Bimberman
Nie szukajcie w tym opowiadaniu morału czy przesłania. Nie ma go. Tekst napisałem z humorem i tak trzeba do niego podchodzić. Zaznaczam, że nie chciałem nikogo obrazić. Każdy bohater został zmyślony jak i miejsca gdzie dzieje się akcja. No, może tylko nazwy miejscowości są prawdziwe. :)
- O rzesz kurwa, Mietek, przesadziliśmy wczoraj z tym bimbrem.
- Weź mi nawet nie przypominaj, bo mnie na wymioty zbiera - odchylił głowę do tyłu w geście obrzydzenia - Edo?
- Co?
- Masz jeszcze trochę tego bimbru?
Edo zarechotał przepitym basem. Usiadł na słomie i sięgnął po swoją starą kurtkę. W brzuchu kotłowało mu się jak w pralce. Poczuł nagły przypływ mdłości, ale zdołał je opanować. Wstyd, żeby taki wyrafinowany smakosz wymiotował po wódce. Straciłby dobrą opinię we wsi.
- A co, kacuch męczy? - zapytał ironicznie.
Mietek oparł się na łokciach walcząc uparcie o utrzymanie tej pozycji z nieubłaganą siłą grawitacji, która ciągnęła go do ziemi. Leżeli tak w stodole nie pierwszy raz. Co sobotę po ciężkiej pracy w polu relaksowali się popijając bimber kupiony u miejscowego leśniczego, który dorabiał sobie tak do, jak mówił, skromnej pensji. Nikt nie wiedział, ile tak naprawdę leśniczy zarabia, bo każdemu mówił inaczej. Raz, że 600 zł na miesiąc, a to po pijaku, że 1200. Czarna magia, jak to zwykł mawiać sołtys. Od czasu do czasu ścigali się też swoimi traktorami po miejscowych polach, ale tylko w nocy, żeby ich nikt nie nakrył na niszczeniu plonów. Wieś, w której mieszkali, to raptem 10 domów na krzyż. Nazywała się dość osobliwie Kunki Dolne. Nie myślcie sobie, że nie było też Kunków Górnych, a jakże, były. 15 domów oddalonych o jakieś 3 kilometry. Typowy obraz polskiej wsi.
Opiszę teraz pokrótce naszych bohaterów. Mietek to mężczyzna w średnim wieku, za kilka miesięcy stuknie mu pięćdziesiątka. Wysoki, gruby, o pomarszczonej twarzy i czerwonych zapitych oczach. Nieogolony i wiecznie w swoich roboczych gumiakach. Chodził w nich nawet do kościoła. Wykształcił się dość dobrze, bo podstawówkę skończył jako jedyny we wsi ze starszego pokolenia. Pisać umiał i czytać też. Nazywali go filozof, bo gdy się upił to dostawał takiej gadki, że żaden temat nie był mu straszny. Edo zaś to staruszek z 65 latami na karku. Jak na swój wiek wyglądał dobrze i nie można było o nim powiedzieć, że się zaniedbuje. Golił się co dwa dni. Bieliznę zmieniał codziennie i kąpał się co tydzień. Tylko ręce pokryte wieloma odciskami zdradzały, jak wiele godzin spędził pracując w polu.
- Wstawaj Filozof, trzeba do kościoła iść - rzucił próbując wstać z siana chwiejąc się na wszystkie strony.
- A coś ty się taki pobożny zrobił?
- Wstawaj mówię, bo dzisiaj ta msza jest co wino dają do picia - bimber huczał mu jeszcze w głowie, ale nie przepuści takiej okazji.
- Wino? - ożywił się Mietek - dobra to ja idę się ogolić i zaraz możemy ruszać.
Obrócił się na brzuch i podniósł na kolana. Zachwiało nim i znowu padł jak klocek na miękką słomę.
- Nie dam rady, stary - pożalił się. - Jestem zalany. Pomóż mi chłopie, pomóż.
