:::: Reksio Dogi ::::

Na grobie



Stałem na grobie, człowieka mi nieznanego. Stałem tak, jak to się mówi, z buciorami, za nic mając sobie, że ktoś tutaj śpi wiecznym snem. Stałem gniotąc kwiaty, przewracając zapalone znicze i wzbudzając ogólny, jak to się mówi, bałagan na grobie.
Zdawszy sobie sprawę z tego, co robię i gdzie stoję, czym prędzej zszedłem, oglądając się jedynie za siebie, czy przypadkiem przewrócony znicz nie zapalił złożonych kwiatów.
Od tamtej pory minęły dwa lata. Dla jednych czas długi, nawet bardzo, a dla mnie, milisekunda. Jedna milisekunda, upływająca jak godzina, dzień, rok. Zależy jak na to patrzeć.
Mój dom nie był wcale taki straszny jakby się mogło wydawać, a przynajmniej jak wydawało się mnie, gdy jeszcze mieszkałem w kamienicy. Ot, tysiące grobów, setki tysięcy zniczy i kwiatów, tabliczek z datą, imieniem i słowami otuchy, parę rzeźb i huczących drzew. Do tego wiecznie czarne niebo nade mną, wiecznie ciemne, mroczne, nocne. Od dwóch lat nie widziałem normalnego nieba.
Może się to wydać dziwne, ale przez cały rok nie potrafiłem zrozumieć, że umarłem, że odszedłem, że nie żyję. Wtedy, gdy stałem, jak to się mówi, z buciorami na grobie tego kogoś, zupełnie nie wiedząc, skąd się tam wziąłem, nie potrafiłem pojąć, iż mnie tak naprawdę już nie ma, a to, co ze mnie zostało, racjonaliści nazywają wiatrem, a bogobojni ludzie duchem.
Tak, trwało trochę, nim zrozumiałem, że jestem tym wiatrem. Gdy obudziłem się w nowym "wcieleniu", zacząłem szukać wyjścia po ciemku z cmentarza, pomyślałem, że z moją głową jest coś nie tak, ale niestety, myliłem się. Wyjście wprawdzie znalazłem, lecz mimo, że miałem je przed sobą, nie potrafiłem przez nie przejść. Nie wiem jak, nie wiem czemu, po prostu nie potrafiłem.
I tak minęły dwa lat waszej rachuby czasu. Podczas nich, napotkałem ten sam grób, na którym stałem i odczytałem tabliczkę. Serce mi zamarło. Ba. Co ja mówię. Już dawno mi zamarło. Ale wtedy poczułem coś takiego wijącego się w moich trzewiach, coś takiego, co rozdzierało mnie na dwie, trzy, dziesięć, miliony części. Poczułem własną duszę. Jaki ja głupi byłem. Jaki ograniczony. Za życia nie wierzyłem, szydziłem z rzekomej... duchowości, z Boga, jego wiary, dogmatów i obietnic. A teraz? Stoję pomiędzy grobami, nie trafiwszy do nieba, gdzie zaznałbym spokoju. Stoję i czuję własną duszę, w końcu tylko ona mi pozostała.
Tak więc podróżowałem. Każdej nocy zwiedzałem wąskie alejki, przecinające kolejne sektory cmentarzyska, tak nudne, tak mi znane, że aż nieznośne. Idę nią, kopiąc kamienie, bo co mi pozostaje? Idę nią i nawet nie płaczę, nawet nie myślę, nie żałuję. Nie ma na to czasu. Nie ma czasu na żal, gniew, nienawiść, na jakiekolwiek uczucia. Jest tylko permanentne uczucie niczego.
Każdego dnia, siadam na płycie swego grobu i spoglądam na czarną tabliczkę przybitą do krzyża. Każdego dnia odczytuję napis, mając nadzieję, że nie znajdę tam swojego nazwiska. Łudzę się, wiem, ale zawsze przez tą sekundę mam nadzieję, której potrzebuję, której pragnę z całych sił.
