:::: Matina ::::



Miało być dla Kasi, a jest - Dla Demonów.



Siedem luster



Każdego dnia budził się i przeglądał w jednym z siedmiu luster.



PRZYJĘCIE

Do bycia dyplomatą trzeba mieć powołanie. Lubić nudne przyjęcia, etykietę obowiązującą od czasu kongresu wiedeńskiego, delikatne, ale znaczące rozmowy telefoniczne i subtelne aluzje, w których nie znajdzie się nawet cień polityki. Nie widzę w dyplomacji nic interesującego. Jeżeli o mnie chodzi, stosunki międzypaństwowe mogłyby ograniczać się do okładania się kijami. Gardzę tabunem rasowych dyplomatów, lwami salonowymi i dobrze wyedukowanymi paniami w czarnych sukniach. Nie obchodzi mnie to do tego stopnia, że po prostu musiałem zostać zausznikiem ambasadora. Tak bywa.
Właściwie obchodzą mnie tylko przyjęcia.
Kostiumowe przyjęcia.
Takie właśnie jak doroczny karnawałowy bal dobroczynny urządzany w naszej ambasadzie, na którym zjawi się nie tylko wyrafinowana śmietanka towarzyska, ale też małe, wytapetowane cizie z bogatych domów w mieście, które rodzice zabrali ze sobą, żeby nie zwiały im do jakiegoś baru na motocyklu.
Taaak. Właśnie po to tam idę.
Sala była przestrojona na tę okazję: zbyt dużo złotych kandelabrów, zbyt dużo rzeźb, stanowczo zbyt dużo ciężkich, rzeźbionych stołów. Towarzystwo miało poczuć się jak na balu w dziewiętnastym wieku i zapewniam was, czuło się. To była moja działka.
Zazwyczaj zajmuję się wszelkimi sprawami organizacyjnymi, zaczynając od odpowiedniej ilości samochodów na przyjazd urzędników, a na menu kończąc. Jednak prawdziwym polem do popisu są bale. Kostiumy były tylko i wyłącznie moim pomysłem, który niespodziewanie dla wszystkich wypalił: okazało się, że w dwudziestym pierwszym wieku publika ciągle lubi się stroić w wyrafinowane i stanowczo zbyt drogie rzeczy. Bal był jedyną w roku okazją do pokazania, że stać cię na Paco Rabanne i umiesz to nosić, mimo że nie pokazałabyś się w tym nigdy na ulicy. Kobiety, bogate kobiety, są próżne i za nic nie przeoczą okazji na dokopanie konkurentce ubiorem. Zwłaszcza w epoce, kiedy tabu zaczęło być snobistycznym słowem a przyzwoitość to coś, czego nie pamięta nawet twoja babcia.
Cała uroczystość odbywała się w dawnej sali balowej, która stanowiła część pałacyku, w którym znajdowała się ambasada i którą uchroniła przed przerobieniem na centrum konferencyjne tylko moja własna inwencja, w tym ten właśnie bal. Nie mogłem przeboleć tej wysokiej na pięć metrów, ozdobionej stiukami z rejestru zabytków, o podłodze froterowanej codziennie przez dwieście lat sali. Stół konferencyjny? Dwieście krzeseł? Dwieście par nóg z rozgadanymi, wylewającymi kawę właścicielami? Porównajmy z tym, co jest teraz, z pantofelkami o nacisku stóp słonia sunącymi po parkiecie, z szalami upuszczanymi i podnoszonymi z wdziękiem, z miękkimi półbutami z prowdziwej skóry, ze stołami uginającymi się pod tacami przystawek, ze śmiechem, chichotem, parskaniem, dowcipami, szczęściem, znudzeniem i snobizmem unoszącymi się wśród zapachu perfum. Istnieją rzeczy, które należy ocalić i jedną z nich jest właśnie atmosfera balu.
A teraz najlepsze.
Podchodzę do państwa S., potentatów rynku porcelany w naszym mieście. Ich córka, ciemnowłosy podlotek w pseudoantycznej, fioletowej sukni, jest trochę dla mnie za młoda, a zresztą miałem ją już w zeszłym roku. Uśmiecham się do niej czarująco: speszona odwraca się, ciągle nie może zapomnieć o tej ubikacji: niech nie zapomina. Niech się wstydzi. Kiedy się wstydzą, są słodkie.
Następna mała: znamy się do dwóch lat, pójdę się tylko przywitać. Pamiętam ją jeszcze z blond włosami, teraz są efektownie rude, prawdopodobnie tylko na potrzeby ognistej sukni, którą włożyła: sprawia wrażenie, jakby lizały ją płomienie, skoro nie ma jej kto lizać. Śliczna, apetyczna, w tym roku wychodzi za mąż. Może się jeszcze spotkamy.
Państwo G.-R., bez córki. Starszy pan ożenił się po raz czwarty, chyba dobrze, jeżeli Anna nadal umie to, co pięć lat temu i nie brzydzi się tego stosować wobec rozmamłanego starucha. Nie dałbym głowy, czy on nie sypia w koszuli nocnej.
Pani J. przyprowadziła synka, tylko się z nimi przywitam. Włosy małego wskazują na metal, pewnie ma własną kapelę o nazwie "Rumb" czy inny "Crash". Mamusia uśmiecha się, ale to nie mój przedział wiekowy, częstuję ją szampanem i znikam.
Słodka debiutantka państwa R., nie chciałbym jej przegapić: wybujała, przebrana za ofiarę nocnej katastrofy morskiej (naprawdę świetny pomysł, chyba wygra konkurs na najlepszy strój): satynowa koszula nocna do ziemi, obecnie efektownie poszarpana i utrzymująca się jedynie w strategicznych miejscach (swoją drogą kiedyś usiłowałem się dobrać do dziewczyny w podobnym stroju i to był koszmar: miała na sobie więcej taśmy klejącej niż kiedykolwiek zdarzyło mi się widzieć). Uśmiechnąłem się do niej zachęcająco, ale odpowiedziała mi mroźnym spojrzeniem; chyba będę musiał poświęcić jej więcej czasu. Ale po co się w takim razie tak ubierała, no po co?
Następna debiutantka, państwo H. (swoją drogą teraz nimi obrodziło, czyżby szanownym tatusiom pozwolono wracać do domu później w tym samym roku?). Tej chciałbym nigdy nie widzieć, na szczęście nie wie nic o moich planach balowych. Przyprowadzili tu tłustą, różową świnkę przebraną za artystkę kabaretową z lat 20. (Kto by tam taką zatrudnił?), która chyba sama zdawała sobie sprawę ze swojej beznadziejnej sytuacji, bo zaraz kiedy od nich odszedłem przyssała się do bufetu. Trudno. Takie też muszą istnieć. Pewnie jest inteligentna i ma duże poczucie humoru.
Znalazłem pana Q. z córką, słodkim blond dzieciaczkiem przebranym zdaje się za Madonnę (a może Cher albo zwykłą dominę, kto ją tam wie). Dzieciaczek mógł zresztą nawet być pełnoletni, ale co z tego, skoro wyglądał na najwyżej czternaście i do tego rzucał spojrzenie, jakby chciał mi coś udowodnić. Może później.
Na trasie obchodu znalazły się córki państwa Z, I. i K. (odpowiednio: baletnica, Atena i Brigitte Bardot, zresztą całkiem niezła) na które nie miałem w tym roku ochoty, trzy ciągle za małe dziewczynki państwa J. (Trzy? Wyższe sfery?), kilku chłopców, ktorych nie chciało mi się liczyć (zresztą na bal zabiera się głównie dziewczynki, nie wiem po co, chyba dlatego, żeby je pokazać) i całe tabuny rodziców, z którymi trzeba było rozmawiać ostrożnie, bo nigdy nie wiadomo, w jakich koalicjach znajdują się obecnie.
Przywitanie się z całą salą (jako organizator musiałem to zrobić) zajęło mi około półtorej godziny i w tym czasie bal zdąrzył rozkręcić się w najlepsze i zamienić w to, czym był naprawdę: spotkaniem towarzyskim z dużą ilością alkoholu i reho, z zawiścią i rywalizacją w domyśle. Za pół godziny miała się odbyć prezentacja kostiumów, zupełnie jak gdyby cała sala nie wlepiała oczu w każdego przychodzącego w poszukiwaniu mankamentu stroju. Prezentacja była moim pomysłem, bo w jej czasie można się było swobodnie wymknąć do toalety, oczywiście jeśli miało się przed sobą swoją kolej: już po wyjściu na podium trudno byłoby się wymknąć, bo zawsze znalazłaby się para oczu koniecznie chcąca wiedzieć, co idziesz robić i z kim. Zwłaszcza z kim.
Na czas prezentacji wymykam się z ognistą Josefiną, jedną z pierwszych na podium, przez co udało jej się po dwudziestu minutach uciec z sali głównej i zamknąć ze mną w gabinecie na górze. Jej suknia była na całej długości obcisła i nie chciało mi się jej zdejmować, a na uprzejmą propozycję seksu oralnego Josefina zareagowała oburzeniem (w jej wieku!) przez co oboje wynieśliśmy się na dół, niezadowoleni i potargani. Ona natychmiast zniknęła w toalecie, żeby poprawić fryzurę, a ja udałem się na salę w celu inspekcji strojów.
