Kruk
Dla mojej diablicy, za energię, dzięki której powstał ten tekst oraz oparcie w chwilach zwątpienia.
Bez Ciebie byłbym nikim.
"W byciu szalonym jest ta radość, ją zna tylko sam szalony" - X X X
Ciemność. Pustka. Przerażający mrok, straszniejszy tym bardziej, gdy zda się sobie sprawę, że jest on nieskończony. Wtedy chce się krzyczeć, krzyczeć na całe gardło. Tylko po co, skoro i tak nikt nie usłyszy?
Światełko błyskające w tunelu. Nadzieja. Zaczął przeć ku niemu, bo i cóż innego mu w tej sytuacji pozostało? Z każdą chwilą, gdy biała plamka nabierała rozmiarów, jego zdenerwowanie przybierało na sile. A jeśli mu się nie uda? Zgubi drogę? Zgaśnie jedyny promyk w tej próżni?
Promyk nie zgasł.
- Siostro, chyba się budzi. - obcy głos brzmiał jakby z daleka.
- Dobrze. Już idę po doktora Graszę.
- Chwileczkę. - zadźwięczał ktoś inny stanowczym tonem. - Siostra pozwoli, że sobie z nim najpierw porozmawiamy przez moment.
- Ale... - w głosie kobiety wyczuł wahanie.
- Mamy pozwolenie. - uciął ten pierwszy. - Ma przecież siostra świadomość, że to sprawa najwyższej wagi. Sama siostra widziała dlaczego. - zamilknął na chwilę, po czym dokończył. - A teraz prosiłbym o opuszczenie tej sali i grzeczne poczekanie na zewnątrz aż nie skończymy. Dobrze?
Brak odpowiedzi. Tylko ciche zamknięcie drzwi. Buczenie lamp. Pikanie jakiś dziwnych sprzętów elektronicznych. Gdzie ja jestem?
Otworzył oczy, po czym je zmrużył, porażony nagłym błyskiem światła. Z początkowego morza bieli zaczęły wyłaniać się pierwsze kontury i ciemniejsze odcienie. Po kilku chwilach rozejrzał się, gdy wzrok przyzwyczaił się już do otoczenia. Leżał w łóżku, w typowej szpitalnej sali, gdzie oprócz zgrzybiałej umywalki, brudnego lustra, równie czystego okna, pleśniejących ścian i dziurawego zielonego linoleum można było, przy odrobinie cierpliwości i pozostawania bez ruchu, dostrzec wesołe stada karaluchów, pląsające sobie po podłodze. Obok stała podstarzała, rdzewiejąca szafka, kardiogram mierzący jego rytm serca i ogólny stan zdrowia. W kącie na podwieszeniu znajdował się telewizor na pieniądze. Obok wisiał prosty, okrągły zegar wskazówkowy, pokazujący godzinę 18:49. Byłaby to zapewne kolejna zwykła sala, gdyby nie jedna, ale zasadnicza różnica. Leżał sam. Izolatka. Dlaczego się tu znalazł? Nie wiedział. Było to tak samo zagadkowe jak dwie męskie postaci siedzące w kącie przy stoliku i patrzące mu w oczy.
- Gdzie ja..? - wydukał.
- W szpitalu. Nieźle panu skórę przetrzepali.
- Kto..? Jak ja się tu..? - tysiące pytań kłębiło mu się w głowie.
- Nie wie pan? Ci, co to ich teraz chirurdzy próbują złożyć do kupy, by można im było odprawić normalny pogrzeb. Mieliśmy spore problemy z ich identyfikacją.
- Nie rozumiem.
- Zaraz wszystko sobie wyjaśnimy. Panie...
Człowiek leżący w niewygodnym szpitalnym łóżku popatrzył na swojego rozmówcę ze zdziwieniem. O co mu chodzi? Skojarzył dopiero chwilę potem, gdy siedzący naprzeciw człowiek uniósł brwi do góry.
- Janusz.
- A nazwisko? - zapytał drugi z ludzi, do którego należał ten charakterystyczny, stanowczy ton. Janusz przyjrzał mu się lepiej. Był krępy, na twarzy miał kilkudniowy zarost, nos jak kartofel, krzywe usta i parę kaprawych, malutkich, skrzących się oczek. Janusz pomyślał wtedy dwie rzeczy: osobnik ten skojarzył mu się ze świnią i ani trochę nie przypadł do gustu. Uszła wtedy z niego mącąca wszystko otępiałość, ustępując miejsca wrodzonej podejrzliwości.
- Przepraszam, a panowie to kto?
- Proszę nam wybaczyć. - odparł stanowczy. - To inspektor Basiński. - mówiąc to wskazał swojego partnera, blondyna średniego wzrostu z nijaką, pospolitą twarzą nie wyrażającą żadnych emocji. Machnęli mu odznakami przed oczami. - Ja jestem inspektor Turosz. My już się przedstawiliśmy. A pańska godność?
- Wiktimski.
- No więc, panie Januszu... Wiktimski... - mówiąc to inspektor zapisał sobie coś w notesiku. - Pytamy o dane, bo nie ma pan przy sobie żadnych dokumentów. Na razie tyle starczy. Porozmawiamy sobie chwilkę, zobaczy się pan z doktorem, po czym przyjdzie funkcjonariusz i spisze resztę danych. A skoro prezentacje mamy już za sobą, proponowałbym przejść do konkretów.
- Chodzi o to, że w pobliżu pana dokonano brutalnego mordu - powiedział Basiński. - Trzech ludzi zostało pociętych na kawałki oraz wrzuconych do śmietnika zaledwie zaułek dalej od bramy, w której leżał pan pobity i nieprzytomny. Znalazł pana jakiś dzieciak akurat tam przechodzący, ale to nie jest w tej chwili istotne. Z badania wynika, że na obuwiu ofiar była pańska krew, więc to oni musieli pana doprowadzić do takiego stanu. Ludzie ci byli już wielokrotnie...
Janusz słuchał inspektora, ale nie zwracał uwagi na to co mówi. W głowie miał przebłyski tamtego feralnego wieczora. Lało jak z cebra. Szedł ulicą. Gdzie? Nie pamięta. Nagle oni wyskoczyli zza rogu, głośni, wskazywali na niego palcami i zaczęli gonić. Dlaczego? Nie wie. Teraz to i za krzywe spojrzenie można po gębie zebrać. Uciekał co sił w nogach. Niestety, okazał się wolniejszy od nich. Dopadli go, zaciągnęli w jakąś bramę i zaczęli bić. Każde wspomnienie odbijało mu się w głowie falą tępego bólu, podobną do tej, jakie wstrząsały jego ciałem gdy oni go prali. Próbował krzyczeć, wołać o pomoc, ale każdy następny cios wciskał mu powietrze z powrotem do płuc. W myślał błagał o ratunek. Kogokolwiek. I wtedy...
- Słucha pan?
- Eee... Tak. - odparł Janusz wyrwany z rozmyślań.
- Więc pytam jeszcze raz. Znał ich pan?
- Nie.
- A był z panem ktoś, kto mógłby im coś takiego zrobić?
- Nie. Szedłem sam.
- Rozumiem. To w takim razie czy widział pan kogoś, kto ruszył panu na pomoc, rzucił się za nimi w pogoń?
- Nie. Przecież, jak pan sam stwierdził, straciłem przytomność, więc jak mam pamiętać coś takiego?
Basiński nic nie odpowiedział. Zmierzył Janusza wzrokiem, po czym zerknął na Turosza. Ten kiwnął głową, wstał i podszedł do Janusza. Sięgnął pod połę brązowego płaszcza.
- Dobrze, na razie dziękujemy. To moja wizytówka. - powiedział krępy inspektor podając Januszowi kartonik. - Proszę się ze mną skontaktować jakby pan sobie coś przypomniał.
Janusz skinął głową i położył wizytówkę na szafce.
- Do widzenia. - powiedział Basiński, wstał z krzesła i udał się w kierunku drzwi.
Turosz podążył za nim. Zatrzymał się jeszcze na progu, omiótł wzrokiem całe pomieszczenia, samemu właściwie nie wiedząc czego szuka, po czym spojrzał na Janusza. Nie zwracał na nich uwagi i pustym wzrokiem gapił się w ścianę. Wyglądał jak siedem nieszczęść: złamany nos, podbite oczy, kilka ran szytych na głowie, stłuczone żebra oraz mnóstwo siniaków i zadrapań na całym ciele. Turosz widział już wielu takich jak on i, choć tego nie powiedział, uważał gościa za szczęściarza. Inni w podobnych wypadkach kończyli z gipsami na rękach i nogach, kołnierzami na szyjach, wózkami na kółkach, wożącymi ich do końca życia, lub w czarnych, plastikowych workach. Ten, kto mu pomógł, przyszedł w samą porę. I musiał być cholernie sprawny, skoro bez problemów poćwiartował tych trzech osiłków. Teraz nieważne jest czy zrobił to w dobrej wierze, czy nie. Turosz musi go złapać, zanim znów komuś stanie się krzywda. Tylko jak to zrobić, skoro tajemniczy wybawiciel nie zostawił po sobie żadnych śladów, a jedyny świadek nic nie pamięta albo nie chce pamiętać? Turosz uśmiechnął się pod nosem. W końcu nie takie sprawy już rozwiązywał.
Drzwi skrzypnęły podczas zamykania, wieńcząc swój jęk cichym trzaśnięciem zamka.
- Ech, ci policjanci. Ciągle gdzieś węszą.
Lodowaty i jednocześnie szyderczy ton tych słów spowodował, że Janusza przeszył nieprzyjemny dreszcz. Spojrzał w kierunku, z którego doszedł go ten dziwny głos.
- Kim ty jesteś? Nie było cię tu przed chwilą.
- Och, Januszu. - odrzekł wysoki mężczyzna ze stylowymi okularami przeciwsłonecznymi na twarzy i w długim, czarnym płaszczu, który zdawał się wręcz pochłaniać całe światło wokół niego. Przez to Wiktimski odniósł wrażenie, że jego gościa spowija jakaś mroczna aura. - Sprawiasz mi przykrość. Już mnie nie pamiętasz?
- Skąd znasz moje imię?
- Tajemnica służbowa. - uśmiechnął się gość.
- Podsłuchałeś jak rozmawiałem z gliniarzami.
- Ależ to są insynuacje. W ten sposób podważasz moje kompetencje zawodowe. Zrozum, wiem o tobie wszystko.
- Udowodnij.
- O, proszę, niedowiarek mi się trafił. - parsknął gość.
Janusz mrugnął oczami, bo poczuł jak łzawią w wyniku braku odpoczynku. Od rozpoczęcia tej dziwnej rozmowy nie robił tego ani razu.
Gdy po ułamku sekundy podniósł powiekę, tak jak robił już tysiące razy w ciągu życia, mężczyzny nie było. Zniknął. Ale jak to możliwe? Nikt nie jest w stanie poruszać się tak szybko.
- Do czwartego roku życia zdarzało ci się popuścić w majty. - Janusz aż podskoczył gdy usłyszał twardy, wyprany z emocji głos nieznajomego tuż koło ucha. Skąd on się tam wziął? Sparaliżował go strach. Jedyne co mógł wtedy zrobić, to siedzieć i słuchać, jak jego rozmówca obnaża go przed nim samym. - Mając pięć lat zaszyłeś się w łazience z całym słoikiem miodu, wyjadłeś go do pełna i godzinę potem obrzygałeś babci całą kanapę. Kilka razy. Gdy miałeś sześć lat nakryłeś rodziców ciupciających się w łóżku. W pierwszej klasie podstawówki zostawiłeś kurtkę w szkole i nigdy już jej nie zobaczyłeś. Ojciec ci wtedy wygarbował skórę na tyłku. Podczas jazdy autokarem na zieloną szkołę w piątej klasie chciałeś cicho pierdnąć. Udało ci się, ale przy okazji posrałeś się w gacie. Wkrótce śmierdziało w całym autobusie. Zatrzymaliście się sprawdzić co to i gdy wstałeś z krzesła twoje odchody wypadły ci przez nogawkę. To od wtedy dostałeś przydomek Janek-gównianek. Mam wymieniać dalej?
- Ktoś mógł ci to opowiedzieć... - powiedział Janusz łamiącym się głosem. Nie mógł uwierzyć. Skąd on to wszystko wiedział?
- Twarda z ciebie sztuka. Jak tu cię przekonać? - głos nieznajomego znów zyskał ten szyderczy wyraz, jaki towarzyszył mu na początku. - Wystarczy, że powiem o tym, czego nie wie nikt? Oprócz ciebie, oczywiście. - stwierdził gość, a jego głos zaczął docierać do Janusza z drugiej strony głowy. - Zaprawdę, rodzice powinni nadać ci imię Tomasz, a nie Janusz.
Nieznajomy przybliżył usta do ucha Janusza, prawie ich dotykając.
- Jesteś prawiczkiem. - wyszeptał. - Najlepsza panienka to własna ręka, co?
Janusz osłupiał. Tego nie wiedział nikt. NIKT. Kto to jest?! Boże!
- No, no! Mama nie nauczyła cię, by nie wzywać imienia Pana Boga twego nadaremno? - zaśmiał się tajemniczy przybysz.
- O czym ty mówisz? - zapytał Janusz, zdezorientowany tą wypowiedzią.
- Postaraj się, wysil swoją inteligencję. Nie chcesz chyba pokazać, że cię przeceniłem.
Wiktimski zaczął zastanawiać się o co też mogło chodzić temu dziwnemu człowiekowi. Nie wzywaj imienia Pana Boga swego nadaremno? Pierwsze przykazanie. Czyżby je złamał? Kiedy? Zaraz. Przecież przed chwilą pomyślał "Boże!". Ale tego nie powiedział. Pomyślał! Czyżby więc nieznajomy...
- ...czytał w myślach? - dokończył mężczyzna za Janusza. - Brawo! Czas reakcji i kojarzenia jak u przeciętnej małpy w ZOO. Zaiste, wasi naukowcy byli blisko z tą teorią ewolucji. Choć w rzeczywistości małpy są po prostu wcześniejszą wersją człowieka. Bóg stworzył was później, eliminując ich ułomności.
- Skąd ty to wszystko wiesz?
- Mówiłem już przecież - tajemnica zawodowa.
- Czy ty jesteś... aniołem?
- No, nie do końca. Ale jestem do takiego skrzydlatego fircyka bardzo podobny. - dziwny gość uśmiechnął się, ukazując równe, błyszczące białe zęby. Janusza przeraziło to, bo było w nich coś z bestii, z dzikiego, nieokiełznanego zwierzęcia. Coś diabolicznego. Przy okazji zwrócił uwagę na fakt, że jego gość nie miał na twarzy ani jednej kropli potu, mimo tego, że w sali było ciepło, a on był w tym swoim czarnym płaszczu.
- Ach, ale gdzie podziały się moje maniery? Ja wiem jak się nazywasz, ale ty wciąż tytułujesz mnie w myślach przybyszem, tajemniczym gościem, mężczyzną w płaszczu i im podobnymi. To brzmi tak pompatycznie. Proszę cię, mów mi Paweł.
- Paweł? - zdziwił się Janusz.
- No, Paweł. Źle?
- Nie, dobrze...
- To w porządku. - Wiktimskiemu przez chwilę zdawało się, że za mrocznymi szkłami okularów Pawła błysnął czerwony płomień. - Ale koniec tego ględzenia. Musisz się stąd zbierać. Masz zadanie do wykonania.
- Jakie zadanie? Czego ty ode mnie chcesz? - Janusz poczuł, jak pod czaszką coś zaczyna go palić, promieniując przez całe ciało. Zbierało mu się na wymioty.
- Więc jednak nie pamiętasz? W takim razie pozwól, że ci przypomnę.
Paweł wyciągnął rękę i złapał Janusza za głowę. Jego dłoń była zimna niczym lód, przez co płomień w głowie Wiktimskiego, zapewne chcąc zadziałać w zgodzie z prawami fizyki, zaczął przybierać na sile i z ogniska przeistoczył się w pożar, próbujący ogrzać ten niewyobrażalny chłód. Janusz zamknął oczy. Znalazł się na granicy utraty przytomności, ale wtedy przypomniał sobie jak prosił o pomoc. Kogokolwiek. I wtedy...
I wtedy zjawił się ON. Wyrósł jak spod ziemi. Kolesie zapytali go czego tu szuka, ale ON uśmiechnął się tylko, a jego oczy rozbłysły żywym ogniem. Oprawcy Janusza zaczęli uciekać w popłochu, ale zdołali zbiec zaledwie za bramę. Słyszał jak ich dopada, jak krzyczeli w przerażeniu gdy ON ich szlachtował. Czym? Nie wiedział. Nie był w stanie zobaczyć. Leżał na mokrym bruku, przykuty do niego ciężarem własnego ciała. Tymczasem masakra odbywająca się za rogiem skończyła się równie nagle, jak się zaczęła. Słyszał jedynie bębnienie kropel. Moment. Coś jeszcze. Kroki. Poczuł opanowującą go falę paniki. To ON! Idzie po niego, dobije go! Podniósł wzrok by zobaczyć swojego kata. Stał nad nim, mroczna postać z dziwnym mieczem ociekającym posoką. Ostrze dotknęło szyi Janusza, który przygotował się na najgorsze. Ale najgorsze nie nadeszło, życie nie przeleciało przed oczami, nie było światełka w tunelu ani chóralnych śpiewów anielskich zastępów. Postać nachyliła się i zaczęła szeptać mu do ucha.
- Pomogłem ci. Mnie zawdzięczasz swoje życie! W zamian za to ty pomożesz mi, w taki sposób, jaki tylko sobie zażyczę. W przeciwnym razie ta broń zasmakuje również twojej krwi. - dźgnął Wiktimskiego krańcem klingi tak, by poczuł jak jest ostra, jednocześnie go nie kalecząc. - Przysięgasz?
- Przy...się...gam... - Janusz z trudem łapał oddech.
- Powtórz.
- Przysięgam...
- Powtórz!
- Przysięgam..! - powiedział najgłośniej jak potrafił i choć kosztowało go to mnóstwo sił, wyszedł z tego tylko cichy szept.
Mroczny mężczyzna nic nie odpowiedział. Na jego twarzy pojawił się demoniczny uśmiech tryumfu, a oczy znów zapłonęły. W tym momencie Janusz stracił przytomność.
- Teraz już wszystko kojarzysz? - zapytał Paweł zdejmując dłoń z głowy Janusza. Popatrzył na jego twarz i skrzywił się, zobaczywszy kolejne kłębiące się w niej pytania. - Nie rozumiem, jakim prawem wy, ludzie, określacie siebie mianem "najinteligentniejszej istoty na Ziemi". Zaiste, Bóg mógł poprzestać na szczurach. - westchnął Paweł, choć Janusz ani razu nie widział, aby jego klatka piersiowa unosiła się bądź opadała. - Zbieraj się. Swoje rzeczy masz w szafce, łącznie z kluczami od domu. Tam się teraz udasz.
- Ale mam czekać na lekarza, a potem... - zaprotestował Wiktimski.
- Będziesz współpracował, czy też ma ci się przytrafić, jak wy to określacie, "nieszczęśliwy wypadek" po wyjściu ze szpitala?! - wykrzyknął Paweł, a Janusz był już pewien, że widział ogień za przyciemnianymi szkłami. Czerwony błysk zniknął jednak równie szybko jak się pojawił, a na twarzy przybysza znów pojawił się lekki, szyderczy uśmieszek. - Przepraszam, poniosły mnie nerwy. Widzisz, miewam problemy z cierpliwością. Wy ludzie, mimo tego, że tyle już wami pracuję, wciąż potraficie zaskakiwać.
Janusz potaknął głową. Był zbyt przerażony wybuchem Pawła, by pozwolić sobie na inny gest.
- To jak, zbierasz się, czy znów mam się zdenerwować?
Wiktimski wstał z trudem, każdy ruch przypominał mu o tym jak jest obolały i poobijany, odpiął elektrody przylegające do ciała oraz wyjął igłę kroplówki z przedramienia. Zaczął wyciągać swoje rzeczy z szafki. Były wyprane i pachniały tanim, szpitalnym proszkiem. Już chciał zdjąć piżamę, gdy zorientował się, że przecież nie jest sam. Zerknął na Pawła, na co ten wzruszył ramionami i odwrócił się. Janusz rozebrał się, wepchnął pasiastą piżamę pod poduszkę i wciągnął majtki.
- Nie rozumiem, po co te ceregiele z moim odwracaniem się? Mówiłem ci już przecież, że wiem o tobie wszystko, ile masz plomb w zębach, co lubisz jeść, jakiej muzyki słuchasz. Znam nawet długość twojej kuśki w wzwodzie i gdy jest sflaczała. Zgodnie z moim zasobem danych jest to odrobinkę poniżej europejskiej przeciętnej i dużo powyżej azjatyckiej. Na twoim miejscu pojechałbym do Tajlandii czy innego dalekowschodniego kraju i rozpoczął karierę gwiazdy porno. Pod tym względem tutaj nie masz na co liczyć.
- Powiedz mi jedną rzecz, bo jestem jej bardzo ciekaw.
- Wal.
- Co będzie, jeśli nie dotrzymam umowy?
- Która godzina? - zapytał Paweł.
- Co?! - zdziwił się Janusz.
- No popatrz która godzina!
- Dziewiętnasta... - nie skończył.
Na oczach Wiktimskiego wskazówki zaczęły się cofać, a on nagle znów znalazł się w piżamie. Leżał w łóżku. Zobaczył jak Turosz zamyka za sobą drzwi. Na zegarze była 18:55.
- Ech, ci policjanci. Ciągle gdzieś węszą. - Paweł zaśmiał się, stojąc tam, gdzie Janusz zobaczył go po raz pierwszy.
- Jak..?
- Ot, taka sztuczka. I wierz mi, potrafię się przemieszczać na różne dystanse, nie tylko kilkuminutowe. Mówiąc jaśniej, mogę cię cofnąć do momentu, gdy ci kolesie prali cię w najlepsze, a ja bym nie przyszedł z pomocą. Ha, może bym im nawet pomógł, by nie spartolili roboty i byś z tego nie wyszedł? - uśmiechnął się. - Dotarło?
Janusz zrozumiał. Gdy tylko wspomniał ten feralny wieczór pod czaszką zaczęło coś pulsować. Zauważył też, że Paweł coraz mniej go przeraża, a zaczyna ciekawić.
- To czy w takim razie czeka mnie jakaś nagroda gdy już wykonam swoje zadanie? - zapytał poczuwszy przypływ odwagi.
Twarz Pawła spoważniała.
- Typowo ludzkie pytanie. - powiedział. - Ty swoją nagrodę już dostałeś. Na kredyt. Teraz musisz go spłacić. Z procentem - na twarzy Pawła pojawił się złośliwy grymas. - Choć może uda mi się wypertraktować coś dla ciebie. Wszystko zależy od tego jak się spiszesz - wzruszył ramionami. - A teraz zbieraj się, a ja w tym czasie odpowiem ci na kilka nurtujących cię w tej chwili pytań. Pierwsze: dlaczego lekarz nie pojawił się przez tyle czasu? Cóż, zważywszy, że ten został cofnięty, to jeszcze nie powinien wiedzieć, że może już przyjść. A dlaczego wtedy nie przyszedł? Ogólnie mówiąc, był zajęty z powodu "nieszczęśliwego wypadku", podobnie zresztą jak będzie za chwilę. - uśmiechnął się Paweł. - Drugie: co z policjantami? Ci dwaj, co tu byli, wsiadają właśnie do wozu z zamiarem wybrania się na pączki i kawę. Ten, co miał spisać twoje dane siedzi teraz w kiblu. Wiesz jak to jest z waszą służbą zdrowia: tam się zamek zatnie, gdzie indziej zaszyją komuś skalpel w brzuchu... I ostatnie, które ma teraz znaczenie: co mam teraz zrobić? Brać dupę w troki i jechać do domu. Tam się spotkamy i wyjaśnię ci parę spraw, o ile nie wprawisz mnie w zły humor i nie będziesz zbyt natarczywy. O mnie się nie martw. Znajdę cię bez problemu. Tylko czy ty pamiętasz gdzie mieszkasz? - parsknął Paweł.
Janusz chciał odpowiedzieć, że tak źle to z jego pamięcią nie jest i wie jak trafić do swojego mieszkania, ale słowa ugrzęzły mu w gardle, gdy zorientował się, iż jest sam w izolatce. Paweł zniknął.
Sprawdził czy ma klucze od mieszkania w kieszeni. Były. W przeciwieństwie do dokumentów. Czy zostawił je wtedy w domu? Nieważne. Sprawdzi jak wróci.
Podszedł do drzwi. Pociągnął w napięciu na klamkę. Otwarte. Zerknął na korytarz przez niewielką szparę między framugą a uchylonymi drzwiami. Nikogo. Wyskoczył z pokoju i zatrzasnął wejście do izolatki. Rozejrzał się na boki. Słyszał czyjeś kroki na niedalekich schodach, ale nikt go nie zauważył. Założył kaptur na głowę, wsunął ręce do kieszeni i jak gdyby nigdy nic wyszedł głównym wejściem, nie zwracając niczyjej uwagi.
Parę chwil potem jechał autobusem w stronę swojego osiedla i zastanawiał się nad dziwnymi doświadczeniami dzisiejszego dnia.
* * *
Gmerał kluczami z zamku. Znowu się zacinał. Obiecał sobie, że jak tylko da radę odłożyć trochę grosza, to jego najbliższym wydatkiem będzie sprawienie sobie nowego. W końcu usłyszał błogosławione szczęknięcie, przestąpił próg mieszkania i zapalił światło. Obrócił się, zatrzasnął drzwi, przekręcił klucz w zamku i zaciągnął zasuwkę.
- A więc tak mieszkasz? - usłyszał za plecami i aż podskoczył ze strachu. W pierwszej chwili myślał, że to jakiś włamywacz, który zaraz przyłoży mu pałą przez łeb i obrabuje dom, ale chwilę potem rozpoznał ten głos. Mógł należeć tylko do jednej osoby na tym świecie.
