:::: Skorpion King ::::

Kara za grzechy



"Lepiej umrzeć od razu niż całe życie spędzić w strachu"
Ezop



1

Frank siedział w biurze i obżerał się słonecznikiem. Co chwilę wypluwał łupinki do leżącej tuż przed nim na biurku popielniczki. Ściany pomieszczenia oblepione były zdjęciami młodocianych samobójców. Oprócz nich na ścianie wisiały dwie podobizny Charliego Mansona.
Gówno mnie obchodzi co myślą inni.
Frank może i pochodził z bogatej rodziny, ale pieniądze szczęścia nie dają, a w za dużej ilości mogą zepsuć człowieka i stoczyć go na sam dół. Tak też było i w jego przypadku. Rodzice nie chcieli się nim zajmować i żeby się odczepił, wręczali mu w łapę kilkaset dolarów. Kiedyś to skutkowało, ale teraz... Dzieci lubią zielone banknociki, ale z wiekiem człowiek zaczyna się przez nie "psuć". On tak nie chciał, on nie chce być takim wrakiem człowieka jakim był jego ojciec. Frank wolał uczciwie zarabiać i uczciwie żyć. Dlatego skończył z poprzednim życiem i zaczął wszystko od nowa. Od samego początku.
W szufladzie jego biurka leżał pistolet. Był nie naładowany. Ostatnie dwa strzały Frank poświęcił dla rodziców.
I tak nie byli nic warci. Byli zepsuci jak zgniłe owoce... Całe ich życie przepełnione było grzechem. Dobrze zrobiłem. Mam w dupie prawo człowieka. Najważniejsze jest boskie prawo i gówno mnie obchodzi co o nim sądzą inni ludzie.
W pokoju duszno było od dymu papierosowego. Frank nienawidził tego zapachu, ale nie chciało mu się otwierać okna by wywietrzyć pokój. Jego matka nałogowo paliła, co go wyprowadzało z równowagi. Czasami gdy był mały chował jej papierosy w przedpokoju, gdzie pod wykładziną była mała wnęka, wystarczająco duża by schować tam małe paczki.
Była zła. Szatan ją skusił. Tak jak Ewę w Raju... Może moja mama była Ewą? Może jestem Kainem? A może Ablem?
Na samą myśl, że tak mogłoby być wstrząsnął nim lekki dreszczyk. Miał nadzieję, że to tylko wymysł jego wybujałem wyobraźni. I Bogu dzięki, że tak było.
Jezu Chryste.
Frank wstał z fotela i podniósł popielniczkę. Podszedł z nią do kosza stojącego w rogu pokoju i wysypał całą jej zawartość. Przez chwilę patrzył się na spadające w dół łupinki po słoneczniku. Wydawało mu się, że są to anioły strącone przez Boga do piekieł.
Powinieneś się leczyć, Frank.
Położył popielniczkę na swoje miejsce, a sam wyszedł z pomieszczenia do salonu. W kącie leżały dwa ciała: matki i ojca. Oba krwawiły. Krew rozlewała się po ich rękach, nogach... Tworzyła coś w rodzaju delty rzeki spływającej do morza. Frank lubił porównywać różne rzeczy ze sobą. Może czasami nie wychodziło mu to za dobrze, ale ważne było to, że lubił to robić. Boże, on to kochał!
Ludzie, których życie przepełnione jest grzechem powinni zostać osądzeni przez Boga. A ktoś musi ich prowadzić do niego.
O tak... Nareszcie zrobił to co planował przez wiele lat. A miał to być dopiero początek końca. Kara, którą przygotował światu była zbyt wielka by nie mogła wstrząsnąć opinią publiczną.
O Chryste! Będą o mnie pisać i tworzyć programy telewizyjne! Będę znany! Jezu, ludzie na całym świecie dzięki mnie nawrócą się i zechcą rozpocząć życie od nowa przechodząc tą samą ścieżką, którą im pokazałem. Wytyczyłem im drogę między grzechami ciężkimi a lekkimi, drogę krętą i ciemną, ale prowadzącą do samego Boga!
Frank uśmiechnął się na chwilę, po czym podszedł do szafki. Otworzył szklane drzwiczki i wyciągnął ze środka małe pudełeczko. Przez chwilę patrzył się na schowaną w głębi strzelbę,
Ten drań mordował zwierzaki, ten drań mordował niewinne zwierzaki
którą jego ojciec dostał od dziadka
Boże jego dziadek też to robił! Jezu, cała moja rodzina splamiła się grzechem!
na swoje ósme urodziny. Przez kilka lat jej nie używał, ale w końcu ojciec zabrał go na pierwsze polowanie. Spodobało mu się to i od tamtej pory regularnie razem z rodzicem jeździł do lasów w Waszyngtonie by móc tam upolować zwierzynę.
Pudełeczko, które wyciągnął z szafki wykonane było z pięknego drewna. Frank nie wiedział dokładnie skąd one pochodziło, ale co to może obchodzić przeciętnego człowieka... Otworzył je. W środku, na czerwonej podkładce spoczywał mały złoty kluczyk. Chłopak uśmiechnął się na jego widok po czym wyciągnął go, a pudełeczko odłożył na swoje miejsce.
Ech, mój ojciec dostał go od swej matki. Podobno przynosił mu szczęście w szkolnych egzaminach. Ciekawe dlaczego nigdy mi go nie dał. Być może zapomniał o magicznej mocy przedmiotów, pokładając całą swoją wiarę w moc pieniędzy? A może uważał, że jestem za mały by go dostać? Cokolwiek sprawiło, że mi go nie dał nie zmieni faktu, że był grzesznikiem. To Bóg może go zmienić. To On jest w stanie zatrzymać losy świata...

