:::: Moyra ::::

Angel Attack



Nie ma czegoś takiego jak dobro, czy tym bardziej zło. Nie ma Aniołów bezinteresownych, które z własnej woli opiekują się ludźmi, nie ma i nie będzie! Usłyszcie me słowa wy tam, co stoicie niżej od wszelakich innych istot...I co z tego, że jam wasz Bóg! I co z tego, że kochając mnie, nie zdajcie sobie sprawy, co to faktycznie znaczy...
(napisano w Księdze jedynego i słusznego Prawa, według słów Pana i jego wysłanników)

Dziewczyna biegła szaleńczo przez las, nie zatrzymując się, prawie upadając. Drzewa delikatnie pieściły jej skórę, zaznaczając na policzkach swoje ślady, krwawe pamiątki po tej wizycie. Była już tak blisko celu, widziała oczyma wyobraźni Jego. Pana zbawienia, śmierci, Anioła miłosierdzia, bólu. Gałęzie odgradzały jej drogę, bawiły się nią, męczyły. Noc gęstniała, a strach się potęgował. Demony umysłu powoli zaczęły wychodzić, materializować się.
- Zostawcie mnie!!! - wrzasnęła na granicy obłędu, jednak nie zwolniła. Przedzierała się przez gęstwiny z uporem godnym zanotowania. A świat rzeczywistości, drzew i demonów, falował, migotał w szaleństwie jej duszy i rozpaczy. -Niedługo - szepnęła, między westchnieniami, z trudem. Wreszcie mogła odpocząć. Oto zobaczyła Go. Powód jej biegu, zmęczenia. Piękny, eteryczny w czarnej aureoli. Jak posągi ustawione na cmentarnej ziemi.
- Panie - przytuliła się do spłowiałych dżinsów. - Panie mój, proszę cię... - czerwone krople z policzków wsiąknęły szybko w spodnie.
Anioł uśmiechał się do siebie, patrząc z rozbawieniem na śmiertelne dziecko u jego stóp.
- Puść mnie! - nawet nie musiał podnosić głosu, by móc przerazić kobietę.
- Ależ...
- Słyszałaś? - kopnął ją w brzuch, później w żebra, które z trzaskiem złamały się. Leśna polanę przeciął wrzask, który się urwał w połowie. Dziewczyna łapała haustami powietrze, a krew spływała po brodzie, na trawę.
- Obrzydliwe - kucnął koło niej, bacznie się przyglądając. - O co chciałaś prosić?

Polana zmalała, uległa rozmazaniu, gdy demon odszedł od lustra. Nienawidził patrzeć na zachowanie Stróżów ludzi, na ich plugastwo, w którym się taplali jak małe dzieci w wodzie. W tym świecie zło może być dobrem, a dobro złem. Pamiętaj o tym Kati, pamiętaj.

Dziadek skończył opowiadać historię. Wnuczka niezadowolona z obrotu sprawy, usadowiła się na kościstych kolanach i pociągnęła za brodę starego człowieka.
- Ale ja chcę! - krzyknęło małe coś zuchwale, wytykając język. - Chcę i basta!
- Masz paskudny charakter, a najdziwniejsze, że w ojca, eh.
Mała zaśmiała się uroczo i przytuliła do dziadka.
- Powiedz - jej głos był tak niewinny i słodki jaki jest dany tylko dzieciom, lecz mężczyzna wiedział, że tak nie jest w istocie. Mała, śliczna dziewczynka na kolanach nie była jego wnuczką . Kim?
- Wracajmy do opowieści Kati i wy też, nasi Aniołowie.

- Czemuż to zrobiłeś?- natarczywy głos zaatakował, przykuł winowajcę jak ostrze i zaczął ranić. - Ty popieprzony, obrzydliwy sadysto! Gabriel na te słowa zmalał i zgasła jego chęć do walki. Tylko jedyna osoba w całym piątym poziomie potrafiła tak wpłynąć na Anioła - Razael. - A co, ulży ci, jak powiem?
Silne uderzenie odrzuciło go do tyłu. Razael pochylił się nad nim, szarpiąc za włosy.
- Nie - pocałował go brutalnie, łamiąc wszelki opór. Jak skończył, wytarł usta. - Nie ulży.

