Nasza
Dla ciebie, który dałeś mi nadzieję, że osiągnę coś jeszcze w życiu prócz bólu głowy... dla ciebie, Ghallu...
"Kiedyś ten głos ktoś usłyszy, ktoś, kto ma dosyć ciszy, kto jej smak jak zły szeląg zna, ta cisza kiedyś z nami też zacznie krzyczeć, trzeba więc i jej szansę dać..."
Leżał w mętnym świetle. Tak było najlepiej. Nie chciał wiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło, dlaczego tu jest. I gdzie jest. Był znudzony wszystkim. Matką, która ciągle uważała go za małe dziecko, ojcem, który wracał do domu upity i wszczynał kłótnie, Izą, bo ciągle miała pretensje, i jego najlepszym kumplem, bo tylko on nic do niego nie miał. Miał dość swojego życia. Siebie. Miał dość... był w stanie zrobić wszystko by zakończyć tą mękę. Wszystko? Ale tu było mu dobrze. Cisza, spokój. Nikt go nie odwiedzał. Nareszcie mógł odpocząć i odizolować się od świata. Mijał czas, ale on nawet nie słyszał kroków, żadnych rozmów. Nic. Jakby świat zamarł. Jakby zapadł w letarg.
Wstał, nie mógł znieść tej monotonii. Rozejrzał się. Pustka... zadziwiające było to uczucie, kiedy nie widząc żadnych ścian, chcąc się ruszyć, jakaś siła zatrzymywała go. Chodził w koło po pomieszczeniu ograniczonym magią. Zachwycił się tym zjawiskiem i godzinami krążył po swojej "celi". Godziny? Czym one były? Nie czuł potrzeby odmierzania czasu. Nie czuł niczego prócz podziwu nad nieznanym czarem. Dopiero potem uświadomił sobie, że jest w swoich ulubionych wytartych dżinsach i szarej bluzie. To uszczęśliwiło go tym bardziej. Zapragnął jeszcze tylko gitary. I świat mógł nie istnieć. Zasnął...
Obudził go świergot ptaków. W duchu pomyślał, że śnił, że te wszystkie cuda, o których marzył latami to urojenia jego zmęczonego umysły. Od niechcenia otworzył oczy. Poczuł falę gorąca ogarniającą jego ciało... Ulga, którą odczuł zobaczywszy swój magiczny pokoik sprawiła, że popłakał się jak małe dziecko. Z radości wstał i obszedł go dokoła. Nadal siła nie dała mu przekroczyć ustalonych granic, jednak w tej magicznej ścianie było coś nowego, małe okienko. Ale bez szyby, tylko znów z jakimś magicznym przezroczystym czymś. A za oknem park, jaki pamiętał z dzieciństwa, park, który codziennie oglądał przez okno swojego pokoju, gdzie mieszkał, gdy miał sześć lat. Zapamiętał doskonale tę jarzębinę, na której zbierały się ogromne ilości ptaków dyskutując zaciekle. I huśtawki, na które chodził razem z matką, i piaskownicę, w której poznał Izę, i to wielkie drzewo, na które wspinał się wraz z przyjaciółmi... Usiadł naprzeciw okienka, mijały godziny a on siedział i wpatrywał się we wspomnienia. Najpiękniejsze wspomnienia swego życia. Usnął przed oknem opierając się o coś twardego.
Wstał, wszystko go bolało. Zasnął w pozycji, na którą matka nigdy by mu nie pozwoliła... Nigdy? I właśnie wtedy pomyślał, że od dziś sypiać będzie na podłodze oparty o tą właśnie skrzynkę. Przeciw niej i swojemu ciału. Teraz dopiero zaczął się zastanawiać skąd do licha wzięła się ta skrzynka. Otworzył ją. Ale to, co zobaczył i poczuł przeszło jego oczekiwania... Jego gitara! Drżącymi rękami wyjął ją z pudła. Usiadł przed oknem i grał. Godzinami, aż palce odmawiały mu posłuszeństwa. I tak usnął. Z gitarą w rękach, na ziemi, naprzeciw okna.
***
Dwoje ludzi, kobieta i lekarz, stoją przed jednymi z wielu drzwi zakładu psychiatrycznego. Kobieta zamaszyście gestykulując opowiada coś lekarzowi. On co chwila spogląda w szybę od drzwi. A za nimi chłopak. Może w twoim wieku... kolejny, który odizolował się od tego brutalnego świata.
- Doktorze, jak z nim?
- Dziś chciał gitarę.
- Przyniosę mu ją... Czy możecie mu otworzyć okno? Zawsze lubił przez nie wyglądać.
- Tak, jeśli tego by chciał.
- Czy coś sobie przypomina? Pyta o mnie, ojca, o Izę?
- Nie... odkąd tu trafił żyje w swoim świecie, nawet nie zauważa pielęgniarzy, nic, tylko gada do siebie...
- ....
- Niech pani spojrzy. Płacze. Chyba wzruszył się widokiem. Może jednak wróci jeszcze do nas...
Głos lekarza załamuje się w tym momencie.
- Proszę, to jego ulubione ubranie. Niech mu je założą.
- Będę panią informował jakby coś chciał lub przypomniał sobie cokolwiek.
- Tak... dobrze... dziękuję...
***
Minął rok. Matka dalej z nadzieją małego dziecka odwiedza go w zakładzie. Ojciec umarł. Zapił się na śmierć, gdy dowiedział się, że syn może już nigdy nie wrócić do świata realnego. Kumpel czasem przychodzi, jednak coraz rzadziej to robi. Spojrzenie na najlepszego przyjaciela, który całymi godzinami patrzy w okno, rani go dotkliwie. Zawsze, gdy do niego przychodzi przypomina sobie wspólne rozmowy i dawne chodzenie po drzewach. Robi mu się niedobrze i przysięga w duchu, że nigdy już tu nie wróci. Wraca... Iza zmieniła się, chodzi smutna, sama. Nic nie mówi. Godzinami przesiaduje w parku, na murku ich wspólnej piaskownicy. Obwinia się, że nie potrafiła po prostu być przy nim, ciągle chciała od niego więcej poświęcenia. Chce uciec, tak jak on uciekł. Pragnie tego. Może nawet odnajdą się w tym samym świecie. A on sam? Ma gitarę, okienko, parę rzeczy z tamtego świata no i myśli, które za nic nie chcą się ułożyć. Ma jeszcze magię, która go otacza. Czasem myśli, że to nie jest jego świat, że kiedyś... czasem. Ale kiedy odwraca głowę w stronę parku uświadamia sobie, że to wszystko, co ma teraz jest jego prawdziwym, najcenniejszym życiem. Czasem, gdy się zamyśli przypomina mu się jakiś człowiek, który podcina sobie żyły. Potem ogrom krwi. Ból głowy i swój głos "to było jedyne wyjście..."
Morphia
morphia@tenbit.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||