2

"Umarli są niewidzialni, ale to nie oznacza, że są nieobecni"
Święty Augustyn


Danny uśmiechnął się na samą myśl, że jego syn mógłby być prymusem klasowym. Szczerze mówiąc nie wierzył w to, odkąd Johnny skończył siedem lat. Nauka przychodziła mu z wielką trudnością, był jednym z tych dzieciaków, które zamiast uczyć się wolały pobiegać na podwórku za piłką denerwując w ten sposób rodziców. Ale Danny taki nie był. Żeby go wyprowadzić z równowagi trzeba byłoby być mistrzem. Ta umiejętność bardzo przydawała mu się w pracy.
- Prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie, Greg - mruknął uśmiechnięty.
Praca policjanta w Nowym Jorku była bardzo niebezpieczna odkąd przestępcy przestali lękać się kary. Ludzie od tamtej pory boją się wychodzić z domów. Zresztą Danny się im nie dziwi. Gdyby nie mógł nosić przy sobie służbowej broni i on nie przekraczałby progów swego mieszkania po zmroku. Prawda jest taka, że miasto stałą się bardziej niebezpieczne przez nowe czasy. Ludzie mogą teraz kupić prawie wszędzie nielegalną broń, więc po jakiego diabła bać się policji?
Posterunek policji w Nowym Jorku podzielony był na trzy części: gabinet sekretarki i gabinet komisarza, poczekalnię i "salę prac", jak zwykli ją nazywać tutejsi pracownicy. To właśnie tam musieli oni spędzać osiem lub dziewięć godzin dziennie wypełniając robotę papierkową. I właśnie tam Danny ujrzał komisarza Shona.
- Danny, szybko do mojego gabinetu - mężczyzna powiedział to rozglądając się groźnym wzrokiem po pomieszczeniu. Rękoma trzymał się za boki, czoło zlane miał potem a siwiejące już włosy sklejone ze sobą opadały mu na wszystkie strony.
Greg Dammon spojrzał tylko na przyjaciela, ale już po chwili ponownie zaczął wystukiwać na klawiaturze raport dotyczący śledztwa wszczętego w sprawie zabójstwa dziewięciu kobiet. Danny tymczasem wyłączył monitor swego komputera i popędził ku wyjściu z sali. Po drodze odebrał jeszcze jedno spojrzenie należące do sekretarki komisarza, Sally. Lecz nawet ona nie mogła przez dłuższy czas skupić swojej uwagi na mężczyźnie. Zaraz po tym zadzwonił telefon, a ona zmuszona była go odebrać.
Gabinet komisarza Shona przypominał nieco te gabinety znane z filmów o Brudnym Harrym czy detektywie Colombo. Pachniało tam dymem papierosowym.
- Usiądź Danny - mężczyzna wyciągnął z szufladki biurka paczkę papierosów i poczęstował się jednym. - Chciałbym tylko byś nie mówił nikomu o tym co tutaj usłyszysz, ok?
- Dobrze - odparł policjant siadając na jedynym pustym fotelu.
- Dostaliśmy telefon od jednego z mieszkańców, że słyszał on odgłosy strzałów z sąsiedztwa - Shon zerknął przez żaluzję na ulicę. Na parkingu stały trzy samochody, a obok nich troje gliniarzy. - Chcę żebyś poszedł tam i sprawdził co się stało... Parking Avenue 37/b... Dom Jacksonów...
Danny przez chwilę nie mógł nic powiedzieć.
- Ale dlaczego nikt nie może o tym wiedzieć? - mruknął w końcu obserwując jak jego szef siada na krześle przy biurku i wyciąga kolejnego papierosa.
- Naprzeciwko domu Jacksonów jest szkoła. Ulica biegnąca pomiędzy tymi dwoma budynkami służy dzieciakom jako główne pole do zabawy. Nie chcę by jakiś wariat wyleciał na chodnik z bronią w ręku i zaczął celować nią w dzieciaki, rozumiesz?
Danny zastygł w bezruchu. Przed oczami ukazał mu się obraz leżących na podłodze pierwszoklasistów z rozerwanymi brzuchami. Krew rozlewała się po chodniku jak rzeka rozerwawszy tamę. Strugi czerwonawej, lśniącej cieczy zlewały się z kredą w miejscu gdzie dziewczynki napisały swoje inicjały. Jeszcze gdzie indziej
przestań
oparty o samochód siedział chłopiec trzymający się za miejsce
przestań przestań przestań
gdzie powinna być jego wątroba. Krew ściekała mu po nogawkach spodni
przestań do cholery przestań do cholery nie mogę tego wytrzymać przestań do cholery nie mogę nie nie nie nie nie
- Danny, tylko weź ze sobą Grega, dobrze? - komisarz wyrwał policjanta z zamyślenia. Mężczyzna szczerze mówiąc był mu za to wdzięczny.
Greg usłyszawszy informację, że może porzucić na jakiś czas pisanie raportu, aż podskoczył z radości. Danny przez chwilę myślał, że będzie musiał wycierać po koledze ślinę z kierownicy samochodu służbowego.
- Jak tam z twoją córką? - spytał Greg wchodząc do samochodu. Złapał rękoma kierownicę i zaczął stukać w nią palcami jak zwykł to robić przed kolejną, zwykłą misją.
o nie, tym razem to nie będzie zwykła misja, o nie
- Nadal się leczy - odparł Danny. Sama myśl o Elisabeth napełniała go strachem i wyrzutami sumienia. W końcu mógł inaczej zareagować na to, że jego córka zaczęła nadużywać narkotyków. Mógł na przykład zamknąć wszystkich dilerów w mieście. Mógł to zrobić, ale nie zrobił. Wolał pogrążyć się w myślach nad kieliszkiem mocnej whiskey w Black River nieopodal jego mieszkania, co oczywiście nie przyniosło żadnego pomyślnego efektu. - Proszę, nie mówmy o tym, ok?
- Nie ma sprawy.
Samochód ruszył.
Słońce tego dnia paliło jak diabli.
o nie, tym razem to nie będzie zwykła misja, o nie