Dziewczyna charczała, a łzy zasłaniały jej widoczność. Słyszała aksamitny głos jakiejś istoty, lecz nie był to Gabriel.
Zamarła, gdy poczuła dotyk, jednak zamiast spodziewanego uderzenia, została pogłaskana.
- Cii, nie płacz - dłoń dawała ukojenie, przynosiła ulgę.
- Kim jesteś? - nie otwierała oczu, bojąc się, że jak to zrobi to wszystko zniknie, to szczęście dane jej przez kogoś obcego. - Przeciwieństwo.
- Demon Dobroci - dziewczyna stwierdziła, nie kłopocząc się w istocie nad wszelkim sensem tej wypowiedzi.
- Za bardzo uogólniasz. Gabriel to zło, bo cię tak potraktował, a ja teraz jestem dobrem, choć wiesz, że to nieprawda.
- Pomogłeś mi, tak? - Demon nie zaprzeczył. Przyglądał się tylko zainteresowany, jak dziewczyna gorliwie próbuje przekonać go o jego "dobroci". - Dałeś mi, hmm, ulgę, tak?
- Grzeszną zapewne. Podobam ci się, nieprawdaż? - złośliwy uśmiech pojawił się na twarzy. Kobieta zarumieniła się, głośno przełykając ślinę i odsuwając się od Demona.
- A jeśli?! - krzyknęła z rozpaczą wymieszaną zuchwałością. - Jestem kobietą i naturalne jest to, że doceniam piękno... i to, że mi się podobasz! - mówiła szybciej, bardziej gorliwie, a strach ulotnił się. - Czujesz się z tego powodu niezręcznie? - spytała kokieteryjnie.
- Lubię cię. - Demon pocałował ją w policzek. - I to bardzo, panno Kati. Bądź jednak milsza dla dziadka.

Z pokoju zaczęły wydobywać się potężny, na granicy wytrzymania przez człowieka, krzyk.
Dziewczynka z wściekłością miotała się po pokoju. Piękna twarz dziecka, wykrzywiła się w paskudny grymas, a zielonkawe oczy zaszła mgła. - Wiedziałeś!!!
Starszy mężczyzna uśmiechnął się dobrotliwe, patrząc na demona. Istota przechwyciła spojrzenie i ryknęła. Czarne pióra wirowały w powietrzu, wyglądało to tak, jakby tańczyły.
Nagle wybuch gniewu skończył się, a w miejscu rozszalałej istoty, stał Demon o kruczych skrzydłach.
- Co chciałeś udowodnić tym opowiadaniem?
- Że byłeś kiedyś piękną kobietą, która uległa.
- Byłeś? - zaśmiał się. - Jestem - wyszeptał miękko, a jego wizerunek rozmazał się gwałtownie, z niesamowitą wręcz siłą. Wydawać by się mogło, że w pokoju zaszły, niewyobrażalne wręcz na ludzkie słowa, zmiany. Że stało się coś, czego już nie można będzie zobaczyć. Wyższa istota zmieniała się, łamiąc zakaz, mówiący o nieujawnianiu swego prawdziwego wyglądu ludziom.
Przepiękna, niewysłowiona w swej urodzie kobieta, o stalowych skrzydłach, uśmiechała się triumfalnie, sadystycznie niemal nad maleńkim, starszym człowieczkiem, który ją wyzwał na pojedynek, upokorzył, przypominając dawne życie.
- Co się stało z tamtym Demonem?- słowa spłynęły z ust z trudem z ust, grzęzły w przełyku, przełamywały się...
- Demon Dobroci pokochał małą, niewinną Katael i obdarzył dziwnym do zdefiniowania uczuciem. Ludzka istota rosła z nim, chłeptała każde jego słowa i stała się tym, co teraz widzisz.
Dziewczyna pogładziła bluzkę w kolorze purpury i prostą, granatową spódnicę. Zrobiła to mechanicznie, przejeżdżając smukłymi dłońmi po materiale.
- Nienawidzisz mnie?- straszy człowiek z trudem udźwignął się z krzesła, które zatrzeszczało ze skargą, głośno i przejmująco. - Uważasz, że jestem zły i musisz mnie ukarać, Kati?
- A ty jak uważasz, człowiecze? - parsknęła, niebezpiecznie przybliżają się do niego, ustami muskając szyję. - Ty, który ma w sobie Anioła, a może inaczej? Ma Anioła, który kontroluje jego ciało.
- Jesteś zuchwała Kati, nawet jako śmiertelnik byłaś - ciało mężczyzny osunęło się ciężko na podłogę. Ręce miał mocno zaciśnięte i wyglądało to tak, jakby kogoś próbował przytulić. Szklane oczy patrzyły beznamiętnie na dwie, niemal boskie istoty.
- Wytłumaczysz mi coś Gabrielu? - nie okazała zdziwienia na tak szybkie pojawienie się anielskiego stworzenia.
Anioł skinął głową na znak zgody, a szaleńczy uśmiech błąkał się po pięknej twarzy. Katael mruknęła coś do siebie, a później głośniej. - Czemu potraktowałeś swoje dziecko, którym się miałeś opiekować? Czemu potraktowałeś mnie tak brutalnie, choć co noc mówiłam: Aniele, Boże, Stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój... - Gabriel milcząc patrzył, jak Demon głaszcze zimne ciało mężczyzny, zatacza kółeczka na policzku opuszkami palców.
- Ze zwykłego powodu Kati, nienawidzę cię... uważałem i nadal uważam za istotę gorszą... kocham Boga, chcę smakować boskości, rozpływać się w niej... żaden Anioł z własnej woli nie chce się opiekować człowiekiem. Widzieć to, co robi, jak żyje... jak zaprzecza samym swym istnieniem porządek rzeczy...
Istota nadal, nieprzerwanie głaszcze mężczyznę, poprawia zgniecienia na kamizelce. Dłonie przesuwają się do otwartych oczu i je zamykają. - Lubiłam go jako jego wnuczka... anioły nie kochają ludzi? A czyż miarą twej miłości nie jest nienawiść? Tak bardzo mnie nienawidzisz, że aż kochasz?
Przepatrywali się sobie długo, badając grunt, szukając słabszej strony przeciwnika.

