Empatia - odcinek 11
Ragnarok
Zatopiona w mroku polana rozbłysła błękitnym, oślepiającym blaskiem. Słup światła bijący z niebios wbił się w Gotharda, ku zdziwieniu jego oponenta jak i pozostałych obecnych. Oczy mężczyzny zapłonęły niebieskim ogniem, ciało uniosło się nad powierzchnię ziemi i otoczyło się wirującymi szaleńczo cząstkami nieziemskiej energii.
Boski posłaniec spojrzał na swe dłonie, nie mniej zdziwiony niż jego wróg. Nagle zauważył, iż skupiająca się wokół niego moc formuje na ciele fragmenty zbroi. Kolejne segmenty pancerza okuły Gotharda, zmieniającego się na oczach wszystkich w jarzącego się błękitem rycerza. Z pleców wyrosły białe, ogromne skrzydła, wynosząc obrońcę dobra ponad czubki drzew, a w dłoni uformował się jaśniejący miecz.
Osłupiały Dłużnik Śmierci z niedowierzaniem spojrzał pod nogi, na ubarwioną krwią wyznawców ziemię.
- Nic mi nie pomożesz? - warknął.
Zaraz po jego słowach skąpana w posoce gleba zaczęła drżeć; kałuże czerwieni zawrzały i buchnęły z nich jęzory ognia, pochłaniając ciało Dłużnika. Starzec wił się w konwulsjach, wrzeszcząc tym głośniej, im wyższe były płomienie. Wkrótce wszystkie hałasy ucichły, a na miejscu pożaru pozostały kłęby dymu nieprzeniknione nawet przez blask rzucany przez zawisłego w powietrzu rycerza.
- Czy... to już koniec? - zapytała cicho Katarzyna, osuwając się z nóg z wycieńczenia.
- Ecce prior - odpowiedział jej głęboki, niski głos dochodzący zewsząd dookoła.
Kłęby dymu rozpierzchły sie, odsłaniając drugiego rycerza: zakutego w czerwoną, masywną zbroję, z błoniastymi skrzydłami i długą lancą w rękach. Postać wskazała dłonią Nikczemnika, który z otwartymi ustami przyglądał się scenie. Sługusa ciemnych mocy otoczyła ściana ognia, nie wyrządzając mu najmniejszej krzywdy.
- Czyń swą powinność, skrybo - orzekł Dłużnik Śmieci. - Poświęć tych śmiertelników mnie.
Potężna istota wzbiła się w powietrze, wzniecając chmurę dymu pojedynczym uderzeniem skrzydeł. Bijący od niej karmazynowy blask walczył z błękitem Gotharda.
Rycerze stanęli naprzeciw siebie, a po chwili kopia Dłużnika uderzyła w oręż jasności. Fontanna iskier spadła na ziemię; nad walczącymi zebrały się zwaliste chmury.
Nikczemnik błyskawicznie przekartkował swą księgę i zaczął mamrotać słowa jakiegoś pogańskiego zaklęcia, czyniąc dłonią gesty będące karykaturą języka migowego.
- Co on robi? - spytał trzęsący się z nerwów Robert. - Powstrzymajcie go!
- Niech ktoś go zastrzeli - rzuciła podtrzymywana przez Rewskich Katarzyna.
Porucznik ponownie dobył broń i wypalił. Kula roztrzaskała się na setki rozżarzonych strzępów przy zetknięciu z płomieniem bariery otaczającej Nikczemnika. Kilka kolejnych wystrzałów przyniosło ten sam efekt.
- To na nic! - jęknęła szlochająca Natalia. - Co on chce zrobić?
Cała grupa spojrzała na środek polany. Doszedł do nich cichy, lecz wyraźny pomruk. Z ziemi niezdarnie podnosił się bezgłowy korpus - to jego rozrywające się ścięgna wydały odrażający dźwięk.
- Zastrzel to! - krzyknął Daniel, wyrywając jednocześnie broń z ręki zranionego Rewskiego.
Przymierzył, trzymając berettę w obu dłoniach, po czym oddał kilka szybkich strzałów. Ożywieńcem targnęły lekkie wstrząsy, lecz kule nie wyrządziły mu żadnej szkody. Rozcięte w wielu miejscach ciało z mlaskaniem parło na grupę ocalałych. Dookoła rozległy się dziesiątki podobnych odgłosów.
Rycerze uderzali na przemian, łopocząc ogromnymi skrzydłami. Pioruny biły zarówno z ich oręża, jak i ze stalowych chmur nagromadzonych dokładnie nad nimi. Gothard zamachnął się ciężko i uderzył poprzecznie, chcąc trafić oponenta w pierś. Ten wykonał unik i skontrował błyskawicznie. Karmazynowa jak cały rynsztunek kopia rozkruszyła się w pełnym impetu uderzeniu o błękitną zbroję Gotharda.