- Niezła nora. - zauważył Paweł.
Nie było to może trafne stwierdzenie, ale miało w sobie odrobinę prawdy. To, czym był dom Janusza trudno było nazwać mieszkaniem. Trafniejszym określeniem byłaby zapyziała, jednopokojowa klitka, jakich wiele na pokomunistycznych osiedlach. Widać było, że firanki, tak jak okna, od dawna nie czuły co to woda ze środkiem czyszczącym. Po podłodze walały się pomięte i nie wyprane ubrania, a na biurku zalegały porozrzucane kartki papieru. Mimo tego wykładzina wyglądała na odkurzaną raz w tygodniu, łóżko było pościelone, w ubikacji nie śmierdziało, w zlewie nie było brudnych naczyń, kuchenka sprawiała wrażenie mytej od czasu do czasu. Na niedużym stoliku stał mały telewizor z dwiema wystającymi zeń antenkami, a szafkę okupował tani zestaw stereo.
- Tak, niezła nora. - powtórzył Paweł. - Ale przytulnie tu. Podoba mi się - dodał po chwili przerwy.
- Dziękuję, miło mi. - odparł Janusz bez przekonania.
- Cała przyjemność po mojej stronie. To przy niej walisz gruchę? - zapytał wskazując na plakat roznegliżowanej, cycatej panienki wiszący w ubikacji. - Czy może wtedy, gdy z zazdrością wsłuchujesz się w dźwięki codziennych orgii odbywających się piętro wyżej? Wyobrażasz sobie, że to ty, a nie jakiś sfrustrowany biznesmen czy niewierny mąż, posuwasz tę kurwę z góry, co?
- Nie twój interes. - żachnął się Janusz. - Zresztą, po jaką cholerę pytasz, skoro i tak powinieneś wiedzieć?
- Celna uwaga! Widzę, że zaczynasz już coś łapać. - uśmiechnął się Paweł. - Masz rację, wiem. A ją sobie odpuść. Długo już nie pożyje, podobnie jak wszyscy jej klienci.
Wiktimski, zrozumiawszy aluzję, w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami. Nalał wody do czajnika, postawił go na gazie i zaczął grzebać w lodówce w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Musiał też znaleźć tabletki przeciwbólowe. Ale to później. Pusty żołądek ma pierwszeństwo przed bólem w głowie.
- Kawy? Herbaty? - zapytał.
- Dziękuję, nie pijam. Ale pozwolisz, że sobie usiądę.
- Proszę bardzo. - zgodził się Janusz, choć zdawał sobie sprawę, że niezależnie od odpowiedzi jego gość i tak by usiadł. Wyjął kubek z szafki i nasypał sobie dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej. Odstawił słoik z czarnymi granulkami na półkę, sięgnął po czerstwą bułkę leżącą na blacie w przeźroczystym foliowym worku, przeciął ją pół, po czym posmarował resztkami margaryny i dżemu truskawkowego.
- Powiedz mi jedno. - odwrócił się do przyglądającego mu się Pawła. - Dlaczego mi pomogłeś?
- Bo o to prosiłeś.
- I ty, diabeł, odpowiedziałeś na moje wołanie?
- Byłem jedynym, który je usłyszał. Przybyłem, rozprawiłem się z twoimi oprawcami, a ty w zamian obiecałeś, ba, przysiągłeś się odwdzięczyć.
- Wymogłeś to na mnie. - stwierdził Janusz czując przy tym ukłucie w szyję.
- Tonący brzytwy się chwyta. - powiedział Paweł z uśmiechem. - Na przyszłość uważaj na to, czego sobie życzysz. Nie ma nic za darmo. Gdyby kózka nie... zaraz, zaraz, to tu nie pasuje. - zaśmiał się.
- Skończ już.
Z czajnika wydobywały się kłęby pary. Wiktimski zdjął go z gazu, zagasił palnik i zalał zawartość kubka wrzątkiem. Zamieszał go łyżeczką przebarwioną od częstego używania. Wziął niewielki łyk gorącego napoju i poczuł jak przyjemne ciepło rozlewa się po całym ciele. Miał wrażenie, że zelżał mu nawet ból głowy.
- No dobra. - westchnął. - Mów czego chcesz.
- W końcu przechodzimy do meritum. Zakładam, że znasz kodeks Hammurabiego?
- Wiem o co chodzi. Oko za oko, ząb za ząb, tak?
- Dokładnie. Tylko, że w tym wypadku będzie życie za życie. - wyszczerzył się Paweł.
Janusz osłupiał. Brał właśnie kolejny łyk czarnego, aromatycznego płynu, gdy zesztywniał z kubkiem przy twarzy. Był zbyt oszołomiony by poczuć, że gorąca kawa parzy go w usta.
- Czy to oznacza..? - wydukał po chwili.
- Tak, to oznacza właśnie TO. Powiedzieć za ciebie? - zapytał Paweł z obrzydliwym grymasem na twarzy. - Zabijesz kogo ci wskażę.
- Po co? Dlaczego?
- Bo tak chcę i już. Nic więcej nie muszę ci mówić.
- Ale przecież ja nie dam rady... Nie mogę... - Janusz próbował się bronić.
- Och, nie bądź taki skromny. Masz już trochę doświadczenia w zabijaniu. Pamiętasz chyba Buraka, że nie wspomnę o setkach bezimiennych komarów i much rozsmarowanych na ścianie, mrówkach zdeptanych na chodniku i różnych drobnych zwierzątkach rozjechanych na drodze.
- Burak? - zapytał Janusz.
- Zapomniałeś? - diabeł udał zaskoczonego. - W takim razie pozwól, że odświeżę ci pamięć. - rozsiadł się wygodniej na łóżku. - W wieku dwunastu lat miałeś chomika. Byłeś sam, nudziłeś się, rodzice znów gdzieś wyszli, nic ciekawego w telewizji, więc postanowiłeś się z nim pobawić. Wypuściłeś go na podłogę, ale on zaczął ci uciekać w stronę szafy. Wiedziałeś, że jak się za nią wciśnie, to trudno będzie go stamtąd wydobyć. Dlatego rzuciłeś się za nim, złapałeś w ostatniej chwili, ale mając go już w garści ścisnąłeś nieco za mocno, przez co biedaczkowi strzelił kark i lewe oczko wyskoczyło z czaszki. Prawemu mało brakowało.
Janusz opadł na krzesło omal nie wypuszczając kubka z ręki. Rozlał odrobinę czarnego płynu na czerwoną wykładzinę. Był wstrząśnięty. Przed oczyma stanął mu ten przerażający widok, obraz, który dawno już zagrzebał w czeluściach swojej pamięci z zamiarem nie wydobywania go. Teraz znów widział to czarne ślepię toczące się po podłodze pod szafę, słyszał ten agonalny pisk umierającego zwierzątka i trzask łamanych kostek, czuł krew cieknącą przez palce oraz obluzowane wnętrzności przemieszczające się pod miłym futerkiem chomika. Burak, tak się nazywał. Przypomniał sobie, jak wraz ze spuszczeniem wody w klozecie odprawił Buraka i jego duszę w "ostatnią drogę", ciągnącą się przez rury kanalizacyjne aż do bajora pełnego szlamu, rzeki, oczyszczalni ścieków, czy gdzie tam prowadziły te cuchnące arterie.
- Wybacz, że przywołałem złe wspomnienia. - powiedział Paweł, choć po wyrazie jego twarzy można było odnieść wrażenie, że wcale nie jest mu przykro. - Sam mnie do tego zmusiłeś. Widzisz zatem, że masz już trochę wiedzy na temat odbierania życia innym.
- Ale zabić człowieka to nie to samo! - wykrzyknął Janusz.
- Mylisz się, mój drogi. - odpowiedział Paweł ze spokojem. - Nie ma żadnej różnicy. Ona jest tylko tu. - wskazał palcem głowę Janusza. - Ale nie myśl o tym. Odpocznij sobie, doprowadź się do stanu jako takiej używalności. Gdy nadejdzie, pora skontaktuję się z tobą.
Wiktimski popatrzył na łóżko, gdzie jeszcze przed chwilą siedział mężczyzna, nie, nie mężczyzna, tylko diabeł w czarnym płaszczu. Na posłaniu nie było śladu bytności kogokolwiek. Było w takim stanie, jak je zostawił wychodząc z domu tego cholernego, deszczowego wieczora. Ludzie, pomyślał, w co ja się wplątałem?! Rozmawiałem z diabłem! Przecież ja nawet nie wierzę w to gówno! A może to była tylko halucynacja? Nie, niemożliwe. Na moich oczach cofnął czas! Kurwa! Kurwa! KURWA! To jakaś paranoja! Gdybym wtedy nie wyszedł z domu! Po jaką cholerę ja wtedy lazłem na miasto?! Szlag by to trafił!
Poczuł pulsujący ból pod czaszką. Poszedł do szafki z lekarstwami i znalazł zbawienne tabletki. Łyknął trzy na raz i zapił resztą kawy. Włożył kubek do zlewu, zalał wodą i powlókł się w stronę łóżka. Zwalił się na nie niczym padające drzewo. Mebel jęknął w proteście przeciwko takiemu traktowaniu. W głowie pożar neuronów przybierał na sile. Miał nadzieję, że tabletki niedługo zaczną działać, a przy odrobinie szczęścia uda mu się umrzeć we śnie.
Tymczasem sen nadszedł dopiero po trzech godzinach, a połknięte pigułki nie spełniły żadnego ze swoich zadań.
* * *
Inspektor Turosz ziewając przeciągnął się za swoim biurkiem. Oto znów szykował się kolejny dzień pracy. Popatrzył na stos piętrzących się przed nim papierów. Zaklął w duchu na wzrastający wszędzie poziom biurokracji. Kiedyś tak nie było, pomyślał. Zagadnęło się tu i tam, i wszystko było załatwione. A teraz? Trzeba pisać podania o zwiększenie przydziału amunicji, prosić o nakazy rewizji, rozliczać się z kilometrów przejechanych radiowozem. Jak tak dalej pójdzie, to nawet pierdnąć bez pozwolenia nie będzie można.
Sięgnął do teczki i wyjął dzisiejszą gazetę oraz śniadanie przyrządzone przez żonę. Odpakował folię aluminiową, zlustrował co jest w środku, wziął kęs chleba z szynką i majonezem, po czym zapił łykiem ciepłej, słodkiej kawy. Rozłożył dziennik na biurku i rozpoczął jego przeglądanie od najbardziej interesującego go działu, czyli rubryki sportowej.
- Szmaciarze. - burknął pod nosem, gdy zobaczył, że drużyna z jego miasta przegrała z outsiderem tabeli.
- Cześć, Stachu. - powiedział Basiński wchodząc do ich pokoju.
- Witaj, Romek. - odparł Turosz. - Byłeś u tego krawężnika po dane naszego ptaszka ze szpitala?
- Masz na myśli Janusza Wiktimskiego?
- Zgadza się.
- Cóż, rozczaruję cię, ale nic nie mamy.
- Jak to?
- Tak to. Nasz ptaszek wyfrunął z klatki nikomu o niczym nie mówiąc. I teraz nie wiadomo gdzie go szukać.
- Jakim cudem udało mu się opuścić szpital?! Przecież był tam nasz człowiek!
- Owszem, był, ale zatrzasnął się w kiblu. Wydostał się z niego paręnaście minut po naszym wyjściu, gdy ktoś usłyszał go szarpiącego się z drzwiami i zawołał woźnego, aby ten otworzył zamek. W tym czasie pan Wiktimski zdążył się ulotnić.
- Kurwa! A co z lekarzem, który miał z nim pomówić. Zdawało mi się, że ma wejść tuż po nas.
- Zdarzył się nagły wypadek. Przywieźli na sygnale jakiegoś gościa z urazami głowy i pan doktor musiał natychmiast operować. Skończył po czterech godzinach, z powodzeniem, nawiasem mówiąc.
- Gówno mnie to w tej chwili obchodzi. - warknął Turosz. - Ważne jest to, że straciliśmy jedynego świadka tej masakry. A może... - zamyślił się inspektor.
- Co?
- Mamy coś na niego?
- Cóż, sprawdziłem go i tu pojawia się problem. - westchnął Basiński. - Nie był notowany, więc nie mamy go w naszych kartotekach. W książce telefonicznej jest tylko jeden Wiktimski. Też Janusz. To bezdzietny osiemdziesięciolatek, który nawet nie ma rodzeństwa, więc pokrewieństwo raczej nie wchodzi w grę. Dowiedzenie się gdzie jest zameldowany może być najgorsze. Po pierwsze, dziś mamy sobotę, więc archiwum z tymi danymi jest zamknięte, przez co dostęp do informacji będziemy mieli najwcześniej w poniedziałek. Po drugie, jeśli ten gość nie jest stąd, to trzeba by go szukać w rejestrze krajowym, a to może trochę zająć. Tak czy inaczej przed nim co najmniej dwa do trzech dni spokoju.
- Wciągnij go na listę poszukiwanych i podejrzanych w tej sprawie - rzucił Turosz.
- Masz przeczucie? - zapytał Basiński, a na jego nijakiej twarzy zagościł cień uśmiechu.
- Powiedzmy, ale nie wydaje mi się, by to on popełnił tamtą zbrodnię. Sam go widziałeś. Nie wyglądał na takiego, co byłby w stanie to zrobić. Tym nie mniej coś mi śmierdzi. Wydaje mi się, że kryje tego, co mu pomógł. Amnezja to doskonała wymówka. Zresztą, za tą wersją przemawia fakt, że cichaczem dał nogę ze szpitala nie zostawiając żadnych śladów.
- Nie przesadzasz przypadkiem? - zauważył Basiński. - Może nie mogąc doczekać się przyjścia lekarza oraz naszego krawężnika stwierdził, że nie warto dłużej czekać i poszedł do domu? Może sam się dzisiaj zgłosi do szpitala? W jego stanie...
- Zobaczymy. Poślij tam kogoś by na niego czekał, ale niech to nie będzie ktoś, kto zatrzaskuje się w kiblu. Choć wydaje mi się, że to strata czasu. On nie wróci. Sami będziemy musieli go znaleźć. Bez niego nie złapiemy tego rzeźnika.
* * *
- Na początek zlikwidujesz...
- Na początek?! - wykrzyknął Janusz. - Miało być życie za życie! Nie było mowy o kilku!
- Zaznaczyłem już chyba, że żyjesz na krechę? Zapomniałem tylko dodać, że kredyt ten ma lichwiarski procent. - stwierdził Paweł. - Zaraz, gdzie ja byłem... A! No, więc on będzie pierwszy. - powiedział wskazując przez okno rosłego chłopaka w srebrnym, szeleszczącym dresie, który stał w towarzystwie czterech odzianych w podobny sposób kumpli.
- Chryste, ty wiesz kto to jest?!
- Andrzej Piejko, zwany również Kozikiem. Nie wiadomo czy to od noża, który nosi przy sobie od dwunastego roku życia, czy też od tego, że zdarza mu się jeść kozy z nosa. To nie jest dla ciebie istotne, ale zdradzę ci, że chodzi o to drugie. Wieczorowy student drugiego roku AWF, zawodnik lokalnego klubu hokejowego oraz pracownik Miejskiego Zakładu Komunikacyjnego w dziale public relations i windykacji długów, czyli, mówiąc po ludzku, kanar w autobusie. W wolnych chwilach także osiedlowy paser i, okazjonalnie, handlarz narkotyków.
- No właśnie. I ty chcesz, bym ja go załatwił? Zobacz jak wyglądam ja, a jak wygląda on!
- To siłę mózgu przeciwstaw sile muskułów - wyszczerzył się Paweł rozsiadając się w kuchennym krześle. - Nie będę ci przecież ciągle dyktował co robić. Wykaż własną inicjatywę.
- Ale dlaczego właśnie on?
- Och, ciągle tylko dlaczego to, dlaczego tamto? - przedrzeźniał diabeł Janusza. - Pomyśl, że twoim działaniom przyświeca wyższy cel. Wyobraź sobie jakiego dostępujesz zaszczytu wypełniając wolę istoty wyższej. Nie każdy ma taką szansę.
Wiktimski pokręcił głową, po czym popatrzył na Kozika i zaczął zastanawiać się jak by go załatwić. I tak nie miał wyboru.
- Pozwól, proszę. Przyłóż swoje ręce do moich. - rzekł diabeł wyciągając przed siebie swoje czyste, gładkie dłonie.
Janusz zawahał się. Nie uszło to uwadze Pawła. Nic mu nie uchodziło.
- Nie bój się. Przecież bym cię nie skrzywdził. W końcu jesteś mi potrzebny.
Nie wierzył w te słowa, ale uniósł dłonie do góry w geście podobnym do poddawania się. Wysunął je do przodu. Paweł wstał z krzesła, podszedł do Wiktimskiego i zrobił to, co on. Ich ręce zetknęły się. Janusz poczuł dojmujące zimno, które skojarzyło mu się z pustką, próżnią. Czyżby właśnie tym było Piekło? Nicością? Nie mógł się z tym zgodzić, ale przecież dotykał jego części, jego wysłannika. Długo nie rozpatrywał tej kwestii.
Ogień. To na nim był zmuszony się teraz skoncentrować. Miał wrażenie jakby jego dłonie płonęły. Chciał je oderwać, ostudzić, opatrzyć, ale nie był w stanie zrobić niczego. Miotał się, szarpał, wyrywał, lecz pomimo jego wysiłków one nadal tam tkwiły. Były jak przyklejone do rąk diabła. Kurwa, jak to parzy! Nigdy w życiu nie odczuwał takiego gorąca, nie wspominając już o bólu. Był przekonany, że zaczyna się rozpuszczać. A temperatura wciąż wzrastała.
Jego cierpienie skończyło się w momencie, gdy pomyślał, że będzie się ono ciągnąć w nieskończoność. Opadł na podłogę niczym bezwładna, szmaciana lalka, rzucona tam przez rozzłoszczone dziecko. Z trudem łapał oddech.
- Dla... dlaczego..? - wysapał Janusz.
- Spojrzyj sobie na ręce.
- Co..?
- No popatrz na nie!
Wiktimski wykonał polecenie, choć wcale nie czuł swoich dłoni. Był przekonany, iż ich tam nie ma, zostały ucięte bądź spalone. Ze zdumieniem stwierdził, że jego osąd był błędny, kończyny znajdowały się na swoim miejscu i, co najciekawsze, nie widać było na nich żadnych linii papilarnych ani śladów żaru, jakiego przed chwilą doświadczyły. Mimo to nadal go bolały, więc postanowił je schłodzić i opatrzyć.
Wstał z podłogi i zaczął posuwać się w stronę zlewu, używając ściany jako podpory. Gdy udało mu się osiągnąć cel podróży, z niemałym wysiłkiem przekręcił kurek z zimną wodą.
- Nie robił bym tego na twoim miejscu. - stwierdził diabeł. - Będzie dłużej piekło. Ból zaraz minie. Gwarantuję to.
- Tak jak to, że nie będzie bolało?
- A czy ja coś takiego mówiłem? - uniósł brwi. - Powiedziałem coś podobnego, ale nie to samo. Zresztą, wyjdzie ci to na dobre.
- W jaki sposób? - Janusz stwierdził, że pieczenie, w rzeczywistości, zaczyna ustępować.
- Nie zostawisz odcisków palców. - powiedział Paweł. - A na koniec dam ci drobną podpowiedź. Zwab delikwenta do domu i obezwładnij. Jak, to już twój problem. Ważne jest tylko, by nikt nie widział was razem ani nie wiedział, że poszedł do ciebie. Pamiętaj również, by nie zostawić żadnych śladów. Trochę ci to ułatwiłem, ale to może nie wystarczyć. Potraktuj to jak preludium do prawdziwej misji jaka cię czeka, test na sprawność, kreatywność, wierność i co tam jeszcze wymyślisz. Rezultat powie, czy nasza współpraca rozkwitnie i przyniesie wspaniałe owoce, czy też jej koniec będzie szybki i... tragiczny. - zrobił pauzę, a po chwili dodał. - Masz czas do świtu. I nie martw się o mnie. Będę wiedział kiedy się pojawić. Pomyślnych łowów, człowieczku.
Janusz został sam. Nie musiał już tego sprawdzać. Wiedział o tym. Wyczuwał kiedy Paweł jest przy nim. Objawiało się to dwoma czynnikami. Jego materializacji towarzyszyło nieznaczne obniżenie się temperatury w pomieszczeniu, co Janusz wcześniej uważał za swoisty paradoks, zważywszy na to, że Paweł był istotą z Piekła rodem, choć w świetle niedawnych doznań termalnych nie wydawało się to już takie dziwne. Drugim sygnalizatorem obecności diabła było nasilenie się migrenowych bólów głowy, jakie niemal bez przerwy męczyły Wiktimskiego od ponad siedmiu lat.
Rozejrzał się po mieszkaniu, szukając w nim inspiracji. Bez efektu. Jak tu zaciągnąć tego osiłka do domu? Potarł dłonie o siebie i przeszyło go dziwne mrowienie. Musiał się jeszcze przyzwyczaić do braku chropowatości. Teraz było tak, jakby cały czas miał na sobie jednorazowe gumowe rękawiczki, podobne tym, jakie noszą chirurdzy podczas operacji. Tyle tylko, że oni potem wyrzucają je do pojemników ze skażonym materiałem, a on miał je na stałe.
Podszedł do swojej wieży stereo i włączył muzykę. Dźwięki, które kogoś innego doprowadziłyby do rozstroju nerwowego, na niego działały kojąco, pobudzały koncentrację, to przy nich najlepiej pracował i myślał.
Zza zachmurzonego, szarego nieba wyłoniło się słońce, swoimi promieniami rozjaśniając smutny świat, opatulając go całunem ciepła, tak rzadkiego o tej porze roku. Ślepy traf, opatrzność, czy jakkolwiek to nazwać, sprawił, że jedno z ramion złotej tarczy niebios przedarło się przez brudne okno i firanki w mieszkaniu Janusza. I jak poeci w takich chwilach odnajdują wenę, tak i on doznał wtedy olśnienia.
* * *
Andrzej Piejko, zwany też Kozikiem, leżał właśnie na kanapie i oglądając jakiś odmóżdżający kanał muzyczny oddawał się kontemplowaniu nic nie robienia. Mieszkał sam, rodzice wyprowadzili się na peryferie miasta, nie miał z góry narzuconych obowiązków, więc mógł sobie pozwolić na taki relaks. Poza tym i tak nie było w tej chwili nic lepszego do roboty. Typowy poniedziałek: trening odwołany, zajęcia dopiero za trzy godziny, w pracy będzie potrzebny pod koniec miesiąca, gdy ludziom zaczną kończyć się terminy biletów miesięcznych, wszyscy jego ziomale mieli teraz jakieś sprawy do załatwienia, a siłownia była zamknięta, bo właściciel wyjechał na zawody. Nawet w "bocznych" interesach nie miał ruchu, bo urwał mu się kontakt z dostawcą towaru, a jego kumplom nie zdarzyło się ostatnio nikogo pobić. Z jednej strony był z tego stanu niezadowolony, bo nic się nie działo, ale patrząc na to inaczej miał chwilę wytchnienia od zabieganej codzienności. Szlag go tylko trafiał, że takie chwile trafiały mu się przeważnie w okolicach południa, według niego najgorszej pory dnia, gdy nie ma nic ciekawego w telewizji i człowiek nie wie co ze sobą zrobić.
Zmienił pozycję na kanapie. Na ekranie telewizora pojawił się teledysk ukazujący grupę dziewczyn pracujących jako ekipa remontowa. Oczami wyobraźni rozbierał te ponętne, piersiaste panienki, których niekoniecznie naturalne atrybuty drżały i skakały w rytm piosenki. Jedna z nich przypominała mu klientkę, z którą miał przelotną znajomość na ostatnim dyskotekowym wypadzie. Uśmiechnął się sam do siebie. Tak, "przelotna" to dobre określenie.
W melodię utworu wkradł się jakiś fałszywy ton, nie pasujący dźwięk, który zburzył niemal idealną harmonię w jakiej przebywał Kozik. Pomyślał, że to przez te pierdolone ptaki. Znów któryś z tych małych skurwysynów nasrał mu na talerz satelitarny i to akurat w takim miejscu by zakłócić odbiór. Po chwili fałszywy ton powtórzył się.
- Co jest, kurwa!? - warknął i poderwał się ze swojego legowiska.
I znów ten dźwięk. Kozik dopiero teraz go zidentyfikował jako sygnał dzwonka i udał się do drzwi. Spojrzał przez judasza. Ujrzał w nim zdeformowaną postać niewysokiego chłopaka w starej, miejscami wytartej skórzanej kurtce i z kapturem na głowie. Był sztywny i rozglądał się na boki, co Kozikowi wydało się cokolwiek podejrzane. Za długo już siedział w tym biznesie, by nie wyczuć, że coś tu może nie grać. Normalnie po prostu olałby gościa albo, jeśli koleś okazałby się zbyt natrętny z tym swoim dzwonieniem, wyskoczyłby z mieszkania i sprał mu mordę. Nawet jeżeli znaleźliby się jacyś świadkowie, to nikt nie puściłby pary z ust. Już on by o to zadbał.
Ale w tym wypadku było inaczej. Nie wiedział dlaczego, ale w tym pokiereszowanym frajerze było coś, co mówiło, że nie ma się czego obawiać, że to zwykły, nieszkodliwy palant. Mimo to sprawdził, czy nóż czeka w jego kieszeni, zwarty i gotowy. Pociągnął za klamkę nadal nie mogąc nadziwić się swojej decyzji. Drzwi otworzyły na szerokość, na jaką pozwalał łańcuch zabezpieczający.
- Czego? - zapytał poirytowany. Grunt to odpowiednie wrażenie.
- Mam do ciebie sprawę. - odpowiedział przybysz cichym i niepewnym głosem.
- Jaką?
- Nie mogę o tym mówić na korytarzu.
- Gadaj, albo gówno będzie z twojego interesu.
