skończyło się kataklizmem. W dniu meczu pośpiesznie prasowano koszulki. Niektóre nich trzeba było przyciąć tak, aby pasowały na snotlingi. Dla stworzenia pozorów trzeba było ogolić skavena. Stwór za nic nie chciał się na to zgodzić, więc został brutalnie do tego zmuszony z pomocą mieczy i toporów. Krasnolud zagroził, że nie zagra w meczu, jeśli nie dostanie pieniędzy na piwo. Po długich negocjacjach ze Sqelem doszli do wniosku, że dostanie na piwo, ale dopiero po meczu. Nekromanta zgubił swoją laskę maga, bez której nie mógł powoływać do życia szkieletów. Znalazła się ona wreszcie na miejscu szczotki klozetowej. Autorami tego głupiego żartu była trójka snotlingów, wszyscy zaśmiewali się do rozpuku. Jednym, który zachował jako taką powagę w obliczu chaosu organizacyjnego był trener drużyny, który wciąż pośpieszał nie kwapiących się zbytnio do meczu podopiecznych. Kiedy wszystko wreszcie miało ręce i nogi drużyna pojechała volkswagenem pod obiekt Sarmaty. Prezes powitał przybyłych z otwartymi ramionami. Prawdę mówiąc wyczekiwał ich już od godziny, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście. Przywitał się serdecznie ze wszystkimi zawodnikami (dziwiąc się czemu nie jest ich jedenastu) i wręczył bukiet kwiatów kupiony uprzednio w kwiaciarni na rogu. Chaośnicy ochoczo przystąpili do rozgrzewki. W tym czasie nekromanta wyczarował dwa szkielety, które uzupełniły skład. Na dziesięć minut przed rozpoczęciem meczu zjawił się sędzia w towarzystwie obserwatora z Okręgowego Związku Piłki Nożnej, który chciał rozmawiać z prezesem albo trenerem drużyny. Żeby nie straszyć niewinnego człowieka nie pokazano mu trenera bez głowy tylko sprawiającego dużo korzystniejsze wrażenie demonologa. Sędzia domagał się okazania kart zawodników, oraz zaświadczeń, że ich stan zdrowia nie przeszkadza w uprawianiu sportu. Sqel nie posiadał takich dokumentów, wręczył więc łapówkę wysokości 2000 złotych. Następnie sędzia upomniał się o licencję trenera I - klasy, Sqel dorzucił 500 zł. Obserwator wyraził swoje niezadowolenie spowodowane faktem, że jeden z zawodników chce grać w zbroi. Na nic zdały się tłumaczenia, że pancerz jest darem od bogów chaosu i nie da się go zdjąć, trzeba było zapłacić za to 250. Za następne 300 złotych przymknięto oko na to, że snotlingi nie mają butów. Wreszcie zakończył się skomplikowany rytuał spisywania protokołu meczowego i przystąpiono do gry. Chaośnicy odetchnęli z ulgą, bo udało się przebrnąć przez niekończącą się procedurę. Sędzia i obserwator z radością odebrali uczciwie zarobione pieniądze. Punktualnie o 12.00 arbiter zagwizdał po raz pierwszy. Przebieg meczu już od początku był zaskakujący. Piłkarze Sarmaty popełniali liczne błędy w obronie, jednak drużyna wyznawców chaosu nie potrafiła ich wykorzystać. Wreszcie po jakiś 15 minutach bramkarz Sarmaty sam wrzucił sobie piłkę do bramki. Trener gospodarzy krzyczał głośno i klaskał w ręce, był wyraźnie zadowolony. Jego piłkarze dalej spełniali przedmeczowe założenia taktyczne, w skutek czego po pierwszej połowie przegrywali już 0:5. Niewtajemniczeni widzowie nie wiedzieli skąd bierze się zadowolenie sztabu szkoleniowego z tak marnej gry. Odpowiedź była prosta; prezes Sarmaty na spokojnie przemyślał sprawę 50 - tysięcznej darowizny chaośników na rzecz jego klubu. Nie widząc żadnego innego wytłumaczenia wmówił sobie, że przeciwnicy zapłacili po to, aby ich drużyna wygrała ten prestiżowy mecz. Powiedział więc trenerowi i zawodnikom, że mają grać tak, aby przegrać jak najwyżej. Póki drużyna chaosu wysoko prowadziła wszystko było ok. Obraz gry uległ zmianie w drugiej połowie. Miały na to wpływ zmiany personalne w obu zespołach. Boisko opuściły narzekające na kontuzje snotlingi (faktycznie kilka razy ktoś nie trafiając w piłkę kopał je w głowę). W ich miejsce weszły 3 szkielety, które nie miały kart zawodniczych, co kosztowało następne 750 złotych. Na drugą połowę wyszło też kilku juniorów Sarmaty, którym zapomniano powiedzieć, że mają ten mecz przegrać. Na szczęście inni zawodnicy nadrabiali za nich i ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem chaośników 11:4.
Mecz dobiegł końca, cel chaośników został zrealizowany w stu procentach. Zwycięstwo chaosu przeszło najśmielsze oczekiwania wyznawców!