3

"Zaburzenia psychiczne u nastolatków najczęściej wywołane są przez tkwiące w nich od dawna, uśpione lęki. Możliwe, że chodzi tu o te same lęki, które w dzieciństwie wywoływały u nas przerażenie i stany depresyjne. Niektóre osoby (tzn. ludzie o słabym zdrowiu psychicznym, czyli ci, którzy chorują na różnego typu depresje, psychozy, czy inne choroby umysłowe, lub też pochodzą z patologicznej rodziny) mogą stracić poczucie bezpieczeństwa lub wolności słowa. W obu przypadkach nastolatki mogą podjąć skrajne decyzje: począwszy na samobójstwie a skończywszy na morderstwie. Głównymi przyczynami, przez które młodzi ludzie odbierają sobie życie związane są z kościołem lub rodziną (...).
Zaburzenia psychiczne u nastolatków, które zostaną wcześnie wykryte mogą zostać stłumione dzięki nowoczesnym terapiom lub poprzez częste wizyty u psychologa. Rzadko jednak udaje się odkryć powody agresji młodych ludzi, przez co nikt nie jest w stanie im pomóc. (...) Młodzi ludzie, którzy podejmują ostateczną decyzję najczęściej nie mają innego wyboru. Kiedyś spotkałem człowieka, który nakłaniany był przez ojca (!) do popełnienia samobójstwa. Niestety, nawet wizyty ze mną nie przyniosły pomyślnego rezultatu. Richard (bo tak nazywał się ów młodzieniec) pewnego dnia powiesił się na żyłce wędkarskiej w domu babki. Policja skazała ojca na karę wieloletniego więzienia.
Liczba samobójstw lub morderstw popełnianych przez młodocianych "psycholi" stale wzrasta. Być może jest to wywołane współczesną kulturą. Jednak nie możemy winą obrzucać muzyków, aktorów czy pisarzy. Przyczyna tego zjawiska tkwi w nas samych. Powinniśmy zastanowić się nad tym jak budujemy świat dla naszego dziecka, czy jest on bezpieczny i wolny od przemocy? To właśnie zwykła małomiasteczkowa atmosfera prowadzi do tragedii. Przecież jak można wyobrazić sobie przyszłość spoglądając każdego dnia na obdrapane bloki, zanieczyszczone jeziora czy brudne i nierówne ulice? Jak można czuć się bezpiecznie skoro koledzy z sąsiedztwa mordują niewinnego kota łamiąc mu po kolei każdą nogę? (...)
Skoro nastolatki nie mogą przyzwyczaić się do współczesnego świata co się stanie za dziesięć - dwadzieścia lat? Jak wtedy wyglądać będą tereny, które do dzisiaj porasta bujna roślinność? Czy i tam ludzie postawią zanieczyszczające środowiska zakłady przemysłowe, czy też wybudowana tam będzie autostrada łącząca dwa wielkie miasta? Prawda jest straszna. Ludzie dbają o to co jest, nikogo nie obchodzi świat, który będzie. A powinno być inaczej. Być może to właśnie młodzi ludzie przejęci sytuacją Ziemi lub środowiska naturalnego postanawiają poświęcić w imię prawdy nawet własne życie. Zupełnie jak Sokrates skazany na śmierć przez Ateńczyków.
Albo jak Jezus, który został ukrzyżowany na Golgocie. (...)


Współczesny świat, Robert Farren"

4

"Śmierć jest piękna, to nasza przyjaciółka,
Nie umiemy jej jednak rozpoznać
Bo przychodzi do nas w masce, która nas przeraża."