Muszę w tym momencie zaznaczyć, że na balu obowiązywało przebranie, to znaczy nikt nie mógł zostać wpuszczony w normalnym stroju. Było to pole do popisu dla pań, które ubierały swoich mężów w stroje piratów, Napoleonów i żołnierzy z drugiej wojny światowej tak często, że od początku nie zdarzyło się, żeby mężczyzna dostał nagrodę za najlepszy strój. Nawet ja musiałem się przebrać, co dla mnie, człowieka pozbawionego żony, było trudne i w rezultacie zostałem Mefistofelesem, z długim, czerwonym płaszczem jako cechą charakterystyczną i wybijającą się z tłumu. Niemniej jednak ochrona miała stanowczy zakaz wpuszczania mężczyzn w zwykłych smokingach czy frakach i bardzo się zdziwiłem zobaczywszy właśnie takiego osobnika, stojącego tyłem do mnie i w spokoju popijającego whisky. Jak mu się to udało? Przekonał ochronę, że w tłumie Hitlerów on będzie oryginalny? Podszedłem do niego, szczupłego, wysokiego blondynka z włosami zaczesanymi na mokro w tył i chwyciłem stanowczo za ramię:
- Za kogo się pan przebrał, panie...
Chłopak odwrócił się w moją stronę. Na twarzy miał maskę, prostą czarną maskę, o której, widzanej w filmie na twarzy znanego aktora mówimy, że nikogo nie ukryje, ale która na twarzy nieznajomego potrafi uczynić go bardziej nieznanym.
Przyjrzałem się chłopakowi dokładniej i doszedłem do wniosku... cholera, to jest dziewczyna! Może z nie największymi atrybutami kobiecości ale, do cholery, dziewczyna! Nic dziwnego, że ją wpuścili ci ochroniarze. Mogli. Ale żeby tutaj, na snobistyczny bal o tęczowych kolorach sukien przyjść w prostym, czarnym smokingu...
I na dodatek nigdy przedtem jej nie widziałem. A przecież znam wszystkie.
Odezwała się do mnie niskim, wibrującym głosem, mogącym należeć albo do dojrzałej kobiety, albo chłopca tuż przed mutacją:
- A pan, Mefisto przebrany za wiceambasadora?
Uśmiechnąłem się na dźwięk jej głosu, z lekkim zdziwieniem i dużym zainteresowaniem.
- Myślę, że nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej - powiedziałem podnosząc jej rękę do ust. Nie odsunęła się i nie wydawała się być speszona. Kim ona jest?
- Nie sądzę - odpowiedziała, patrząc mi prosto w oczy i biorąc ostatni, duży łyk ze swej szklanki - dobrze się pan dzisiaj bawi, ambasadorze?
- Nie jestem ambasadorem - odpowiedziałem z uśmiechem, nie spuszczając wzroku z jej ust.
- A więc diable - powiedziała. Ton jej głosu zmienił się, stał się bardziej twardy i poczułem się, irracjonalnie, jak zdemaskowany. Dlaczego?
Doprawdy ta dziewczyna intrygowała mnie coraz bardziej.
Patrzyłem na nią, jak odwraca się do stołu z alkoholem, napełnia ponownie swoją szklankę i bierze z dużej misy okrągły opłatek reho.
- Proszę - podała mi go na wyciągniętej dłoni, jak zwierzęciu. Stałem przez chwilę nie wiedząc jak zareagować, po czym pochyliłem się i językiem zabrałem opłatek z jej ręki. Nie okazała zdziwienia czy zażenowania, nic z tych ludzkich uczuć jakie pojawiają się na twarzach kobiet, gdy wypróbowywuję swoje sztuczki. Musiałem ją mieć.
- Jest pani niesamowita - powiedziałem szczerze, patrząc jej w oczy. Uśmiechnęła się, lekko, tym razem.
- Możemy się przejść? - zapytała, a ja skinąłem głową czując, jak reho zaczyna działać.
Powoli odchodziliśmy, zostawiając za sobą bal migoczących gości, duszne od perfum powietrze wypełniające wysokie na pięć metrów pomieszczenie. Odchodziliśmy w rozgwieżdżoną światłami wieżowców noc, poprzez smugi neonów, delikatne podmuchy powietrza i syk, towarzyszące przemieszczającym się ludziom. Szliśmy po bruku, stukającym pod naszym obuwiem, z błękitnym deszczem odbijającym światło reflektorów. Szliśmy ku smudze zapachów, ku stałemu światłu, na spotkanie ciepła w mokrą, zimową noc. Podążaliśmy do miejsca...
jak dom...
... ciepłego i przytulnego, zasnutego dymem baru, pachnącego piwem budynku, otwartego tylko w tą noc.
W środku jakby mnie otrzeźwiło.
- Możemy wejść? - spytała kogoś za barem tym samym głosem co przedtem, tak nie pasującym do jej szczupłej sylwetki i wieku.
- Pewnie, stary - odkrzyknął ktoś i wtedy zamknęła za nami drzwi.
Rozejrzałem się po wnętrzu.
W środku niewiele było widać, z powodu różnokolorowego dymu rozkładającego się warstwami pod sufitem: na samej górze czerwony, potem błękitny, lekko zmieszany z duszącym żółtym zachodzącym na poziom oczu i drażniącym je niemiłosiernie: zielony i fioletowy, przedzielone warstwą zwykłego powietrza i na samym końcu zwykły, szary dym papierosów. Zauważyłem, że stoliki porozmieszczane są na różnych poziomach tak, żeby każdy mógł pławić się w swoim rodzaju dymu. Ściany mogły mieć każdy kolor, być może kiedyś były białe i z biegiem czasu przybrały kolor odpowiedniego dla nich dymu. Dziewczyna wzięła mnie za rękę i pociągnęła w głąb lokalu, zahaczając po drodze o bar i zabierając z niego dziwnego koloru galaretkę, którą następnie wepchnęła mi do ręki, zjadając trochę zachęcająco. Poszedłem za jej przykładem i żółty dym przestał mi przeszkadzać; co prawda zszedłem już na trochę niższy poziom, zielony, ale teraz żaden mi nie przeszkadzał i zaczęło mi to nawet sprawiać przyjemność. Rozejrzałem się po sali, przez którą mnie ciągnęła: w rogu tańczył przy rurze młody, ciemnowłosy chłopak o oczach ukrytych za czarną przepaską. Obserwowało go mocno mieszane towarzystwo, ale poczułem się trochę nieswojo i chętnie dałem się pociągnąć dalej. W następnej sali tańczyła dziewczyna, też ciemnowłosa i z czarną przepaską na oczach, również obserwowana przez towarzystwo płci mieszanej; z jakiegoś powodu uznałem, że nie chciałbym pozostać tam dłużej.
W tym momencie zdałem sobie sprawę, że mam na sobie ciągle strój Mefista, a mimo to nikt nie zwraca na mnie uwagi; dotarło do mnie też, że wszyscy pozdrawiają dziewczynę jak dobrego kumpla, kogoś znanego i absolutnie godnego zaufania. A także traktują ją jak chłopaka.
To było dziwne.
Weszliśmy gdzieś, gdzie prawdopodobnie była dyskoteka, a przynajmniej coś, co spełniało jej funkcję, bo na dyskotekę raczej nie wyglądało; szczerze mówiąc miało wystrój izolatki w domu wariatów. Ściany, czerwone, były obite miękkim materiałem, od którego odbijali się tańczący, tak samo zresztą jak od podłogi. Co chwila wpadali na siebie do wtóru zaskakująco spokojnej muzyki, która przywodziła na myśl kołysanki, jeżeli nagrałby je jakiś nu-metalowy zespół. Wszyscy byli raczej rozebrani, otuleni w jakiś czarny materiał i oblepieni czymś lepkim.
- Chcesz tu zostać? Musimy iść do szatni - usłyszałem głos mojej towarzyszki.
Przemknęła mi myśl, że w ten sposób będę mógł się do niej dobrać i z łatwością pozwoliłem się zaprowadzić do upiornie cichego pomieszczenia i zdjąć z siebie ubranie. Dziewczyna (zadziwiające, ale wciąż nie znałem jej imienia) podała mi bawełnianą koszulkę i spodenki, po czym sama zaczęła się rozbierać. Patrzyłem na nią z nieskrywanym zainteresowaniem: założyła ubranie na bieliznę i czarna bawełna natychmiast przyległa do jej ciała, jak druga skóra. Nie miała dużych piersi ani szerokich bioder: dziwne, ale nadal można by wziąć ją za chłopaka. Założyłem swoje ubranie, nieprzyjemnie śliskie i wilgotne (przez chwilę pomyślałem o liczbie jego poprzednich właścicieli i zrobiło mi się niedobrze) i poszedłem za nią do szaleńczej dyskoteki.
Wnętrze wydało mi się bardziej krwawe niż czerwone, może za sprawą muzyki, która zmieniła się teraz: grała pełna orkiestra skrzypcowa i bębny, chyba wszystkie rodzaje bębnów; każda para bęben i skrzypce miała własną melodię, schodzącą się co minutę na pięć sekund w jedną, porywającą i hipnotyzującą ścieżkę melodyczną. Zacząłem tańczyć z moją przewodniczką i upadłem, sam, na podłogę; gdy się podniosłem ktoś popchnął mnie na ścianę i otarłem się o lepką substancję, którą pokryte były ciała tancerzy i która rozsmarowana była na ścianach. Poczułem, jak wnika mi w skórę i zrozumiałem, że zawiera jakiś narkotyk, oby kompatybilny z tymi, które wziąłem wcześniej; nie miałem zamiaru umierać, nie teraz. Taniec zaczynał być coraz bardziej szaleńczy, mazista substancja pokryła też podłogę. Zastanowiło mnie, czy nie da się tego przedawkowaći jak to możliwe, że maź nie skończyła się już dawno temu, kursując we wnętrzach tancerzy. Nagle zrozumiałem, że płyn jest wydzielany ze ścian i podłogi, że krwiste wnętrze to jak wielki organizm, który, pożera nas, trawi, nieświadomych w tańcu śmierci...
- Czas na nas - usłyszałem jej głos i nagle zapadłem w ciemność.