Jako duch widuję żywych. Przychodzą tu czasami po zmroku, by sam na sam, porozmawiać z bliską osobą, tak jak ja, jak wiatr. Widzę, jak żywy się modli, jak rozmawia, a jego bliski duch, przytula go, całuje, szepta. To smutne. Bardziej dla nas, dla cmentarnych duchów, skazanych na wieczne potępienie w tym miejscu. Żywi przychodzą, modlą się, zapalają znicz i odchodzą... Niektórzy też zgarniają liście z płyty grobowca... To śmieszne, ale właśnie po tym poznać można, że dusza zmarłego odeszła do nieba. Ja, jako wiatr, sam dbam o swój grób. Ściągam z niego jesienne liście, zwalam zaspy śniegu i rozpalam znicze, a groby tych, którzy odeszli by stanąć obok Boga, stoją pokryte liśćmi, stoją opuszczone, nie zadbane. Ironia losu.
Moi żywi także przychodzą. Co jakiś czas budzę się i widzę rozpalony znicz, którego jeszcze wczoraj widzieć nie mogłem. To znak, że ktoś z nich był, że pamięta, że kocha wciąż. Jedynie raz widziałem, jak je zapalają, gdy przyszli tu w nocy, w Święto Zmarłych. Stali, ze spuszczonymi głowami, z minami, którą powinienem mieć ja sam, a nie oni. Stali obok mojego grobu, a ja siedziałem na nim.
Na cmentarzu nie jestem starym duchem. Oj nie. Są tu i dzieciątka, co to płaczą całe noce, nie mogąc nic zrobić i są starzy wojenni weterani, pamiętający jeszcze wiek z numerem 18. Ci to są w ogóle irytujący osobnicy. Ilekroć znajdziemy jakąś rozrywkę, to psują zabawę.
Do tego dochodzą zupełni pomyleńcy typu mordercy, gwałciciele i ogólnie typy spod ciemnej gwiazdy. Idzie taki i zaraz rzuca piorunami jak się źle na niego popatrzysz.
Ja i Florka staramy się ich omijać. A Florka to moja... pozaziemska dziewczyna. No co? Że niby nie mogę mieć dziewczyny? Jestem, hmm... młody, a to że nie mam powłoki cielesnej, to wcale nic nie znaczy. Florka zresztą inna nie jest, sama trafiła na cmentarz do sektora IV rok temu i była bardzo zagubiona... Pamiętam, akurat mocno padało i trzaskały pioruny. Nagle jedno wyładowanie uderzyło w drzewo, wzniecając ogień. Wszystkie duchy zleciały się, by podziwiać niecodzienne widowisko. Ja lecę nad grobami z zawrotną szybkością, a trzeba wam wiedzieć, że szybko umiem latać, aż wreszcie widzę obok słupa ognia małą, zapłakaną dziewczynkę... Od razu wiedziałem, że duch, potrafię wyczuć takie rzeczy. Reszta zgromadzonych wpatrywała się w pożar, a nie w nią, a ona wciąż beczała. No więc podleciałem do 16-letniej zaledwie dziewczyny i poniosłem na bok, w spokojne miejsce pod wierzbę płaczącą.
- Kim jesteś? - zapytała nie całkiem przytomnie, wpatrując się we mnie swymi mysimi oczyma.
Stanąłem wyprostowany, właściwie nie wiedząc, co powiedzieć. Bo tak: ona nie wie, że jest duchem, a ja jeśli powiem, żem duch, zacznie płakać, ryczeć i uciekać, po drugie co jej da nazwisko moje?
Ograniczyłem się więc do bladego uśmiechu.
Ona tymczasem skuliła się i otarła łzy.
- Ten piorun... ci ludzie... kto to? - spojrzała na mnie pytająco.
- Dobre pytanie - odpowiedziałem z zakłopotaniem, mimowolnie gładząc się po karku. - No widzisz... Hmm... Jak ci to powiedzieć...
- I... Ty latałeś! Widziałam! Poniosłeś mnie tutaj! - wrzasnęła.
Sytuacja wymykała się spod kontroli, wiedziałem, co zaraz nastąpi. Pamiętam siebie, paniczny strach, krzyk i omdlenia... Jeśli można tak nazwać stracenie kontaktu przez ducha.
- Słuchaj - rzekłem spokojnie. - Ty już nie jesteś... taka jak kiedyś.
Dziewczyna rozszerzyła oczy.
- Jasne, że nie. Jestem cała upaćka... - spojrzała na siebie. - Nie jestem... A przecież, pamiętam jak.. pamiętam kałużę.