Chateauiand

Frank trzymał w dłoni pistolet. Oglądał go z każdej chwili. Właśnie ta broń posłużyła mu do zamordowania rodziców.
A jeżeli Bóg ukarze mnie za ich śmierć? Nie, to nieprawda, wstawiłem się za prawdą, uratowałem ich grzeszne dusze, to nie może być prawda!
Wyjrzał przez okno. Ulica pełna była dzieciaków. Tu i ówdzie widać było wesołe twarze pierwszoklasistów biegających za sobą lub grających w najróżniejsze gry. Frank nie mógł uwierzyć, że właśnie te małe stworzenia staną się świadkami Sądu. Jak
nie to nieprawda nie to nieprawda
Bóg mógł skazać te małe dziewczynki na ogień piekielny za grzechy, które popełnili ich ojcowie?
Skoro jesteśmy ubrudzeni grzechem pierworodnym już od momentu, kiedy Ewa zerwała jabłko z drzewa wiadomości dobrego i złego to nie ma nadziei na jakikolwiek Raj. Wszystko z góry jest przesrane... Po co się starać skoro On i tak to wszystko ukartował. Może przyjemność mu sprawia widok parzących się w piekle przeklętych na zawsze dusz? Może zamiast dobrego i miłosiernego Pana, świat stworzył despotyczny duch czekający na każde potknięcie człowieka, na chwilę kiedy mógłby go strącić do podziemi... Może Bóg i Szatan to jedna osoba?
Frank czyścił lufę pistoletu ścierką wziętą z kuchni w czasie, gdy jego umysł rozważał problem istoty człowieka. Zamierzał teraz wyciągnąć z szafki matki dużą skrzynkę z biżuterią, na której dnie leżała amunicja do broni.
Nie mogę zostać ukarany za to, że zabiłem w imię Boże. Bóg wybrał mnie bym reprezentował go na ziemi, tak jak niegdyś czynili o Abraham, Mojżesz czy Jezus. Bóg chce bym wymierzał sprawiedliwość w Jego imieniu. To oczywiste, że prawo ludzkie jest mało ważne w porównywaniu z prawem boskim, tak więc za to co zrobiłem nie powinna na mnie czekać kara na Ziemi lecz nagroda w Niebie. A może jedno i drugie? Być może Stwórca chciał, bym był kolejnym męczennikiem, który poniósł śmierć podczas wykonywania jakiegoś przydzielonego mu przez Niego zadania. Być może...
Rzeczywiście, tak jak przypuszczał, w skrzynce z biżuterią znalazł magazynek do rewolweru. Był częściowo zadowolony, bo dowiedział się o skrytce kilka lat wstecz, więc radość sprawiał mu fakt, że jego pamięć go nie zawiodła.
Może moim przeznaczeniem jest spłonąć na stosie tak jak święta Joanna D'Arc? Być może mnie także któryś z kolejnych papieży kanonizuje a dzieci...
(Synu!)

Frank oprzytomniał przez chwilę i uniósł rewolwer na wysokość ramion. Rozejrzał się po pokoju. Dokładnie przed nim stał jego ojciec z dziurą na piersiach. Jego twarz przypominała czyste płótno lub szarą tapetę. Na czoło i policzki łagodnie opadały siwe włosy. Nie to jednak najbardziej poruszyło Franka. Najstraszniejsze były jego oczy. Nie miały źrenic, pozostały tylko białka. Właśnie przez ten szczegół postać wyglądała przerażająco.
- Kim jesteś? - mruknął nieco przestraszony Frank.
(Nie poznajesz mnie? Przed chwilą mnie zabiłeś, mały draniu, a teraz już o mnie zapomniałeś?)
- To niemożliwe, ty nie żyjesz! - wymamrotał półgłosem chłopak. Poczuł jak po policzku spływa mu kropla potu. Jego ręce trzęsły się ze strachu.
(Odłóż tą broń bo i tak w środku nie ma naboi. Zapomniałeś włożyć.)
Zjawa uśmiechnęła się ukazując w mroku żółte zęby.
Frank kiedyś czytał stary komiks o przygodach pewnego klauna. W jednym z odcinków bohater spotykał potwora o bladym obliczu i pustych oczach. Chłopak mógł przysiąc, że tamten i jego ojciec wyglądają identycznie.
(Odłóż tę broń! Jeżeli chciałbym cię skrzywdzić już bym to zrobił! Poza tym chcesz do mnie strzelać ze zwykłego pistoletu? To jest dobre tylko dla śmiertelników, synku...)
Frank powoli zaczął opuszczać splecione ze sobą dłonie utrzymujące broń. Oddech mu przyśpieszył, poczuł jak serce zaczyna mu łomotać w piersiach jak nigdy dotąd. Nie wiedział co robić
nie to nieprawda nie to nieprawda nie to cholerna nieprawda!
ale umysł podpowiadał mu, by słuchał poleceń zjawy.
(Czemu się mnie boisz?)
Frank nie odpowiedział. Zacisnął mocniej palce na broni i przełknął ślinę. Sytuacja wyraźnie mu się nie podobała.
Cholera, przecież duchy nie istnieją! Dusze zmarłych idą do nieba albo piekła... Nie to nieprawda, to nie może być tak! Może popadam w szaleństwo? Jezu Chryste, co tutaj się dzieje? Boże, pomóż mi! Proszę do cholery jasnej! Proszę!
Zjawa uśmiechnęła się
ten uśmiech ten uśmiech ten uśmiech ten uśmiech
wprawiając w jeszcze większe przerażenie Franka. Być może robiła to celowo, być może nie wiedziała jak wygląda duch z bladą twarzą, pustymi oczami i siwymi włosami w świetle migającej żarówki
Jezu migająca żarówka czemu teraz Jezu dlaczego teraz
wziętej żywcem z taniego horroru. Duch zacisnął pięści ukazując napięte, prześwitujące przez skórę błękitne żyły. Przez chwilę Frankowi wydawało się, że jest w stanie widzieć przez rękę zjawy, lecz moment później wrażenie to prysło jak bańka mydlana. Frank poczuł się tak jak czuł się niegdyś, jeszcze kiedy był dzieckiem. Czasami zdarzało się, że po szkole wracając do domu otaczała go grupka chłopaków ze starszych klas. Wszyscy wyglądali jakby chcieli go pociąć brzytwą na kawałki. Na ich obliczach pojawiał się demoniczny lęk, śmiech i radość wzięte razem, lecz zawsze okazywało się to tylko złudzeniem. Tak naprawdę nikt go nigdy nie prześladował, to on zawsze kreował swoje lęki...
(O czym tak myślisz synu?)
Zjawa postąpiła krok naprzód. Frank mimowolnie wysunął rewolwer na wysokość swoich ramion, tak jak zrobił to poprzednio. Strumyczki potu przebiegały przez jego twarz jak maratończyk przez trasę biegu. Próbował skupić się na zjawie, ale zmysły zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa, wszystko wydawało się takie nierealne i odległe. Przed oczami pokazywał mu się obraz jego zwłok leżących na podłodze w kałuży krwi z dziurą w głowie.
Zjawa uśmiechnęła się.
ten uśmiech ten uśmiech ten uśmiech ten uśmiech
Frank zaczął wariować. W jego głowie echem odbijały się słowa ojca o czym tak myślisz synu, uszy wyłapywały najmniejsze odgłosy...
(Nie masz naboi w rewolwerze, synku)
Frank przeraził się. Zjawa uśmiechnęła się do niego odsłaniając niepełne uzębienie. Zbliżyła się o kilka kroków.
nie to nieprawda nie to nieprawda nie to nieprawda
(To był twój błąd, synku)
ten uśmiech ten uśmiech ten uśmiech ten uśmiech
nie to nieprawda nie to nieprawda nie to cholerna nieprawda!