Zorganizowano bankiet dla wszystkich osób związanych z tym wzniosłym wydarzeniem. Zaproszono cały zarząd Sarmaty, wszystkich piłkarzy klubu, dyrektora gimnazjum nr 50 (który niestety nie przyszedł), graficiarzy, wszystkich kumpli krasnoluda (z których połowy nie pamiętał i przyrzekał na wszystkie świętości, że pierwszy raz ich widzi na oczy). Nekromanta, skaven i krasnolud zadbali o katering. Wprawdzie na smak potraw specjalnie nie narzekano, ale drinków to już nikt z gości nie ruszył. Wszystko przez niesfornego skavena, który nie wiedział nic o tworzeniu drinków i zamiast mieszać na przykład colę z wódką, mieszał płyn do kąpieli z sokiem winogronowym i szampon z olejem silnikowym i z benzyną. Jedynymi amatorami tego typu napojów były snotlingi. Nie zauważyły niestety, że ubocznym skutkiem ich spożywania jest puszczanie baniek uszami.

Długo czekano na reakcję chaosu na pomyślne zakończenie misji. Wreszcie do drzwi lokalu nr 36 zapukał listonosz. Przyniósł on kartkę pocztową z górą czaszek po jednej stronie i sporządzonym z ludzkiej krwi napisem po drugiej:

Serdeczne pozdrowienia dla moich wiernych wyznawców z góry czaszek na Północnych Pustkowiach przesyła Khorne - pan czaszek, bóg krwi, łowca dusz. Jestem bardzo zadowolony z powodzenia waszej misji, Chaos jak zwykle okazał sie zwycieski. W nagrode przekazuje wam dozywotnia władze nad ta Ziemia. Macie tam zostac, aby sprawowac krwawe i okrutne rzady. PS: I nie próbujcie mi tu wracac!!!!

Przesyłka od Khorna uszczęśliwiła wszystkich. Chaośnicy wiedli równie niespokojne życie jak zawsze. Sqel dalej walczył z biurokracją. Krasnolud co dzień wracał pijany. Skaven kupił wreszcie pakiet cyfrowy Polsatu i oglądał ulubione programy całymi dniami. Nekromanta dostał pracę jako dyrektor cmentarza. Elf znalazł sobie nową dziewczynę, po tym jak poprzednia oświadczyła, że woli Leonardo di Caprio. Duff został skate'm, hiphop pozwolił mu odnaleźć sens życia. Snotlingi nie znalazły zatrudnienia w Mc Donald's, ale znalazły sobie nową windę - tą w Pałacu Kultury. Trener znalazł wspólny język z grupką skinheadów.
Po kilku tygodniach doszło do fuzji klubów RKS Sarmata Warszawa i CHKS Wyznawcy Bogów Chaosu. Nowopowstały twór nazwano Sarmata Chaos Warszawa. Wkrótce przystąpiono do modernizacji stadionu i odbudowy budynku klubowego. Choć liczba wyznawców Chaosu w Polsce nie zwiększyła się nawet o 1% Khorne i reszta także mieli powody do radości. Na zawsze pozbyli się wyznawców, którzy (powiedzmy to sobie otwarcie) nieco odbiegali od wyobrażeń złych i okrutnych sił dążących do zniszczenia świata.


Maciek "black grzywa" Partyka

blackgrzywa@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||