SIEDEM LUSTER

Obudziłem się w miejscu tak chłodnym, że aż czekałem na śmierć.
Obudziłem się w miejscu tak błękitnym, że aż czekałem na utonięcie.
Obudziłem się w miejscu tak krystalicznym, że aż czekałem na uduszenie.
Obudziłem się w miejscu tak miękkim, że aż czekałem na pożarcie.
Obudziłem się w miejscu tak...
... rozkosznym, że...
... aż czekałem na...
... wyzwolenie.

I nadeszło.


Poczułem, że jestem nagi i że długie dłonie przesuwają się po mojej klatce piersiowej. Nie mogłem otworzyć oczu ani ruszyć się, moje ciało nie reagowało na moje polecenia, a jedynie na pieszczoty dłoni o długich palcach. Sunęły w dół, po brzuchu, którego mięśnie napięły się mimowolnie pod wpływem dotyku, niżej, niżej, dotykając wewnętrznej strony ud, rozgrzanej i rozleniwionej, masując je. Ujęły mojego członka, delikatnie go masując, a on prawie natychmiast stwardniał. Wtedy poczułem usta, delikatnie i miękkie, giętki język przesuwający się wewnątrz, zdecydowanie i mocno. Moje ciało wyprężyło się i poddałem się rytmowi dłoni i ust, czując narastającą rozkosz, wspinającą się powoli po kręgosłupie i szykującą się do eksplozji.
Nadeszła.
Leżałem, niezdolny do ruchu, bezwolny, ogranięty falą ekstazy. Poczułem dłonie na swojej skórze, ponownie, i zapragnąłem spojrzeć jej w oczy. Otworzyłem je.
Zobaczyłem lustra.
Zamknąłem je ponownie i poczułem, jak zawiązuje mi je, kładzie przepaskę na oczach a potem odwraca mnie na brzuch, żeby zawiązać ją z tyłu. Opaska pachniała żółtym dymem i skleiła mi oczy, tak, że nie mógłbym ich otworzyć nawet gdyby nie przylegała tak ciasno. Poczułem, jak tracę świadomość, znowu, i odpływam w niekonkretną krainę, ale wtedy dłonie powróciły, masując mi plecy. Zaczęły od karku, rozmasowywując go umiejętnie, potem schodząc coraz niżej, każdą partię mięśni kończąc pocałunkiem wzdłuż kręgosłupa. Czas przestał istnieć, czułem tylko mocne, delikatne dłonie i chłodne pocałunki przeszywające mnie dreszczem. Dłonie skończyły masaż, oparły się o moje plecy i usta ponownie zaczęły cykl pocałunków, powolnych, po jednym na każdy krąg, każdy chłodny i niesamowity, przyprawiający mnie o drżenie. Poczułem pocałunek na krzyżu, ostatni, ale usta nie oderwały się, tylko zastygły, i poczułem przytulającą się do mnie głowę, krótkie, miękkie włosy ocierające się o moje plecy, ręce przylegajace do bioder. Czułem ciepły oddech, delikatny strumień powietrza wydychanego z płuc, nogi leżące na moich, stopy ocierające się o moje łydki. Dłonie dotknęły moich pośladków, zaczęły je masować, poczułem pocałunki wzdłuż linii pasa. Nagle poczułem ręce rozchylające pośladki i palec, potem dwa, zagłębiające się we wnętrzu. Były pokryte jakąś substancją, po chwili rozpoznałem maź z dyskoteki. Palce wycofały się z mojego wnętrza i poczułem ulgę, ale nie na długo, bo dłonie znowu rozchyliły moje pośladki i poczułem zdecydowane...
...nie, to niemożliwe...
... pchnięcie.
Ręce oparły się na moich plecach, przygniatając mnie do ziemi, zupełnie jakbym mogł się poruszać. Leżałem unieruchomiony, czując ciężar na moich plecach, całą niedogodność sytuacji zniekształconą przez tony prochów, co nie znaczy, że przyjemną. Poddałem się ruchom jego ciała, coraz szybszym i szybszym, bardziej zdecydowanym, aż w końcu poczułem, naprawdę poczułem...
A więc to tak.
(Ona? Ono? On?) znieruchomiał i opadł na mnie, czułem cały ciężar jego ciała, każdy drgający mięsień, bicie serca, nierówny oddech. A więc to takie uczucie. Nigdy więcej, przysięgam, będę wierny i stateczny, zawsze delikatny. Uważny.
Czy to miała być kara?
- Teraz twoja kolej - usłyszałem i ten głos przeraził mnie, nienaturalny w ciszy, ochrypły, sztuczny. Diabeł, piekło?
Demon.
Skurczyłem się w sobie, zapragnąłem się schować i zniknąć, nie mieć już nigdy do czynienia z nikim i z niczym. Ale poczułem rękę odwracającą mnie na plecy i pocałunek wciskający się w moje usta i całe to uczucie znikło, prysnęło jak bańka mydlana.
- Jeszcze.
Przycisnąłem usta do moich, poczułem jej piersi na klatce piersiowej, zacząłem je całować. Jej oddech przyspieszył, słyszałem, jak bije jej serce. Chwyciłem ją za biodra i wszedłem w nią, usłyszałem jej jęk. Znowu poddałem się rytmowi jej ciała, kołyszacego się nade mną, energicznie, aż wreszcie chwyciła przepaskę na moich oczach i jednym ruchem zerwała ją, a ja, oślepiony przez światło, spojrzałem na jej twarz, jego twarz, z blond włosami opadającymi w nieładzie, z wielkimi, zielonymi oczami wpatrującymi się we mnie, twarz wyrażającą rozkosz i szaleństwo. Poruszył się konwulsyjnie i zamknął oczy, dochodząc, a potem, nieruchomy, wyciągnął w moją stronę dwa palce i zamknął nimi moje oczy. Zaczął się poruszać, poczułem jego ręce i nagle podniecenie powróciło, jak na początku, i poruszałem się razem z nim, płynnie, aż wreszcie doszedłem i rozluźniłem się tak jak on.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem, jak stoi i przegląda się w jednym z luster.
Luster było siedem. Wysokie, tak, że widać w nich było całą postać, stały tak, że odbijały się w sobie nawzajem, ale odbicie mojego kochanka widoczne było tylko w jednym: tym, przed którym stał.
Wstałem i podszedłem do niego, ale na mnie nie popatrzył. Stanąłem za jego plecami.
- Kim jesteś? - spytałem.
- Idź - powiedział, i wtedy zasnąłem.