Rozmówca Kozika drgnął, jakby czymś przestraszony. Ten przyjrzał mu się uważniej i stwierdził, że kaptur zakrywał zmaltretowaną, pokiereszowaną twarz. Na zewnątrz ucichło echo czyichś kroków dźwięczących na schodach.
- Ja... ja... - dukał gość pod drzwiami. - Ukradłem... to znaczy... zabrałem ojcu... i chciałem...
- No, co?! Nie marnuj mojego czasu.
- Mam ten... telefon... - mignął mu komórką przed oczami i w pośpiechu schował za pazuchę. Kozik nie miał za dużo czasu by się jej przyjrzeć, ale zauważył, że to jakiś nowy i rzadko spotykany model. Zaintrygowało go to. - W skupie... nie przyjmą... nie mam dokumentów... słyszałem, że ty...
- Cóż, może i ja.
- To mogę wejść? - zapytał pokiereszowany z nutą nadziei w głosie.
Kozik zmarszczył brwi i zaczął się zastanawiać. Przecież to jakiś lamus, wystarczy popatrzeć na jego gębę. Musiał niedawno zebrać wpierdol. A to znaczy, że nie umiał się obronić. Ma przy sobie komórkę i chce mi ją sprzedać. Pewnie popadł w jakieś kłopoty i musi zapłacić haracz, bo znów mu przefastrygują mordę. No cóż, koleś, ulituję się i telefon wezmę, skoro tak bardzo tego chcesz, ale forsy ci nie dam. Ba, wyręczę nawet twoich prześladowców w ich powinności. Przyda mi się trochę gimnastyki. A co z przeczuciem? Pierdolić przeczucie! Szykuje się szybki i łatwy zarobek!
- Poczekaj. - powiedział zamykając drzwi z zamiarem zdjęcia łańcuszka. Był zadowolony. Nie często ktoś pcha się do jego lwiej paszczy.
- Wchodź. - rzucił w stronę otwartego wyjścia na korytarz.
Ale tam nikogo nie było. Usłyszał buty dudniące o schody.
W jego krwi wzrósł poziom adrenaliny. O nie, pomyślał! Żaden fagas nie będzie sobie ze mnie robił jaj! Już ja pokażę temu kutasowi!
Wydobył z kieszeni swój wierny nóż i wybiegł na zewnątrz w pogoni za zbiegiem.
- Wracaj, chuju! - krzyknął.
W momencie, gdy dopadał schodów, za winklem bocznej odnogi korytarza kątem oka dostrzegł jakąś postać. Poczuł potężne uderzenie w głowę. Porażająca jasność błysnęła mu przed oczami.
* * *
Pani Paczkowska, powszechnie lubiana mieszkanka osiedla, właśnie szła po schodach, gdy usłyszała, że coś dzieje się kilka pięter wyżej. Przystanęła by móc skoncentrować się na tej intrygującej sprawie, jednocześnie nie zdradzając swojej obecności. Widziała już siebie: brylującą członkinię cotygodniowych spotkań przy kawie i ciasteczku, osobę najlepiej poinformowaną jak się sprawy mają na osiedlu. Niestety, dochodziły ją tylko jakieś szmery, urywki rozmowy i nic z tego nie rozumiała. Głosy były zbyt ciche, ulegały deformacji w wyniku odbijania się od ścian, co w połączeniu z jej przytępionym przez lata słuchem dawało kakofonię szeptów.
Po pewnym czasie niezrozumiałe bełkoty ustały. Zapadła cisza. Poczekała jeszcze chwilę, a gdy nic się nie działo znów zaczęła piąć się pod górę. Nagle, nie wiadomo skąd pojawił się dzieciak sąsiadów mieszkających piętro niżej i śmignął tuż obok niej, omal nie przewracając. Na złamanie karku gnał na dół, jakby przed kimś uciekał. Co za bachor, pomyślała, kiedyś mnie zabije!
- Wracaj, chuju! - usłyszała potężny ryk z góry.
Znała ten głos. Miał go tylko jeden człowiek w całym bloku. Andrzej Piejko. Jakiż on ma język wszeteczny! Z miejsca się przeżegnała, aby Bóg umiłował się nad jego duszą w Dniu Sądu.
Moment później dobiegł ją dźwięk głuchego uderzenia, po którym nastąpiła seria huknięć, tak jakby ktoś stoczył się po schodach. Myślała, że na tym koniec, ale potem słyszała jeszcze szuranie czegoś ciężkiego o podłogę. Boże, pomyślała, wybacz mi, ale dobrze mu tak, niegodziwcowi jednemu! Gonił tego małego urwisa i zapewne zrobiłby mu krzywdę, gdyby go dopadł! Co prawda, ten mały też święty nie jest, ale to tylko dziecko. A ten ogromny zbój na to zasługiwał! Słyszysz, o Panie, jak teraz wraca do tej swojej lubieżnej nory, gdzie czyni rzeczy sprośne z podobnymi mu ladacznicami? Boże kochany, dobrze żeś sprawił, iż ten rozpustnik potknął się i wywrócił! Ba, wiem, że to grzech, ale życzę mu, by przy tym i jaka większa krzywda mu się stała!
- W imię Ojca i Syna! - powiedziała i uczyniła znak krzyża. - Amen!
Chwyciła swoje torby z zakupami i rozpoczęła wspinaczkę. Jeszcze tylko pół piętra. Jest! Tak Panie, prawą rzecz dziś uczyniłeś. Ciekawe tylko za co ten bezbożnik ścigał małego Woźnego?
To pytanie towarzyszyło jej od wejścia do swojego nie wietrzonego i pachnącego starym człowiekiem mieszkanka, poprzez dzień wypełniony słuchaniem dźwięków płynących ze stale działającego radioodbiornika, w którym to nawoływano do czytania pewnej patriotycznej gazety i śpiewano pieśni religijne przeplatane z peanami wobec księdza będącego założycielem nadającej stacji, aż do wieczora, gdy wróciwszy ze mszy umyła się, przebrała w piżamę, pomodliła i zasnęła.
Niestety, nie było jej dane być świadkiem o wiele ciekawszych zdarzeń na osiedlu. Dobry Bóg zabrał ją do siebie.
* * *
- Sugerowałem zabranie go do ciebie, choć, z drugiej strony, tutaj będzie nawet lepiej. - stwierdził Paweł. - Grunt, że jest unieruchomiony. Dobrze go przymocowałeś?
- Tak myślę.
- Lepiej by było, gdybyś był tego pewien, a nie tylko tak myślał.
Janusz wzruszył ramionami i odwrócił się w kierunku Kozika, który siedział unieruchomiony na krześle. Zakleszczył go w nim za pomocą wszystkiego, co udało mu się znaleźć i wynieść od siebie z mieszkania: taśmy klejącej i izolacyjnej, sznurowadeł, kabla od telewizora, żyłki oraz sznura do wieszania prania. Widok był komiczny, ale to nie miało znaczenia. Ważny był efekt, a ten wystarczył na tyle, by Kozik prawie nie miał możliwości się ruszyć. Mówić zresztą też nie mógł, bo z kawałem szmaty wetkniętym po same gardło problemem jest wydawanie dźwięków innych niż stłumione jęknięcia i warknięcia.
- No, nie dąsaj się. - rzekł Paweł i zbliżył się do Janusza. - Winszuję pomysłowości. Mogę ci zagwarantować, że kobieta ze sklepu z akcesoriami telefonicznymi do końca dnia będzie zachodzić w głowę po co komu obudowa do telefonu, którego nie ma jeszcze w sprzedaży. Mogę ją zobaczyć?
Janusz sięgnął za pazuchę kurtki i wyjął niewielki, odblaskowy kawałek plastiku. Rzucił go Pawłowi. Ten przyjrzał mu się, poobracał w rękach i odłożył na szafkę.
- I za to lubię was, ludzi. - powiedział diabeł. - Cwane z was bestie i na dodatek umiejące upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Osiągnąłeś cel i doszedłeś do niego niskim nakładem środków. Pogratulowałbym ci, ale pozostaje jeszcze sprawa naszego gagatka... - zerknął na Kozika. - O! Wygląda na to, że ma coś do powiedzenia. Wyjmij mu szmatkę z gęby.
Gdy tylko Wiktimski wykonał polecenie, Kozik zaczął kaszleć, po czym kilka razy zaczerpnął powietrza pełnią płuc. Próbował splunąć w któregoś ze swoich oprawców, ale stali poza jego zasięgiem.
- Puśćcie mnie, kurwy! - ryknął. - Ja i moi kumple już zadbamy o to, byście długo zdychali.
- Na twoim miejscu zachowywałbym się ciszej. Jest już cisza nocna i obudzisz sąsiadów. - zauważył Paweł. - To, że spałeś w dzień nie upoważnia cię do tego, by zakłócać spokój innym, bardziej spracowanym od ciebie ludziom.
- Pierdolę ich! - Kozik nie zmienił tonu ani głośności wypowiedzi. - A właściwie, to ty coś, kurwa, za jeden?!
Diabeł znalazł się przy krześle z niewyobrażalną prędkością. Chwycił siedzącego na nim mężczyznę za szyję z taką siłą, że niemal złamał mu kręgosłup.
- Pozwolisz, że więcej nie będę cię prosił? - wysyczał przez wyszczerzone, błyszczące zęby. - Chyba że chcesz, bym pozbawił cię języka lub zaspawał twoją gębę raz na zawsze z pożytkiem dla całego świata?
Pomachał mu palcem wskazującym przed oczyma. Jego opuszek zapłonął ognistożółtym żarem. Kozik poczuł na twarzy ogromną temperaturę bijącą z końca palca i bez namysłu potrząsnął głową w przeczącym geście. Widział złowieszczy błysk czerwonych ślepi za ciemnymi szkłami okularów.
- Od razu lepiej. - uśmiechnął się Paweł. - Dobra kooperacja jednostek to podstawa każdego sukcesu, nieprawdaż?
Kozik przytaknął gwałtownym ruchem na znak aprobaty. Policzki nabiegały mu purpurą. Oczy wychodziły na wierzch. Ogarniała go panika. Nie mógł się ruszyć, zaczynało brakować mu powietrza, a siła uścisku opatulającego szyję nie zmalała ani na chwilę.
- Miło widzieć, że zaczynasz rozumieć pewne zagadnienia. Niestety, moje doświadczenie mówi mi, że porozumienie osiągnięte w skutek wymuszenia jest dobre na krótką metę, ponieważ zastraszona strona wcześniej czy później przestaje współpracować i nie dotrzymuje zawartej w ten czy inny sposób umowy. Mówiąc językiem zrozumiałym dla ciebie... - Paweł zmieniał akcent i mimikę twarzy w płynny i budzący podziw sposób. - Nie ufam ci, ziom. I musisz zaczaić, że masz przejebane jak klientka na wyspie pełnej kolesi.
Paweł zaczął wymachiwać wolną ręką, układając palce w jakieś dziwne układy znaków.
- Jak myślisz, lepszy jest Westcoast czy Eastside?
- Co..? - udało się wysapać Kozikowi.
- Heh, nieważne. - diabeł pokręcił głową. - Hej, nie śpij! - zwrócił się do stojącego z tyłu Janusza. - Zmieniłem zdanie. Nie chce mi się z nim rozmawiać. Nie ma nic ciekawego do powiedzenia. To strata cennego czasu. Popatrz do szafy za tobą. Na jej dnie, za zwałami ubrań, w pudle, znajdziesz kilka ciekawych akcesoriów. Weź tą pomarańczową kulkę ze skórzanymi taśmami. Zakneblujemy koleżkę tak, jak on zwykł to robić podczas zabaw ze swoimi cipkami. Kto wie, może nawet sobie coś obejrzymy? - uśmiechnął się Paweł.
Nie, kołatało się po umyśle Kozika, nie, to nie może się dziać, to jakaś skwaszona akcja! Czy ja coś wziąłem? Kurwa, jak tylko mi to zejdzie już nigdy więcej nie tknę tego gówna! Zastanawiał się, skąd wie o pudle?! Przecież nikomu o tym nie mówił, to była jego najskrytsza tajemnica! Specjalnie wyjeżdżał z miasta, prawie na drugi koniec kraju, tylko po to, by tutaj nikt nie wiedział! A teraz wszystko wyjdzie na jaw! Boże, pomyślał, już lepiej umrzeć!
- Niedługo będziesz miał okazję. - powiedział mężczyzna w okularach. - Choć wątpię, byś kiedykolwiek zobaczył Boga. - dodał.
Jego słowa dochodziły do Kozika jakby z coraz większej odległości. Miał wrażenie, że pogrąża się w nieskończonej otchłani. Przed oczyma zatańczyły mu ciemne plamy. Jakaś niewyraźna postać zbliżyła się do niego i zniknęła gdzieś z boku.
Nagle zabójczy uścisk puścił, a powietrze przemocą wdarło się do środka, torując sobie drogę do spragnionych go pęcherzyków płucnych. Poczuł, jak jego świadomość wypływa z nicości, niczym nurek wynurzający się z mrocznej głębi. Wszystkie zmysły odzyskały swoją ostrość. Oddychał, po raz pierwszy w życiu napawając się tą prozaiczną czynnością.
- Starczy mu tego dobrego. Zakładaj. - powiedział demoniczny facet w płaszczu.
Poczuł gwałtowne szarpnięcie z tyłu głowy. Jakiś okrągły, twardy przedmiot wylądował w jego otwartych przez zaskoczenie ustach. Wystające z niego tasiemki zacisnęły mu się wokół głowy.
- Proszę, co za praktyczna rzecz. Teraz ani słówka nie piśnie, ani z buziuchny nic nie wypluje. Powiedz, miałeś ją kiedyś w gębie? Nie, przecież to ty zawsze musisz być górą. - stwierdził Paweł. - Nosili ją twoi "chłopcy". Wyjmij jedną z kaset i wrzuć do wideo. - zwrócił się do Janusza. - Zobaczmy, co też za hiciory są na tych taśmach.
Z głośników zaczęły wydobywać się jęki orgii. Męskiej orgii. Janusz obrócił się z obrzydzeniem. Znów zaczęło go palić pod czaszką.
- To się nazywa parówkowa impreza! - zaśmiał się Paweł. - Jaki to ma tytuł? "O królewiczu Odbytowiczu"? Ha, wy ludzie i te wasze pomysły. Zaprawdę, nigdy nie przestaniecie mnie zadziwiać!
Diabeł machnął ręką i cały sprzęt się wyłączył. Kozik nie wierzył własnym oczom. To jakaś paranoja!
- Dobra, koniec tych gierek. Pora przejść do konkretów. - skinął na Janusza, który zaczął iść w jego kierunku. - Pozwól tu, proszę. Mam dylemat i potrzebuję rady.
- Tak?
- Wiadomo, że miłość daje życie i zabija. - Paweł zaczął coś nucić sobie pod nosem. - Kamienie...
- No więc?
- Ach, tak. Co wiadomo, to już powiedziałem. Zastanówmy się więc, co nasz kozojad najbardziej kocha.
- Nie wiem... - Janusz zwrócił uwagę na mocarne łapsko obezwładnionego mężczyzny. - Pewnie swoje mięśnie?
- Celne uwaga. Może w takim razie pozwolimy mu przyjrzeć im się z bliska? Założę się, że ty też jesteś ciekaw jak wygląda człowiek bez skóry. - zwrócił się do Kozika. - Czy wiesz, że w trakcie operacji chirurg nie może przecinać skóry zbyt szybko, bo wnętrzności wyskoczyłyby na wierzch w wyniku różnicy ciśnień? To musi być ciekawy widok. Tyle tylko, że aby to sprawdzić musielibyśmy zapaskudzić całe mieszkanie. Normalnie nie miałbym przed tym żadnych oporów, ale na chwilę obecną ta opcja odpada. Więc co nam jeszcze zostaje?
- Kocha chłopców. - powiedział Janusz ze zniesmaczoną miną. Tolerował wiele rzeczy, ale nie coś takiego. - Ciota - burknął pod nosem.
- Nie bądź dla niego taki surowy. Panienki też lubi. Po prostu, trudno mu wybrać między jednym a drugim, więc korzysta z usług obojga płci. Cóż, chciwość zgubą frajerów. Nie mogę ci kazać zaruchać go na śmierć, bo masz słabszą kondycję, ale co powiesz na to, by włożyć mu coś sporego do odbytu? Powiedzmy, że parasolkę. Najpierw wetkniemy ile się da, a potem otworzymy.
- Nie przejdzie.
- Dlaczego?
- Bo on nie ma parasolki.
- Niech to diab... - zawahał się chwilę. - O, przepraszam - uśmiechnął się, po czym krzyknął. - Niech to szlag trafi! A co z kijem, którym go zdzieliłeś?
- Wyrzuciłem do zsypu. Po co zostawiać dowody na miejscu? Zresztą, dziś popołudniu wywozili śmieci, więc trudno będzie go znaleźć.
- Jestem pod wrażeniem. - w oczach Pawła zapłonęły czerwone ogniki. - Widzisz, mówiłem, że ludzie to cwane bestie. - powiedział zwracając się do Kozika. - Niestety, w tej sytuacji pozostaje nam upodobanie prawie całej ludzkości, czyli odurzanie się za pomocą przeróżnych środków chemicznych. Doprawdy, nie rozumiem po co to wam, skoro otaczający świat jest równie ciekawy i bez, jak to zwiecie, "innych stanów świadomości". Jest jeszcze tyle do odkrycia... Ale co ja będę tutaj gadał bez potrzeby, skoro ty i tak z tej wiedzy nie skorzystasz. Przepraszam, że umrzesz w mało oryginalny sposób. - zrobił smutną minę. - Janusz, przygotuj działkę. Podwójną. Wszystkie potrzebne akcesoria znajdziesz w starym aparacie telefonicznym stojącym w kuchni. To atrapa, pusta w środku. Towar jest zapakowany i rozdzielony na działki, więc nie powinieneś mieć problemu z proporcjami. Ufam, że będziesz wiedział jak to się robi. Przyjdź, gdy strzykawka będzie już pełna.
Mężczyzna na krześle zaczął się miotać. Jego mięśnie napinały się jak dzikie. W rozbieganych oczach widać było taniec paniki z agresją.
- Widzisz to? - na dźwięk tego głosu Kozik zamarł. Popatrzył na kartkę trzymaną mu przed nosem. - Poznajesz ten charakter pisma? To twoje. Nie będę ci wszystkiego czytał. W skrócie powiem ci, że napisałeś, iż masz już dość życia w konflikcie z samym sobą, pod presją nietolerancyjnego otoczenia, dlatego wolisz odejść do miejsca, gdzie akceptują wszystko i wszystkich. Od siebie mogę tylko dodać, że Niebo to nie będzie. Tam nie lubią "kochających inaczej". - Paweł położył list na stoliku.
Kozik dostrzegł, jak u progu pokoju staje chłopak z pokiereszowaną twarzą. W ręku błysnęła mu igła nałożona na plastikową jednorazową strzykawkę, wewnątrz której unosił się zawiesisty płyn. Nozdrza osiedlowego pasera uległy gwałtownemu rozchyleniu i zaczęły łapczywie pochłaniać powietrze. Jego klatka piersiowa nadymała się i kurczyła w coraz szybszym tempie. Gruda strachu zalegająca w żołądku z każdą chwilą przybierała na wadze.
- Nie miotaj się, to nie będzie bolało. - powiedział oprawca w czarnym płaszczu.
Kozik był daleki od słuchania tej rady. Zaczął dygotać, szarpać się na krześle. Żyły niemal wyszły mu na wierzch. Gdy Janusz zbliżył się do niego by wstrzyknąć narkotyk, spróbował ostatnim, rozpaczliwym wysiłkiem zerwać krępujące go więzy. Krzesło jęknęło pod siłą jego potężnego, gwałtownego szarpnięcia, ale wytrzymało. Pęta spełniały swoje zadanie z bezwzględną skutecznością.
Janusz odskoczył zaskoczony miotaniem się Kozika. W jego poczynania wkradło się wahanie. Poczuł jak z falą bólu wewnątrz głowy spływa na niego grom otrzeźwienia. Co ja wyrabiam?!
- Na co czekasz? - zapytał Paweł. - Albo on, albo ty. Wybór jest chyba prosty?
Nie chciał tego robić. Czym zawinił mu ten człowiek? Niczym. Może nie wiódł wzorowego żywota, ale nigdy nie czepiał się Janusza. Nawet go nie rozpoznał! A teraz on ma wykonać na nim wyrok.
- Zabierasz się do tego jak wąż do jebania. - rzucił zniecierpliwiony diabeł. - Czy we wszystkim trzeba ci pomagać? - westchnął, po czym podszedł do krzesła i kopnął je w nogę, przez co ta z trzaskiem rozpadła się na kawałki, a siedzisko straciło równowagę i runęło na podłogę. - Proszę, teraz masz go jak na widelcu. - wskazał leżącego na boku Kozika.
Janusz przełknął ślinę, która wezbrała mu w ustach. Nie miał wyboru. Wiadomo przecież, że mając na szali życie własne i cudze zawsze wybierze się swoje. Zacisnął zęby i ruszył w kierunku obezwładnionej ofiary, która w wyniku swojego uziemienia straciła na mobilności. Butem docisnął głowę Kozika do podłogi, chwycił mocarne przedramię, wycelował i wbił igłę w żyłę.
- Nie wciskaj wszystkiego od razu. Wciągnij trochę krwi do środka, niech się wymiesza z narkotykiem. Dopiero potem mu to wstrzyknij. - poradził Paweł. - Ale bez pośpiechu, bo wyzionie ducha na dywanie, a tego chyba nie chcemy?
Kozik kątem oka obserwował jak płyn w strzykawce nabiera ciemnego, szkarłatnego koloru, po czym wpływa do jego krwioobiegu, wciskany tam plastikowym tłoczkiem. Gdy serce zrobiło swoje i rozlało narkotyk po całym ciele, poczuł, że odpływa. Świat nabrał nowych barw, powietrze zmieniło konsystencję, a on stał się lekki niczym piórko. Czy było coś piękniejszego?
- Andrzej? - powiedział jakiś głos z bardzo daleka.
- Tak? - zapytał, choć w rzeczywistości brzmiało to jak beknięcie.
- Wiem, że gdy byłeś mały, chciałeś mieć skrzydła i móc latać. Z biegiem lat marzenie to zanikło, zastąpiłeś je sobie używkami. Ale w głębi wiedziałeś, że to tylko substytut prawdziwego lotu. Dlatego powinieneś się cieszyć, bo dam ci jedyną w swoim rodzaju możliwość sprawdzenia jak to jest naprawdę. Spełnię twoje marzenie. Chcesz tego, prawda?
Kozik był w siódmym niebie. Ten głos był taki przyjemny, opiekuńczy, troskliwy. Przypomniał mu szczęśliwe lata dzieciństwa, kiedy to rodzice się nim jeszcze interesowali. Tak, w ten sposób mówiła jego mama, gdy widziała, że czegoś chce. Wtedy znała wszystkie jego pragnienia.
- Tak, spełnij moje marzenie. - wybełkotał.
- Jak sobie życzysz... Uwolnij go.
- Jesteś pewien? - zapytał ktoś jeszcze, ktoś obcy. Obcy od zawsze, przemknęło przez umysł Kozika. Kto to? To ty, ojcze? - A jak to nie zaczęło działać? Jeszcze na nas skoczy i co wtedy?
- Nie skoczy. Zobacz, jest jak dętka. - powiedział Paweł i kopnął Kozika w ramię. - Możesz bić i bić, a i tak nie odda. Byłby idealnym workiem treningowym. Popatrz jak się uśmiecha. Jemu się to nawet podoba! - stwierdził i kopnął go jeszcze raz.
Janusza nie obchodziło to, czy bycie bitym sprawia naćpanemu Kozikowi przyjemność. Ze swojej strony chciał mieć to jak najszybciej za sobą. Zauważył, iż w wypadku Pawła sprawa ma się odwrotnie. Jego radosny uśmiech zdradzał, że katowanie, zarówno fizyczne jak i psychiczne, jest dla niego najwyższą formą ekstazy.
Wyjął nóż z kieszeni i zabrał się za przecinanie pęt. Po paru chwilach ciało Kozika leżało na podłodze w pozycji podobnej do ofiary potrącenia przez samochód, a on sam wydawał z siebie dziwne, nieartykułowane dźwięki, śliniąc się przy tym jak niemowlę. Jego oczy były zamglone i rozmyte, wlepione w jeden, trudny do wychwycenia punkt gdzieś na podłodze. Janusz odsunął od niego krzesło i popatrzył pytająco na Pawła.
- A jak myślisz? - ten zapytał. - Otwieraj balkon i wyrzuć go przez barierkę.
- Może mi pomożesz? Sam nie dam rady.
- Nie mogę. - wzruszył ramionami. - takie są reguły gry i ja nic na nie mogę poradzić.
- Jakie reguły? Jakiej gry?
- Nie interesuj się sprawami, które cię przerastają, człowieczku. Może ci powiem jak dobrze się spiszesz. A teraz do roboty.
Wiktimski westchnął. Nie ma sensu sprzeczać się z diabłem. I tak zawsze jego będzie "na wierzchu". Podszedł do drzwi balkonowych, pociągnął za klamkę i otworzył. Strumień chłodnego, wilgotnego nocnego powietrza omiótł mu twarz, przynosząc odrobinę ukojenia dla bolącej głowy. Dopiero teraz zwrócił uwagę na przepiękny widok, jaki roztaczał się stąd na okolicę. Miasto, szare za dnia, teraz tonęło w ferii barw. Mógłbym tak stać i patrzeć w nie godzinami, pomyślał.
- Nie robiłbym tego na twoim miejscu. - usłyszał tuż za sobą. - Jeszcze ktoś z dołu cię zobaczy.