Edo walczył z silnym wiatrem, który targał nim jak szmacianą lalką. Zdziwił się, że wiatr może tak hulać w stodole. Przecież drzwi były zamknięte. Oparł się o ścianę i podał rękę towarzyszowi. Ten chwycił się jej i z całej siły pociągnął. Udało się. Wstał. Podtrzymując się nawzajem wyszli ze stodoły kierując się zygzakiem w kierunku pobliskich budynków.
***
Młody chłopak pracował sztyletem wydrapując na drewnianej podłodze pentagram, a wokół niego setki run zabezpieczających go przed Nim. Gdy się już tu zjawi, będzie potrzebował każdego zabezpieczenia. Jeżeli mu się uda, przestaną uważać go za pomyleńca. Znał zaklęcia, które go przywołają. Czuł się na tyle silny, by sprostać zadaniu. Zaszył się na tym zadupiu, bo tylko tu mógł spokojnie pracować. Skrzętnie sprawdzał poprawność wydrapywanych run. Dalekie były od doskonałości ale uważał, że to nie ma większego znaczenia, gdyby wiedział jak bardzo się mylił. Wielu magów sprawdzało zabezpieczenia tygodniami, a nawet miesiącami by być pewnym, że przywołana istota nie przerwie kręgu i nie wydostanie się na wolność. On poświęcił na to tylko kilka godzin. Nie wiadomo czemu strasznie mu się śpieszyło. Wydrapał ostatnią runę i sięgnął po grubą czerwoną książkę. Recytował bardzo powoli wersy zaklęcia, które miało wypłoszyć z piekła samego diabła. Pentagram zabłysnął czerwonym światłem.
***
Znudzony szatan siedział na swoim tronie. Nic ciekawego nie działo się w piekle. Zaczynał się już zastanawiać, czy by nie zabić tak dla zabawy jakiegoś demona i jego głową zagrać w rugby? Lubił tą grę, ale w tej chwili nie chciało mu się biegać. Przecież i tak zawsze wygrywał. Wsparł głowę o swoją rękę i czekał, aż wydarzy się coś ciekawego... no i się doczekał. Ktoś wymówił jego imię. Szybko wyprostował się i wytężył słuch. Tak, ktoś go wołał... z ziemi. Zaśmiał się. Jakiś głupiec otworzył mu drogę do świata ludzi. Wstał z tronu i ruszył, by stawić się na wezwanie.
***
Zaraz się zjawi. Czuł pod stopami leciutkie wibracje. Jego serce pompowało krew z nadzwyczajną szybkością. Poczuł ból w klatce piersiowej. Nie może teraz zemdleć. Zbyt długo czekał na tę chwilę. Czerwony błysk. Usłyszał szaleńczy śmiech dobiegający spod ziemi. Smuga światła rozerwała środek pentagramu. Pojawił się. Jego szkarłatne oczy błyszczały złowieszczo w blasku czerwonego światła. Skóra twarda jak kora drzewa, poprzebijana gdzieniegdzie czarnymi kolcami zdawała się być pancerzem, a nie częścią ciała. Ogromne czarne szpony, które zaciskał i rozwierał, jednym uderzeniem mogły rozerwać człowieka na strzępy. Nie spodziewał się, że przywoływanie wyciśnie z niego taką masę energii. Teraz musi się skupić i nie okazywać strachu. Musi być stanowczy, żeby nim zawładnąć. Musi... Jezu, przecież to diabeł!!!
***
Znalazł się na środku wykładanej drewnem izby. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Odszukał wzrokiem maga, który go przywołał. Nie no... to nie było nawet namiastką maga. Zaraz skręci mu kark i po krzyku. Spojrzał na wydrapane w drewnie runy.
- Jesteś teraz pod moją władzą, Erutu! - krzyknął chłopak.
Erutu... pomyślał - sprawdzając poprawność znaków runicznych - dawno nikt mnie tak nie nazywał.
- Teraz ja jestem twoim panem!!!
Nie zwracał na niego uwagi. Wiedział, że ten człowieczek musiał popełnić błąd i się nie mylił. Wielki, rażący błąd, który przypłaci życiem. Pominął jeden ze znaków w ciągu trzeciego okręgu. Diabeł przerwał zabezpieczenia, podszedł do chłopaka i przejechał szponami po jego twarzy. Krew bryznęła po ścianach budynku. Złapał upadające ciało i rzucił nim w drzwi, które nie wytrzymały uderzenia i wyleciały z zawiasów. Spokojnie wyszedł na zewnątrz. Znów poharcuje trochę po ziemi. Zobaczymy, co ludzie wymyślili przez te wszystkie lata...