Obudziłem się rano - rano? - we własnym łóżku, własnym mieszkaniu, w dużym, stylowym domu dla wyższych pracowników ambasady. Głowa bolała mnie niemiłosiernie i co chwila przelatywał przez nią cień upiornego snu, którego stanowczo nie chciałem znać. Zastanawiałem się, co z przyjęciem; zapomniałem z niego prawie wszystko, prawdopodobnie wypiłem za dużo już na początku, chociaż tego sobie nie przypominam, albo wziąłem reho na pusty żołądek, co jest bardziej prawdopodobne, i urwał mi się film już w połowie. Niedobrze. Ambasador się wścieknie, kiedy usłyszy, że ja, główny organizator balu... Wolę o tym nie myśleć. Była godzina dziesiąta, już się spóźniłem, ale nazajutrz balu z pewnością nikt nie zjawi się przed dwunastą. Miałem jeszcze dużo czasu. Wstałem powoli, czując karuzelę w głowie, reagującej wybuchowo na każdy dźwięk i nagle, zupełnie bez sensu, przypomniało mi się, co porabiałem w nocy.
O cholera.
Po półtorej godziny niezbyt intensywnego myślenia (to wprost niewybaczalne, że wymyślono tyle środków odurzających, a nie istnieje ciągle dobry środek na kaca), siedząc w biurze i ciesząc się, że ambasador wypadł z obiegu bardziej ode mnie, doszedłem tylko do jednego wniosku: lepiej o tym nie myśleć. Każdy mały fragment zdrowego rozsądku domagał się uznania tego za zły trip, ale o wiele mniejsze i znacznie bardziej namacalne fragmenty mojego ciała mówiły co innego i protestowały przeciwko oskarżeniu ich o tak naiwne poddanie się autosugestii. Właściwie to chciałbym o tym zapomnieć: ale czy kiedykolwiek udało wam się zapomnieć o sennym koszmarze? A niesennym?
No właśnie. A mi nie.
Zacząłem bawić się spinaczami.
W południe przyszła zaspana sekretarka i oznajmiła, że wychodzi na lunch. Czy czegoś potrzebuję? Ma dziwną minę, może coś jeszcze robiłem tej nocy, nie mam pojęcia co, może coś strasznego, na oczach wszystkich? A może wreszcie uwierzyła, że między nami nie tyle koniec, co brak początku? Kiedy to do niej dotrze? Głupia idiotka. Nawet nie jest taka dobra, jak mówiła.
Poszedłbym na obiad, ale było mi niedobrze. Zmusiłem się do myślenia. (jeśli nie mogę jeść, to spróbuję to uporządkować, a jeśli w trakcie zrobi mi się niedobrze, to pójdę do ubikacji, a potem coś zjem).
Sytuacja wydawała mi się być zbyt nieprawdopodobna. Nawet założywszy, że pewne elementy są dziełem mojej błędnej oceny sytuacji(powiedziałbym nawet, że tylko pewne NIE są), to i tak cała historyjka jest dziwna. Wymyślenie uspakajającego sumienie wyjaśnienia zajęło mi około pół godziny. Uprawiałem seks grupowy. Tak, to jest to.
Zadowolony zwlokłem się do baru.
W barze siedział mój dawny współpracownik i odwieczny wróg, S., razem z kolejną enigmatyczną narzeczoną. Każdej obiecywał, że się z nią ożeni, przysięgam. Każdej z około dwudziestki, którą widziałem (ale przestałem liczyć trzy lata temu, jeśli chodzi o ścisłość). Chyba lubił katoliczki. Obecna, przedstawiona jako Aida, była całkiem interesującą dwudziestolatką o wyraźnie włoskiej urodzie i uroczym akcencie. Zastanowiłem się, co ona wie o planach matrymonialnych (zwłaszcza przeszłych) mojego przyjaciela. Odbicie mu laski poprawiłoby mi humor w ogóle, a po wczorajszych... Uśmiechnąłem się do niej bezinteresownie, miło i sympatycznie co natychmiast wzbudziło podejrzenia S., który objął ja protekcjonalnie ramieniem i chyba chwycił za kolano pod stołem. Udając, że ignoruję jego piorunująco znaczące tereny spojrzenia, zwróciłem się do Aidy: Gdzie mieszka? Czym się zajmuje? Czy wie, że interesowałem się tym, jak byłem młody? (Kolejne ostrzeżenie od S., który jednak nie próbował wtrącić się do rozmowy) Od jak dawna jest w naszym mieście? Czy wie, co w nim jest tak ciekawego? Ależ na pewno narzeczony pokazał jej, co mamy do zaoferowania. Nie? W takim razie, czy mógłbym?... S. przeczuwając klęskę oznajmił, że idzie do toalety a dziewczyna obdarzyła go spojrzeniem oznajmiającym, że nic nie szkodzi a zarazem wyrzucającym mu, że dotąd nie przedstawił jej swojego, tak przecież czarującego, starego przyjaciela. Wszystko szło pięknie.
Kiedy odszedł oparłem się o stół i najniewninniej na świecie zacząłem opowiadać jej o Mieście. Gdy wyraziła swój podziw dla mojej wiedzy, nieznacznie napomknąłem o mojej funkcji. Zrobiła wielkie oczy, jak wszystkie. Miałem ją w kieszeni. Umówiliśmy się na weekend, na dziesiątą rano, podała mi swój adres, żebym mógł po nią przyjechać.
Reszta tygodnia upłynęła całkiem znośnie.
W sobotę rano wybrałem się do budynku ambasady, żeby cichcem podebrać kluczyki do służbowej limuzyny (miałem niesamowitą ochotę głupio się zabawić) i punkt dziesiąta znalazłem się pod kamienicą, w której wynajmowała mieszkanie. Czekała na mnie, zobaczyłem ją przez okno; kiedy zeszła na dół spytałem, czy narzeczony nie miał nic przeciwko naszej wyprawie a ona odparła, że po pierwsze nie są zaręczeni (a to nowość) a po drugie nie powiedziała mu ani słowa bo uważa, że to nie jego sprawa. Nie wiem, czy była aż tak naiwna, czy po prostu postanowiła ułatwić mi sprawę, w każdym razie wsiedliśmy do samochodu i rozpoczęliśmy całodzienną, pod każdym względem politycznie poprawną wycieczkę po mieście. Przy okazji odkryłem, że pamiętam więcej, niżby wypadało na temat historii ozdobnych gzymsów; wyszło na to, że są moim hobby - nie protestowałem. Pod wieczór usiedliśmy w malowniczej, zapomnianej przez Boga i urząd podatkowy włoskiej knajpie, którą uwielbiałem (aczkolwiek barmanka nie dawała mi drinków gratis od dłuższego już czasu) i rozpoczęliśmy długą rozmowę nafaszerowaną podtekstami. Przyglądała mi się swoimi dyskretnie umalowanymi oczami, misternie uwodząc, a ja, pełen galanterii, pozwalałem się uwodzić, gdyż w ten sposób dawałem jej symboliczną przewagę i mniejsze poczucie straty, gdy po pierwszej nocy odejdę. Przynajmniej tak mi się wydawało; nagle spłynęły na mnie wydarzenia tamtej nocy i poczułem się trochę niepewnie, co chyba stało się widoczne, gdyż z lekkim niepokojem na twarzy spytała, czy powiedziała coś nie tak. Zapewniłem ją, że nie, że to przykre zdarzenie z pracy, które przyszło mi na myśl w tej chwili, ale chyba nie udało mi się jej uspokoić; jak większość cudzoziemek bardzo uważała na dobór słów i chyba wydawało jej się, że zrobiła jakiś głupi błąd. Temperatura między nami nagle obniżyła się i, skupiwszy się mocno, przez pół godziny nadrabiałem straty. Wywołane raz z pamięci zdarzenie siedziało jednak w mojej głowie zbyt uporczywie i nie pozwalało mi się odprężyć; musiałem bardzo uważać, żeby znowu nie okazać jakichś dziwnych myśli krążących w mojej głowie. Zaczynałem być zły; jedno głupie wspomnienie zepsuło mi zupełnie przyjemność.
Pierwotnie nie chciałem się spieszyć, uznając, że uwiedzenie dziewczyny kumpla powinno być zajęciem długotrwałym, z którego czerpie się jak najwięcej przyjemności, ale teraz zaczynałem źle się czuć i szybko potrzebowałem czegoś, co poprawi mi humor i pozwoli zapomnieć. Na szczęście współczesne dziewczyny przyjmowały podobną taktykę i miałem nadzieję, że nie będzie z nią większych problemów ( w końcu to ona nie powiedziała S. ani słowa).
Po kolejnej godzinie piękna kobieta pozwoliła się odwieźć do domu i wtedy nastąpiła katastrofa. Nie spodziewałem się jej, tak jak niczego potem i myślę, że głównie dlatego zareagowałem tak, a nie inaczej.
Weszliśmy razem na piętro i wyjęła staromodny, duży klucz, żeby otworzyć drzwi. Znaleźliśmy się w małym, ciemnozielonym mieszkaniu, z oknami zasłoniętymi aksamitem, pluszowymi meblami i miękkim dywanem. Spytałem, czy to jej ulubiony kolor; potwierdziła skinieniem głowy. Przez otwarte drzwi zobaczyłem wyłożoną kafelkami ciemnozieloną łazienkę z drugimi drzwiami z boku, prowadzącymi zapewne do znajdującej się obok sypialni. Aida weszła do kuchni, z blatami z ciemnozielonego marmuru - ciekawe, ile zarabia - i zapytała, czy chcę herbaty. Zaparzyła ją z wprawą, umiejętnie, w czajniczku z chińskiej porcelany i rozlała do małych czarek. Usiadła obok mnie na kanapie. Przez chwilę siedzieliśmy oboje w milczeniu, aż odłożyłem swoją czarkę, wyjąłem jej z ręki tę, z której piła i delikatnie pocałowałem w usta. Usmiechnęła się lekko i ponownie zaczęła pić, cały czas patrząc na mnie zza naczynia. Miała długie rzęsy, migoczące w świetle lampy, jak pajęcza woalka. Dotknąłem jej dłoni, a ona nie cofnęła jej, odłożyła czarkę i uśmiechnęła się tajemniczo. Pocałowałem ją ponownie; tym razem odwzajemniła pocałunek, dotykając dłonią mojej twarzy. Objąłem ją i przez chwilę całowaliśmy się powoli, namiętnie, zapominając o całym świecie. Wreszcie uwolniła się z moich objęć, wstała, wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do sypialni. Jej łoże było wielkie, z rzeźbionego, ciemnego drewna, z baldachimem z ciemnozielonego atłasu, z satynową pościelą w kolorze zieleni przykrytą ciemnozieloną narzutą z tej samej tkaniny, co zasłony. Miała wodny materac; kiedy położyłem ją na nim, łóżko lekko zafalowało i przypomniała mi się krwistoczerwona dyskoteka; ochłonąłem nagle, ale zacząłem ją pieścić, mając nadzieję, że nic nie zauważy. Zamknęła oczy, dając sie pomieść falom emocji, a po chwili otworzyła je znowu i spojrzała na mnie, wielkimi, ciemnobrązowymi oczami, tak bardzo przypominającymi tamte oczy...