- Kałużę? - zapytałem, starając podtrzymać rozmowę.
- Ta...Tak - odpowiedziała wpatrując się gdzieś w koronę płaczącej wierzby.
Tak zwykle bywa, nowo narodzone duchy na początku cierpią na całkowity brak pamięci. Gdzieś tam świta im jedynie jakiś fragment ich śmierci, krótki błysk, czasami bolesne wizje. Potem to mija, a pamięć normuje się. Jak mawia profesor leżący w sektorze IX: "Noworodek duchowy niewiele pamięta".
I nie pamiętała. Pomagałem jej jak mogłem, była moją pierwszą dobrą znajomością w nowym terenie. Szybciej niż ja pojęła, że jest martwa. To chyba dzięki mnie. Wreszcie po jakimś czasie opowiedziała własną historię śmierci...
Stałam z naciągniętym walkmanem na uszach. Było ciemno i zimno. Uliczne latarnie dawały nikłe światło. Ruszyłam do domu po spotkaniu z Olką. Szłam ulicą... jak ona miała... chyba Jana Pawła. I wtedy...
Spokojnie Florka, powiedziałem.
On wyszedł z krzaków, tam koło parkingu... Wskazał mnie palcem i powiedział, bym zaczekała...
Pamiętam... Oh... Uciekałam! Tak... Ścigał mnie, a ja już nie miałam siły... Nie powinnam była tyle palić. I nagle...tak... Pamiętam. Wpadłam na skrzyżowanie, on za mną. Oślepiło mnie światło. Dwa, zbliżające się światła. Usłyszała ryk klaksonu. A potem już tylko pisk opon i uderzenie.
Florka? Co potem Florka?
Kałuża. Leżałam w kałuży. Przy krawężniki. Włosy rozpływały mi się po powierzchni, byłam cała przemoczona, brudna i...
Jaka? Florka, jaka?
Martwa. Byłam martwa.

Od tamtej pory nasze kontakty były bardzo bliskie. Właściwie każdą noc spędzałem z nią, pod płaczącą wierzbą, wpatrując się w żółte światełka grobów. Florka zawsze nasłuchiwała odgłosów z zewnątrz, ze świata żywego.
To było bardzo smutne. Może nawet wolałbym nie słyszeć samochodów, rozmów ludzi czy krzyków. Ale chyba na tym polega kara, którą doświadczamy. Jesteśmy pomiędzy życiem, a śmiercią. Łudzimy się, myślimy, nękamy sami siebie, czasami doprowadzając do wariactwa. Nie możemy przestać myśleć o przeszłości, co sprawia nam ból. Być może na tym właśnie polega piekło. Żadnych gorących pieców, rogatych diabłów i bulgoczącej lawy. Tylko to co mamy. To co kochamy, a jednocześnie nienawidzimy...
Wiecie, na cmentarzu są duchy nawet dwuwieczne. Gdy na nich patrzę i rozmawiam, nachodzi mnie myśl. Zupełnie się nie zmienili. Nie przywykli, nie zaakceptowali swojego stanu. Oni wciąż żałują, wciąż się łudzą i jestem pewny, że każdym zmierzchem sprawdzają tabliczki na swym grobie... Smutne.
W każdym bądź razie, ja i Florka próbujemy sobie nawzajem pomóc. Ten związek daje mi wiele. Jej cichy szept, zimna dłoń i ciepłe usta. To chyba jedyna rzecz, którą kocham i tylko kocham. Czyżby miłość była tak wielka, tak monumentalna, że nawet po śmierci, w tym cmentarnym piekle mogła trwać i trwać?
Kto wie, kto wie, zobaczymy jak to będzie, przecież nigdzie się nie wybieram.
Chociaż czasami zastanawiam się, co będzie, gdy usuną mój grób i wstawią nowy, kogoś innego. Co wtedy ze mną? Ach... okropne.
Ale... hmm... to mogłaby być szansa na uwolnienie. Uwolnienie, zapytała mnie kiedyś Florka, jakie uwolnienie?
Nie wiem, odpowiedziałem szczerze, nie wiem zupełnie.