Pamiętajcie, co tu jest napisane! Niebiańskie istoty nie zostały stworzone do miłości nikogo innego oprócz Pana
(Z księgi pamięci wysłanników Jego)

- Moją miarą uczuć jest to, że gdy najbardziej cierpiałam, biegłam szukać pomocy u ciebie. Byłeś wszystkim... lecz ty się bałeś, bałeś się tego, że zakochałeś się wbrew sobie, ukazom, nakazom, wbrew Bogu - Kati podniosła się z podłogi. - Bałeś się, że twa miłość do mnie przerodzi się w taki sam toksyczny układ jak Razaelem - dotknęła jego ramienia. - Uznałeś, że musisz mnie zranić, by zapomnieć - ostatnie słowa wyszeptała mu wprost do ucha. - Chciałeś zaprzeczyć, lecz ci się to nie udało. - Pocałowała go delikatnie w policzek, tylko muskając.
- Kłamiesz - stwierdził cicho, nie próbując się odsunąć od dziewczyny. - Jakbym w istocie cię kochał, nie pozwoliłbym ci na związek z demonem. Dźwięczny śmiech kobiety eksplodował mu w głowie.
- Pozwoliłeś, bo teraz miałeś prawdziwy powód do nienawiści! Wszak zwalczasz zło?

Prawdziwą miarą boskiego założenia było stworzenie dwóch przeciwstawnych istot, które by się zwalczały
(Prawdy objawione wysłanników pańskich)



- Zostaw mnie! Jesteś egoistką, obarczasz swoimi problemami innych, nawet nie próbując nikogo zrozumieć... to, co czułem do ciebie było czymś nowym, nie poznanym, strasznym w swej formie. Miałem zaprzeczyć mojemu istnieniu? Tym zasadom, którym się kierowałem od mego powstania? - bezwiednie przytulił ją.
- Co naprawdę czułeś wtedy?
- Ból - padła, krotka odpowiedź, której nie dano mu już nigdy dokończyć. W plecach tkwił rzeźbiony, obsadzonymi lapisami sztylet, który błyszczały dyskretnie, między kropelkami krwi.
- Ja także - zasnęła przytulona do ciała Anioła, a starszy mężczyzna? Na pewno trafił do piątego poziomu nieba, gdzie będzie mógł zobaczyć swego Anioła Stróża - Razaela.

Bo jeśli nawet czytaliście zakłamane Księgi wysłanników, wiedzieć musicie, że anielskie stworzenia kochać prawdziwe umieją... (Z ksiąg heretyckich tak zwanych: Prawdziwa wiara o stworzeniach boskich")




Moyra

antymon4@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||