- Co się stało? - spytała, podnosząc się do pozycji siedzącej; górowała teraz nade mną, poczułem się całkowicie bezsilny.
Spojrzała na mnie. - Nie przejmuj się - powiedziała, patrząc mi w twarz z autentycznym współczuciem - Każdemu się zdarza, wierz mi. Zawsze się wam wydaje, że to jakieś niesamowite nieszczęście, które tylko was spotyka. Nie przejmuj się. Naprawdę.
Wstałem; nie mogłem tego znieść. Wyszedłem do przedpokoju i zacząłem się ubierać. Wyszła za mną.
- Może następnym razem - zawołała, kiedy wychodziłem bez słowa.
Byłem wściekły. I dobrze wiedziałem na co.
Kazałem się zawieźć do domu, ale po drodze zobaczyłem przez okno tą pieprzoną ulicę, którą wtedy szliśmy i powiedziałem kierowcy, że chcę się przejść. Wysiadłem; tym razem nie było deszczu, więc światło latarni odbijało się tylko w szybach zakurzonych wystaw; niezbyt wiedziałem, gdzie jestem, ale zanurzyłem się w labirynt dawno powstałych uliczek, narastających z wiekami jak grzyb, poplątanych niczym wiązka żył i arterii, o budynkach krzywych i koślawych, z warstwowo dobudowywanymi piętrami, w razie potrzeby, każde w innym stylu; kanalizacja na pewno nie zawitała tu wcześniej niż dwadzieścia lat temu.Dziwaczne szyldy ogłaszały istnienie pralni, mięsnego i sklepu z butami, nie było jednak śladu mojego baru. Nie pamiętałem, jak tam dojść, błądziłem więc po ciemnych uliczkach czekając, aż natknę sie na złodzieja lub dziwaczne zgromadzenie z panem Bloomem na czele, gotów stawić im czoła. Nic takiego nie nastąpiło, a w oryginalnym labiryncie co rusz napotykałem wyjście, które uporczywie omijałem tylko po to, żeby za chwilę znaleźć się przy następnym; ktoś lub coś chciało się mnie pozbyć z tego miejsca.
W czasie wędrówki moja złość stopniowo opadała, aż ustąpiła miejsca zrezygnowaniu; nie oznaczało to bynajmniej kapitulacji - wciąż byłem zły - postanowiłem tylko odłożyć zemstę na później. Około piątej poddałem się wyjściu i w pół godziny wróciłem do siebie.
Następnego dnia rano siedziałem sobie w barze, pijąc kawę i zastanawiając się pokojowo, co zrobię tej suce z przyjęcia, jak ją dorwę, gdy nagle zobaczyłem w gazecie coś, co przykuło moją uwagę, w kolumnie samobójstw: było to zdjęcie bloku mieszkalnego z zaznaczonym oknem na którymśtam piętrze, z podpisem: "Kilka dni po tym, jak jej świat roztrzaskał się na kawałki, postanowiła pójść w jego ślady". Był to jeden z najbardziej grubiańskich komentarzy, jakie zamieszczono w tej kolumnie, której redaktor robił się z numeru na numer coraz bardziej cyniczny. Znałem ją; o to chodziło, znałem ją dawno temu, była taką miłą dziewczyną, ze zdecydowanymi poglądami w sprawach wiary, przez co nie udało mi się jej przelecieć; jak ktoś, kto tak zawzięcie bronił życia ludzkiego mógł zdecydować się na ten krok? Co zaszło w jej życiu przez te dziesięć lat? Może wszystko. Gazeta milczała, dlaczego jej świat się rozpadł, informowała za to o dacie pogrzebu: za pół godziny. Wpadłem do mieszkania, żeby się przebrać i wylądowałem na cmentarzu za miastem w środku ceremonii. To dziwne, nie miałem z nią kontaktu, ale bardzo ją lubiłem, wręcz podziwiałem za ten upór, z którym szła przez życie; jej śmierć równie dobrze mogłaby być końcem całego świata.
Stanąłem obok dzielnie trzymającej się dziewczyny, którą mgliście przypominałem sobie jako jej współpracownicę; poznała mnie i przez łzy zrobiła minę: "Dzisiaj przebaczam wszystkim". Nie miałem do niej pretensji.
- Dlaczego? - spytałem, czując, że mój głos drży i pozwalając mu na to.
- Zaraziła się mexem - powiedziała.
Mimowoli prychnąłem. Tak, to do niej pasuje: zarazić się chorobą Mexa-Wilowa, która powoduje powolne gnicie narządów wewnętrznych przy zachowaniu końcówek nerwowych, leczone tylko i wyłącznie niekończącymi się transplantacjami; współczesną dżumą przenoszącą się poprzez dotknięcie zarażonego narządu. Chorobą, dla której zalegalizowano eutanazję i samobójstwa. I walczyć z nimi udowadniając, że chorym można pomóc. Tak. To chyba jedyne wyjście, przy takim Bogu jak nasz. Chwała dla niego.
Wróciłem do biura i siedziałem tam bezczynnie, przygnębiony, przez cały dzień. Nawet moja sekretarka spytała się, czy nic mi nie jest. Wieczorem poszedłem do domu, zły i smutny, jakby większość rzeczy straciła sens. Tak było; ona zawsze wierzyła w system nagród i kar a ja, chociaż kompletnie nie przejmowałem się ewentualnym piekłem dla siebie, w głębi duszy święcie wierzyłem, że ktoś taki jak ona zostanie wynagrodzony, nawet jeszcze w tym życiu. To się po prostu nie mieści, jeżeli tacy ludzie giną, to co z resztą? Jeżeli ona zasługuje na taką śmierć, to czy inni umrą w męczarniach? Takie rzeczy nie powinny się zdarzać. Nagle poczułem, że muszę odnaleźć tę dziewczynę, kimkolwiek, jest, i bar, i powiedzieć jej o tym: że wszyscy zginiemy i nie warto się męczyć. Tylko jej. Ona zrozumie.
Wyszedłem z domu i wsiadłem do autobusu jadąc tak długo, aż zobaczyłem znajomą ulicę: wysiadłem na przystanku na żądanie i ruszyłem przed siebie, samotny, jakby wszyscy mieszkańcy uciekli zawczasu. Instynktownie wybierałem drogę: kierowałem się kałużami, firanką za szybą, koszem na śmieci i ani razu nie zobaczyłem tego, co wczoraj. Wreszcie poczułem znajomy zapach i zza rogu wyłonił się bar. Otwarłem drzwi i zanurzyłem się w nim, nie pytając nikogo o zgodę. Przeszedłem przez zadymioną salę i znalazłem się w następnej, ze sceną i rurą. Znowu tańczył w niej chłopak, tym razem młodszy, o oczach ukrytych za czarną przepaską, poruszający się niepewnie w takt muzyki. Atmosfera była ciężka, pachnąca podniecieniem; nie podobało mi się tam i na chybił trafił skręciłem do następnej sali. Źle wybrałem, stanąłem w drzwiach unieruchomiony zgrozą i osłupieniem: w sali, z purpurowych ścian wyrastały sznury, do których przywiązani byli chłopcy, prawie dzieci, z zawiązanymi oczami, nadzy; wokół przechadziali się ludzie, jak w galerii, podziwiający kolejne ciała, dotykający je i oceniający. Stałem, niezdolny do ruchu i patrzyłem na ten dziwny taniec, gdy nagle ktoś chwycił mnie za ramię i usłyszałem:
- Co ty tu do cholery robisz?
po czym znalazłem się nagle na zewnątrz, przyciśnięty plecami do ściany baru, trzymany przez wyraźnie wściekłą i tym razem bardzo bezpłciową, moja znajomą.
- Szukam ciebie.
- Po co?
- Chciałem ci coś powiedzieć.
- Taak? - spytała ironicznie i nagle wyraźnie stała się chłopakiem, w pozie ulicznika, gotowego przywalić ci, jeśli powiesz coś nie tak - co?
- Ja... - zawahałem się. On przekrzywił głowę, słuchając - Chcę.
Spojrzał na mnie jakby oceniał moją wartość.
- Nie wiesz o czym mówisz - stwierdził w końcu.
- Chcę.
- Nie uda ci się - doszedł do wniosku i odwrócił się, żeby odejść.
- Chcę - powtórzyłem, nie ruszając się z miejsca.
Odwrócił się i spojrzał na mnie pogardliwie, a potem podszedł i przycisnął mnie do ściany, z całej siły, naprawdę mocno.
- Rozumiesz, na czym to będzie polegać? - spojrzał mi prosto w oczy, ostro.
- Tak.
- Zobaczymy - powiedział i rozpiął mi pasek, opuścił spodnie i majtki, a potem odwrócił do ściany - zaraz się przekonamy - dodał, mocując się ze swoim zamkiem.
Pozwoliłem mu na wszystko, poddałem się zupełnie; tym razem nie byłem na prochach, więc poczułem wszystko wyraźnie: żałowałem, że muru nie da się ugryźć.
Skończył i, zadyszany, oparł głowę o moje plecy i wyszeptał mi do ucha:
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że nigdy nie będę tym, kim chcesz?
- Chcę - odpowiedziałem.
- I to zawsze ja będę chcieć?
- Tak.
- I nie pozwolę ci nigdy?
- Wiem.
- I nigdy nie pomyślę o tobie nawet przez chwilę?
- Tak.
- Ale jesteś uparty - stwierdził, odchodząc i zapinając spodnie - witaj w klubie.
Uśmiechnął się, podał mi rękę i razem weszliśmy do środka.