5

"Obdarzenie kogoś życiem nie ma sensu
jeżeli nie obdarzy się go też śmiercią"

Herve Bazin


Greg bardzo dobrze prowadził samochody. Znany był przez to w całym mieście. Odbył bardzo wiele podróży po całych Stanach i nigdy nie wypadł z jezdni. Trzy razy kierowca innego pojazdu mógł spowodować wypadek, ale mistrz-kierownicy-Greg (jak czasami mawiał na siebie w młodości) zręcznie zjeżdżał na pobocze nie uszkadzając ani nie raniąc niczego z otoczenia.
Nie minęło kilka minut a samochód zaparkował tuż obok domu Jacksonów, a Danny i jego przyjaciel wyszli na zewnątrz. Był słoneczny dzień, więc ulica roiła się od małych dzieci, lecz ani Danny ani Greg nie mogli dłużej przyglądać się skaczącym przez skakankę dziewczynkom ani bawiącym się w berka chłopcom, ponieważ zostali tutaj przysłani z misją sprawdzenia domu, a nie podziwiania okolicy.
Pierwszy szczegół jaki przyciągnął uwagę policjantów, to zasłonięte przez żaluzje okna. Kto przy zdrowych zmysłach dusiłby się w mieszkaniu podczas gdy na dworze panowała temperatura 15 stopni Celsjusza? A może mieszkańcy wyszli na spacer, lub pojechali w odwiedziny do rodziny? Cokolwiek by nie było, Danny wraz z towarzyszem musiał zapukać do drzwi domu. Tak też zrobili.
- Nikogo nie ma? - mruknął Greg.
Danny wzruszył ramionami i jeszcze raz zapukał. Bez skutku.
- Zajrzyj przez okno - powiedział w końcu.
Policjant skinął głową na znak, że się zgadza po czym przeskoczył niewielki płotek ogradzający ogródek i wszedł na jakieś kwiaty. Przyłożył twarz do okna i...
- Jezu Chryste w kalesonach! - Greg odskoczył do tyłu niemal nie upadając na ziemię.
- Co jest? - Danny był wyraźnie zdziwiony.
Zgromadzone przed domem dzieci także usłyszały głos policjanta. Wzrok każdego pierwszo- i drugoklasisty powędrował w stronę domu Jacksonów. Tu i ówdzie dało się słychać szepty niektórych chłopców opowiadających o tym, jak to Greg zobaczył w środku kosmitę żywcem wyjętego z jednego z odcinków "Z Archiwum X".
- Co się stało? - powtórzył Danny.
Greg zdołał się ocknąć, po czym uderzył kilka razy w drzwi.
- Co jest, Greg? - warknął głośno Danny.
- Tam ktoś jest... Cholernie się wystraszyłem... W tym samym czasie co ja po drugiej stronie okna ktoś wyjrzał na zewnątrz...
Niesamowity zbieg okoliczności, pomyślał Danny.
- Widocznie ktoś słyszał nasze pukanie, ale żeby przekonać się kto...
- Cicho! - syknął Greg przykładając palec do ust.
Dzieciaki stojące z tyłu zaczęły rozglądać się po okolicy, jak gdyby kogoś szukały. Niektóre jednak zdołały ujrzeć wystającą przez okno lufę strzelby...
- Co słyszałeś? - spytał cicho Danny.
- Jakby ktoś otworzył...
Nie zdążył dokończyć.
Ciszę rozdarł odgłos wystrzału ze strzelby.

6

"Ci, którzy żyją nadzieją, widzą dalej,
Ci, którzy żyją miłością, widzą głębiej,
Ci, którzy żyją wiarą widzą wszystko w innym świetle"

Frank złapał się za głowę. W pomieszczeniu nikogo nie było oprócz niego. W kącie leżały dwa ciała zalane ogarniającą dom ciemnością. Chłopak stał nad leżącym na ziemi rewolwerem czując, jak po policzkach ścieka mu pot. Kropelki wody zaczęły prześlizgiwać się przez palce Franka, po czym spadały uderzając o podłogę.
Jezu, to był tylko jakiś koszmar! Chryste dzięki!
I wtem poczuł jakby coś go zaczęło kłuć w kark. Z początku prawie nic nie czuł, ale ból zaczął się nasilać, aż w końcu chłopak upadł na kolana i złapał się dłońmi za szyję.
(Co jest Frank? Poddajesz się?)
nie to nieprawda nie to nieprawda
Ty nie istniejesz słyszysz? Nie istniejesz! Jesteś tylko wymysłem mojej wyobraźni!
(Dobre sobie... Jeżeli myślisz, że tak jest to dlaczego cię boli kark?)