Janusz pchany sugestią Pawła cofnął się do środka. Wziął Kozika pod pachy i zaciągnął na balkon. Podsunął go pod balustradę, chwycił za rękę i zacisnął ją na krawędzi barierki. Tę samą czynność powtórzył z drugą ręką. Teraz Kozik wyglądał jak duża wisząca litera Y, której górne ramiona jakimś cudem utrzymują ciężar reszty ciała. Janusz miał świadomość, że taki stan może nie potrwać długo, więc objął swoją ofiarę w pasie i z ogromnym wysiłkiem postawił ją do pionu, po czym oparł o balustradę. Kozik był na tyle bezwładny, że siła włożona przez Wiktimskiego w poprzednią czynność wystarczyła, by ten przeleciał na drugą stronę barierki, rąbnął w nią głową i zawisł złożony w pół na jej krańcu. Janusz zamarł. Mało brakło, a wyrzuciłby człowieka z balkonu!
- No, dalej, jesteś już blisko.
- Nie, nie mogę!
- Tyle zachodu, a ty teraz wymiękasz? Daj spokój. - Paweł machnął ręką. - Wystarczy, że podrzucisz mu nogi do góry, a matka Ziemia i jej kochana córka Grawitacja zrobią resztę. Nie przejmuj się nim. Nawet nic nie poczuje. Poza tym, sam tego chciał.
- A skąd ty możesz o tym wiedzieć?
- Tajemnica zawodowa. - uśmiechnął się diabeł. - Zdradzę ci tylko, że powinien był uważać na to, co myśli i czego sobie życzy.
Janusz przygryzł wargę i popatrzył na dyndające nogi Kozika, miotane podmuchami wiatru.
- Mała rada gdy już się zdecydujesz: spierdalaj jak tylko rąbnie o ziemię. Zrób to jednak z dyskrecją, tak, aby nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi. Jeśli upatrzyłeś sobie coś w tym przybytku, bierz teraz, bo potem nie będzie czasu. Ufam, że dokonasz właściwego wyboru i skończysz swoje zadanie. Żegnam. - powiedział Paweł i rozpłynął się w powietrzu. Nie towarzyszyły temu żadne fajerwerki wizualne, nie było połyskującej mgły czy też drobnych iskier rozlatujących się na wszystkie strony. Po prostu, w jednej chwili tam był, a ułamek sekundy później już nie.
Janusz został sam. Znowu, tak jak przez całe swoje życie. Od rozbitego domu rodzinnego poprzez przedszkole, podstawówkę, liceum i studia. Zawsze zmuszony do podejmowania samodzielnych decyzji i samotnego zjadania ich owoców. Te rzadko były soczyste i słodkie. Przeważnie efektem jego wyborów była gorycz. Ale teraz mógł zasmakować czegoś więcej. To, czego miał teraz dokonać, zapewne zaważy na całym jego przyszłym istnieniu. Choć, z drugiej strony, pomyślał, czy i bardziej prozaiczne wybory nie mogą mieć wpływu na naszą egzystencję? Przecież nawet niedbałe zawiązanie sznurowadeł może spowodować, że potkniemy się na schodach i skręcimy kark. W takim razie każda nasza czynność, niezależnie jaką według nas ma wagę, wpływa na nas i naszą przyszłość. Ach, niech to wszystko jasny chuj strzeli! Co ma być to będzie. Teraz już nie ma odwrotu.
Złapał Kozika za nogi i szarpnął nimi w górę. Ten bez najmniejszego oporu zsunął się z barierki i zaczął spadać. Dwie sekundy później jego ciało z głuchym łoskotem rozbiło się na chodniku poniżej, otaczając miejsce swojego upadku rozłożystą plamą świeżej, ciepłej krwi. Janusz rzucił się do drzwi mieszkania zalewany falami mdłości. Ani przez myśl mu nie przemknęło, by zabrać coś z dobytku swojej pierwszej ofiary.
Parę chwil wcześniej Kozik doświadczył najwspanialszego uczucia w życiu. Leciał. Naprawdę leciał! I nie była to ta marna imitacja jakiej doświadczamy w snach, gdy człowiek budzi się tuż przed upadkiem. On szybował po przestworzach! Któż jeszcze może pochwalić się takim wyczynem? Uśmiechnął się do siebie i z tym wyrazem twarzy roztrzaskał czaszkę o beton, po raz pierwszy i ostatni pozwalając swojemu mózgowi sprawdzić jak jest na zewnątrz.
* * *
- A więc co my tu mamy? - zapytał inspektor Basiński. Dochodziła siódma rano i był nie wyspany. Na dodatek dziś to on miał zadawać pytania, a jego partner tylko się rozglądać i od czasu do czasu dodawać coś od siebie.
- Samobójca.
- To już widzieliśmy na dole. - rzucił zniecierpliwiony Turosz. - Powiedzcie nam coś więcej.
- Denat został znaleziony około godziny szóstej rano, przez kobietę wybierającą się do pracy, która od razu nas zawiadomiła. Nazywał się Andrzej Piejko, znany również jako Kozik. Notowany za dwa pobicia. Mieliśmy poszlaki, że ma na koncie poważniejsze przestępstwa jak paserstwo czy handel narkotykami. Niestety, brakowało nam na niego haka. Aż do teraz. Przeszukaliśmy mieszkanie i piwnicę. Znaleźliśmy tyle sprzętu, że żaden sąd by go nie wybronił. - policjant wzruszył ramionami. - Choć to już bez znaczenia.
- Czy są już jakieś ustalenia co do motywów działania denata?
- Na podłodze znaleźliśmy strzykawkę, a w kuchni kilka torebek z narkotykami. Obok leżała rozmontowana obudowa starego aparatu telefonicznego, więc pewnie tam je przetrzymywał. Podejrzewamy, że nie był w pełni władz umysłowych gdy zdecydował się na odebranie sobie życia, choć pewność będziemy mieli dopiero po przeprowadzeniu sekcji zwłok. Poza tym zostawił list. Niestety, został już zawieziony do laboratorium, ale miałem okazję go przeczytać. W skrócie mówi w nim o tym, że ma dość życia w sprzeczności z samym sobą, pośród nietolerancyjnego społeczeństwa, dlatego też wybiera się do miejsca, gdzie zostanie zaakceptowany takim, jaki jest.
- Jak to zaakceptowany takim, jakim jest? - powtórzył Basiński w zdziwieniu.
- Popatrz. - powiedział Turosz wskazując pudło z erotycznymi akcesoriami leżące na podłodze i kasetę wystającą z magnetowidu. - Nasz skoczek był dewiantem. Założę się, że ukrywał to przed kumplami. A jak już przy nich jesteśmy, to czy żaden z nich nie wiedział, co się z nim dzieje?
- Nie, wszystkie powiązane z nim osoby były przekonane, że wyjechał. Napisał do nich sms-y o tym informujące. Nikogo to nie dziwiło, bo podobno już wiele razy zdarzało mu się opuszczać miasto bez jakichś konkretnych przyczyn. Znikał na kilka dni i wracał jak gdyby nigdy nic.
- Czy udało się ustalić w jakim czasie nastąpił zgon? - kontynuował Basiński.
- Cóż, biorąc pod uwagę wysokość, kilka chwil od skoku. - policjant uśmiechnął się, ale grymas ten zniknął mu z twarzy jak tylko zobaczył, że inspektorzy nie są dziś w nastroju do żartów. - Patolog na pierwszy rzut oka stwierdził, że było to między godziną pierwszą a drugą w nocy, choć po dokładniejszym badaniu będzie w stanie podać bardziej precyzyjną godzinę.
- I nikt nie zwrócił uwagi na to, że mimo rzekomego wyjazdu denata w jego domu o tej porze prawdopodobnie świeciły się światła?
- Przesłuchaliśmy już kilka osób w tej sprawie. Jego znajomkowie twierdzą, że nie zainteresowali się tym faktem. Jak to określił jeden z nich: "Napisał, że wyjeżdża na parę dni, to tam nie zaglądałem.". Zresztą, jego okna są skierowane w kierunku przeciwnym niż ich zwyczajowy teren spotkań.
- A co z sąsiadami?
- Nie wiedzieli, że denata miało nie być w domu. Mówią, że ktoś tu prowadził głośne rozmowy w późnych godzinach nocnych, w okolicach pierwszej na ranem, choć nie są pewni czy po prostu nie miał głośno nastawionego telewizora. Pan Andrzej Piejko był w ich opinii hałaśliwym lokatorem, takie rzeczy zdarzały się u niego już nie raz, więc nie wydało się to nikomu podejrzane. Nikt nie interweniował w obawie przed konsekwencjami.
- Znaleziono go dopiero około szóstej rano, tak? Czy nikt nie widział jak spada? Nie krzyczał?
- Nie, jak już mówiłem, stało się to miedzy pierwszą a drugą w nocy. Większość ludzi wtedy już spała, a ci co tego nie robili nic nie słyszeli.
- A czy ktoś widział osoby, które mogły tu z nim wtedy przebywać?
- Nie, nikt nikogo nie widział.
Inspektor zmarszczył brwi.
- Dobrze, podziękujemy już panu. Czy będzie problemem, jeśli się tu jeszcze chwilę porozglądamy?
- Nie, skąd, proszę bardzo. Tylko niczego nie ruszajcie i starajcie się nie przeszkadzać ludziom od zbierania odcisków palców. - powiedział policjant i poszedł do kuchni, gdzie przesiadywała reszta jego kumpli.
- I co o tym myślisz? - zapytał Basiński.
- Coś mi tu śmierdzi. Dlaczego skończył ze sobą? To mi nie pasuje.
- Zostawił list. Wydaje mi się, że sprawa jest prosta.
- To bez sensu. - Turosz potrząsnął głową. - Myślę, że albo ktoś mu w tym pomógł, albo zmusił. - zasępił się. - Coś nam umknęło. Rozejrzyj się. Widzisz coś, co tu nie pasuje?
- Jak dla mnie, to wszystko. W życiu nie widziałem gorzej urządzonego mieszkania. Na dodatek wyżywał się na meblach. Widzisz to krzesło?
- Gówno mnie obchodzi jak traktował krzesła. Rozpierdolił, to rozpierdolił. Jego prawo. Wysil się i poszukaj czegoś naprawdę interesującego.
Inspektorzy zaczęli w milczeniu lustrować cały pokój. Wtem Turoszowi rzucił się w oczy jakiś drobny, niepozorny kształt. Podszedł bliżej. Wyglądało to jak telefon komórkowy, ale okazało się jedynie pustą obudową.
- Panie kolego, pozwól na chwilę. - krzyknął w kierunku kuchni.
- Tak?
- Możecie mi powiedzieć po co komuś pusta obudowa? - zapytał wskazując kawałek plastiku na szafce przed nim.
- Teraz to wszystko kradną. - policjant wzruszył ramionami. - Ale zaraz, to interesujące. To mi wygląda na całkiem nowy model. Chyba nie ma go nawet jeszcze w sprzedaży.
- A skąd pan to wie?
- Powiedzmy, że lubuję się w nowinkach technicznych.
- Dobrze, to bardzo interesujące. - uśmiechnął się Turosz z błyskiem zadowolenia w oczach. - Romek, idziemy. Znalazłem to, czego szukamy. - powiedział wyciągając rękę w kierunku obudowy.
- Zaraz, zaraz! - policjant chwycił go za nadgarstek. - Nie możecie! To materiał dowodowy! Nie sprawdziliśmy na nim odcisków palców!
Turosz zmrużył oczy w złowrogim geście. Nie lubił gdy mu się przeszkadzało.
- Ty, chodź no tu. - machnął ręką na jednego z mężczyzn w gumowych rękawiczkach. - Pomachaj po tym pędzelkiem. Zobaczymy co też nam wyjdzie.
Mężczyzna w milczeniu zabrał się za wykonywanie polecenia. Po chwili plastikowy przedmiot był sprawdzony.
- No i już. - rzucił Turosz. - Są odciski. Ciekawe czyje. Wiesz co masz robić, pucusiu. Jak tylko z nią skończysz jest nasza.
- Nie! Mam polecenia z góry i... - protestował policjant.
- Posłuchaj. - wysyczał Basiński przez zaciśnięte zęby. - Chcesz mieć problemy za utrudnianie śledztwa? Jak nie, to zamknij dziób i zajmij się czym innym. Od teraz to nasza sprawa. - obrócił się w stronę technika śledczego. - Masz to?
- Tak. Skończyłem.
- Dobrze. Wyślij nam kopię odcisków do biura.
- No to idziemy. Miłego dnia życzę. - rzucił Basiński gdy przechodzili przez próg obwieszony pasami zakazu wstępu i obstawiony policjantami pilnującymi wejścia.
Zjechali windą na dół. Przy drzwiach na klatkę schodową zaczynały kłębić się stada głodnych sensacji dziennikarzy, rozganianych przez funkcjonariuszy. Przybrawszy nieprzyjemny wyraz twarzy zaczęli przepychać się przez żywą zaporę z krzykliwych pismaków i fotoreporterów. Natłok pytań zamienił się w jedną wielką kakofonię różnobarwnych dźwięków. Oślepiały ich błyski fleszy. W końcu udało im się dostać do samochodu. Z ulgą zatonęli w siedzeniach.
- Banda sępów. Skurwysyny rzucą się na wszystko byle zyskać rozgłos. Pierdolona czwarta władza. Podpadniesz jednemu takiemu i udupi cię w oczach opinii publicznej. - Turosz obrzucił wrogim spojrzeniem tłum otaczający auto.
Włożył kluczyk do stacyjki, odpalił silnik, warknął nim odstraszając bandę wokół pojazdu i ruszył z piskiem opon.
- To może być źle odebrane. - powiedział Basiński.
- Pierdolę ich. - Turosz zaczerpnął powietrza w celu uspokojenia wezbranej agresji. - Chodź, pojedziemy napić się kawy. Czeka nas dziś dużo szlajania się.
- To znaczy?
- Mamy pustą obudowę od komórki. Wystarczy obejść wszystkie komisy, serwisy, lombardy i tym podobne w tym mieście, aż trafimy do tego, gdzie sprzedali ten kawałek plastiku.
- Toż to może zająć nawet kilka dni!
- A masz jakiś inny pomysł? - Turosz popatrzył na swojego partnera, ale widział, że ten nie ma żadnej koncepcji. - W tej chwili to nasz jedyny punkt zaczepienia oprócz tego Wiktimskiego. Dowiedziałeś się czegoś o nim?
- Nie. Mają problemy z komputerami. Ponoć ktoś im wpuścił wirusa.
- Niech to szlag! - warknął Turosz. - Wracając do nas, to cierpliwości, drogi kolego. Wcześniej czy później trafimy w odpowiednie miejsce. Oby tylko sprzedawca pamiętał jak wyglądał ten, kto to kupił.
- A jak się okaże, że nabywcą był nasz truposz?
- Nie biorę pod uwagę takiej możliwości.
Inspektor docisnął pedał gazu i ruszył w kierunku komisariatu.
* * *
Janusza przeszył dreszcz, przez jego ciało przewaliła się fala chłodu. Znowu, pomyślał. Więc to jednak nie koniec. Jedno życie nie wystarczyło, aby spłacić dług.
- Miło wiedzieć, że dokonałeś właściwego wyboru. - powiedział znajomy glos.
- Nie nazwałbym tak zabijania ludzi. Zresztą gdzie jest ten wybór? Zrobiłem to pod przymusem!
- Nie zgodzę się. - na obliczu Pawła pojawił się złośliwy grymas. - Miałeś wybór. Zawsze mogłeś nie wykonać zadania - z wiadomym dla siebie skutkiem. Wy, ludzie, jesteście już tak stworzeni przez Boga. Zawsze macie możliwość pójścia którąś z możliwych ścieżek, bo nigdy nie jest tak, że istnieje tylko jedna. To, iż niektóre z nich kończą się chwilę potem, jest już inną sprawą. A gdy już udacie się drogą, która jest sprzeczna z wami, usuwacie z pamięci inne alternatywy, by w ten sposób czuć się usprawiedliwionym przed samym sobą. Zabiłem, ale nie miałem lepszego wyjścia, bo inaczej zginąłbym ja! Jak widzisz, w gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do egoizmu. Z miłą chęcią pokonwersowałbym jeszcze, ale nie po to do ciebie przyszedłem.
- Kto następny?
- Ależ zrobiłeś się bezpośredni. - diabeł zrobił zdziwioną minę. - Czyżbym to ja miał na ciebie taki wpływ?
Janusz nie odpowiedział.
- Pojawiła się pewna sprzyjająca okoliczność. Wiesz może kim była pani Paczkowska? Tak, widzę, że kojarzysz. Dziś jest jej pogrzeb, a ty udasz się na niego. I czemu tak na mnie patrzysz? Nie mam z tym nic wspólnego, słowo honoru. - na twarzy Pawła pojawił się rozbrajający, niewinny uśmiech. Uniósł prawą rękę w powietrze, a lewą dotknął okolicy serca. Wyglądał teraz jak potulny chłopczyk dokonujący jakiejś przysięgi.
- Mam rozumieć, że wśród żałobników będzie następny cel?
- Powiedzmy. Zobaczysz, jak już będziesz na miejscu. Uroczystości odbędą się o godzinie trzynastej na cmentarzu miejskim. Tylko pamiętaj, by ubrać się stosownie do okazji. Nie chcesz chyba paradować w kondukcie pogrzebowym odziany w te kolorowe spodnie? Pokaż odrobinę klasy i szacunku dla zmarłych. Bywaj, człowieczku. - powiedział diabeł i rozpłynął się w powietrzu.
Klatka piersiowa Janusza wypuściła z siebie ciężkie westchnienie. Podszedł do kuchennej szafki i wyjął tabletki przeciwbólowe. Zrosił twarz zimną wodą, po czym napełnił szklankę i zakręcił kran. Ogień w jego głowie z każdym dniem przybierał na sile.
* * *
Na błękitnym niebie nie było ani jednej chmury. Wiał przyjemny, ciepły wiaterek, podrywający z wilgotnej ziemi nieduże grupy brązowych, czerwonych i pożółkłych liści. Uganiali się za nimi pracownicy nekropolii, próbując zaprowadzić jako taki ład na alejkach. Większość drzew była już łysa, ale nie umniejszało to ich majestatu. Janusz pomyślał, że swój wygląd zawdzięczają specyficznemu składowi ziemi, a właściwie pełnowartościowym zbiornikom składników odżywczych, jakim były dla gleby ludzkie zwłoki. Co z tego, że poukrywane w trumnach? Natura jest cierpliwa i w końcu i tak się do nich dobierze.
Szedł na końcu konduktu pogrążonego w ciężkim milczeniu. Wśród licznej grupy żałobników rozpoznawał wiele osób z osiedla. Nikt nie zwracał na niego uwagi, ale i tak czuł się podenerwowany. Gdzieś tutaj idzie jego następna ofiara, nieświadoma tego, że niedługo znów będzie pokonywać tę drogę, ale w trochę inny sposób.
Popatrzył na trumnę niesioną przez rosłych grabarzy w kierunku jej ostatecznego spoczynku. Wyobraził sobie jak by to było, gdyby to jego tak nieśli. A jeśli okazałoby się, że popadł w śmierć kliniczną i obudziłby się w całkowitej ciemności, zakopany dwa metry pod ziemią, z perspektywą braku powietrza? Waliłby w wieko, wołał o pomoc, aż w końcu w ostatnim akcie desperacji zacząłby gołymi rękoma drapać drewnianą pokrywę, zdzierając sobie paznokcie do żywej skóry i kalecząc dłonie licznymi drzazgami.
- Cóż, takie rzeczy się zdarzają - na nagły dźwięk charakterystycznego głosu Janusz aż się wzdrygnął. - Choć myślę, że gorzej jest obudzić się na stole w kostnicy, w trakcie sekcji zwłok. Pomyśl tylko: otwierasz oczy, a tu jakiś koleś grzebie ci w brzuchu i właśnie wyciąga jelita, by móc je zważyć i opisać. Zawał serca gwarantowany. Dla niego, oczywiście, bo ty w tym momencie jesteś żywym trupem. Świadomość wraca ci na kilka sekund, po czym odpływa już na zawsze, bo jak ma funkcjonować w organizmie, któremu usunięto kilka newralgicznych narządów? Ręczę ci, że takie wypadki też się zdarzają. Ech, życie... - westchnął i rozejrzał się dookoła. - Cmentarz. Zadziwiające, że najlepszym miejscem do refleksji na temat życia jest stolica śmierci. Co o tym sądzisz?
- Nie gadaj tyle. Jeszcze nas usłyszą.
- Gówno, a nie usłyszą! - ryknął Paweł, na co Janusz skulił się w przerażeniu. - Zresztą dla nich i tak teraz nie istnieję.
- To dlaczego cię widzę?
- Bo ja tego chcę. A jakby ktoś w tej chwili popatrzył na ciebie, to stwierdziłby, że gadasz z powietrzem. Ale nikt nie powinien zwrócić uwagi. Są zbyt zaaferowani biadoleniem. Banda idiotów. Dlaczego płaczą, skoro według tego, co wpajają wam w kościołach i na lekcjach religii, człowiek po śmierci idzie do lepszego miejsca? Zaiste, wy, ludzie, jesteście pełni sprzeczności. Głosicie, że Niebo to cudowny ogród, kraina wiecznej szczęśliwości, ale za wszelką cenę unikacie bądź opóźniacie dostanie się tam. Kretynizm.
- Taka już nasza natura. - odparł Janusz.
- Niech ci będzie. - diabeł wzruszył ramionami. - Dochodzimy do miejsca pochówku. Zatrzymaj się na uboczu, byśmy nie zwracali na siebie uwagi i mogli w spokoju rozmawiać.
Wiktimski stanął kilka metrów za głównym tumultem ludzkim, otaczającym otwarty grób i stojącą obok trumnę. Oparł się o drzewo, westchnął i popatrzył po zgromadzonych. Kto to będzie?
- Spokojnie, dowiesz się. - powiedział Paweł.
* * *
- Pamięta pani jak wyglądał?
- Wie pan, normalnie nie zwracam uwagi na ludzi, którzy tu przychodzą. Ale tak, tego pamiętam. Nie żeby sprawiał wrażenie innego niż wszyscy. Zainteresowałam się nim ze względu na osobliwy zakup, jakiego dokonał. Sprzedaż obudowy do telefonu, którego nie ma jeszcze...
- Prosilibyśmy przejść do rzeczy. - rzekł Turosz.
- Chwileczkę. - powiedziała Julia, pracownica punktu z akcesoriami do aparatów komórkowych. - Mogą mi panowie pokazać stosowne papiery? Obowiązuje mnie tajemnica handlowa.
- A czy ja mam sprawdzić, czy któraś z tych komórek nie widnieje w naszym rejestrze jako skradziona? - odparł Basiński. - Bo jeśli okaże się, że tak, to ktoś może tu dostać oskarżenie o paserstwo. A tego żadne z nas by chyba nie chciało, prawda?
Na twarzy Julii pojawiło się wahanie. Turosz uśmiechnął się w myślach, bo sprzedawczyni w kilka chwil straciła całą swoją hardość. Miękka dupa z wielką gębą, jak wszyscy teraz.
- Był średniego wzrostu. - zaczęła mówić, ściszając głos niczym szpieg w obawie przed odkryciem. - Na sobie miał jakieś ciemne, stare, wytarte ubrania. Jego twarz skrywał kaptur, ale udało mi się zauważyć, że jest poobijany, jakby kilka dni temu ktoś dał mu niezły wycisk. Mówił cichym głosem, choć ten nie miał w sobie nic charakterystycznego.
- Dobrze. - Basiński zerknął na swojego kolegę, a ten odpowiedział skinieniem. - Prosilibyśmy, aby zgłosiła się pani po pracy na komendę w celu sporządzenia portretu pamięciowego.
- Dlaczego? Czyżby ten chłopak był o coś podejrzany?
- Tak. - rzekł Turosz. - Musimy być pewni, czy człowiek, którego szukamy zrobił tutaj zakupy. Pani współpraca ma spore znaczenie. Co będzie, jeśli w wyniku braku pomocy z pani strony zaaresztujemy i wsadzimy do więzienia nieodpowiednią osobę? Mogę zagwarantować, że nie tylko my dwaj będziemy mieli nieprzyjemności z tego tytułu.
- Zresztą, za utrudnianie śledztwa można zostać oskarżonym o współudział w przestępstwie. Niech wystarczy, że powiem, iż pani niedawny klient jest podejrzany o dokonanie zbrodni, za którą idzie się za kratki na bardzo długo - dodał drugi z inspektorów. - Rozumie pani?
- Tak - odpowiedziała Julia z rezygnacją w głosie. - Na kogo mam się powołać?
- Oto nasze wizytówki. Ludzie z komendy będą wiedzieć o co chodzi. W razie jakichkolwiek problemów proszę się skontaktować z którymś z nas.
- To by było na tyle. Życzymy miłego dnia.
Drzwi skrzypnęły i zahaczyły o dzwoneczek sygnalizujący nadejście bądź wyjście klienta. Inspektorzy udali się w stronę samochodu zaparkowanego po drugiej stronie ulicy. Gdy wsiadali do środka, Julia skończyła przerwane ich przyjściem pucowanie lady, pod którą znajdowała się część jej asortymentu, po czym poszła na zaplecze by zrobić sobie kawę. Przeklinała siebie za to, że jej niewyparzony język znów sprowadził na nią kłopoty. Na przyszłość będzie w takich wypadkach trzymać gębę na kłódkę.
Brzęczący dźwięk dzwonka. Kurwa, pomyślała, czego te kutasy jeszcze chcą?
Poczuła się zaskoczona, gdy wchodząc do głównego pokoju nie zastała dwóch przedstawicieli prawa, a przystojnego mężczyznę w długim, czarnym płaszczu i ciemnych okularach na nosie. Podszedł do lady i oparł się dłońmi o jej szklaną pokrywę, nachylając się tak, by zrównać się spojrzeniem z Julią.
- W czym mogę pomóc? - zapytała zdezorientowana.
- Zapytaj raczej o to, co możesz mi dać. I o to, co ja mogę dać tobie. - powiedział ze zniewalającym uśmiechem na twarzy.
W normalnych warunkach na takie słowa zareagowałaby agresją i sięgnęła po paralizator za ladą, grożąc wezwaniem policji. W końcu mało to teraz zboczeńców na ulicy?