Mijały noce, zimowe, piękne i błyszczące, letnie, pełne niebieskich świetlików i kolorowych kwiatów, a ja wciąż trwałem w błogiej niepewności, w szczerym zakłamaniu, w złudnej nadziei. Gdyby On dał nam drugą szansę, jeszcze jedną... ale nie. Raz się żyje, mówiłem za żywota...
Pewnej nocy, jak zwykle przytuleni do siebie leżeliśmy pod wierzbą, a zwisające liście miło łechtały nam plecy. Florka głaskała mnie po głowie, wpatrując się w moje oczy. Wiedziałem, o co zapyta.
Na początku zrobiłem głupią minę, próbowałem zmienić temat. Nie wiem czemu, nie chciałem... nie chcę wracać do tamtego dnia. Nienawidzę go, z całego serca, z całej duszy mojej nienawidzę i pluję na... Na kogo? Nawet tego nie wiem.
- Typowy zimowy wieczór - odpowiedziałem po namowach. - Srebrzysty śnieg niemal pokrył mnie całego. Było zimno, tak... bardzo zimno. A ja wciąż szedłem przez zaspy, w stronę mrocznego lasu, co rósł nade mną. Krok za krokiem, stawiałem nogę, mając nadzieję, że zaraz, za kilka chwil, za sekundę odnajdę raj, odnajdę coś, co pozwoli mi egzystować w spokoju, z dala od wszystkiego, od miastowego zgiełku, od prawdy i kłamstw, od miłości i nienawiści, od dobra i zła...
Przerwałem, wlepiłem wzrok w szkarłatne niebo majaczące przez koronę wierzby. Nie nalegała, wiedziała jak się zachować, ale skoro zacząłem, a ona jest ciekawa...
- Gdy dotarłem do lasu, nie czułem już nóg, nie czułem palców, właściwie nawet zimna już nie czułem. Zdołałem jedynie oprzeć się o pień drzewa i ostatni raz w mym życiu popatrzeć na oświetlone miasto. Cóż to był za widok. Sam nie wiem, ale może wtedy poczułem, że wcale nie jest ono takie złe, że mogłem tam żyć jak chciałem, wystarczyłoby jedynie... zmienić własne życie.
Westchnąłem.
- Poeta zapewne opisałby moją śmierć jako coś pięknego, bo okryty białym kobiercem naprawdę mogłem skłaniać to do refleksji. Ale na refleksję to nie zasługiwało. Uciekłem z domu, nawet z miasta, szukając tak naprawdę śmieci, a nie nowego życia. Już wtedy się łudziłem... Boże, ja się zawsze łudziłem. Wtedy, gdy leżałem okryty lodem i naszpikowany tabletkami także miałem nadzieję, że się obudzę, że wcale nie umieram. Tyle razy przecież miałem nadzieję i zawsze się spełniała, wyciągała mnie z opresji... Wiedziałem, że sen jest lekarstwem na wszystko. Wystarczyło się obudzić i już będę szczęśliwy, a wszystkie problemy znikną gdzieś za mną.
Urwałem na chwilę, sam o tym nie wiedząc.
- Ale nie znikły. Obudziłem się potem na tym cmentarzu, gniotąc własne kwiaty, przewracając zapalone znicze i właściwie nie wiedząc, gdzie i co robię, jak i kiedy...
Florka wlepiała we mnie oczy, gładząc zimną dłonią po policzkach. Z jej ust wylatywała para, choć była martwa... Taki mały żarcik niebios, mówił jeden z weteranów cmentarza.

I tak toczyło się nasze życie. Każdej nocy to samo. Budzę się, spotykam Florkę, lecimy gdzieś, zwykle pod wierzbę i spędzamy czas rozmawiając, lub też nie. Czasami zajmujemy się sobą, przynajmniej tego nam nie zabrali...
Czasami myślę, jak to będzie dalej, jak to się wszystko skończy, ale gdzieś tam wiem, gdzieś tam głęboko w duszy znam odpowiedź. Każdy z tych duchów na tym cmentarzu ją zna. Ale każdy z nich nie chce jej przyjąć do wiadomości, jakby była czymś nierealnym, niemożliwym. Takie właśnie jest piekło. Coś czego nie ma, a jest, coś co kochasz i nienawidzisz, coś, na co jesteś skazany do końca... Nie, nie do końca. Po wsze czasy, po i za wsze czasy.


Reksio Dogi

reksiorulez@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||