Frank ścisnął palcami skórę na karku i krzyknął. Padł twarzą na ziemię czując jak rewolwer dotyka miejsca, gdzie ma żołądek. Ból stawał się coraz silniejszy. Zacisnął zęby.
Nie widzę cię, nie słyszę, nie istniejesz!
(Zamknij się wreszcie Frank! Przecież wiesz gdzie jestem. Wiesz, że jestem w twojej głowie, prawda?
Czujesz mnie, Frank? Widzę to co ty, czuję to co ty, słyszę to co ty... A ty nie chcesz przyjąć do wiadomości mojego istnienia.)
Zamknij się!
(Wiesz co nas łączy, synku? Ty jesteś moim problemem a ja twoim, więc jeżeli się postarasz to możemy dojść do porozumienia i twoje cierpienia się skończą...)

Frank zaczął tarzać się po ziemi, rzucał się na boki, czuł jak ktoś mu wbija w kark igły. Ból zaczął odczuwać w całym ciele. Każdy nerw alarmował jego mózg o niebezpieczeństwie. Bezskutecznie.
(No to jak, synku? Dojdziemy do porozumienia?)
nie to nieprawda nie to nieprawda
(Słyszysz mnie, Frank?)
Zamknij się! Zamknij się! Zamknij się!
Ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk. Chłopak czuł się jakby jakaś istota wypruwała mu flaki. Przed oczami majaczył mu obraz leżącego ciała. Te ciało należało do niego...
(Może przestaniesz siebie oszukiwać Frank i zaczniesz ze mną rozmawiać, ok?)
Jezu, to boli!
(Frank, czekam na odpowiedź!)
Boże drogi! Przestań!
(Słyszysz mnie? Dzięki wam święci i przeklęci, on mnie słyszy!)
Dobrze, zrobię wszystko tylko przestań!
(I takie podejście do sprawy mi się podoba, Frank...)

Ból ustąpił. Chłopak mógł wreszcie otworzyć oczy a po chwili wstać na nogi. Podniósł z ziemi broń i usiadł na krześle w salonie. Chciał wszystko przemyśleć od nowa. Może przyczyna tego wszystkiego tkwiła w nim samym. Może poprzez zabicie rodziców oszalał? Może...
Pukanie do drzwi.
(Nie otwieraj!)
Frank podbiegł do drzwi i już miał sięgnąć po klamkę gdy w jego głowie rozległ się przeraźliwy pisk. Padł na kolana i zatkał uszy dłońmi. Bez skutku. Dźwięk wydobywał się z jego głowy.
(Mówiłem, żebyś nie otwierał! Lepiej się mnie słuchaj, bo nie chciałbym cię więcej skrzywdzić, dobrze?)
Kim ty w ogóle jesteś?
(Myślałem, że wyjaśniliśmy sobie już tą kwestię, Frank, a ja nie lubię się powtarzać.)
Więc ja oszalałem?
(A skąd mam do cholery wiedzieć co odpowiedzieć? Sam nie wiem co robić, a gówno mnie obchodzi co ty zrobisz...)
Więc dlaczego mnie nie puścisz wolno?
(Bo jesteś mi potrzebny do uzyskania wolności...)
Jakiej wolności?
Ponowne pukanie do drzwi.
(Wyjrzyj przez okno.)

Frank bez namysłu wstał z klęczek i przyłożył twarz do szyby.
- Policja - mruknął sam do siebie. Albo do tej drugiej istoty. Sam nie był pewien ile ich jest w domu.
(Gorzej być nie mogło...)
Co mam robić?
(Wyjmij z szafki strzelbę i naładuj ją.)
Mam strzelać do policjantów?
(A kto do cholery powiedział, że będziesz strzelać do policjantów, kretynie?)

Frank z przerażeniem przypomniał sobie o zgromadzonych pod domem dzieciakach. Na samą myśl przełknął ślinę i przymknął na chwilę oczy.
Czyś ty oszalał? Nie mogę pozabijać pierwszoklasistów!
W tej samej chwili poczuł ten sam ból, jaki nawiedził go kilka minut wcześniej. Ponownie czuł się jakby ktoś mu wbijał igły w kark. O mały włos nie krzyknął z zaskoczenia.
(Zrób to!)
Dobrze! Przestań!

Cierpienia zostały przerwane. Chłopak wyciągnął broń i naładował ją. Wiedział co się za chwilę stanie. Modlił się do Boga by się mylił.
(Uchyl lekko okno... Nie zrób tego zbyt gwałtownie... Jeżeli policja zobaczy spluwę będziesz musiał pozabijać ich wszystkich...)
Frank poczuł jak w kącikach oczu gromadzą mu się łzy. Oczy go piekły, cały ociekał potem i trząsł się jakby ktoś wylał na niego lodowatą wodę. Wykonał polecenie bez żadnego sprzeciwu. Bał się nawet pomyśleć co się stanie za chwilę... Bał się jego kary...