Ale nie w tym wypadku. Ten mężczyzna miał w sobie to COŚ, co sprawiało, że w podbrzuszu narastało uczucie prymitywnego pożądania. Hipnotyzujące brzmienie jego głosu miło łechtało jej bębenki uszne. Zapragnęła się z nim kochać, tu i teraz. Pieprzyć to, że ma jeszcze dwie godziny do zamknięcia sklepu!
- Chwileczkę - rzuciła.
Ruchami pełnymi kokieterii podeszła do drzwi wejściowych, muskając przy tym jego dłoń. Przekręciła tabliczkę tak, by na zewnątrz widniał napis ZAMKNIĘTE, zaryglowała drzwi i zasłoniła żaluzje w oknach. Wróciła za ladę, odłączyła telefon stacjonarny i wyłączyła komórkę. Teraz miała pewność, że nikt im nie przeszkodzi.
Podeszła i uklęknęła przed tajemniczym mężczyzną w płaszczu. Na dobry początek chciała mu pokazać jak dobra jest w sprawach oralnych.
- Poczekaj kochanie. - powiedział odsuwając jej głowę od swojego krocza. - Czy zrobisz dla mnie wszystko?
- Oczywiście. - westchnęła nie mogąc doczekać się nadchodzącej orgii.
- Mam jedną prośbę. Zadaj mi to pytanie.
- Jakie?
- No, wiesz jakie.
- Co mogę ci dać? - zapytała z lubieżnym uśmiechem.
- Swoje życie. - rzekł nieznajomy spokojnym głosem.
Nie zdążyła się nawet zdziwić. Błyskawiczny cios miecza, który nagle pojawił się w ręku mężczyzny, pozbawił jej głowę połączenia z resztą ciała. Żaluzje zbryzgała posoka tryskająca z kikuta, który chwilę temu był piękną, smukłą szyją. Czerep poleciał w bok, ciągnąc za sobą krwawy warkocz, po czym palnął w ścianę i upadł na podłogę wyścieloną tanim dywanem, który z każdą chwilą zmieniał barwę z szarej na ciemnoczerwoną.
Ale Julia nie straciła świadomości w momencie uderzenia klingi, podobnie jak ludzie, których kilka wieków temu gilotynowano we Francji. Jej mózg próbował zorientować się co właściwie zaszło i dlaczego nic nie reaguje na jego komendy. Otoczenie stawało się coraz mroczniejsze. Nie mogła złapać oddechu ani wydobyć z siebie głosu. Odchodząc z tego świata zdołała dostrzec swojego oprawcę. Nachylił się nad nią. Usta wykrzywiał mu szyderczy uśmiech, a za szkłami płonęły czerwone ogniki.
- Na przyszłość uważaj, co mówisz.
Wstał i kopnął jej głowę. Ale Julia już tego nie czuła. Otaczała ją ciemność.
Tylko ciemność.
* * *
Dochodziła druga w nocy. Prócz chmary drobnych, błyskających punkcików, na mrocznym niebie widniało oblicze Księżyca, zmaltretowane i poobijane przez większe bądź mniejsze kawałki materii kosmicznej. Jednak mimo ogromnej roli, jaką odgrywał, tylko wilki zdawały się oddawać należny mu szacunek.
Janusz siedział za kierownicą swojego samochodu, zastanawiając się co też może być po "ciemnej" stronie tego okrągłego kawałka skały. Może po prostu to, co na tej widocznej, czyli kratery, doliny, żleby albo inne formy, powstałe w wyniku uderzeń asteroid i komet? Inną możliwością była tajna baza jakiejś obcej cywilizacji, nadzorującej nasz gatunek. W końcu w środowisku astronautów mówi się o tajemniczych obiektach śledzących ruchy ziemskich wahadłowców z bezpiecznej odległości. Ba, ktoś kiedyś próbował nawet udowodnić, że lądowanie człowieka na Księżycu to jeden wielki przekręt, amerykańska mistyfikacja mająca na celu pogrążenie Sowietów i pokazanie międzynarodowej społeczności kto jest silniejszy. Patrząc z perspektywy ostatnich dni Janusz był w stanie w to uwierzyć, podobnie jak w każdą inną irracjonalną rzecz. Trójkąt Bermudzki, Całun Turyński, przepowiednie Nostradamusa, potwór z Loch Ness, pozostałości Arki Noego na górze Ararat gdzieś w Turcji - wszystkie te rzeczy były prawdopodobne, ale inni podważali ich istnienie, gdyż wymykało się ich pojmowaniu.
- Widzę, że zebrało ci się na iście kosmologiczne wywody. - powiedział Paweł materializując się na siedzeniu pasażera. - Z miłą chęcią podyskutowałbym z tobą i wyjaśnił kilka trapiących cię spraw, ale na razie radzę zejść na ziemię. Skoncentruj się. Powiedziałbym, że od tego, jak się spiszesz zależą losy świata, ale nie chcę cię obarczać jeszcze większą presją.
- Losy świata?! - Januszem targnął nagły wstrząs. - Co ty za głupoty pleciesz?!
-Och, proszę, cóż za nagła zmiana! Jeszcze przed chwilą byłeś skłonny dać wiarę w kosmitów od czasu do czasu wpadających na waszą planetkę by porwać kilku ludzi lub wypatroszyć parę krów, a teraz podważasz prawdziwość moich słów?! Cóż za bezczelność!
- Ale to nieprawdopodobne! Jak to możliwe, by istnienie całej planety zależało od jednego człowieka?
- Ależ to jak najbardziej możliwie! Popatrz choćby na Hitlera. Wyrżnął kilkanaście milionów ludzi na świecie, a przecież sam do wszystkiego doszedł. Gdyby przeżył wojnę, albo lepiej ją poprowadził, żyłbyś w innej rzeczywistości. Teraz zresztą jest podobnie. Wystarczy, że ktoś, kto ma odpowiednie wpływy naciśnie jeden guzik, a wszyscy wyparujecie w ułamku sekundy. Przez lata wy, ludzie, zgromadziliście tyle arsenału, że wystarczyłoby na zniszczenie Ziemi paręnaście razy. Gdyby nie gra...
- Jaka gra? - zdziwił się Janusz.
- Wybacz, zszedłem na nieistotne tematy.
- Jaka gra? - powtórzył Wiktimski. - Już kiedyś coś o niej wspominałeś.
- Nie pytaj o rzeczy, które cię przerastają, człowieczku. - wyszczerzył się Paweł. - Nie wiesz, że im więcej wiesz, tym krócej żyjesz? Jak kiedyś będę miał ochotę, to może ci wyjaśnię tę sprawę. A teraz wróćmy do ciebie, a właściwie twojego znaczenia. Otóż nie zawsze trzeba być kimś znanym, posiadać władzę, by mieć wpływ na losy świata. Tak naprawdę każdy z ludzi podtrzymuje tę rzeczywistość, każdy wasz czyn ma w niej jakieś efekty. Nie wyjaśnię ci tego teraz, gdyż zaraz pojawi się nasz cel. Przygotuj się.
- Czy ty wiesz czego ode mnie wymagasz?!
- Tak. - powiedział diabeł z nagłą powagą. - Byś uratował swój świat.
- Ale dlaczego wysłannikowi zła miałoby zależeć na moim powodzeniu? I jak posłaniec dobra może przyczynić się do...
- Zamknij się! - warknął Paweł. - Mówiłem już, nie pytaj o rzeczy które cię przerastają! Patrz, zbliża się! Zaczynaj!
* * *
Ksiądz Kurek zamykał plebanię. Starał się przy tym aby nie zbudzić innych mieszkańców tego budynku. Mimo faktu, iż był proboszczem, to wychodzenie w środku nocy bez informowania o tym nikogo mogło wydać się co najmniej podejrzane, a w razie odkrycia miałby nie lada kłopoty. Gdyby ktoś się o tym dowiedział...
Usłyszał ciche zgrzytnięcie zamka. Chwała Bogu! Wyszedł niezauważony. Teraz miał tylko nadzieję, by ona również nie miała z tym problemów i była w umówionym miejscu. Choć nie powinna doświadczyć takich trudności jak on, to ryzyko zawsze istniało.
Obrócił się plecami do solidnych, starych drzwi i zaczął posuwać się wzdłuż żywopłotu okalającego drogę do domu jego i podległych mu księży. Poruszał się na palcach, starając się nie zahaczyć o żadną z wystających gałęzi. Żałował, że nie kazał ich przyciąć któremuś z wikariuszy. Teraz miał wrażenie, że powyginane, bezlistne już kikuty, które latem dawały mu doskonałą osłonę, teraz wyciągają się, aby go pochwycić i uwięzić wśród swych pędów raz na zawsze. Zapamiętał sobie, że będzie musiał zająć się tym jak tylko wróci. Jakiż to będzie doskonały pretekst do hałasowania z rana! Wejdzie do składziku, wyjmie sekator, zetnie te przeklęte badyle, a jak któryś z księży go zapyta dlaczego robi to o tak wczesnej porze, to odpowie, że za natchnieniem Pana wstał i zabrał się do pracy miast leżeć i grzać się bezczynnie w łóżku.
U krańca ścieżki znalazł się na otwartym placu, po lewej mając kościół, a po prawej schody prowadzące w dół z podwyższenia, na którym wznosił się święty budynek wraz z przyległą doń plebanią i starym cmentarzykiem. Ruszył w kierunku schodów, zszedł po nich i ruszył w górę uliczki, na końcu której zaparkował swój samochód. Tak niewiele dzieliło go od szczęścia!
Podszedł do auta i umieścił kluczyki w zamku. Usłyszał jakże przyjemny w tej chwili zgrzyt świadczący o zwolnieniu centralnego mechanizmu blokującego. Otworzył drzwi i rozejrzał się po okolicy. Nikogo. Uspokojony tym faktem usadowił się w siedzeniu i włożył kluczyki do stacyjki. Po chwili silnik wydawał pomruki świadczące o jego pełnej gotowości do pracy. Ksiądz Kurek wrzucił bieg i ruszył przed siebie na pół-sprzęgle.
Zaczął przyśpieszać gdy uznał, że oddalił się już spory kawałek od kościoła. Kręcił się po kompleksie wąskich, jednokierunkowych i wyludnionych o tej porze uliczek, rozjaśnianych słabym, żółtawym światłem starych latarni. Był zadowolony, że serce jego parafii było właśnie tu, w otoczeniu wiekowych już budynków zamieszkanych w głównej mierze przez ludzi w podeszłym wieku. Znajdowałby się w o wiele gorszej sytuacji, gdyby opiekował się kościołem na jakimś krzykliwym blokowisku, gdzie zawsze ktoś się kręci, niezależnie od pory dnia. Co prawda kilkaset metrów dalej znajdowało się rozbudowane osiedle, z którego co niedzielę ściągały tłumy wiernych, ale prawdopodobieństwo, że któryś z nich go teraz zobaczy było znikome.
Nagły błysk światła z prawej strony poraził go na tyle, że stracił panowanie nad samochodem. Pchany bardziej instynktem niż rozumem wykręcił kierownicę w lewo i nacisnął hamulec. Poczuł gwałtowne szarpniecie i usłyszał pisk opon drugiego auta, ale prócz tego nic więcej się nie stało. Nie zderzyli się. Odetchnął, ale osłupiał chwilę potem. Czyżby to był znak od Boga? Nie, gdyby chciał mnie powstrzymać, to uległbym wypadkowi. To tylko zbieg okoliczności.
Popatrzył na kierowcę wysiadającego z pojazdu, którym omal nie zniweczył planów księdza. Jego oblicze skrywał kaptur, ale gdy tylko wszedł w snop światła emitowanego przez reflektory z samochodu, Kurek zauważył, że jest to jakiś młody człowiek z poobijana twarzą. Ha, pomyślał, pewnie pijany albo naćpany. Inaczej nie prowadziłby w taki sposób.
Sługa boży odpiął pas bezpieczeństwa i wysiadł ze swojego auta.
- Młody człowieku, co też ty wyrabiasz?! - zapytał.
- Ja... przepraszam... - dukał chłopak.
- Omal nie roztrzaskałeś mi samochodu! Czy ty wiesz kim ja jestem?! Trzeba zawiadomić policję, by cię przebadali. Nie ujdzie ci to na sucho!
Ksiądz Kurek schylił się do wnętrza by sięgnąć po swój telefon komórkowy. Ale wcale nie miał zamiaru alarmować stróżów prawa. Liczył na to, że jak tylko zrobi wokół siebie trochę hałasu to przerazi chłopaka na tyle, by ten po prostu wziął nogi za pas i nie przyglądał się osobie, z którą omal się nie zderzył. Miał nadzieję, że nie został rozpoznany, bo mimo iż ludzie w młodym wieku coraz rzadziej uczęszczają na msze święte, to zawsze istniało takie ryzyko. A co jeśli gość będzie w takim szoku, że nawet nie zareaguje na groźby? Wtedy będzie trzeba jakoś załagodzić sytuację. Byle tylko...
Tok rozumowania księdza został przerwany przez nagły, niespodziewany cios w potylicę. Jaskrawe światełka zatańczyły mu przed oczami, po czym zgasły tak, jakby ktoś wyłączył im zasilanie. Jego nieprzytomne i bezwładne ciało opadło na fotel.
Zakapturzony chłopak stał z pałką w ręku i z niedowierzaniem przyglądał się swemu dziełu.
- Gdybyś żył kilkanaście lat temu, to niezły byłby z ciebie ZOMO-wiec. Pałujesz z coraz większą wprawą. - stwierdził Paweł materializując się tuż obok Wiktimskiego. Oparł się ręką o samochód księdza i zajrzał do środka. - Ciekawe do kogo miał zamiar dzwonić? - powiedziawszy to sięgnął po telefon komórkowy i podświetlił ekran. - Proszę, proszę! Pogotowie kryzysowe! - popatrzył na Janusza z zadowoleniem, ale naraz zmarszczył czoło. - No, ale na co ty czekasz? Aż ktoś cię zobaczy? Czy wolisz być zgarnięty przez patrol policyjny?
- Czy on..?
- Nie, jeszcze dycha, ale to długo nie potrwa. Bierz go za fraki, unieruchom, zaknebluj i pakuj do bagażnika. Nie mamy na to czasu. Później go sobie pooglądasz, zarówno w całości jak i to, co z niego zostanie, o ile masz na tyle wytrzymały żołądek, oczywiście.
Janusz popatrzył jeszcze na wyciągnięte ciało duchownego, starł pot z czoła i wywlókł je na ulicę. Sięgnął do kieszeni wydobywając z niej grubą rolkę taśmy klejącej. Najpierw owinął nogi, potem ręce, które na dodatek przytwierdził do torsu, tak, by w razie odzyskania przytomności jego ofiara nie mogła nimi za wiele zrobić, a na koniec zasłonił usta.
- Oczy też.
- Po co? - zapytał Wiktimski.
- Zobaczysz. - wyszczerzył się Paweł.
- Jak tam sobie chcesz... - westchnął Janusz i wykonał polecenie.
Rozejrzał się dookoła, ale nie dostrzegł żadnych niepowołanych spojrzeń. Na szczęście, jeszcze musiałby likwidować przypadkowych świadków.
Chwycił duchownego za nogi i zaczął ciągnąć w kierunku swojego wozu. Otworzył tylnią klapę i zaczął mocować się z wrzuceniem zwiotczałego księdza do środka.
- Trzeba było chodzić na w-f w liceum zamiast załatwiania sobie lewych zwolnień za paczkę kawy.
- A może ty, prócz komentowania, byś mi trochę pomógł?
- Nie mogę. - Paweł wzruszył ramionami. - Takie są zasady gry.
- Cholera, jakiej gry?!
- Mówiłem ci już, byś się tym nie interesował! Cholera, ludziom można niektóre rzeczy powtarzać w nieskończoność, a oni i tak swoje!
- Dobra już, dobra, nie denerwuj się tak. - powiedział Janusz jak tylko udało mu się umieścić sługę bożego w bagażniku.
- Och, ja się wcale nie denerwuję, człowieczku. - Paweł w okamgnieniu znalazł się przy Wiktimskim, niemal stykając się z nim twarzą. Mierzył go wzrokiem. - Wiedz, że to, co widziałeś wtedy w szpitalu to nic. Nie chciałbyś być przy tym, gdy puszczą mi nerwy. Potrafię być wtedy... nieprzyjemny. - jego twarz wykrzywił złowrogi grymas, ale chwilę potem powrócił na nią ten szelmowski uśmieszek. - Ale jak na razie wszystko jest w porządku. Pacjent w bagażniku, możemy jechać.
- Gdzie?
- W miejsce, w którym odnajduje się zatracony spokój i harmonię, gdzie można powrócić do swoich korzeni. - powiedział diabeł uniesionym, poetyckim głosem.
- Czyli?
- Do lasu.
* * *
Cała przyroda była poruszona. Jakiś ryczący potwór wyrwał ją z nocnego spoczynku. Podobne mu monstra nie raz już się tu zjawiały, ale rzadko czyniły to w nocy. Jego świetliste oczy rozganiały ciemność, a hałaśliwy pomruk niósł się echem pośród przerażonego lasu. Sarny uciekły w popłochu, ptaki zerwały się do lotu, drobne gryzonie pochowały się po swoich norkach. Na posterunku pozostały jedynie wilki, panowie tego roślinnego przybytku, i wygłodniałe dziki, dla których zbliżający się czas zimowy oznaczał niedobory w pożywieniu. Ich ślepia błyskały w mrokach nocy odbijając spojrzenie głośnego potwora. I jedni i drudzy upatrywali z jego przybyciem okazji dla siebie.
* * *
Janusz zatrzymał auto na wskazanej polanie. Miał serce w gardle, a na dodatek wzmógł mu się ból głowy. Po drodze minęli dwa policyjne punkty kontroli drogowej, ale na żadnym nie chciano ich legitymować. Gdyby sprawdzili co wiezie w bagażniku skończyłaby się jego krótka kariera mordercy. Mordercy? Czy właśnie kimś takim jestem, pomyślał? W końcu robię to pod przymusem, sam nigdy bym nie zdecydował się na taki krok. Boże, gdzie jesteś, gdy cię potrzebuję?
- Odpuść sobie te marudzenie, bo tylko pogarszasz swoją sytuację w Jego oczach. - mówiąc to Paweł wskazał palcem w górę. - Widzisz te drzewa?
- No.
- To wypakuj naszego delikwenta i podsuń w ich stronę. Gdy już to zrobisz sprawdź, czy jest nieprzytomny. Jak nie, to palnij mu pałą przez łeb by powrócił do stanu błogiego niedostrzegania rzeczywistości. A jeśli nadal się w nim znajduje, to przetnij mu więzy i przyczep go do konarów rozciągając poziomo. Ręce przy jednym drzewie, nogi przy drugim. Przywiąż go tak, by sznury nie puściły, popraw może nawet taśmą klejącą. Poddamy naszego księżulka szeregowi napięć.
- Dlaczego? Co on takiego uczynił?
- Sam ci powie. - uśmiechnął się diabeł. - Wyśpiewałby co byś tylko zechciał, ale nie będziemy, zwyczajem inkwizycyjnych duchownych, wymuszali na nim zeznań. W końcu jesteśmy cywilizowani, światli, gdzież by nam w głowie były takie barbarzyńskie metody, prawda? - popatrzył na Janusza, a po chwili skinął w kierunku drzew. - No, a teraz do roboty. Niewiele nam nocy zostało.
Paweł obrócił się w stronę głuszy, ale Wiktimski był przekonany, że słyszy, jak podśpiewuje sobie jakąś piosenkę. Coś o ciemnej, głuchej nocy, gdzie zgasły wszystkie światła, albo coś takiego. Nie był pewien czy wszystko zrozumiał. Zresztą, niewiele obchodziło go jakiej też muzyki lubi słuchać jego "wybawca", o ile w ogóle jakąś się interesował. Trapiły go większe problemy, jak chociażby ten, który leżał teraz przed nim na leśnym poszyciu z igieł, mchu i gnijących liści. Miał opory przed wykonaniem poleceń Pawła, ale w końcu przemógł się i przymocował ciało księdza tak, jak został poinstruowany. Sprawdził jeszcze wytrzymałość pęt, ale wykonał to bez zbytniego zaangażowania. Wiedział, że są solidne. Jednym z niewielu przyjemnych doświadczeń, jakie wyniósł z harcerstwa, była umiejętność robienia żeglarskich węzłów. Był w tym na tyle sprawny, że jako pierwszy w drużynie otrzymał odznaczenie za ich wykonywanie.
- Gotowe.
- Dobrze. Teraz zerwij mu taśmę z oczu i ust. Ale zrób to bez cackania się. To mają być pojedyncze, energiczne ruchy.
Janusz chwycił kawałki kleistych pasów, które nie przywarły do skóry ma czole bądź policzkach i szarpnął z całej siły.
- No i proszę, cóż za ciekawy obrazek. - zaśmiał się Paweł. - Widziałeś kiedyś faceta bez brwi i rzęs?
- O to ci chodziło?
- Oczywiście. Gdybyś pracował tyle lat co ja, też zacząłbyś szukać jakiegoś urozmaicenia. Dla niego i tak nie ma różnicy, bo jego los jest przesądzony, ale za to ja mogę zobaczyć coś nowego. Co prawda w tej chwili wystarczy włączyć byle jaki kanał muzyczny, by pooglądać gości z jeszcze bardziej anormalnym wyglądem, ale to nie to samo, co obserwować takie zjawisko własnymi oczyma. Zresztą, wydaje mi się, że oto mamy przed sobą pierwszego księdza w historii, który ma tak wydepilowaną twarz. Zaiste, powinieneś się cieszyć, że uczestniczysz w tak wiekopomnych wydarzeniach. Szkoda, że raczej nikt się o tym nie dowie. Słyszysz, sługo Boga? Do ciebie mówię!
Diabeł odwrócił się w kierunku człowieka rozwieszonego między dwoma drzewami niczym gumka w procy. Ponowił swoje pytanie, a w odpowiedzi uzyskał kilka niewyraźnych pomruków.
- Dajmy mu jeszcze chwilkę. Zaraz powinien dojść do siebie.
* * *
Do Kurka dochodziły jakieś głosy z oddali. Odzyskiwał czucie w mięśniach, ale proces ten był powolny. Nagle coś zapłonęło w okolicy oczu, jakby ktoś wypalał mu je za pomocą rozżarzonego żelaza. Po chwili doświadczył tego samego w pobliżu ust. Ból przyśpieszył powrót świadomości.
Z trudem przypominał sobie co się stało. Jechał samochodem na spotkanie. Omal nie zderzył się z jakimś młodzikiem. Straszył go wezwaniem policji, a potem... nie pamiętał. W jego obolałej głowie kłębiło się tysiące pytań, szukających odpowiedzi na tak palące kwestie jak sposób, w jaki znalazł się w tym lesie, dlaczego wisi nad ziemią, rozciągnięty między drzewami, o co chodzi ludziom, którzy mu to uczynili?
- Słyszysz, sługo Boga? Do ciebie mówię. - powiedział twardy, przeszywający chłodem głos.
Kurek chciał zapytać swojego oprawcę o wiele rzeczy, ale udało mu się wydobyć z siebie zaledwie ciche jęknięcia, w porywach mogące uchodzić za słowa. Miał problemy ze złapaniem oddechu. Poczuł, jak we krwi wzrasta mu poziom adrenaliny, a umysł ogarnia panika. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z beznadziejności swojego położenia.
- Dajmy mu jeszcze chwilę. Zaraz powinien dojść do siebie. - stwierdziła mroczna, odziana w płaszcz postać, do której należał ten głos.
Ksiądz postarał jej się przyjrzeć, ale zarówno osobliwa perspektywa, jak i brak mocniejszych źródeł światła stanowiły spore utrudnienie. Tym nie mniej udało mu się dostrzec coś, czego jednak nie chciałby widzieć. W miejscu, gdzie przemawiający do niego cień powinien mieć oczy, błyskały dwa dzikie, czerwone ślepia. Jego serce zaczęło przyśpieszać swój bieg.
- Czego chcesz? - zapytał przerażony Kurek.
- Och, wy, ludzie jesteście tacy niecierpliwi, o razu chcecie przechodzić do meritum. A wtedy nie ma żadnej zabawy. Dlatego najpierw sobie porozmawiamy, a dopiero potem zdradzę ci twoją najbliższą przyszłość. Na początek chcielibyśmy wiedzieć gdzie się wybierałeś o tak późnej porze.
- Do sklepu - powiedział duchowny po chwili namysłu.
- W jakim celu?
- Potrzebowałem... mąki do wypieku opłatków, bo się skończyła.
- Łżesz! - ryknął mężczyzna w płaszczu, a jego glos odbijał się echem w głowie księdza. - Nie lubię gdy się mnie okłamuje. Albo rozmawiamy szczerze, albo komuś tu dzieje się krzywda. Aby nie rzucać słów na wiatr doświadczysz kary, jaka będzie cię spotykać za każdym razem, gdy nie powiesz prawdy. Janusz, pakuj się do samochodu.
- Po co? - zapytała druga, trzymająca się z boku postać.
Kurek popatrzył w jej kierunku, ale nic nie dostrzegł. Cień był zbyt gęsty. Ale tam, gdzie zawiodły oczy zadziałały uszy. Tembr głosu tego drugiego był niepewny, dało się w nim wyczuć wahanie. To zwykły człowiek, pomyślał ksiądz, nie ma rozłożystych skrzydeł, rogów na głowie, świecących oczu czy też innych nadprzyrodzonych właściwości. To musi być sługa tego drugiego, tego...
- Apage! Apage Satanas! - wykrzyknął duchowny. - Idź precz Szatanie, wysłanniku Zła! Niech twe plugawe słowa nie kalają mych uszu!
- Cóż za obraźliwe epitety! Doprawdy, łamiesz mi serce.
- W wierze w Pana tkwi ma siła! On pomoże mi przetrwać!
- Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz. On nie pomaga takim hipokrytom jak ty.
- Nie straszne mi twoje groźby, przeklęta istoto! Jeśli będzie trzeba wkroczę w ramiona mego Pana w chwale i radości!