Dłużnik zaśmiał się przeciągle, widząc jak przeciwnik z trudem łapie oddech, a jego pancerz pokrywa się siatką pęknięć i wgnieceń. Wyciągnął dłoń, aby, w feeri czerwonych rozbłysków, zmaterializowała się w niej kolejna lanca.
Monstra zbliżały się do ludzi ze wszystkich stron. Były powolne, lecz w takiej ilości, że nie dało się między nimi przebiec, szczególnie z roztrzęsioną Natalią oraz ranionymi Rewskim i Katarzyną. Wszyscy z przerażeniem obserwowali groteskowy widok - martwi wyznawcy chcieli ich dopaść za wszelką cenę, nawet jeśli została z nich tylko jedna ręka, wijąca się i pełznąca z trudem.
Podtrzymywaną przez brata Julią targnął dreszcz.
- Co się stało? - zapytał siostrę Daniel. - Nic ci nie jest?
Dziewczyna nie odpowiedziała; przerażony Daniel cofnął się o krok, kiedy wyprężyła ciało i zaczęła lewitować. Z wnętrza ciała Julii wydobywało się światło, takie samo jak to którym jaśniał Gothard. Ciemne, którkie włosy kobiety rozwiały się pod wpływem wichru, który uniósł ją na metr nad glebę. Spod czarnej koszuli wystrzeliły równie czarne, bogato upierzone skrzydła, rozpinając się na kilka kilkumetrową długość. Istota koloru nocy schwyciła uderzający w nią piorun i, dzierżąc go w dłoni niczym szablę, przemówiła.
- Nie obawiajcie się. Czas, abym wykonała swe zadanie.
- Powodzenia, Mareal - rzekł cichym, lecz wesołym głosem trzynastoletni chłopiec.
Tymczasem, pod wpływem maniakalnie wyśpiewywanych przez Nikczemnika formuł, części zmasakrowanych ciał zebrały się w kilkanaście grup. Zaczęły przywierać do siebie; formować większe istoty - groteskowe, wysokie monstra niepodobne do niczego, co ziemskie.
Na twarzy Julii, pod oczami zarysowały się ciemne ornamenty. Niczym tatuaże wykwitły spiralne kształy, a w białych oczach zapłonął ogień. Mareal rzuciła się do walki.
Gothard poszybował bezwładnie ku ziemi, trącony lancą Złego. Poderwał się na linii drzew i z wyraźnym wysiłkiem zaczął zadawać kolejne ciosy, skutecznie blokowane przez Dłużnika.
Mareal, Czarny Anioł, odpierała mieczem błyskawic kolejne ataki otaczających ją stworów. Podfruwała do kolejnych monstrów, zadając cięcie, po czym zmieniała przeciwnika, nie chcąc dopuścić go do zebranych przy polanie ludzi. Odcięte kończyny jednak nie umierały; ponownie łączyły się z makabrycznymi istotami, aby znów zadawać ciosy...
Grupka ocalałych zbiła się w jednym miejscu, obserwując zmagania Julii. Widowisko przerwał kobiecy krzyk.
- Spójrzcie! - wrzasnęła Katarzyna, wskazując na błyskawicznie zbliżającego się do nich mięsistego stwora. - Julio!
Mareal odwróciła się, wytrącając się z rytmu walki. Niesparowany cios przeciwnika powalił ją na ziemię; przetoczyła się po skrzydle, łamiąc je. Na bladej twarzy zagościł grymas bólu; Julia próbowała wzbić się w powietrze, lecz rana jej na to nie pozwalała. Stojąc na ziemi walczyła z dużo od niej masywniejszymy przeciwnikami.
Człapiący nieporadnie stwór parł prosto na Daniela, jakby tylko on był jego celem. Podbiegł do chłopaka i zamachnął się potężnie jedną z kończyn. Kilka umocowanych do siebie części ciała przecięło powietrze z ciężkim świstem. Błskawicznie podrywając się z miejsca, Beata wykoczyła pomiędzy brata a monstrum, przyjmując na siebie impet uderzenia. Cios odrzucił ją na kilka metrów; upadła niczym szmaciana lalka z groteskowo powykręcanymi kończynami.
Ciche "nie" zawisło na ustach wszystkich.
Poświęcenie siostry Dareckiego dało ocalałym czas na ucieczkę. Odciągnęli rannych i rozdzielili się na dwie grupy.
- To bez sensu - jęknął Robert. - Nigdy nie uda się ich pokonać.
- Ponieważ wcale nie trzeba pokonywać ich - rzekł spokojnie trzynastolatek, wskazując na otoczonego ogniem skrybę kultu. - Tylko jego.
- Czy Marael o tym wie? - spytał Daniel.
- Wie...
Kiedy jej brat wypowiadał te słowa, poraniona i osłabiona Julia przygotowywała się do ostatecznego ataku. Nie mogła tego uniknąć, a jednak łudziła się, powstrzymując istotę władającą jej ciałem. Musiała jednak wypełnić swe przeznaczenie.
Odbiegła od atakujących potworów, zbliżając się do bariery chroniącej Nikczemnika. Z wrzaskiem na ustach uniosła miecz i rzuciła się na ścianę ognia.