7

"Ludzie, którzy umierają mogą wybrać sobie jedną z kilku możliwych dróg: zostać albo iść w stronę światła. Niektóre dusze wolą tą pierwszą propozycję. Najprawdopodobniej lękają się tego, co czeka ich po drugiej stronie bariery życia i śmierci. Innym powodem może być fakt, że niektóre martwe dusze nie wiedzą, że umarły. Nadal myślą, że żyją skoro widzą i chodzą, i słyszą, i mówią... Ale co się dzieje, gdy dusza zorientuje się, że choć stąpa po ziemi, to jej ciało leży głęboko pod powierzchnią? Najczęściej dusze te stają się złe, wybierają ścieżkę pełną przemocy i okrucieństwa, brutalności i zbrodni (...).
Inne jednak próbują za wszelką cenę wrócić tam gdzie ich miejsce. (...)

Encyklopedia spirytyzmu"

8

"Były dwie siostry - Noc i Śmierć,
Śmierć większa a Noc mniejsza
Noc była piękna jak sen a śmierć...
Jeszcze piękniejsza"

Konstanty Ildefons Gałczyński

Frank siedział w domu czekając na rodziców. Oglądał jakiś serial komediowy z Ashleyem Jeffreyem. Od zawsze uznawał go za marnego aktora.
grasz jak ja na garach
W pomieszczeniu żadne światło nie było włączone. Zresztą jak w całym domu. Frank lubił przesiadywać w ciemności. Szczególnie wtedy, kiedy na cos czekał. Tak było i tym razem. Od czasu do czasu wzrokiem wyłapywał w mroku poruszające się wskazówki zegarka stojącego na szafce. Chociaż z głośników telewizora wydobywał się głośny dźwięk chłopakowi wydawało się, że monotonne tykanie go zaraz zabije.
Rewolwer leżał w bezpiecznym miejscu, pod poduszką na kanapie, którą "zajmował" Frank. Młodzieniec chciał zrobić wszystko szybko. Nie chciał by oni cierpieli. W końcu wtedy zacząłby się obwiniać ich śmiercią, mówiłby sobie, że mógł zrobić to szybciej, bezboleśnie. Po prostu jeden strzał w odpowiednie miejsce (najlepiej w szyję, tak, to jest myśl) i po sprawie. Frank nie bał się tego co zrobi. Nie bał się kary. Wszystko sobie obmyślił. Powie wszystkim, że rodzice zaginęli w lesie, do którego dzisiaj po pracy pojechali. Są na to dowody. Ojciec wziął urlop, lecz po to by spędzić go z żoną i dzieckiem w domu. Poza tym chłopak zostawił samochód za miastem, przy lesie. Rewolwer nie był jego. Kupił na czarnym rynku za strasznie małą cenę. Nawet podejrzenia o to, że chłopak chciał być spadkobiercą milionów, które zostawią mu po śmierci rodzice, nie miało potwierdzenia: dwa dni przed morderstwem Frank włamał się do konta ojca, a całą sumę rozdał dla domów dziecka i schronisk dla zwierząt na terenie całego stanu. Wszystko było zapięte na ostatni guzik.
Z zamyślenia Franka wyrwał odgłos otwierania drzwi.
- Frank, jesteś tu? - z za jego pleców rozległ się głos matki.
Chłopak westchnął wyciągnął rewolwer z ukrycia i schował pod bluzę. Wyłączył telewizor. Teraz miał nastąpić ostateczny akt dramatu. Wstał i wyszedł z pokoju. Zaczął zbliżać się do kuchni. Światło włączone przez rodziców raziło go jak diabli. Przymrużył oczy i stanął w wejściu. Ona robiła sałatkę. On zaglądał do lodówki. Odwrócił się i spojrzał na syna.
- Dobrze się czujesz, jakoś dziwnie dzisiaj wyglądasz? - spytał.
Ona odwróciła się na pięcie.
za chwilę już za chwilę
- Synku... - powtórzył ojciec. A może to było echo w jego głowie.
zrób to szybciej zrób to
za chwilę za chwilę za
pospiesz się ona wie zaraz ucieknie

Matka patrzyła się na niego dziwnym wzrokiem. Skaleczyła się nożem w palec, ale wcale nie zwracała na to uwagi. Frank otworzył lekko usta. Zrobił się blady.
chcesz widzieć jej krew rozbryźniętą na ścianie chcesz tego
za chwilę za chwilę
zrób to zrób to
za chwilę
do cholery zrób to!

- Synku - ojciec zbliżył się do Franka i już był na dwa metry przed nim kiedy...
Krzyk matki.
teraz ją zabij, szybko zaraz ucieknie
...kiedy Frank wyciągnął spluwę i strzelił raz a celnie. Trafił w okolice szyi. Mężczyzna padł na kolana i uderzył twarzą o posadzkę
zabij zabij zabij zabij za Boga zabij za Boga
Matka zasłoniła usta dłońmi. Nie zdążyła krzyknąć, chłopak podniósł spluwę i strzelił. Krew bryznęła strumieniem na ścianę. Krople krwi spływały po ściankach umywalki znikając w czarnej dziurze. Ciało upadło uderzając głową o kant szafki.
zrobiłeś to draniu zabiłeś rodziców
to było za Boga za Boga słyszysz!
zabiłeś ich z zimną krwią
zamknij się

Frank upuścił broń. Rewolwer uderzył z hukiem o kafelki. Dobrze, że nie było w środku trzeciego naboju. Broń by wtedy wystrzeliła w jego stronę.
Padł na kolana. Ukrył twarz w dłoniach i zaczął płakać.
módl się do cholery
to było za Boga
za Boga do cholery!