- Doprawdy? To wytłumacz mi dlaczego nadal walczysz, nadal masz nadzieję, że jakoś uda ci się z tego wykaraskać? Czemu wypatrujesz wybawcy mającego nadejść nie wiadomo skąd, który ocali twój marny, grzeszny żywot? Po co przedłużasz swą egzystencję na tym brutalnym, nieczułym ziemskim padole, pełnym cierpienia i nienawiści, skoro masz możliwość z niego uciec i radować się wiecznym szczęściem w Raju? Pozwól, że sam ci na to odpowiem. Otóż ty boisz się umierać, bo wiesz, że po śmierci nie wstąpisz w Niebiosa, nie będzie chóralnych anielskich śpiewów ani innych podobnych głupot, bowiem masz świadomość wiecznej kary wiszącej nad tobą. Dobrze wiesz za co. I zaraz mi to wyznasz.
- Odejdź sługo piekieł, niech nie widzą cię oczy moje!
Ślepia Pawła zwęziły się, a usta wykrzywił radosny uśmiech.
- Jak sobie życzysz. - powiedział.
Kurek zobaczył jak jakiś podłużny, odbijający przebłyski księżycowego światła przedmiot pojawia się w ręku diabła. Chwilę potem jego uszy zarejestrowały świst metalu tnącego powietrze, a oczy po raz ostatni widziały cokolwiek. Głowa odskoczyła mu do tyłu pod wpływem potężnego uderzenia. Fala bólu, promieniującego od resztek narządu wzroku, rozlewająca się mdlącymi falami aż po końce palców u nóg, omal nie pozbawiła go przytomności. Ale to, co wytrzymał mózg, nie udało się znieść żołądkowi, który wyrzucił z siebie całą swoją zawartość i zdławił przy tym krzyk duchownego. Wymiociny spływające mu po twarzy mieszały się gęstą krwią płynącą ze zniszczonych oczodołów i roztrzaskanego nosa. W ustach nieprzyjemna słodycz rzygowin mieszała się z miedzianym smakiem posoki.
- Ech, dlaczego ludzie biorą wszystko zbyt dosłownie? Prosiłem, byś był wylewny, ale nie do tego stopnia. - zaśmiał się Paweł i zbliżył głowę do ucha oślepionego księdza. - Na przyszłość uważaj na to, co mówisz. - wysyczał przez zaciśnięte zęby. - Zaprawdę, chyba nigdy nie znudzi mi się ta kwestia. A ty działaj, człowieczku. - rzucił w kierunku Janusza. - Pakuj się do auta. Będę tobą kierował. Jak pokażę stop, to stop.
- Po co mam wsiadać do samochodu?
- A jak myślisz dlaczego rozwiesiłeś klechę między drzewami? Zaraz sprawdzimy jak jest giętki. Teraz już rozumiesz?
Witkimski przytaknął, ale nie mógł w to uwierzyć. Miał rozerwać bezbronnego, niewinnego człowieka na kawałki. Za co?
- Wkrótce się dowiesz. Zaufaj mi, ten koleś ma więcej na sumieniu niż możesz sobie wyobrazić. I jeszcze jedno. Wcale nie kazałem ci go rozszarpać. Wystarczy jak podjedziesz, dotkniesz go zderzakiem i sprawdzisz jakie może znieść napięcie. To taka unowocześniona wersja rozciągania na kole, wiele wieków temu praktykowana przez przedstawicieli jego fachu - wskazał księdza i popatrzył na dwie krwawe dziury w jego głowie, niegdyś będące mętnymi, piwnymi oczami. - Nie martw się. Będę miał wszystko pod kontrolą. Nie umrzesz. A przynajmniej nie od razu.
Po leśnej głuszy zaczął się nieść pomruk silnika samochodowego. Wiktimski wrzucił bieg i nie śpiesząc się, bez włączania świateł, podjechał do wiszącego człowieka. Poczuł jak ten opiera się na zderzaku i popatrzył na Pawła. Diabeł machał wystawioną ręką nakazując mu powolne posuwanie się do przodu.
Tymczasem Kurek przechodził największe katusze w swoim życiu. Najpierw go oślepiono, zniszczono nos, przez co był zmuszony oddychać ustami, zalewanymi strużkami krwi cieknącej z ran. Najgorszy jednak był jednak ból stawów i mięśni, ulegających nienaturalnemu rozciągnięciu. Jeszcze chwila, a kilka z nich zostanie przerwanych. Parzące ciepło bijące od silnika, pracującego tuż za dotykającą go warstwą karoserii, zdawało się w tej sytuacji być zaledwie drobną niedogodnością.
- A więc, księżulku, będziesz gadał?
- Tak... - jęknął.
- Nie słyszałem, możesz powtórzyć?
- Tak! - krzyknął torturowany sługa Boży, po czym zaniósł się dławiącym kaszlem.
- W porządku. Janusz, wyłącz silnik i zaciągnij hamulec ręczny. Klecha zrobił się rozmowny.
Uszu Kurka nie męczył już przerażający dźwięk silnika. Auto przestało posuwać się do przodu, a nawet stoczyło się w tył, co prawda zaledwie o kilka centymetrów, ale dla jego ścięgien była to kolosalna różnica.
- A więc słuchamy. Gdzie jechałeś o tak późnej porze?
- Na... spotkanie...
- Z kim?
- Z... Kamilą...
- Kim jest Kamila?
- K... - kaszlnął duchowny. - Kobietą...
- Daruj sobie te żarty. Mówiłem ci byś się ze mną nie bawił. I tak wszystko wyznasz, a od ciebie tylko zależy ile cierpienia będzie to kosztować. Tak więc pytam ponownie i jednocześnie ostatni raz: Kim jest Kamila?
- Zakonnicą...
- A po co chciałeś się z nią spotkać?
Duchowny zawahał się. Czy to możliwe? Czy on może o TYM wiedzieć?
- Jakbym nie wiedział to by cię tu nie było. Gadaj.
- Po co..? Przecież... i tak mnie... zabijesz... ścierwo... - Kurek splunął przed siebie mieszaniną krwi, rzygowin i śliny jaka wezbrała mu w ustach.
- Pudło kochany. - zadrwił Paweł. - Janusz, odpalaj.
Kroki na ściółce. Trzask drzwi samochodowych. Dźwięk odpalanego silnika. I znów ból, ten potworny ból.
- No powiedz, dlaczego mieliście się spotkać?
- Nig... dy... - wyszeptał ksiądz przez zaciśnięte zęby. Jego kręgosłup chrupał napięty jak struna w gitarze. W końcu nadgarstki nie wytrzymały i strzeliły. Szok wywołany cierpieniem był tak olbrzymi, że nie poczuł jak zrywa mu się lewe ścięgno Achillesa. Jeszcze chwila, a ten sam los spotka prawe. Ale nie, pomyślał, nie sprawię mu tej przyjemności! Nie przyznam się!
- Widzę, że argumenty fizyczne przestają robić na tobie wrażenie. W takim razie muszę postawić sprawę z innej perspektywy. Co powiesz na małą wymianę? Ty wyjawisz swój sekrecik, a ja sprawię, że Kamilka nie zakończy swego żywota przed czasem. Kto wie, może nawet będzie miała okazję odkupić swoje grzechy? A ty możesz jej w tym pomóc. Natomiast jeśli się nie zgodzisz, to mogę ci zagwarantować, że w ten sposób skażesz ją na cierpienie o wiele straszliwsze niż to, którego teraz doświadczasz. To jak będzie?
- Ty... - chciał zakląć, ale rozerwanie rzepki w kolanie wcisnęło mu powietrze z powrotem go gardła.
- Aby ci pomóc w podjęciu decyzji zdradzę, że w Piekle kobiety jej pokroju mają, jak wy to określacie, "najniższy status społeczny", więc sposób, w jaki umrze będzie uszczypnięciem w porównaniu z bólem, jakiego dostąpi po śmierci. Nie odbieraj jej szansy na trochę lepszy los.
- Nie... ufam ci... - wysapał ksiądz. Każdy kolejny oddech kłuł mu płuca tysiącami drobnych igiełek.
- Nic na to nie poradzę. - Paweł wzruszył ramionami. - Postawiłem sprawę tak, jak się faktycznie przedstawia. Jak brzmi twoja decyzja?
Kurek nie wierzył diabłu i chciał odrzucić jego ofertę, gdy w umyśle zabrzmiał mu ten znajomy głos. Wybijał się ponad morzem hałaśliwych krzyków pochodzących od receptorów nerwowych w jego ciele, alarmujących o krytycznym stanie monitorowanych przez nie narządów. To był JEJ głos. Ale nie mówił do niego tych miłych, przyjemnych słów, był daleki od swojego łagodnego dla ucha tonu. On krzyczał. Krzyczał w agonii i cierpieniu. Nie! Nie pozwoli na to!
- Dobrze..! - krzyknął duchowny. - Powiem... Wszystko powiem... Proszę...
- W porządku. Dam ci chwilkę wytchnienia. Tylko nie rób sobie zbyt wielkich nadziei.
Paweł machnął na Janusza, by ten przestał posuwać się do przodu i odjechał kawałek w tył. Wiktimski uczynił to z ulgą. Wysiadając z samochodu zwrócił uwagę na to, że człowiek, którego przed chwilą skończył torturować, zwisał bliżej ziemi niż wtedy, gdy przywiązał go do drzew.
- Zamieniamy się w słuch. - powiedział diabeł. - Dlaczego chcieliście się spotkać?
- To miała być... schadzka...
- Co? - zdziwił się Janusz. - O czym on mówi?
- No, wytłumacz mu, księżulku.
- Umówiliśmy się... pod motelem... tuż za miastem... - duchowny zaniósł się kaszlem z trudem łapiąc oddech. - Miała tam na mnie... czekać... W cywilu...
- Po co? - rzucił Paweł.
- To ja... nalegałem... Namówiłem ją... Już tyle czasu... minęło... - był na granicy utraty przytomności.
- Gadaj! - ryknął diabeł, tracąc całe opanowanie i spokój.
- Kocham ją... I ona mnie... Nie chcieliśmy być... gorsi od innych... To zakazane... Nie mogłem... wytrzymać...
- Co to oznacza? - zapytał Janusz. - Czy on mówi o..?
- Mieliśmy się... - Kurek wziął głęboki wdech. - Kochać...
- Proszę, proszę! Figo-fago się zachciało! Słyszałeś to? - Paweł zwrócił się do Wiktimskiego obnażając zęby w geście tryumfu. - Za to tak cierpi. Teraz już rozumiesz?
- Nie bardzo. Dlaczego tak go zmaltretowaliśmy? Przecież to, do czego omal dziś nie doszło jest co prawda sprzeczne z ogólnie przyjętymi obyczajami, kodeksem i tym podobnymi, ale przecież to też człowiek. On także ma swoje popędy i słabości, jemu też się coś należy od życia.
- Widać, że twoja edukacja religijna zakończyła się na wczesnym etapie. Czy słyszałeś o jednej z przepowiedni dotyczącej końca świata? Tej o zrodzeniu Antychrysta?
- Nie przypominam sobie.
- W takim razie jestem zmuszony ci ją przedstawić. Wybacz, że pominę kilka nieistotnych faktów i przybliżę ci tylko ogólny zarys. Nie mamy czasu na głębsze tłumaczenia. A więc, przyczyną upadku chrześcijaństwa i jednocześnie krańcem świata ma być wspomniany już Antychryst. Taki mały, słodki bękart, owoc zakazanej miłości księdza i zakonnicy. Kwintesencja Zła. Ech, cudowne dziecko. - uśmiechnął się Paweł. - Jak myślisz - czemu dzisiaj zapobiegłeś?
Janusz nie mógł w to uwierzyć. To było poza jego pojmowaniem. To nieprawda!
- Czy ja cię kiedykolwiek okłamałem? Jesteś zbawcą świata! Bądź z siebie dumny! - powiedziawszy to diabeł klepnął Wiktimskiego w plecy. - Zdajesz sobie jednak sprawę z tego, że nie należy się tym chwalić?
- Tak...
- Zresztą, i tak nikt by nie uwierzył. W twoim społeczeństwie okrzyknięto by cię wariatem i w najlepszym wypadku wsadzono do zakładu zamkniętego, choć banda fanatycznych wiernych zlinczowałaby cię na głównym placu w mieście, przy wtórze psalmów religijnych śpiewanych przez zastępy podstarzałych dewot z kolorowymi beretami na głowach, zanim doszłoby do postępowania karnego. W końcu podniosłeś rękę na sługę Boga!
- Ale dlaczego on chciał to zrobić? - wskazał pojękującego Kurka. - Przecież na pewno był świadomy jakie będą tego konsekwencje!
- Sam mógłbyś go zapytać, ale, jak widzisz, nie jest zbyt rozmowny. Widzę jednak, że cię to gnębi, więc postaram się wytłumaczyć. pamiętasz jak opowiadałem ci o waszym darze, czyli wolnej woli?
- Tak.
- On dokonał własnego wyboru. Wiedział, że ta ścieżka prowadzi donikąd, jednak na nią wstąpił. Dlaczego? Bo chciał spełnić swoje pragnienie, dał się ponieść osobistemu popędowi, prymitywnej chuci, która przesłoniła mu oczy. Ważne dla niego było tylko jego dobro. Widzisz zatem, iż jest tak, jak mówiłem. Wszystko sprowadza się do egoizmu. A nim się nie martw. Zasłużył na swój los.
- W porządku, ale nadal czegoś tu nie rozumiem. Czemu ty, wysłannik Szatana, odwlekasz nadejście końca świata? Nie powinno ci zależeć na jego przyśpieszeniu?
- Nie twoja sprawa, człowieczku. Ale teraz mogę ci obiecać, że to wytłumaczę. W swoim czasie, oczywiście. Na razie jest jeszcze robota do zrobienia. Odwiąż go i jedziemy.
- Że jak?! - zapytał Janusz.
- To co słyszałeś. Odczep go od drzew, zdejmij mu pęta i spadaj stąd.
- Ale on jeszcze dycha.
- Proszę, czyżbyś zasmakował w zabijaniu?
- Nie, ale...
- Ach, zapomniałbym o jednej rzeczy!
Diabeł dobył swe ostrze i zbliżył się do duchownego. Dwoma szybkimi, precyzyjnymi cięciami pozbawił go małżowin usznych. Schylił się, podniósł je i schował do kieszeni swojego płaszcza.
- To żeby nie było, że jestem niesłowny. Chciał, by, sparafrazuję, me plugawe słowa nie kalały uszu jego, więc proszę bardzo. Ale wybacz, wszedłem ci w słowo, chciałeś coś powiedzieć?
- Eee... tak... - Janusz był wytrącony z równowagi sceną, jaka przed chwilą zobaczył, ale udało mu się opanować. - Chodzi o jego uwolnienie. Co będzie jak ktoś go znajdzie albo uda mu się dotrzeć do skupisk ludzkich. Wtedy będziemy mieli przerąbane.
- O to się nie martw. On już jest żywym trupem. Nie przeżyje następnej godziny. I to wcale nie z powodu zadanych przez nas obrażeń. - uśmiechnął się Paweł. - Do zobaczenia!
Janusz nie chciał wiedzieć o co chodziło diabłu. Podszedł do Kurka, rozplątał węzły i bezwładne ciało duchownego osunęło się na ziemię. Gdy tylko skończył wrzucił sznur do auta i odpalił silnik. Nie miał zamiaru pozostawać tam ani chwili dłużej.
* * *
Monstrum się oddaliło. To byli ludzie. Zawsze, gdy zjawiali się tu o tej porze, zostawiali jednego ze swoich. Nie inaczej było i tym razem. Ten, który leżał na polanie ruszał się jeszcze, ale Grundas, przywódca stada wilków, wiedział, że jest niegroźny. Przynajmniej nie trzeba go będzie wykopywać spod ziemi, bo zdarzają się przecież i tacy, przysypani w całości bądź z głową wystającą ponad poziom gleby. To będzie łatwy łup. Opłaciło się czekać.
Podobnie pomyślał Hyptor, jeden z dzików przyglądających się wydarzeniom, jakie się przed chwilą rozegrały. Był głodny, tak jak jego pobratymcy, ale wiedział, że musi jeszcze poczekać. Z tymi wilkami Grundasa lepiej nie zadzierać. W pojedynku każdemu z nich dałby radę, ale one działały w grupie, więc w tej sytuacji nie miałby szans. Pocieszył się tym, że wilki nie jedzą dużo i zostawiają różne smakowite kąski, więc i tak powinno być jeszcze dość dla niego.
Hyptor zdecydował się podejść nieco bliżej, na dystans pozwalający na to, aby pierwszemu dobrać się do resztek, ale też na tyle bezpieczny, by nie drażnić ucztującej watahy Grundasa, która zaczynała właśnie swój taniec śmierci.
* * *
Kurek czekał aż pomruk silnika się oddali. Bolało go niemal wszystko, ale żył. Żył! Jednak go oszczędzili! Teraz wystarczy wydostać się z tego przeklętego lasu, pomyślał. Pal licho obrażenia! Jakoś się wyliże. Medycyna leczyła już nie takie przypadki. Muszę znaleźć drogę, muszę odszukać ludzi. Idź w kierunku w jakim odjechał ten kat.
Z najwyższym trudem udało mu się doczołgać do jednego z drzew, do którego przed chwilą był przywiązany. Omal przy tym nie zemdlał, ale udało mu się na nie podciągnąć. Wyglądał przy tym jak kulawy pająk próbujący wrócić na swoją sieć. Uśmiechnął się. Teraz tylko w... tamtym kierunku.
Jak tylko wykonał pierwszy krok poczuł ogień w kolanie. Próbował łapać równowagę i postawił drugą nogę do przodu, ale okazało się, że w kostce nie ma żadnego oparcia. Runął na ziemię uderzając łokciem w kamień. Nadwerężony staw nie wytrzymał i trzasnął jak zapałka. Ksiądz krzyknął w agonii i zaczął wyć. Leżał tak przez chwilę, zrezygnowany, chcący po prostu umrzeć, gdy wstąpiły w niego nowe siły. Nie! Nie poddam się! Wydostanę się stad choćbym miał czołgać się całą drogę!
Trzask łamanej gałązki. Serce podeszło mu do gardła. To nie on! Jeszcze nie zaczął się ruszać! Szelest liści. Skąd? Gdzieś z prawej. Nie był w stanie ocenić dystansu. Z czasem pojawiało się coraz więcej tajemniczych źródeł dźwięku. Był zdezorientowany. Bez oczu nie mógł nawet ocenić ilu ich jest. Tylko kto to?
Warknięcie. Pojedyncze, ale przybierające na sile. Wilki! Panie, miej litość nad mą duszą!
Kurek nie miał nawet sił, by próbować się bronić. Ostre zęby wgryzły mu się w szyję i w mgnieniu oka rozerwały ją na strzępy. Krew, zamiast wędrować do mózgu, w równych, wręcz rytmicznych odstępach wytryskiwała ze zniszczonej tętnicy na leśne poszycie. Po paru chwilach umysł księdza przestał przetwarzać jakiekolwiek informacje. Może to nawet lepiej? Przynajmniej nie czuł jak banda Grundasa rozrywa jego ciało na kawałki, rozrzucając je po całej polanie. Choć to nie było aż tak straszne w porównaniu do tego, co zgotował zwłokom Kurka Hyptor wraz ze swoimi pobratymcami. Bo o ile wilki zjadły tylko mięśnie i po ich uczcie jeszcze dałoby się zidentyfikować pozostałości duchownego, o tyle wygłodniałe dziki zeżarły wszystko, co się dało, wliczając w to wszystkie wnętrzności, głowę z mózgiem, skórę i niektóre kości. W końcu w przyrodzie nic nie może się zmarnować.
* * *
Józef Paczkowski pił. Trwało to bez przerwy już od kilku dni, od momentu, gdy po nocnej zmianie w zakładach mięsnych poszedł odwiedzić mamę.
Pukał, ale nie otwierała. Pomyślał, że pewnie jeszcze śpi, więc swoim kluczem od jej mieszkania otworzył sobie drzwi. Wślizgnął się po cichu i zakradł do sypialni z zamiarem dania całusa na dzień dobry, tak jak zwykł to robić, gdy był jeszcze rozwrzeszczanym berbeciem. Spała odwrócona głową do ściany. Przynajmniej go nie zauważy.
Podszedł do mamy na palcach, bo nie chciał jej przestraszyć, zamknął oczy i ucałował w pomarszczony, rozorany licznymi łzami oraz cierpieniami życia policzek.
Odskoczył w przerażeniu. Jej skóra była zimna! Po chwili zdał sobie sprawę, że nie słyszy by oddychała. Nie mógł uwierzyć. Powolnym, pełnym napięcia ruchem dotknął jej szyi. Miał nadzieję, że ona po prostu ma mocny sen, że to chwilowe, ale brak pulsu pozbawił go wszelkich złudzeń.
Jego matka odeszła na zawsze, zostawiając go samego. Co gorsza, gdy obrócił ciało rodzicielki by zobaczyć czy umarła uśmiechając się, tak jak mu obiecywała, z przestrachem stwierdził, iż jej twarz wykrzywia obrzydliwy, nienaturalny grymas niewypowiedzianego bólu. Ludzie myślą, że śmierć we śnie to coś przyjemnego, bo się tego nie czuje. Józef zmuszony był podważyć autentyczność tych słów, gdyż nieprzyjemne oblicze matki, zaschnięte, zielone rzygowiny oblepiające jej wargi i poduszkę, a także wiele innych czynników wskazywały na to, że proces ten do najprzyjemniejszych nie należał.
Prócz niej nie miał nikogo innego. Był jedynakiem, a ojciec zmarł, gdy miał dwa lata. Nie miał żony, dziewczyny, narzeczonej czy kogoś w tym stylu, gdyż nigdy tego nie potrzebował. Mama dawała mu wystarczającą ilość miłości.
Ale co teraz? Ma prawie czterdzieści lat, żadnych znajomych ani perspektywy na ich zdobycie. Życie przestało go obchodzić, bo po co je ciągnąć, skoro nie ma się dla kogo egzystować? Dlatego też pił. Pił po to, by o tym nie myśleć. I był przekonany, że tak będzie zawsze, aż wywalą go z pracy, straci wszystkie pieniądze, urżnie się na śmierć, potrąci go auto, gdy będzie się zataczał po chodniku, lub wyżyje się na nim grupa zawsze pełnych energii kibiców piłkarskich.
Tak było do momentu aż pojawił się ON. Nie pamiętał już którego to było dnia, ale kojarzył go z konduktu pogrzebowego swojej matki.
Zapukał do jego mieszkania i zapytał czy może wejść. Jak go znalazł? Dlaczego przyszedł właśnie do niego? A czy to ważne? Istotne, że odnalazł Józefa w odpowiednim momencie. Nie myśl jednak, czytelniku, że ów tajemniczy osobnik zaczął wyciągać Paczkowskiego z postępującego alkoholizmu. Nie prawił mu morałów, że to droga donikąd, nie krytykował jego czynów. Nie. On pił razem z nim. Siedział i słuchał tego, co opowiadał mu Józef. I za to został przez niego polubiony, bo nie ma nic gorszego, jak pić w samotności i nie mieć do kogo się odezwać.
Dlatego też spotykali się w celu pochłaniania napojów alkoholowych kiedy tylko była ku temu okazja. Józef najchętniej piłby od rana do wieczora, a jak organizm pozwoli, to i do późnej nocy, ale praca mu w tym przeszkadzała. Sam zastanawiał się po co tam jeszcze uczęszcza, ale zawsze dochodził do wniosku, że skądś musi brać fundusze na wódkę. W tej sytuacji był zmuszony w dzień pracować, a popołudniami spotykał się ze swoim nowym towarzyszem i chlał do nieprzytomności, po czym znów jakimś cudem wstawał rano i tak w kółko.
Jednakże dziś miał w perspektywie długą, nudną nocną zmianę, z której nijak nie mógł się wykręcić. Prócz ochroniarza, pałętającego się od niechcenia po kompleksie zakładów mięsnych, był zmuszony siedzieć sam. Co gorsza, w tej sytuacji przepadała mu sesja alkoholowa. No i jak temu zaradzić? Sposób był prosty. Wprowadzić Janusza, jak się wtedy przedstawił młody, nieco poobijany chłopak, do zakładów i urżnąć się gdzieś w tajemnym, nie odwiedzanym przez ochroniarza kącie. Józef znał ich wiele, niemal dwudziestoletnia praktyka bardzo mu w tym pomogła.
Obawiał się tylko, że Edek będzie nadgorliwy przy swoich obowiązkach i nie zechce wpuścić Janusza na teren przetwórni mięsnej. Na szczęście tak się nie stało, ale warunkiem było podzielenie się trunkami z Edkiem. Józef nigdy za nim nie przepadał, ale zawsze to nowy towarzysz. Poza tym nie musieli się kryć.
Siedzieli więc przy prostym, okrągłym stoliku, w ciepłej i wygodnej kanciapie pracowniczej. Szaroniebieski dym z papierosów rysował fantastyczne kształty w świetle emitowanym przez energooszczędne żarówki. W tle przygrywało radio, wypełniając pomieszczenie dźwiękami spokojnej muzyki nocnych marków.
- Synku, wytłumacz mi coś, bo czegoś, kurwa, nie rozumiem. Dlaczego pijesz ze swojej butelki, a nie z tej, co my? - zapytał Edek.
- E, daj mu spokój. - Józef machnął ręką. - Jak chce, to niech tak robi.
- No, ale to wbrew etykiecie! Kto to widział pić w towarzystwie ze swojego?! Ba, nawet dzielić się nie chce! - ochroniarz był cały czerwony, zaczynał się plątać we własnych słowach przeciągając sylaby.
- Zostaw go w spokoju!
- A coś ty taki obrońca uciśnionych się zrobił?
- Odczep się od niego. To mój przyjaciel.
- Taaa... A czy wy, no wiecie, grzdylicie się czy jak tam no... Czy ty Józek pedał jesteś?
- Co ty za, kurwa, pierdoły opowiadasz?!
- A no bo nie znam cię za dobrze, a wiem, że jesteś jeszcze w dołku...
