:::: Vampir Kury ::::

Zimny szept nocy



... ZMROK ŚWIEC GASI OFIARĘ...
Gęsta mgła osłoniła swym rozłożystym strzępem strzeliste lampiony drzew, które tym samym poślubiły skamieniałe niebo. Ciemność, która wylała się nad miastem tuliła w swych mrokach wszelkie życie i dusiła migocące światełka oddalonych od lasu, skamieniałych bloków. Dopiero, kiedy księżyc pojawił się w pełni do niej, jego migocące srebrne światło odsłoniło rąbek tajemnicy, której nikt nie był świadom...
Wracała w chwili obecnej sama do domu, bo jak to zwykle bywało, jej spotkania z przyjaciółmi przeciągały się do nocy. Była rozmarzona i zadumana, gdyż przejęła się dzisiejszym spotkaniem, podczas którego poznała pewnego zielonookiego chłopaka. Nie mogła uwierzyć, że zdobyła się na rozmowę z tak przystojnym chłopcem ani tym, że on, mimo iż adorowany przez ładniejsze od niej dziewczyny zwrócił na nią swoją uwagę.
Jednak ten błogi nastrój został przerwany przez pewną myśl, która przywróciła w niej zdolność rzeczywistego myślenia. Za sprawą tej myśli dziwny strach opanował całą jej osobę. Bała się, ale wiedziała, że musi tamtędy przejść żeby wrócić do domu. Była przecież zmuszona przechodzić tędy zawsze w drodze do domu. Była to przecież jedyna droga. Droga przez ten ciemny las koło cmentarza. Ten sam, w którym zostali zamordowani jej rodzice. Myśl ta nie dawała jej spokoju i sprawiła, że zaczęła oddychać nierówno, jednocześnie mając jakieś niespokojne uczucie strachu. Może nie bała by się, jeśli miałaby przejść tędy w dzień lub z kimś. Ale sama? Dreszcze przechodziły ją już na samą myśl o tym, jak tam ponuro i strasznie nocą. Nie miała jednak wyboru.
- Weź się w garść - szepnęła do siebie i zaciskając zęby, żwawym krokiem ruszyła ciemną aleją parku. Nie usłyszała jednak ciężkiego sapania i złowieszczych oczu, które ją obserwowały...


... KUSI JĄ ZA POMOCĄ JEDWABISTEJ KOŃCZYNY...
Droga była długa, a noc tak ciemna, że gdyby nie promienie księżyca przenikające dzikie lampiony drzew w ogóle nie można byłoby nic dostrzec. Jednak to nie napawało jej radością lub uczuciem pewności. Brnęła dalej krętą dróżką do swojego domu. Spoglądała przed siebie, mimo że nie widziała zbyt wiele. Nie spoglądała wstecz bo czuła, że gdyby tylko to zrobiła, nieuchronnie umarłaby ze strachu. Wiedziała, że za nią rozciąga się pusty krajobraz. Jest to miejsce, w którym las zmienia się w las kamiennych, szarych statuetek będących odbiciem domu zmarłych - cmentarza.
Przestraszona tą myślą ruszyła jak tylko mogła najszybciej w stronę swojego domu. Jak najprędzej chciała opuścić to potworne miejsce.
Gdy dotarła do domu z ulgą zamknęła za sobą drzwi i włączyła światło, które rozlało się po pomieszczeniu i zaczęło ją kłuć w oczy. Z chwilą włączenia światła poczuła, że wszelkie złe myśli, które dręczyły ją podczas drogi zupełnie zniknęły. W środku było bardzo przytulnie, widać było, że dziewczyna sama mieszka w tym małym domku, na który składał się mały pokoik, kuchnia i łazienka. Jednak to zupełnie jej wystarczało. Nie musiała nic zmieniać, bo rzadko miewała gości. Poza znajomymi, z którymi się spotykała nie znała w tym mieście nikogo. Odruchowo ruszyła w stronę swojego pokoiku, potem zasłoniła okna ciemnymi zasłonami i odrzuciła na bok kołdrę z łóżka. Nie przebierała się nawet. Już po chwili spała. I spałaby tak dalej gdyby nie fakt, że przez zasłonę snu przebijał się nierówny, głuchy dźwięk, zupełnie jakby ktoś był w kuchni...