Całą okolicą wstrząsnęło. Oślepiający błysk przeciął las, ścinając najbliższe drzewa. Ostrze gromu przebiło piekielny płomień i dosięgnęło zdumionego skrybę, który eksplodował przy zetknięciu z mocą dobrych sił. Przestrzeńzostała rozdarta falą fioletowego płomienia. Marael, odrzucona siłą eksplozji, odbiła się od masywnego drzewa i upadła, pozostając w bezruchu. Ożywione zwłoki rozpadły się na martwe części, z których zostały stworzone.
Dłużnik Śmierci spuścił wzrok z oponenta kiedy lasem targnęła eksplozja. Gothard wykorzystał chwię nieuwagi, ostatkiem sił wykonując mieczem zamach. Jaśniejące ostrze zagłębiło się w mrocznej istocie, przecinając jej serce na pół. Sługa zła wydał ostatni, rozdzierający wrzask. Moce opuściły go, ulatując w przestrzeń; jęzory ognia wyleciały z jego wnętrza niczym stada ptaków i rozproszyły się w otoczeniu. Zbroja zaniknęła, ukazując oblicze demonicznego starca. Jego nabite na miecz ciało zsunęło się z ostrza i spadło z głuchym uderzeniem na ziemię.
Ocaleni zbliżyli się do ciała Julii. Jej skrzydła zniknęły, podobnie jak dziwne tatuaże na twarzy. Pozostała tylko strużka niezakrzepłej, lecz nie płynącej już krwi z nosa. Serce Czarnego Anioła przestało bić.
- Ona... - wysapał z trudem Daniel - nie żyje?
Do dziewczyny zbliżył się Gothard, już w swej ludzkiej formie.
- Zginęła, ponieważ takie było jej przeznaczenie - rzekł. - Twoje siostry umarły chroniąc cię, ponieważ to ty jesteś przyczyną tego wszystkiego, co stało się w ostatnim czasie. Odegrasz jeszcze dużą rolę w życiu tego świata.
- Nie wierzę w przeznaczenie - wycedził Daniel przez łzy. - Jesteś aniołem, więc wskrzesz ją. Czemu można było ożywić wyznawców kultu, a nie dałoby się mojej siostry?
- Nie mam władzy nad życiem - odparł posłaniec dobra. Pochylił głowę z pokorą, odwrócił się i odszedł, czując na sobie wściekły wzrok Dareckiego.
Damian zbliżył się do martwej dziewczyny.
- Ona będzie żyć - zapewnił. - Ja... - zawahał się. - Teraz poznałem miłość. Siostry poświęciły się dla ciebie; ofiarowały ci to, co najbardziej wartościowe. Swoje życie. Ja jestem tu tylko przez pomyłkę; sprowadziła mnie zła wola ludzi. Poznałem jednak miłość; czekałem na kobietę. Jednak ona przyszła... i odeszła - chłopczyk pogładził delikatnie srebrzyste policzki Julii. - Mogę jednak zrobić dla niej to, co ona uczyniła dla ciebie. Oddam jej swoje życie, bowiem to na twoją siostrę czekałem. Ja nie mogę żyć bez niej, ale ona może żyć beze mnie. Niech więc tak będzie.
Słowa chłopca przyjęto w milczeniu. Ten dotknął jeszcze raz twarzy dziewczyny. Strumień bladego światła spłynął na nią, rozwiewając włosy przy wtórze cichego szmeru wiatru. Postać dziecka ulatniała się z każdą chwilą, uśmiechając się do swych towarzyszy. W końcu zniknęła całkowicie; pozostali tylko ludzie.
- Żyje...? - spytał Krzysztof Rewski.
Daniel zbliżył ucho do piersi siostry, nasłuchując bicia serca.
- Żyje - odparł z pełnym wdzięczności uśmiechem.
Podniósł się z trudem i podszedł do ciała drugiej siostry; niemal zupełnie mu nieznanej. Zdjął koszulę i zakrył zastygłą w wyraznie ostatniego bólu twarz. W myślach oddał cześć Beacie, obiecując iż nigdy jej nie zapomni.
W oddali rozległo się wycie syren.
- Moje wsparcie - rzekł z sarkazmem porucznik Rewski.
- Myślę, że raczej straż pożarna zaalarmowana tym wybuchem - odparła Katarzyna. - Twoje wsparcie pewnie żre pączki na komisariacie.
- To chyba nawet lepiej. Jeśli tak często tam są, będą mogli dopilnować żebyś nie uciekła z celi - uśmiechnął się policjant.
Kobieta wbiła wzrok w ziemię. Do grupy powrócił chwiejnym krokiem Daniel.
- Moi drodzy - powiedział, skinąwszy głową na prześwitujący między pniami drzew horyzont - więc jednak nastał nowy dzień.
Słońce wyłaniało się zza widnokręgu, rozjaśniając bezchmurne już niebo.
Military
militarypolice@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||