- Skończ pierdolić i pij! - uciął Paczkowski. - Zdrowie!
- Tak! Jebniem, bo zbledniem! - zawtórował mu Edzio.
Wszyscy unieśli swoje kieliszki w górę i wlali ich zawartość do gardeł, zwiększając w ten sposób poziom etanolu we krwi oraz otępiając swoje mózgi, i tak nie działające już na pełnych obrotach.
- Ech, Janusz, ty to masz dobrze. Takie perspektywy! Jesteś młody, czeka cię słodkie, miłe życie. Masz tyle gór do zdobycia... - westchnął Józef.
- Taaa! - wtrącił się ochroniarz. - Tyle świata do zwiedzenia i kobitek do przelecenia! Tyle wódy do wypicia i mord do obicia!
- Nie to, co my, Edzio.
- Przestań. Nie jest tak źle...
- Jak to nie?! - wybuchnął Paczkowski. - Popatrz na nas! Nie mamy przyszłości! Ledwo wiążemy koniec końcem! Jesteśmy jak te dziady proszalne! Te skurwiele z góry trzymają nas tu dając do zrozumienia, że nie jesteśmy niezastąpieni! To po to tyram tu niemal dwadzieścia lat?! By mi jakiś ulizany dyrektorek pierdolił, że musi ciąć pensje, bo szuka oszczędności, więc mam pracować tyle samo, ale za mniej?! To niech sam sobie od tej tłustej mordy odejmie, dusigrosz jeden zasrany!
- Józek, uspokój się...
- Napijmy się. - powiedział młodzieniec.
- Tak, napijmy się. - zgodził się Paczkowski.
- No, to chluśniem, bo uśniem! - stwierdził Edek i gwałtownym ruchem wychylił kieliszek przeźroczystego napoju. Zapił jeszcze sokiem pomarańczowym i poczuł jak wzrasta mu ciężar na pęcherzu moczowym. - Wybaczcie koledzy, ale muszę was na chwilę opuścić. Natura wzywa. Przy okazji zrobię obchód. Wracam za jakiś czas.
Powiedziawszy to wstał i chwiejnym krokiem udał się w kierunku wyjścia na korytarz. Do Janusza dochodziły jeszcze dźwięki nierównych, posuwistych kroków ochroniarza, szurającego butami po podłodze. Trzask drzwi z niedalekiej toalety upewnił go, że Edek dotarł na miejsce.
- Janusz, czy ty to rozumiesz? - zapytał Józef ze łzami w oczach. - Ja jestem sam, sam jak palec na tym świecie. Co ja mam zrobić?
- Nie martw się. Będzie dobrze.
- Myślisz?
- Pewnie. Wystarczy uwierzyć w siebie.
- Tak uważasz?
- Zgadza się. Chodź, napijmy się za to! - Janusz chwiejną ręką nalał wódkę do kieliszków. - Za lepsze jutro!
- Zdrowie!
I po raz nie wiadomo już który ognista woda powędrowała w dół ich układu pokarmowego, by tam zostać przekazaną przez żołądek bezpośrednio do krwi.
Każdy człowiek ma jakieś granice. Jedni nie zrobią pewnych rzeczy za żadne skarby: nie pocałują żaby, nie dotkną węża, nie przejdą pod drabiną opartą o ścianę i tak dalej. Inni dochodzą do pewnego poziomu i nie są w stanie go rozwijać, jak kulturysta, który potrafi unieść sztangę ważącą dwieście trzydzieści kilogramów, ale gdy dodać mu jeszcze jeden kilogram więcej, to mimo usilnych starań nie da sobie rady.
Podobnie było z Józefem, który wypiwszy ten kieliszek przekroczył granicę swojej wytrzymałości i padł nieprzytomny waląc głową w stół. Stracił jakikolwiek kontakt z rzeczywistością, pogrążając się z zawiłym świecie własnych onirycznych myśli.
- Dobrze, twoja pomysłowość rośnie. - powiedział znajomy głos. - Woda i wódka. Różnica tak niewielka w pisowni, a w rzeczywistości tak kolosalna. Powiedz, czy nie żal ci było wylewać wódę do ubikacji?
- Nie znoszę tego gówna. - skrzywił się Janusz. - Ten smak jest okropny, woda go przejmowała nawet po wywietrzeniu butelki. Pijąc z nimi omal nie wyrzuciłem żołądka na wierzch.
- Tak jakby ci się to nigdy nie zdarzyło.
- Daruj sobie te komentarze. Co zrobić z Edziem? Może wrócić w każdej chwili.
- Och, nie zaprzątaj sobie nim głowy. Mogę ci zagwarantować, że nasz cieć wyższego stopnia, bo ochroniarzem to trudno go nazwać, kima sobie teraz na kibelku. Zadziwiające jest to, że mimo iż facet z trudem powłóczył nogami po podłodze, udało mu się zamknąć zasuwkę. A te mają to do siebie, że zdarza im się zaciąć. - powiedział Paweł z radosnym uśmiechem.
Nikt nie musiał tłumaczyć Januszowi co to oznacza. Popatrzył na Paczkowskiego chrapiącego na stoliku.
- Dlaczego właśnie on? - zapytał. - Przecież on nie może być zagrożeniem dla świata. Popatrz na niego.
- Widzę. To straszne co alkohol robi z ludźmi.
- Odezwał się pierwszy porządny!
- No co?! Widziałeś mnie kiedyś pod wpływem jakichkolwiek środków odurzających w pracy?
- Ty to nazywasz pracą?!
- Oczywiście. Zajęcie jak każde inne, ale nie mogę zdradzić tajników profesji. I tak wiesz więcej niż inni.
- Cóż, może tak. - Janusz wzruszył ramionami. - To co z nim?
- Ach, teraz zbliża się najciekawsza część wieczoru! Nie mogę się doczekać! - oczy Pawła błysnęły zza przyciemnianych szkieł.
- A gdzie idziemy?
- Główna hala produkcyjna. Bierz tę dętkę za fraki i spadamy.
- A jak się obudzi gdy będę go ciągnął po podłodze?
Paweł nie odpowiedział, tylko podszedł do stołu, na którym spoczywał Józef i go kopnął. Mebel wyleciał spod okupującej je osoby i trzasnął w ścianę, a Paczkowski, pozbawiony oparcia, zwalił się na podłogę waląc się na nią całym ciężarem nieprzytomnego ciała. Jego głowa z głuchym puknięciem uderzyła w stare, niegdyś białe, a teraz zszarzałe i miejscami pozbawione fug kafelki.
- Proszę. Masz dowód, że się nie obudzi. Bierz go jak uważasz i idziemy stąd.
Wiktimski złapał Józefa za nogawki starych, wytartych jeansów i pociągnął w stronę wyjścia z kanciapy. Na szczęście podłoga była na tyle śliska, że nie miał z tym problemów. Te pojawiły się dopiero przy schodach. Pół biedy, gdyby te prowadziły w dół, bo wtedy wystarczyłoby rzucić Paczkowskiego, by się po nich sturlał. A tak Janusz stanął przez koniecznością wniesienia zwiotczałego ciała na górę. Zaklął w myślach i już miał poszukać wygodnego uchwytu, gdy Józef uniósł się w powietrzu i poleciał na szczyt schodów niczym kamień wystrzelony z katapulty.
- Chodźmy, szkoda na to czasu. - powiedział Paweł. - Czekam na ciebie na górze. Pośpiesz się.
Janusz ruszył na wyższy poziom. Gdy był w połowie drogi poczuł silny zawrót głowy i omal nie stoczył się na dół. Desperackim ruchem chwycił się poręczy i z najwyższym trudem utrzymał równowagę, po czym kontynuował swoją wspinaczkę. Nigdy jeszcze atak migreny nie był tak silny.
- Trochę ci to zajęło. Dobrze, że przed nami nie ma więcej schodów. Łap go i chodź za mną.
Szli w milczeniu. Dało się wyczuć jakieś tajemnicze napięcie, nawet Paweł, istota nadprzyrodzona, wyglądał na podekscytowanego. Janusz zastanawiał się o co też może chodzić tym razem. Najpierw zabił Kozika, choć to był zaledwie test, więc pewnie nie miał on znaczenia dla przyszłości ludzkości. Potem był ksiądz, który sam wyznał, że wybierał się na schadzkę z zakonnicą, więc zagrażał światu, bo wynikiem tego spotkania mogło być sprowadzenie Antychrysta. Przynajmniej tak twierdził Paweł, ale Wiktimski nie miał podstaw, by mu nie wierzyć. Jak na razie wszystko, co powiedział, w ten czy inny pokrętny sposób okazywało się prawdą. Ciekawe więc kimże jest ten cały Józef Paczkowski? Jakie jest jego znaczenie?
- Spokojnie. Wkrótce się dowiesz, obiecuję. Tędy.
Diabeł uchylił drzwi prowadzące na główną halę produkcyjną. Wewnątrz panował nieprzyjemny, słodkawy odór, a w uszy biły odgłosy mlaskania i chrupania. Januszowi zakręciło się od tego w głowie. Miał nadzieję, że głębszy oddech pomoże mu zwalczyć efekt przemęczenia, ale gdy tylko zaciągnął się powietrzem poczuł, jak wszystko, co ma w żołądku, nabiera ochoty by wyskoczyć na zewnątrz. Udało mu się jednak opanować i ruszył dalej.
Wyszli na metalowy pomost prowadzący przez środek pomieszczenia tak, by można było doglądać z niego zarówno pracy maszyn, jak i ludzi. Pod nimi hałasowały zautomatyzowane urządzenia do przetwarzania mięsa. W górze, na przytwierdzonym do sufitu taśmociągu z hakami przesuwały się różne kawałki martwych, odartych ze skóry zwierząt. Ich droga kończyła się w momencie, gdy wpadały do sporego, beczkowatego bębna, od którego odchodziło jeszcze kilka rurek. Janusz aż się wzdrygnął. Czyżby..?
- Tak, właśnie o to chodzi. - powiedział Paweł stanąwszy koło potężnej maszyny do mielenia mięsa. - Wrzuć go tam.
- Ale...
- Chyba nie chcesz sam tam wylądować, prawda? On i tak nic nie poczuje. W przeciwieństwie do ciebie. - Paweł wykrzywił twarz w diabolicznym grymasie. - Zresztą, wyświadczysz mu przysługę. On już nie ma po co żyć. Dlaczego więc miałby przedłużać swoją egzystencję, każdego dnia na nowo doświadczając smutku samotności, braku szans na jakąkolwiek zmianę? A tak wyślesz go do lepszego świata, choć uczciwie zaznaczam, iż nie mogę tego zagwarantować. Nie mnie oceniać jak przeszedł przez swoje życie. Tylko On ma takie prawo. - wskazał palcem w górę. - Na koniec chciałem tylko ci przypomnieć jak ważne jest to, by ten człowiek zginął. Bardzo wiele od tego zależy.
- Ale dlaczego właśnie w taki sposób?
- Muszę mieć stuprocentową pewność, że nie przeżyje i to cudeńko mi ją daje. A teraz wrzucaj.
- Jak chcesz. - powiedział Janusz.
Złapał Józefa i przełożył przez barierkę ochronną tak, że jego tułów wisiał na drugiej stronie, podczas gdy nogi dyndały tuż przed Wiktimskim. Widok ten przypomniał mu Kozika, który znajdował się w identycznej pozycji tuż przed śmiercią. Jeszcze jakiś czas temu myślałby co też się z nim stało. On zabija, jest mordercą! Jak mógł stoczyć się tak nisko? Teraz jednak miał poczucie celu, świadomość, że to w jego rękach spoczywa los być może całego Wszechświata, któremu może w przyszłości zagrozić ten oto wiszący na poręczy przepity osobnik. Władza, jaką miał w tej chwili w rękach, napawała go dumą. Co prawda był tylko sługą Pawła, jego narzędziem, ale mało kto dostępuje takiego zaszczytu. Dopiero teraz to do niego dotarło. Dlatego też bez większego wahania wrzucił Józefa do bębna mielącego.
Potężne mechanizmy miażdżące i rozdrabniające bez problemu poradziły sobie z wątłym ludzkim ciałem, rozrywając je na drobne kawałeczki i tryskając kropelkami krwi dookoła. Januszowi wydawało się, że towarzyszył temu nieco inny, bardziej wyrazisty chrzęst, tak jakby maszyna po raz pierwszy smakowała człowieka.
Popatrzył na Pawła. Miał zdjęte okulary. Tam, gdzie u człowieka widać białka, on miał krwistą czerwień, a z tęczówek i źrenic biła rażąca żółta poświata. Wyglądały jakby cały czas igrały za nimi ognie piekielne. Emanował od nich jakiś przerażający blask mówiący, że być może jest tak w rzeczywistości.
Jednak nie to najmocniej rzuciło się Januszowi w oczy. Tym, co przykuło jego uwagę był demoniczny uśmiech, wyrażający sadystyczną radość. Paweł wyglądał na zadowolonego.
- Dobrze. - powiedział. - Bardzo dobrze. Szkoda tylko, że zrozumiałeś swoją rolę tak późno, gdy nasza współpraca dobiega końca. Zaoszczędziłoby to nam wiele czasu. Tym niemniej usatysfakcjonowałeś mnie.
- Powiedz, kim on był?
- Spokojnie. Jeśli obiecałem, że powiem, tak też i zrobię. Ale nie tutaj. Spotkamy się u ciebie w mieszkaniu. Do zobaczenia. - rzekł Paweł i zniknął.
* * *
- Kim jesteś, skurwysynu? - zaklął Turosz pod nosem.
Inspektor siedział w swoim biurze nad rozłożoną mapą miasta, na której czerwonymi plamami markera zaznaczył miejsca kolejnych zbrodni. Szukał jakiegoś sensownego klucza, mogącego pomóc mu w przewidzeniu następnego ruchu mordercy terroryzującego jego miasto. Ludzie popadli w paranoję i zaczęli bać się wychodzić z domu po zmroku. Atmosferę strachu podsycały zarówno lokalne media, piszące o maniaku pałętającym się po ulicach i zarzynającym przypadkowe osoby, jak i staromodny przekaz ustny, mający to do siebie, iż z czasem wypacza bazową historię aż do granic absurdu. Na dodatek zainteresowały się tym te hieny z telewizyjnych programów publicystycznych nadawanych na żywo. Tego jeszcze brakowało, pomyślał, zjadą się nam na głowy i będą pierdolić o nieudolności policji! To niech sami sobie szukają tego maniaka mając tak znikomą ilość poszlak!
Wziął swój stary, sczerniały od kawy kubek i wziął łyk czarnego napoju w nadziei, że dzięki temu wpadnie na jakiś pomysł. Niestety, nic mu to nie pomogło i nadal nie dostrzegał żadnego wzorca u dotychczasowych ofiar. Spróbował przemyśleć tę sprawę jeszcze raz. Najpierw byli ci kolesie posiekani na kawałki. Potem to tajemnicze samobójstwo Andrzeja Piejko, choć po badaniach okazało się, że co prawda był pod wpływem narkotyków, ale odciski palców znalezione na obudowie do telefonu oraz liście pożegnalnym sugerowały obecność osoby, która była również u pozbawionej głowy kobiety z serwisu komórkowego. Tam ślady pozostawiono na szklanej ladzie i były one identyczne z tymi zdjętymi z samochodu i telefonu księdza Kurka. Co prawda społeczność parafialna wyrażała nadzieję, iż ich ukochanemu proboszczowi nic się nie stało i wkrótce się odnajdzie, ale Turosz już dawno wpisał go do rejestru ofiar tajemniczego mordercy w przekonaniu, iż znalezienie jego pozostałości jest tylko kwestią czasu.
Do zestawienia zabitych nie zaliczał natomiast zakonnicy, która popełniła samobójstwo trzy dni temu. Przyczyna była prosta. Znaleziono ją w wannie, z podciętymi żyłami, a ekspertyza techników śledczych nie wykazała nic ponadto. Ot, kolejna osoba, która nie wytrzymała ciężaru życia. Żałosne.
Tak więc w sumie jest sześć trupów. Sześć! To więcej, niż w ostatnich trzech latach naraz! Co je łączy? Nic, kurwa. Różna płeć, kolor włosów, zawód, wiek, miejsce śmierci, wszystko, oprócz sposobu, w jaki zginęli. Turoszowi po głowie chodziło słowo "bestialski", ale po chwili uznał, iż "spektakularny" jest bardziej adekwatne. To musi być jakiś zboczeniec, pomyślał, zabijający bez jakiegoś określonego wzorca. Rodzaj najgorszy z możliwych. Inspektor nie mógł mu jednak odmówić wprawy. Musiał działać z wyobraźnią i opanowaniem. Trudny przeciwnik, ale nie bezbłędny. Inaczej nie zostawiałby odcisków palców, nieistotne, że było ich tak niewiele.
Wyeliminował wszystkich świadków, prócz tego Wiktimskiego, którego nie mogli namierzyć. Wszystko przez jakiegoś debila, który kilka dni temu złamał szyfry miejskiej bazy danych i wpuścił wirusa. Informatycy pracowali pełną parą próbując postawić system na nogi i odzyskać utracone pliki, ale zdobycie jakichkolwiek informacji na temat Wiktimskiego mogło jeszcze potrwać zarówno kilka godzin, jak i kilka dni. Ten chłopak pozostawał jedyną poszlaką, gdyż musiał mieć kontakt z mordercą, który najwyraźniej wybawił go wtedy z opresji, a teraz zmuszał do współpracy w ramach wdzięczności. Nie było innego wytłumaczenia dla faktu, że wstępny opis osoby, która kupiła obudowę znalezioną u Kozika w domu, odpowiadał wyglądowi Janusza. Inspektor wykluczył możliwość, że Wiktimski sam był poszukiwanym psychopatycznym zabójcą. Widział go. To nie ten typ ludzi. Choć gdyby jego odciski palców były identyczne z tymi pozostawionymi na miejscach zbrodni, to...
Turosz westchnął zrezygnowany. Za dużo tu niedomówień, pytań bez jednoznacznej odpowiedzi. Był zły, bo nie mógł zrobić nic innego jak czekać na następną ofiarę. Może ona pozwoli dorwać tego skurwiela?
Drzwi skrzypnęły i do biura wszedł Basiński. Miał ze sobą jakąś teczkę. Na jego twarzy widniał cień uśmiechu.
- Coś taki wesoły? Żonka w końcu ci dała czy na dziwkach byłeś?
- Nie, ale możesz mi fundnąć o ile cię stać.
- Dobra. - Turosz machnął ręką. - Odpuśćmy sobie te pierdoły i gadaj z czym przychodzisz.
- Mam dane Janusza Wiktimskiego. - powiedział Basiński z nutą tryumfu w głosie.
- To czemu nie mówisz od razu?! Gotowy do wyjazdu?
- Od wczoraj mnie znasz?
- W porządku. Zarzucę tylko coś na plecy i jedziemy. Jest adres?
- Oczywiście. Nie zgadniesz gdzie mieszka.
- Wal.
- Dwa bloki dalej od tego Piejki.
- A to ciekawe. Dobra, wychodzimy.
Turosz był w progu, gdy zadzwonił telefon na jego biurku. Kurwa, pomyślał, dlaczego zawsze w takiej chwili? Pewnie ta hetera znów chce by zrobił zakupy.
- Czego do cholery?! - ryknął w zdenerwowaniu w słuchawkę.
Basiński z zaintrygowaniem obserwował, jak ognista czerwień na twarzy jego kolegi ustępuje miejsca matowej bieli.
* * *
Grzebał w szafce w poszukiwaniu tabletek, które uśmierzyłyby ból głowy. Ten był o wiele silniejszy niż w zakładach mięsnych, choć Janusz nigdy nie zdawał sobie sprawy, że to możliwe. Teraz krew pulsowała mu w skroniach niemal rozsadzając czaszkę. Każdy jej ruch powodował cierpienie.
W końcu znalazł upragnione pudełko, ale nie radował się długo, gdyż nie usłyszał tego charakterystycznego dźwięku pastylek bijących o plastikowe opakowanie. Kurwa, pomyślał, niech to jasny chuj strzeli! Muszę iść do sklepu bo nie wytrzymam!
Zdążył już założyć kurtkę i wsunąć buty, gdy nieprzyjemna fala chłodu przetoczyła mu się od okolic miednicy w górę kręgosłupa. Przybył.
- Witaj. - powiedział Paweł. - Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, iż przychodzę w takiej chwili, ale cierpię na ciągły brak czasu. Zrozumiałbyś, gdybyś miał tyle spraw na głowie.
- Czy możesz..?
- Nie, nie mogę poczekać. - zrobił ucinający gest ręką. - Nie oznacza to jednak, że nie poświęcę ci paru chwil. W końcu spisałeś się zgodnie z moimi oczekiwaniami, a poza tym polubiłem cię na tyle, że jestem skłonny odpowiedzieć na kilka twoich pytań. Obiecywałem to i słowa mam zamiar dotrzymać, choć wcale nie muszę, ale taka już moja natura. Pamiętaj jednak, że wszystko zależy od ciebie. Jeśli chcesz bym po prostu zniknął bez zbędnego ględzenia, to tak też się stanie. Więc jak, zainteresowany?
Janusz zawahał się. Nie mógł uwierzyć, ale wyglądało na to, że diabeł naprawdę miał szczery zamiar dotrzymać swojego zobowiązania. Poczuł, że stoi na krawędzi granicy, po której przekroczeniu nic już nie będzie takie same, gdyż wraz z posiadaniem wiedzy, która była teraz na wyciągnięcie ręki, wiązało się ogromne ryzyko. Zgodnie z zasadą...
- Im więcej wiesz tym krócej żyjesz? - uśmiechnął się Paweł. - Mądre zdanie i często się sprawdza, ale zapewniam, że nie będzie tak w twoim wypadku. Czeka cię długi żywot w komfortowych warunkach. To chyba załatwia jedną z męczących cię kwestii?
- Tak. - powiedział Wiktimski, który, przekonany tym argumentem, podjął już decyzję. - Wytłumacz mi, dlaczego ty, diabeł, istota z gruntu zła, pomaga człowiekowi ratować świat od Armageddonu zamiast dążyć do jego przyśpieszenia?
- Na początku muszę zaznaczyć, że wcale nie ocaliłeś ludzkości, a jedynie odwlekłeś jej zagładę.
- To kiedy ona ma nastąpić?
- Och, miała być już jakiś czas temu.
- Jak to?!
- No tak, ale to, powiedzmy, ulega stałej modyfikacji. Pierwotnie cały wasz świat, a przede wszystkim wy, ludzie, zostaliście stworzeni przez Boga aby Mu zabić nudę. Jego zamiarem było zmiecenie was z powierzchni Ziemi gdy się już na was napatrzy i zastąpienie jakimś innym gatunkiem dominującym. Zauważ, że bywało już tak w przeszłości. Jak myślisz, dlaczego dinozaury wyginęły? Teorie były różne, od uderzenia meteorytu, poprzez przebiegunowanie Ziemi, które spowodowało przeróżne anomalie klimatyczne i epokę lodowcową, aż po inwazję obcej i krwiożerczej cywilizacji, która wyrżnęła w pień niemal wszystkie biedne gady. Faktem jest, iż sprawiła to kometa, ale jak ci się wydaje, kto ją cisnął w waszą planetę? Myślisz, że jej intencją było roztrzaskać się na jakimś mizernym ciele kosmicznym? Nie, to On to sprawił. Mówiąc inaczej, Bóg jest jak dziecko, które buduje zamek z klocków, chwilę się nim napawa, po czym go niszczy i odbudowuje na nowo z pewnymi zmianami w strukturze. Na tym polegała cała Jego zabawa. Was też już dawno spotkałby los rybek spuszczonych w kiblu, gdyby nie inicjatywa mojego Pana. Nadążasz?
- Tak... - powiedział Janusz, choć nie było to do końca prawdą.
- Dobrze. A więc w okolicy roku tysięcznego, gdy już znudziliście się Bogu, skontaktował się z Nim mój Pan i zauważył, że człowiek to gatunek, którego likwidacja nie ma sensu, gdyż sam dąży do unicestwienia. Zamiast tego zaproponował swoistą grę, o której już ci kiedyś wspomniałem. Zabawa polega na wysyłaniu swoich sług na ten oto padół i wpływaniu na ludzi w taki sposób, by ratowali świat od zagłady. W ten sposób, zamiast być biernym obserwatorem, można było być aktywnym twórcą oblicza Ziemi. Zabawa okazała się na tyle wciągająca, że trwa do dziś i potrwa tak długo, aż któryś z grających się znudzi bądź nie uda mu się powstrzymać Armageddonu. Mogłoby to wydawać się zajęciem dosyć monotonnym, ale na szczęście jego poziom trudności wzrasta wraz ze stale udoskonalanymi przez was sposobami zadawania krzywdy bliźniemu oraz postępującą degradacją moralną społeczeństwa. Kto jeszcze sto lat temu by pomyślał, że ludzkość posiądzie broń zdolną do zmiecenia siebie z powierzchni Ziemi? A mówiłem już, że wystarczy tylko jeden człowiek, jeden błąd by to uczynić. Dlatego też gra ta, wraz z upływem czasu, staje się coraz bardziej interesująca. Ciekawe, nieprawdaż?
- Nie, to niemożliwe...
- A jednak. Te wszystkie cudy, katastrofy i tym podobne to Ich dzieło. Zresztą, moja obecność tutaj jest chyba ostatecznym dowodem.
- Nie wierzę! Wysłannicy Boga, anioły, nie mogą namawiać ludzi do zabijania.