WŁADCA

Bardzo szybko znaleźliśmy się w sali siedmiu luster.
- Nie wolno ci tu samemu przychodzić, pamiętaj - powiedział - nie znajdziesz drogi, a może ja też wtedy właśnie jej nie znajdę.
Spojrzał na mnie jakby upewniał się, że zrozumiałem, że to jest raczej groźba niż ostrzeżenie. Kiwnąłem głową.
Uśmiechnął się leniwie i podszedł do mnie, a potem zaczął zdejmować mi kurtkę z ramion.
- Teraz - powiedział, uśmiechając się słodko i oblizując usta - teraz wreszcie się zabawimy.
Pocałował mnie głęboko, długo i intensywnie, wkładając w to całą swoją duszę. Oddałem pocałunek, czując jakąś zupełnie nową i inną od dotychczasowych, przyjemność. Zazwyczaj byłem w stu procentach nastawiony na kobiety, ale teraz... chociaż właściwie to nawet nie był chłopak... Więc kto...
- Kim jesteś? - odsunąłem się do niego i spytałem. Trzymając mnie w ramionach pochylił się do mojego ucha i, pieszcząc je językiem, wyszeptał imię, melodię, zanikającą powoli w umyśle, po czym zaczął całować mnie po szyi i poddałem się powoli jego ustom, rękom błądzącym po mym ciele, imieniu dźwięczącym w zakamarkach mózgu...
- Bhăva.
Położył mnie na łóżku i zaczęliśmy nawzajem zdejmować z siebie ubranie. Jego dotyk rozbrajał mnie zupełnie, miał nade mną całkowitą władzę. Gdy już byliśmy oboje nadzy odsunął się trochę i rozchylił moje nogi. Zamknąłem oczy i po chwili poczułem go w sobie. Zamknąłem oczy. Zamknąłem oczy.