... PRZYJMUJE JĄ PRZEZ CIEMNE POLECENIE...
Gdy tylko usłyszała ów dźwięk wydobyła się spod kołdry i najciszej jak tylko mogła ruszyła w stronę kuchni. Gdy znalazła się przed kuchennymi drzwiami doznała lekkiego ataku strachu. Pomyślała, że tam ktoś jest, a ona jest sama. Strach przed nieznanym już jej nie opuszczał, zupełnie jak nie opuszczał jej ów pusty dźwięk kroków, który nie chciał się skończyć. Stojąc tak przez dłuższą chwilę i spoglądając w ciemność swego domu nie mogła zdobyć się na jakiekolwiek działanie. W końcu jednak zdołała się uspokoić i przez zaciśnięte, wąskie usta spytała, lekko dławiącym głosem:
- Czy jest tam kto?
Jednak odpowiedziała jej tylko głucha cisza, a dziwny odgłos ustał tak nagle, jak się zaczął. Zupełnie jakby ktoś zza drugiej strony drzwi zatrzymał się gwałtownie w miejscu.
W tej chwili, stojąc samotnie bała się jeszcze bardziej niż na początku. Wiedziała, że ktoś jest za drzwiami, a jej wyobraźnia jeszcze bardziej przypominała jej o tym. Zastanawiając się nad swoim położeniem spojrzała w stronę okna znajdującego się koło niej. Jej odbicie w szybie wyglądało na bardzo przestraszone. Gdy tylko je zobaczyła, łzy cisnęły się do jej oczu. Były to łzy smutku, żalu i złości. Wiedziała, że nie może płakać, bo jest to oznaką słabości, na którą na pewno zareaguje tajemniczy osobnik, znajdujący się w jej kuchni. Ostatnimi siłami starała się zebrać w sobie, na to aby otworzyć drzwi, jednak zdołała tylko przylgnąć twarzą do ich zimnej powierzchni, która momentalnie pokryła się drobnymi kroplami łez. Podczas gdy ona przywarła do drzwi usłyszała dziwny dźwięk, który nie mogła z niczym skojarzyć. Dźwięk ten uderzył w drzwi, w których pojawiła się dziura na wysokości jej brzucha. Nagle wszystkie dźwięki zamarły, a ona poczuła tylko przeszywający ból...

... KUSZENIA DO ZABICIA...
Spojrzała swymi przestraszonymi oczyma, przesłoniętymi przez ból, w miejsce gdzie, jak się jej wydawało, tajemniczy dźwięk uderzył. Przez fale bólu dostrzegła tylko kawałek wielkiego noża, który przebił się przez drewniane drzwi i ugodził ją w bok. W tym momencie wszystko stało się dla niej jasne. Ona czuła, że umiera. Fale gwałtownego gorąca i zimna przebiegały po jej ciele. To było dla niej nie do wytrzymania. Sama nie mogła znieść ciężaru bólu i gwałtownie osunęła się na podłogę, pozostawiając na drzwiach pasmo świeżej krwi, która po kilku chwilach zakrzepła. Chyba do końca nie dowierzała temu co widzi i czym się powoli staje. A stawała się martwa. Oddychała bardzo płytko i czuła intensywne bicie swojego serca. Wiedziała, że tego nie przeżyje. Niewidzącymi oczyma spoglądała w kierunku kuchni. Przez fale wszechogarniającego bólu dostrzegła tylko sylwetkę znikającego mordercy. Kim on był? .... kim on był.... zadawała sobie w myśli to natrętne pytanie. Zadawała je z taką intensywnością, że można było pomyśleć, że szepta słowa jakiejś litanii. Drżącymi rękoma chwyciła się za miejsce, skąd wypływała purpurowa ciecz. Potem przeleciał po niej jeszcze tylko jeden przedśmiertny dreszcz i już jej nie było. Nikt tej nocy nie dowiedział się o jej stracie, oprócz księżyca, który żałując zmarłej okrył się kolorem purpury i zniknął równie szybko jak się pojawił w ciemnej, zawistnej chmurze nocy.


PS. Historyjkę tą napisałem pod wpływem chwili. Jest ona wyrazem pełnego szacunku dla tekstów Vene... swoją drogą jeśli przeczyta tą historyjkę ciekawe co mi na jej temat odpisze? Może schemat tego opowiadania nie jest za rozbudowany, ale ja chciałem żeby taki był - prosty i surowy - zupełnie jak życie...


Vampir Kury

vampirkury@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||