- A czy ja mówię, że tak robią? Każdy ma swoje sposoby. Wiesz już w jaki sposób działam ja i moi bracia. - Paweł rozłożył ręce jakby chciał objąć Janusza, któremu zdawało się, że przez ułamek sekundy widzi zastępy biesów, diabłów i istot odzianych w czarne płaszcze patrzących mu w oczy. - Anioły zaś robią tak, by nikomu nie stała się krzywda, nawracają złych ludzi, by nie czynili czegoś, co mogłoby w przyszłości zagrozić waszemu światu. Co do samej przyszłości to jest tak, że jesteśmy w stanie jakoś ją przewidzieć, ale nie możemy wpływać na jej oblicze bezpośrednio się doń przenosząc. Podstawowa i zarazem jedyna trudność to fakt, że nie da się zmienić czegoś, co jeszcze się nie wydarzyło. Inaczej jest z przeszłością, czego miałeś okazję doświadczyć na własnej skórze w szpitalu. Ale tu schodzę z tematu, więc gwoli podsumowania powiem, że po prostu robimy coś w teraźniejszości i sprawdzamy jaki to da skutek za jakiś czas. Zaiste, nigdy do końca nie wiadomo co przyniesie dane działanie. A nuż trzeba będzie naprawiać jego skutki? Przypomina to trochę działanie po omacku, ale ma swój urok i podnosi poziom atrakcyjności rozrywki. Rozumiesz?
- Nie do końca...
- Nie musisz. To wykracza poza twoje pojmowanie.
Podrażniona ambicja Janusza spowodowała, że poczuł jak przechodzą mu dezorientacja i zagubienie, ustępując miejsca dociekliwości. Nie zwracał uwagi na to, że ból głowy przybiera na sile.
- Wytłumacz więc dlaczego wykorzystujecie ludzi do wypełniania waszej woli. Przecież jesteście na tyle potężni, by samemu, powiedzmy, zabić kogoś, kto jest zagrożeniem.
- Cóż, kiedyś tak było można, ale obecnie reguły zabraniają bezpośredniej interakcji z ludźmi. Dlatego byłeś mi potrzebny.
- Ale dlaczego tak jest?
- Ot, takie urozmaicenie. A tak na poważnie, to pytaj się Ich. - jeden palec skierował do góry, a drugi w dół. - Nie ja tu ustalam zasady.
- To dlaczego zabiłeś wtedy tych gości co mnie napadli? Przecież to wbrew regułom.
- Czasem można je trochę nagiąć. - Paweł uśmiechnął się w charakterystyczny dla siebie sposób. - Cel uświęca środki. Zresztą, kto się o tym dowie? Kiedyś trzeba było uważać, bo wasza populacja była niższa, ale mnożycie się jak króliki, więc teraz nie ma komu weryfikować czy ktoś oszukuje. Wszyscy są zajęci pracą z wami. Nasze szeregi nie są tak liczne, wbrew pozorom.
- Jak to możliwe? Przecież z każdym dniem macie napływ nowych dusz.
- Racja, ale one służą do czego innego. Mój Pan pracuje nad jakąś dziwną machiną, która miałaby urozmaicić grę jakby ta zaczęła robić się zbyt schematyczna, a w ostateczności byłaby nawet w stanie pomóc mu odnieść ostateczne zwycięstwo w rozgrywkach. Zresztą, te dusze nie mogłyby robić tego, co ja i moi pobratymcy.
- Dlaczego?
- Bo to ludzkie dusze, z typowymi dla nich przywarami. Gdyby każdy, kto trafi do Piekła, mógł pracować w ten sposób, co ja, to dopiero byłby burdel. Zamiast wykonywać swoje zadania, mścilibyście się na tych, co wam uczynili jakąś krzywdę za życia. To stwarzałoby zagrożenie dla rozgrywki.
- To czym ty właściwie jesteś?
- Nie wyjaśnię ci tego, gdyż w waszej mowie nie ma takich słów, które w pełni oddałyby to, czym jestem. Istota wyższa jest chyba najtrafniejszym terminem, ale w marnym stopniu oddaje moją prawdziwą naturę.
- Skoro wasza liczba jest ograniczona, to jak uzupełniacie szeregi?
- Nie uzupełniamy. Każdy ma na głowie coraz więcej osób i musi sobie z tym jakoś poradzić. Dlatego też wyglądam, jakbym był w ciągłym pośpiechu. Moja praca nigdy się nie kończy, i pomimo tego, iż czerpię z niej dużo satysfakcji, to bywa tak, że mam jej dość. Na szczęście, czasem zdarza się, że spadnie ktoś z "góry" - obrzydliwy uśmiech wypełzł na twarz Pawła. - Wtedy taki upadły aniołek może odciążyć tych co bardziej zajętych. Jest to o tyle dobre, że, jak zapewne wiesz, wrócić na "górę" już się nie da, więc pod tym względem nie musimy się martwić o uszczuplanie kadr.
- A jak..?
- Wybacz, że przerywam, ale wzywają mnie obowiązki. Z miłą chęcią pogawędziłbym jeszcze, ale sam już wiesz, że moja praca do łatwych nie należy. W tej sytuacji chciałbym się z tobą pożegnać. Miło było.
- Poczekaj! - zaprotestował Janusz.
- O, proszę! Kiedyś nie mogłeś się doczekać aż wreszcie zniknę z twojego życia, przestanę cię prześladować, a teraz prosisz, bym został! - Paweł zrobił zamyśloną minę. - No, niech będzie. Odpowiem na jeszcze jedno pytanie. Tylko nie zastanawiaj się długo.
Wiktimski zaczął grzebać w zakamarkach umysłu. Mógł zapytać o wszystko. Wszystko! Cóż za szansa! Co tu wybrać? Jakie będą numery Totolotka z najbliższym losowaniu? W co opłaci się inwestować na giełdzie? Gdzie są zakopane starożytne skarby?
- Pośpiesz się! - ponaglił diabeł.
- Jakie znaczenie miał Józef Paczkowski? - zapytał Janusz, mówiąc pierwsze, co wpadło mu do głowy gdy usłyszał zniecierpliwiony głos Pawła. Przeklął się w myślach. Zmarnować taką szansę na dobrobyt!
- Och, nie bądź na siebie zły. Zapewniałem cię przecież, że czeka cię długie, spokojne życie w komfortowych warunkach. A co do Józefa, to nigdy byś nie zgadł.
- Pewnie byłby jakimś Niszczycielem Światów albo czymś podobnym.
- Nie, nic z tych rzeczy, choć to dzięki niemu posiadasz teraz taki a nie inny poziom wiedzy na temat otaczającej cię rzeczywistości.
- Nie rozumiem.
- Nie musisz. - uśmiech Pawła wydał się Januszowi bardziej szyderczy niż zwykle. - Ujmę to tak. Józef nie miał znaczenia kosmologicznego, w przeciwieństwie do księdza. Był ważny dla mnie.
- Dla ciebie?
- Tak. Otóż, przez te wszystkie lata spędzone na pracy z ludźmi obserwowałem wasze wyszukane sposoby krzywdzenia bliźnich, jak chociażby rozciąganie na kole, palenie na stosie, gilotynowanie, powolne rozpuszczanie w kwasie, wrzucanie na przemian do wrzącej i lodowatej wody, sekcja na żywych ludziach, gazowanie, głodzenie, podrzynanie gardeł, nabijanie na pal, samurajskie sadzanie kogoś pod kapiącą wodą aż ta wydrąży sobie drogę do mózgu czy też wieszanie żołnierzy amerykańskich przez Wietnamczyków nad rosnącymi pędami bambusa, choć to i tak nie jest pełny zestaw. Zaprawdę, wiele już tego było. Ale, wyobraź sobie, jakoś nigdy nie widziałem człowieka, który zostałby zmielony. To było wielce interesujące doświadczenie. Żałuję, że nie udało nam się w podobny sposób zabawić z Kozikiem. Ciekawe jak wygląda człowiek po parasolowej lewatywie, nieprawdaż? Cóż, jestem zmuszony sprawdzić kiedy indziej. Choć, z drugiej strony, zobaczenie jednej nowej rzeczy to zawsze więcej niż nic. Choć przepraszam, zapomniałem jeszcze o wydepilowanej twarzy księdza. A tak poza tym to gratulacje! Zafundowałeś całemu miastu jedną wielką kanibalistyczną ucztę! Człowiek zje wszystko, o ile nie wie, co to jest.
- Co?! - wykrzyknął Janusz z trudem opanowując falę mdłości. Jego skóra przybrała jasnoszary odcień.
- To, co słyszałeś. Taka mała sugestia na odchodnym. Na twoim miejscu już NIGDY nie jadłbym parówek. Bóg jeden raczy wiedzieć co do nich wrzucają.
- Ty... wykorzystałeś... mnie..! - wysapał Wiktimski.
Czuł jak miotają nim zawroty głowy. Przed oczami tańczyły mu czarne plamki. Oddech był płytki i szybki. Próbował dojść do tego, co się z nim dzieje.
Popatrzył na Pawła, stającego tam, gdzie przed chwilą. Nie zniknął. W Januszu zaczęła wzbierać agresja. Czego jeszcze chcesz, skurwysynu?! Zabawiłeś się mną, a teraz daj mi wreszcie spokój!
- Miałem nadzieję, że rozejdziemy się w lepszych nastrojach. - stwierdził diabeł, choć w jego głosie słychać było, że nie jest z tego powodu rozżalony. - Dla mnie był to naprawdę miło spędzony czas. Przykro mi, że tak tego nie odbierasz, choć nie mam ci tego za złe. Zdążyłem się już przyzwyczaić do takiego traktowania. Cóż więc, żegnaj. Pozostaje mi tylko odebrać to, co moje.
Wiktimski nie zdążył zapytać o co chodzi. Głos ugrzązł mu w gardle, gdy zobaczył, że dłonie wyciągnięte w jego kierunku mają linie papilarne. Jego szok był tym większy gdy zauważył, że na prawej ręce widnieje okrągła blizna w okolicy kciuka. Tak jak u niego. Czyżby więc..?
- Nie inaczej, kochany. Ja ci wtedy nie wyrównałem dłoni. Dokonałem tylko wymiany.
W Januszu zadziałał odruch obronny, typowy dla zagrożonego człowieka. Zapewne próbowałby uciekać albo nawet walczyć z diabłem, ale jego sparaliżowany umysł nie był w stanie nic uczynić. Stał tak, zastygły jak spiżowy posąg, mogąc tylko przyglądać się jak Paweł podchodzi do niego i dotyka jego dłoni. W tle zdawało mu się, że słyszy, jak ktoś wali w drzwi.
Gorąco i ból. Potworny ból, przeszywający całe ciało, drażniący każdą komórkę, parzący monstrualną temperaturą i kłujący tysiącami igieł. Znowu. Znowu to samo. Niech to się wreszcie skończy!
Była to ostatnia świadoma myśl Janusza. O ile poprzednim razem jakoś przetrwał ten zabieg, o tyle teraz cierpienie, jakiego doświadczył, skumulowało się z jego nienajlepszym stanem zdrowotnym, przez co zarówno jego umysł, jak i organizm zmuszone były dać za wygraną.
* * *
Poraziło go jasne, oślepiające białe światło. Pomyślał, że umarł, że znajduje się teraz w jakimś stadium przejściowym, oczekując na osądzenie. Wtedy poczuł jak coś uciska go na skroniach. Znajome doznanie. Ból. Nigdy nie sądził, że będzie się z niego cieszył. Kiedyś ktoś powiedział mu, że żyjesz dopóty, dopóki coś cię boli. Więc jednak nie umarł. Ale gdzie on jest?
Zaczął dostrzegać niewyraźne kontury otoczenia. Jakiś okrągły kształt na ścianie przed nim, tuż nad sporym prostokątem. Po prawej ciemniejszy kwadrat, od czasu do czasu rozjaśniany chwilowym błyskiem. Obok coś pikało. Z oddali dochodził go rytmiczny szum przerywany nieregularnymi basowymi pomrukami. Krople bijące w szybę?
- Te, jak myślisz, czy to on? - zapytał jakiś obcy głos.
- Ponoć tak. - skomentował drugi. - Inaczej by go tak nie pilnowali.
Janusz popatrzył w ich kierunku. Dwa rozmazane cienie siedziały w kącie przy czymś, co zaczynało wyglądać jak stolik. Skądś znał już ten widok. Tylko... tak! Jest w szpitalu! Dzięki Bogu, to pewnie był tylko sen!
W nadzieją obserwował, jak wyostrza mu się wzrok. Był przekonany, że zaraz ujrzy znajome twarze inspektorów Turosza i Basińskiego pytających o to, co mu się stało. Niestety, jego zmysł słuchu spłatał mu figla, gdyż zamiast nich zobaczył dwie nieznane mu kobiety w podeszłym wieku. Domyślił się, że to sprzątaczki, ponieważ zarówno ich strój jak i oparte o ścianę atrybuty, w postaci mopów oraz wiader ze spienioną wodą, zdradzały okupowaną przez nie profesję. Siedząc do niego bokiem nie zauważyły, że się obudził.
- Wiesz, Jadzia?
- No co?
- W tajemnicy ci coś powiem.
- Słucham. - kobieta nazwana Jadzią nachyliła się nad stolikiem, zbliżając głowę do swojej koleżanki.
- Ale pamiętaj, ani mru mru! Dziób na kłódkę!
- Hela, przecież wiesz, że mnie można wyznać wszystko. Nikomu ani słówka nie pisnę. Co to za sekret?
- Pamiętasz mojego zięcia, Mirka, nie? Był tu trzy dni temu podrzucić mi obiad do roboty, bo z domu go wziąć zapomniałam.
- Tak, co z nim?
- Złoty chłopak. Na początku, jak spotykał się z Agnieszką, to wydawał się taki...
- Hela, z tematu schodzisz.
- No tak. - kobieta chrząknęła ukrywając w ten sposób niezadowolenie z faktu, że się jej przerywa. - Więc mój zięć pracował przy sprawie tego mordercy. - wskazała palcem na Janusza.
Wiktimski chciał zaprotestować, obronić się przed niesprawiedliwym osądem. W końcu skąd one mogły wiedzieć co przeszedł? Miał zamiar przedstawić im swoją wersję, nie bacząc na to jak irracjonalne będzie jej brzmienie. Zależało mu na tym, by w końcu zrzucić z siebie to brzemię. Nie miało znaczenia czy uwierzą mu, czy też nie. Ważne było, by mógł z kimś porozmawiać.
Ale coś mu nie grało. Oczekiwał usłyszeć swój głos, ale jedynym, co wydobyło się z gardła był cichy świst. Spróbował jeszcze raz. Teraz zamiast świstu udało mu się sapnąć. W momencie, gdy zaczął zastanawiać się co też się dzieje, panika z głośnym echem zadudniła w bramę jego umysłu.
- Więc to jednak on? - zapytała Jadzia skinąwszy głową w bok.
- A tak! Nie mówiłam, bo Mirek prosił mnie, bym tego nie rozpowiadała.
- To pewnie wiesz więcej niż w prasie piszą. Czytałam, że robił to, bo lubił tej szatańskiej muzyki słuchać. A w jednej z tych wszetecznych piosenek, gdy ją puścić od tyłu, to ponoć nawoływania do mordu na niewinnych są!
- Pierdoły Jadzia czytasz. Ja mam informacje z pierwszej ręki.
- To co wiesz?
- Ma tego, no... krwiaka. To znaczy miał, bo mu pęknął, miał wylew, a przez to nie może teraz mówić i lekarze twierdzą, że jest sparaliżowany od szyi w dół. Przypadek sprawił, że to usłyszałam, bo sprzątałam tu, gdy doktor Grasza rozmawiał z jakimś krępym, nieogolonym mężczyzną.
Janusz słuchał ze zdumieniem. Nie, pomyślał, to niemożliwe!
Chciał unieść prawą dłoń w górę i pokazać obscenicznym układem palców, że to, co mówią te kobiety jest nieprawdą. Tylko, że ręka ani drgnęła. Skoncentrował się na tym, by poruszyć nią choć odrobinę, ale nic to nie dało. Kończyna jak na złość trwała w niezmienionej pozycji. Spróbował z lewą ręką, a potem z obiema nogami. Za każdym razem efekt był ten sam - kompletny brak reakcji.
- A skąd ten krwiak się u niego wziął? - zapytała Jadzia, nie dostrzegając agonii, jaka malowała się na twarzy Janusza.
- Ponoć jacyś hultaje pobili go w bramie.
- Za co?
- Pewnie za nic. Teraz to za wszystko biją. Ta rozwydrzona młodzież to nie ma poszanowania dla żadnych wartości. Za moich czasów to...
- Hela!
- Co?!
- Na temat gadaj. Zaraz nam się przerwa skończy.
- Dobrze, już dobrze! Pamiętam, że jak go tu przywieźli za pierwszym razem to miał poobijaną głowę.
- No i co?
- A bo ty durna jak but jesteś. Nie wiesz skąd się biorą i co robią krwiaki?
- Proszę, mądrzejsza się odezwała. Pewno sama nie wiedziałaś, tylko ci ten twój zięciu powiedział, a teraz mądralę zgrywasz.
- Chcesz słuchać co dalej? - obruszyła się Hela. - To zawrzyj dziób i zadawaj pytania tylko wtedy, gdy to konieczne.
- Niech ci tam będzie. - westchnęła Jadzia.
- No więc, ponoć to nawet w wyniku niewielkiego urazu głowy istnieje ryzyko pojawienia się krwiaka. A ten skurczybyk ma to do siebie, że jak nabiera krwi, to zaczyna uciskać pewne partie mózgu. Może to prowadzić do zaburzeń pracy serca, silnych bólów głowy, a nawet halucynacji. Mirek powiedział, że zapewne to ostatnie spowodowało, że zabijał.
- Skąd takie wnioski?
- Prowadził dziennik. Znaleźli go jak przetrząsnęli całe jego mieszkanie. Co prawda wystarczającym dowodem jest to, że jego odciski palców pokrywają się z tymi pozostawionymi na miejscach zbrodni. Prócz tego odszukano tajemnicze narzędzie, jakim pociął swoje ofiary.
- Jakie?
- Miecz. Podobno bardzo ostry. Wygląda na jakiś orientalny. Może to entuzjasta sztuk walki?
- Nie wygląda. - stwierdziła Jadzia. - Taki jakiś lichy jest.
- Też tak myślę. A jednak jakimś cudem, pomimo odniesionych obrażeń, udało mu się dopaść swoich oprawców i pochlastać ich na kawałki. Dlaczego szedł z mieczem, nie wiadomo. Może wracał z treningu? W każdym razie musiał ten miecz potem gdzieś ukryć, bo nie miał ostrza przy sobie jak go znaleziono...
- A co z tym dziennikiem?
- Pisał w nim, że nawiedza go jakaś tajemnicza, niemal wszechmocna postać, która każe mu zabijać. Miała być to forma zapłaty za pomoc, jaką od niej otrzymał.
- Bezbożnik, ot co! Zapewne jaką plugawą magię uprawiał i demona przywołał!
- Ba, to samo powiedziałam Mirkowi, ale on mnie uspokoił i powiedział, że co prawda nie jest to wykluczone, ale mało prawdopodobne. Stwierdził, że to raczej krwiak mógł to powodować. W każdym razie zięć mówił mi, że w tym dzienniku opisał z niesamowitą dokładnością kogo zabił, jak to zrobił i gdzie pozostawił zwłoki. To pomogło im odnaleźć szczątki po zaginionym księdzu Kurku, panie świeć nad jego duszą. - Hela przeżegnała się.
- A więc to jego sprawka? - zaskoczona Jadzia aż podskoczyła na krześle, które jęknęło pod jej ciężarem gdy już na nie opadła. - Nie daruję mu tego! Niech no tylko się obudzi, to już ja mu pokażę!
- Uspokój się! Też czuję to, co ty, ale popatrz na to w ten sposób - lekarze orzekli, że nie ma już szans na odzyskanie sprawności ruchowej ani mowy. Wstydzę się tego, ale nawet trochę mu współczuję.
- Co też ty wygadujesz! To wręcz idealna kara za ludzi zabijanie, i to tak cnotliwych jak nasz kochany proboszcz Kurek. Nikt nie będzie w stanie go zastąpić.
- Masz rację, ale pomyśl sama jakbyś się czuła będąc skazaną na trwanie w takim stanie? Nie możesz robić nic, tylko leżeć i czekać aż zdechniesz. Już wolałabym umrzeć, bo to, co mu zostało, to nie życie, a wegetacja.
- Może i tak, ale uważam, że mu się należy. Jeśli będzie tak, jak mówisz, to pewno umieszczą go w zakładzie specjalnej opieki, by tam za pieniądze z naszych podatków końca dni swoich czekał. Zasrany pasożyt będzie żył w lepszych warunkach niż niejedna rodzina. Ale kto wie? Może to nawet lepiej? Będzie miał dużo czasu, by swoje grzechy przemyśleć i za nie odpokutować.
- Tak, tu się z tobą zgodzę. Dobrze, że złapali go zanim zabił kolejne osoby.
- A jak go znaleźli?
- Tu jest kolejna osobliwość dotycząca tej sprawy. Co prawda udało im się go zlokalizować za pomocą komputera, ale mniej więcej w tym samym czasie, gdy zdobyto tę informację, on sam zadzwonił do przełożonego Mirka, inspektora Turosza, osobiście zajmującego się tą sprawą. Powiedział gdzie mieszka, jednocześnie wyznając przez telefon, że wszystkie ostatnie zbrodnie są jego sprawką. Wszystko nagrali na taśmę. Zięć mówił mi, że jak wtargnęli do jego mieszkania, to leżał nieprzytomny z rękoma wetkniętymi w palniki od kuchenki gazowej. Zapewne próbował wypalić swoje linie papilarne, ale mu się to nie udało.
- Boże, cóż za chore pomysły! Trzeba być naprawdę szurniętym, by coś takiego robić! Jak ludzie z tej sekty, co to o nich czytałam, że najpierw krzywdę sobie robią, a potem jakieś zbiorowe bezeceństwa uprawiają!
- E tam, Jadzia, przesadzasz.
- Przesadzam?! Czy ty sama siebie słuchałaś?! Trzeba z tym pójść do jakiejś gazety! Ludzie powinni wiedzieć!
- Nie! Obiecałaś! Zawrzyj dziób! Na dniach mają wydać oficjalny komunikat, więc ty się w to nie mieszaj!
- No, niech ci będzie, ale przyznasz, że coś dziwnego się tu dzieje.
- Racja. Na przykład dziś rano mój zięć nie chciał jeść parówek jakie mu zrobiłam na śniadanie. Zastanawiam się czemu, bo zawsze je lubił. Co gorsza, zauważyłam, że zrobił się cały zielony, gdy zobaczył, iż mam zamiar je spożyć. Nie wiem co w tym dziwnego. Znasz mnie, Jadziu, i wiesz jak nie znoszę, gdy się coś marnuje, dlatego szkoda mi było ich wyrzucać. I wiesz co? Smakowały mi nawet jakoś bardziej niż zwykle. Miały w sobie jakąś tajemniczą nutę smakową, której nigdy wcześniej tam nie czułam. Nie wiem czemu Mirek ich nie chciał, może się czymś zatruł? Młodzi tak źle się ostatnio odżywiają... W każdym razie następnym zaskoczeniem było to, że gdy poszłam do mięsnego dokupić tych parówek, to okazało się, iż cała partia została wycofana. Sprawdziłam w kilku sklepach i nigdzie jej nie było. Ciekawe dlaczego?
- Kto wie? Może przeprowadzili jakiś eksperyment ze zmianą składu i... - Jadzi powietrze stanęło w gardle, gdyż zauważyła, że chłopak leżący na łóżku obudził się i je obserwuje. Jego usta otwierały się i zamykały jak u ryby wyrzuconej na brzeg. - On..! On..! On się obudził! Chryste Panie!
- Szybko, chodźmy po doktora Graszę! - krzyknęła Hela ze strachem w głosie.
Sprzątaczki chwyciły swój asortyment i w zadziwiającym jak na swoje gabaryty pośpiechu opuściły izolatkę.
Tymczasem Wiktimski nadal nie mógł uwierzyć w to, co się wokół niego działo. Nie dopuszczał do siebie możliwości, że wszystkie wydarzenia z ostatnich dni w rzeczywistości były prawdopodobnie tylko jedną wielką halucynacją, zapewne będącą wynikiem wadliwej pracy mózgu. Był przekonany, że to, co widzi, to jakiś oniryczny sen, paranoja, czy inna kwasowa wizja. Błagał Boga by ten go wreszcie obudził.
Ale koszmar Janusza wcale się nie skończył, pomimo tego, iż pragnął tego jak niczego innego na świecie. Po chwili wstąpiła w niego nadzieja, że jeśli wszystko to, co usłyszał, jest jednak prawdą, to przynajmniej w niedługim czasie dane będzie mu umrzeć.
Przekonanie to prysło niczym bańka mydlana, gdy nagle, nie wiadomo skąd, w głowie zadźwięczały mu słowa Pawła: "Czeka cię długi żywot w komfortowych warunkach.". Wiedziony instynktem popatrzył w okno. Zobaczył siedzącego za nim dużego, ociekającego wodą czarnego kruka. Ptak patrzył mu w oczy swoimi węglowymi ślepiami i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby z tego spojrzenia nie emanowało szyderstwo. Przez chwilę Janusz odniósł nawet wrażenie, że kruk uśmiecha się do niego w dosyć charakterystyczny sposób, właściwy tylko jednej osobie. Nie! Nie! NIE!
Do pomieszczenie wkroczył doktor Grasza. Zauważył, że usta chłopaka leżącego na szpitalnym łóżku otwierają się w niemym krzyku, po policzku spływa strużka śliny, a oczy z przerażeniem patrzą gdzieś bok. Chciał sprawdzić co też tak przestraszyło tego młodzieńca.
Odwrócił się do okna. Na zewnątrz nic się nie zmieniło. Z szarego, zasnutego ciężkimi chmurami nieba padał ulewny deszcz. Zauważył, że za szybą przycupnął spory kruk, zaglądający z ciekawością do izolatki.
- Durne ptaszysko. - burknął pod nosem.
Ptak, jakby to usłyszawszy, puścił lekarzowi lekceważące spojrzenie, po czym rozpostarł swe skrzydła i poszybował miedzy wytwory betonowej dżungli.
Gdzieś na drugim końcu miasta, w obskurnym mieszkaniu, bita żona wołała o pomoc...
NoNameMan (ttl rzprdl)
nonameman@o2.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||