Kiedy obudziłem się rano, znów w niewiadomy sposób we własnym łóżku, miałem - tym razem - pełną świadomość tego, co i jak długo działo się w nocy i nie było to nieprzyjemne. Nie miałem ochoty wstawać, przymknąłem oczy i pogrążyłem się kontemplacji. Mógłbym nigdy nie ruszać się z siedmiu luster, zostać tam na zawsze, pogrążywszy się w rozkoszy.
W końcu jednak musiałem wstać.
Udałem się leniwie do biura, zdając sobie sprawę z tego, że się spóźniam i to po raz kolejny oraz tego, że ktoś to wreszcie zauważy. Trudno. Ambasador mnie lubi; kilka razy byliśmy razem na piwie i chociaż nie udało mi się jej przelecieć, to i tak uważałem moją karierę zawodową za sukces. Może lepiej; biurowe romanse nikomu nie służą, patrz: Anita, moja sekretarka. Wpadłem na nią wchodząc, kiedy szła z toalety, i poprosiłem o kawę. Weszła po chwili i z zatroskaną miną pochyliła się nade mną:
- Co się stało? Okropnie ostatnio wyglądasz - miała irytujący zwyczaj mówienia mi po imieniu - wczoraj wydawało mi się, że jesteś chory.
- Byłem na pogrzebie - odpowiedziałem.
- Ktoś z rodziny? - spytała.
- Znajoma.
- Nie wiedziałam, że chodzisz na pogrzeby kochanek - zauważyła zgryźliwie.
- Nie była moją kochanką. To Rea M. ze stowarzyszenia Wilowa.
- Znałeś ją? - zdziwiła się - nie podejrzewałam cię o takie bezinteresowne zajęcia.
- Przyszła kiedyś po dotację - powiedziałem.
- A ty chciałeś ją poderwać - stwierdziła. Zaczynała już działać mi na nerwy: a myślałem, że jest po mojej stronie - raz ci się nie udało. A teraz nie żyje. Nic na to nie poradzisz. Będzie ci psuć statystykę.
Zdenerwowałem się mocno.
- Słuchaj - powiedziałem tak agresywnie, że aż się cofnęła - Nie wiem, na co jesteś zła, pewnie na mnie, chociaż znasz mnie i od początku wiedziałaś, że nic z tego nie będzie. Przestań się na mnie wyżywać, nie mam teraz na to humoru, nawet nie umiem wymyślić takiej odpowiedzi, żebyś się zamknęła i stąd wyszła. Daj mi spokój; nie widzisz, ze twoje żarty już dawno przestały mieć ze mną cokolwiek wspólnego?
Prawdę mówiąć, oboje byliśmy zaskoczeni tym wybuchem i spoglądaliśmy na siebie z niedowierzaniem.
- Ładnie - powiedziała - co ci się stało? Czy raczej kto ci się stał - bo w twoją zdolność samodzielnego myślenia mózgiem nie wierzę - że się tak zachowujesz? Zawsze miałeś duże poczucie humoru wobec samego siebie - przerwała, żeby się zastanowić - nie masz nawet ochoty nikogo podrywać? co... - przerwała i zaczęła się uśmiechać ze złośliwością i niedowierzaniem - chyba nie... - zaśmiała się - tak, chyba się wreszcie zakochałeś!!!
Miałem zamiar spojrzeć na nią ze złością, ale wyszło mi zrezygnowanie.
- Ciekawe, kto to - ciągnęła, ciągle z tym samym uśmiechem niedowierzania na twarzy - słynny pan playboy wreszcie się ustatkował... może się jeszcze ożenisz? - wybuchnęła śmiechem tak niepohamowanym, że aż grubiańskim i wyszła, zataczając się, z gabinetu. Już zamykała drzwi gdy nagle zamilkła i spojrzała na mnie wzrokiem pełnym nienawiści.
- Mam nadzieję - powiedziała - że będzie cię zdradzać. Że nie będzie chciała z tobą spać, że wyda wszystkie twoje pieniądze i odejdzie z ogrodnikiem a ty pójdziesz do więzienia za długi. I zobaczymy wtedy, kogo będziesz podrywał.
Zamknęła za sobą drzwi i po chwili usłyszałem zza nich stłumiony, ledwo powstrzymywany śmiech.

Następne tygodnie upłynęły leniwie, spokojnie, tym samym rytmem który, jeżeli o mnie chodzi, mógłby panować na świecie do końca moich dni. Chodziłem normalnie do pracy, umawiając się na spotkania z dygnitarzami i wysyłając niezliczone ilości dokumentów w tę i z powrotem przez ocean a nocami wędrowałem do baru. Nie zawsze udawało mi się go znaleźć; bywały dni, gdy błądziłem po ulicach do późnej nocy i drogi po prostu nie było. Nigdy nie wchodziłem do baru sam, pamiętając o zakazie; czasami tylko, gdy padał deszcz, stawałem w progu zamykając za sobą drzwi i czekałem, aż barman lub on zaprosi mnie do środka. Kpił sobie zawsze ze mnie, że nie chcę zmoknąć. Ciągle taki sam, w pozie zawadiackiego chłopaka zza rogu, przyzwyczajony do pełnych uznania spojrzeń ze strony bywalców, ciągnął mnie do siedmiu luster coraz to inną drogą. Widziałem sale, w których chętnie przystanąłbym na dłużej i w ciągu nocy zapominałem o tej pokusie; widziałem takie, których nie chciałbym zobaczyć nawet w koszmarnym śnie i o tych też pozwalał mi zapomnieć. Przechodziliśmy do sali a potem, kiedy już skończyliśmy, on wstawał i przeglądał się w jednym z siedmiu luster. Nigdy nie zgłębiłem przyczyny tego, że odbicie - moje czy jego - widać było tylko w jednym z nich, mimo że odbijały się w sobie nawzajem. W ciągu nocy tonąłem w fali coraz to nowych doznań, które zdawały się nie mieć końca, po czym budziłem się we własnym łóżku, prawie zawsze za późno, pomimo budzika. Anita patrzyła na mnie szyderczo a ja spieszyłem się coraz bardziej. Randek zaprzestałem zupełnie.
Któregoś dnia spóźniłem się po prostu nieziemsko i kiedy wszedłem do budynku ambasady wszyscy pracowali w najlepsze. Pracownicy pozdrawiali mnie, ale tak jakoś dziwnie i wtedy zdałem sobie sprawę, że Anita pewnie podzieliła się swoimi domysłami z resztą pracowników. Ładnie. Trzeba jej coś na ten temat powiedzieć.
- Ma pan gościa - oznajmiła ironicznie, gdy wszedłem.
Wpadłem do gabinetu i ujrzałem tam Aidę.
- Nie dzwonisz - powiedziała wstając i podchodząc do mnie - nie ma cię w domu, w pracy, nie odbierasz telefonów, nic... Nie przyszłabym, gdybyś sam mnie do tego nie zmusił - powiedziała z naciskiem.
Usiadłem w fotelu i zaproponowałem jej, żeby też usiadła. Spytałem, czy mogę ją czymś poczęstować.
Odmówiła.
- Słyszałam o twoim postępowaniu i nie spodziewałam się, że zadzwonisz nazajutrz. Szczerze mówiąc liczyłam na taki sobie romansik, zanim wyjadę z S. do Włoch. Mogłabym też jakoś usprawiedliwić twoją panikę tamtego wieczoru. Kiedy S. spytał, jak było i powiedziałam mu, że nie spaliśmy ze sobą dał mi twój numer bo, jak sam powiedział, chciał wiedzieć, jak z tego wybrniesz. I wszędzie okazałeś się być nieobecny. Właściwie nie miałam ci nic konkretnego do powiedzenia, ale usłyszałam od twojej sekretarki, że pewnie to ja jestem tą wielką miłością, z która spotykasz się bez przerwy od dwóch tygodni. Więc proszę cię, chociaż nie miałam tego zamiaru, żebyś mi to wszystko po kolei wyjaśnił.
Wziąłem głęboki oddech i spojrzałem na nią poważnie, szczerze, bo żadne sztuczki już mi nie wychodziły.
- Nie wiem - powiedziałem - po prostu nie wiem.
Wbrew moim oczekiwaniom nie wybuchnęła śmiechem i nie obraziła się, tylko spojrzała na mnie tak, jakby chcąc niechcąc rozumiała, o co mi chodzi.
- A jak wytłumaczysz to innym? - spytała.
Spojrzałem na nią z kompletnym brakiem zrozumienia.
- Plotki biurowe rozchodzą się szybko, jesteś, z tego co wiem, znaną postacią w mieście. Wczoraj wieczorem, chyba wiesz, odbyło się przyjęcie u państwa G.-R. na którym był bardzo rozbawiony twoimi poczynaniami S. Musiałeś kiedyś znać gospodynię, przynajmniej sadzę tak po jej reakcji.
Powoli docierało do mnie to, co powiedziała. Bardzo powoli.
- Nawet biorąc pod uwagę to, że było to małe przyjęcie, chyba nie sądzisz, że Anna G.-R. nie podzieli się TAKĄ WIADOMOŚCIĄ z przyjaciółmi.
Wzięła do ręki torebkę i wstała z kanapy.
- W takim razie: powodzenia i cześć. - powiedziała i wyszła. Poszedłem za nią jak głupi i stanąłem we framudze drzwi patrząc, jak czeka na windę.
- Pokłóciliście się? - spytała Anita, wykazując zupełny brak zrozumienia - a może to nie jest ta twoja księżniczka? Stanąłem nad nią i chwyciłem za ramię zmuszając ją do wstania, a potem wziąłem pod brodę i spojrzałem na nią groźnie.
- Do twojej wiadomości - powiedziałem wściekły - "ta moja księżniczka" jest płci męskiej. I wyszedłem, zostawiając za sobą kompletnie ogłupiałą Anitę.