9

"Śmierć z własnej woli jest najpiękniejsza
Nasze życie zależy od innych, nasza śmierć zaś od nas samych"

Montaigne


Dzieciaki stojące z tyłu zaczęły rozglądać się po okolicy jak gdyby kogoś szukały. Niektóre jednak zdołały ujrzeć wystającą przez okno lufę strzelby...
- Co słyszałeś? - spytał cicho Danny.
- Jakby ktoś otworzył...
Nie zdążył dokończyć.
Ciszę rozdarł odgłos wystrzału ze strzelby.
- Jezu Chryste! - Gary rzucił się na ziemię wystraszony hukiem wystrzału.
Danny w mgnieniu oka obrócił się od drzwi i zobaczył wystającą z okna lufę broni. Spojrzał w bok. Dzieci rozbiegły się w popłochu. Tylko jeden chłopiec leżał na chodniku w kałuży krwi. Został raniony w brzuch. Wszędzie walały się jego organy, a przynajmniej to co nimi było. Krew spływała mu po udzie, a na chodniku zmieszała się z kredą, tworząc dziwnoszary kolor.
- Cholera jasna! - policjant wyciągnął pistolet i strzelił w okno. W mgnieniu oka broń zniknęła. Greg podniósł się powoli z ziemi i także wyciągnął pistolet. Już miał kopnąć w drzwi by je wyważyć gdyby nie to, że Danny złapał go za ramię i pociągnął do tyłu. - Co ty robisz Greg? On może stać przy drzwiach i czekać na nas!
- Nie widziałeś tego chłopaka z tyłu? - wrzasnął policjant pokazując miejsce, gdzie spoczywały zwłoki dziecka. - Nie chcę, żeby ktoś jeszcze skończył tak jak on, Dan...
- Ale jeżeli tam wejdziesz to sam tak skończysz! - Danny nawet nie zdawał sobie sprawy jak mocno się spocił. - Tego chcesz?
Jakaś kobieta podbiegła do chłopczyka na ulicy i zadzwoniła po pogotowie. Wiedziała jednak, że to nic nie pomoże. Był martwy jak kłoda.
- Jest jedno wyjście, Greg - mruknął Danny. - Możemy wejść tyłem, od strony sąsiadów...
Policjanci spojrzeli po sobie. Greg wyciągnął z kieszeni krótkofalówkę.
- Uzbrojony osobnik u Jacksonów, powtarzam, uzbrojony osobnik u Jacksonów, wchodzimy do środka.
Krótkofalówka wróciła na swoje miejsce, przy pasie.
Pod dom podjechała karetka. Ze środka wyszło dwóch sanitariuszy i zmierzyło puls chłopakowi, chociaż widać było po nich, że i tak nie wierzą, by dziecko mogło jeszcze żyć. Za duża dziura, brak kilku organów, wykrwawienie...
Greg przyparł do ściany, a po kilku sekundach szybko wyważył drzwi nogą.
- Policja! - krzyknął. Jego głos odbił się niczym echo od ścian pomieszczenia.

10

"Lepiej celowo umrzeć niż żyć w ciągłym smutku"

Danny szedł powoli. Broń trzymał na wysokości ramion. W każdej chwili był gotowy strzelić.
- Idziemy razem czy się rozdzielamy? - spytał cicho Greg. Czuł jak przerażające zimno panujące w domu przechodzi przez niego i ściska mu organy.
- Idziemy razem - Danny nie wiedział, czemu zdecydował się akurat na taką możliwość. Może się bał? Jakakolwiek byłaby odpowiedź, musieli iść dalej.
Wszędzie panował mrok. Obaj niemal czuli go na własnej skórze. Żaden jednak nie chciał zapalać światła. Pewnie bali się, że ktoś im wyskoczy przed oczami i zacznie strzelać. Na pewno tak myśleli.
- Danny, zobacz na to - szepnął szturchając przyjaciela policjant. Wskazał palcem na kąt pokoju. Leżały tam dwa ciała: kobiety i mężczyzny. Krew już zastygała, więc musiały już tu leżeć jakąś godzinę lub dwie.
- Jacksonowie - mruknął Danny, wpatrując się w twarze zabitych. -Nie ma tylko syna...
- Myślisz, że to on ich zabił? - Greg był zdziwiony. Chłopak, o którym mówili, miał w mieście dobrą opinię, dobrze się uczył, wydawało się, że nie popadł w żaden nałóg a już na pewno nie kłócił się z rodzicami.
Z salonu można było szybko przejść do kuchni.
- Jezu Chryste - powiedział Danny stojąc w wejściu do niej.
Greg pobiegł w jego kierunku. Jego oczom ukazały się kolejne zwłoki.

11

"Pesymista to jest człowiek, który sądzi,
że wszyscy ludzie to tacy dranie jak on.
Dlatego nienawidzi bliźnich"

Julian Tuwim


Tom Brust wróciwszy do domu usiadł na kanapie w salonie i zaczął oglądać telewizję. Siedział nieruchomy. Nie ruszyły go nawet skrzypnięcia drzwi i głos żony. miał ich po uszy. Chciał przerwać swoje dotychczasowe życie. Miał nawet pewien plan. O tak... Uśmiechnął się i poklepał rewolwer leżący tuż obok niego... Westchnął i wyłączył telewizor. Ścisnął w ręku broń i wyszedł z pokoju.
Show must go on....
Strzał. Jeden a celny. W brzuch.
Mam nadzieję, że twoje dziecko też przyjdzie do domu. O tak, show must go on...


Skorpion King

skorpio1231@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||