Siedziałem w domu pijąc herbatę i gapiąc się wściekły na telewizor (nie miałem po co iść szukać baru przed wieczorem) gdy zadzwonił telefon.
- Ambasador na linii.
Zakrztusiłem się herbatą i nie zdążyłem nawet odkaszlnąć, gdy usłyszałem na linii głos Ambrosii S. I wiedziałem, że będą kłopoty.
- Dlaczego siedzi pan w domu? - spytała. Nigdy nie lubiłem jej tonu. Była zbyt męska.
- Źle się poczułem. Zaraz wrócę - powiedziałem odrobinę przestraszony.
- Nie ma takiej potrzeby - powiedziała chłodno - dział kadr zadał sobie trud przeanalizowania pańskich postępów w ciągu ostatniego pół roku. Poza tym...
- To plotki! - powiedziałem odruchowo, czując w tym wszystkim ręce S. i Anity.
- To nie są plotki, to fakty. Nie zdarzyło się panu przyjść punktualnie nawet przez jeden tydzień pod rząd. Wszystkie polecenia realizowane są z minimum dwudniowym opóźnieniem. Większość rozmów załatwia pan przez sekretarkę, chociaż pana funkcja oznacza zajmowanie się powierzonymi mu sprawami osobiście. Nie jest pan tu po to, żeby zrzucać na innych, tylko żeby na pana można było zrzucać. Jedynym pana sukcesem był ostatni bal, którego organizacja nie należy bezpośrednio do pana funkcji i z którego zresztą wyszedł pan w połowie mimo że wyraźnie jest powiedziane, że jako mój reprezentant musi pan zostać do końca. Krótko mówiąc: odprawa zgodnie z kontraktem, wypowiedzenie dzisiaj, na tydzień przed. I powinien się pan cieszyć, że zrobiłam to osobiście.
Siedziałem przez dziesięć minut ze słuchawką w dłoni, aż w końcu sygnał się urwał. Nie mogłem uwierzyć. Miałem wracać?
Za nic nie wrócę z powrotem.
Przez całe popołudnie chodziłem w tę i z powrotem po mieszkaniu, aż wreszcie zapadł zmrok i mogłem udać się na poszukiwanie baru. Kiedy byłem w takim nastroju zazwyczaj nie udawało mi się go znaleźć przez całą noc, co powodowało u mnie bolesne uczucie, niby głód narkotykowy. Tym razem jednak wpadłem na niego prawie natychmiast, co było swoistym rekordem. Nie czekając na zaproszenie zanurzyłem się w barze.
Zabłądziłem w paskudnej dyskotece, potem w sali z kozłem, a w tej z szybami ktoś mnie zauważył i zaczęli mnie ścigać. Kiedy nie miałem już sił by uciekać i ślizgając się na ubrudzonych mazią z dyskoteki butach prawie wpadłem w ich ręce (a mimo wszystko nie chciałbym wiedzieć, co ze mną zrobią) poczułem znajomy chwyt ręki za kołnierz i mój kochanek wciągnął mnie za róg, po czym zdrowo mi przyłożył.
- Cholera, głuchy jesteś? Nigdzie cię nie zabiorę.
- Proszę - wyjąkałem podnosząc się z kolan i rozmasowywując szczękę.
Zdenerwowany rozejrzał się dookoła, a potem chwycił mnie znowu za kołnierz i powlókł jakąś inną drogą do luster.
W godzinę później, gdy miał już lepszy humor, a ja nieco się uspokoiłem stanął przy lustrze, patrząc na moje odbicie na łóżku.
- Pamiętasz, jak spytałeś mnie, kim jestem? - spytał przyglądając mi się spod zmrużonych powiek, niemal pieszczotliwie. - Odpowiem ci teraz.
Podszedł do mnie i ujął moją twarz w dłonie, a potem spojrzał mi w oczy.
- Jestem pragnieniem, tym czego ludzie oczekują, a gdy dostaną, nie mogą się bez tego obejść.
- Chcę tu zostać - powiedziałem.
- Nie ma mowy.
Opowiedziałem mu całą historię. Jego twarz ani na chwilę nie zmieniła wyrazu.
- Nie zostaniesz tutaj - powiedział, wstając - i powiem ci coś jeszcze: więcej tu nie wrócisz.
Stanął nade mną.
- Sorry - powiedział, odwrócił się i podszedł do luster. Nie wiedziałem jego odbicia.
Musiałem to sobie wszystko przemyśleć. Trochę mi to zajęło, a on w tym czasie nie podchodził do mnie ani mnie nie poganiał. Ale gdy wstałem wreszcie i oznajmiłem, że w takim razie chciałbym się porządnie pożegnać, nie okazał zdziwienia, tylko poszedł za mną do łóżka.
Zauważyłem już wcześniej, iż mimo totalnej różnorodności sposobów, w jakie się kochaliśmy, były takie, przy których zatracał się bardziej. Niektóre lubiłem, inne nie, ale tym razem nachyliłem jego głowę do swojej i wyszeptałem mu do ucha tą, która lubił najbardziej. Zrozumiał, że to prezent pożegnalny i obiecał odwdzięczyć się tym samym.
Było mi przykro, źle się z tym czułem, ale nie miałem wyjścia. I tak, powoli, nie pozwalając emocjom unosić się za bardzo, czekałem na ten moment gdy on całkowicie straci nad sobą kontrolę, gdy stanie się czystym pożądaniem, ekstazą, a gdy nadszedł, sprężyłem się z całych sił i skręciłem mu kark.
Nie wierzyłem, że mogę to zrobić. Był ode mnie tyle razy silniejszy, mimo mojej przewagi fizycznej, że wydawało się niemożliwością nawet uderzyć go tak, by zabolało. A teraz leżał u mych stóp, nagi, bezwładny i - martwy.
Nie miałem innego wyjścia. Nie mogłem opuścić siedmiu luster. Wbrew temu, co jemu się wydawało, nie chodziło mi o niego, tylko o lustra. Źle odczytał moje pragnienia. A może dobrze?
Nie wiedziałem, co teraz, ale wszystko rozwiązało się samo. Następnego dnia ciało zniknęło; nie czułem głodu ani innych potrzeb. Powoli nauczyłem się wydostawać z komnaty i polować na nieświadome ofiary, nauczony własnym przypadkiem nigdy nie przyprowadzając ich po raz drugi. Przejąłem jego władze i sam stałem się demonem.
I, najważniejsze: po upojnej nocy każdego dnia wstawałem i przeglądałem się w jednym z siedmiu luster.


Koniec maja - koniec września 2003
(może z siedem przedpołudni pisania:))


Matina

i17latawcow@o2.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||