***
Dwóch pijaczków wracało z kościoła i śpiewało ochoczo słowa piosenki "Szła dzieweczka do laseczka". Szczęśliwi, że się winka mszalnego napili, podskakując szli właśnie do leśniczego po zapas ognistej wody.
- Mietek, to wino było jakieś niskoprocentowe, nie? - przerwał piosenkę i zagadnął towarzysza.
- Masz rację. Wodą zalatywało. Szkoda im dla wiernych. Sami chleją w plebanii. Myślisz, że dlaczego proboszcz taki czerwony chodzi? Grzeje go.
Roześmiali się w głos i zawtórowali chórkiem słowa piosenki "Góralu czy ci nie żal". Huk łamanego drewna przerwał im perfekcyjne wykonanie staropolskiej śpiewki.
- Słyszałeś? - zapytał Edo.
- Słyszałem. Ktoś chyba drzwi siekierą łupie.
- To chyba z domu tego dziwaka, co to zawsze trzeźwy chodzi.
- No. Chodź, sprawdzimy co to było. Może się chłopak zabić chce. Bedziem mieli dobry uczynek jak go uratejem.
- Eeee.... - machnął ręką Mietek - zostawmy go, niech się zabija. Co nas to obchodzi?
- Chodź tchórzu, a jak ty byś się na przykład wieszał to chyba chciałbyś, żeby cię ktoś uratował?
- Oj, chyba nie - stwierdził ironicznie.
Ruszyli szybkim krokiem w stronę drewnianego domku. Z daleka widać było wyrwane z zawiasów drzwi leżące kilka metrów dalej.
- Edo, nie podoba mi się to.
- Mi też. - zaniepokoił się - może jednak nie chce się zabić? Tak sobie drzwi wyrwał, dla sportu. Może go kac męczy?
- No może być - przytaknął mu Mietek - spadamy.
W jednej chwili zawrócili i już mieli puścić się biegiem w stronę leśniczówki, gdy dotarł do ich uszu przeraźliwy okrzyk. Stanęli jak wryci. Kropelki zimnego potu spłynęły im po kręgosłupie.
- O cholera...
Odwrócili się w kierunku, z którego dobiegał okrzyk. Ujrzeli ogromną postać szarżującą prosto na nich.
- Łoł... panie, gdzie panu tak śpieszono? - krzyknął Edo.
Diabeł zbity z tropu zatrzymał się przed nimi. Nie bali się go? Trzeba się więc przedstawić.
- Diabeł jestem - wymruczał.
- Miło mi, Edo, a to Mietek. Panie, a dlaczego takie imię? Brzydki pan jest, nie przeczę, ale od razu diabeł?
- To nie imię, ja jestem diabeł, szatan, no wiesz... ten z piekła - tłumaczył się.
Mietek szturchnął towarzysza w bok i szepnął cicho:
- Ty, a jak to jest naprawdę diabeł? Matko Boska - przeżegnał się - myśmy umarli, Edek, Matko Boska...
- Cicho, przecież winko piłeś. Materialne było, nie? Znaczy żyjem.
Diabeł zdezorientowany miał już trzasnąć jednego z woleja szponem ale pomyślał, że zabijanie kogoś, kto się go nie boi, nie ma sensu.
- Panowie, przepraszam, muszę iść. - zasalutował im.
- Zaraz, panie, może się chcesz bimberku z nami napić, co? - zaproponował Edo. - Mietek, leć do leśniczego i kup beczułkę, poczekamy na ciebie w kanciapie.
- Ale ja... - zaprotestował szatan.
- Cicho panie - przerwał mu - też musisz mieć coś z życia. Idziemy do kanciapy.
***
Kanciapą zaś była stodoła, gdzie zaczęła się ta cała opowieść. Zdążyli już wypić połowę pięciolitrowej beczki i diabeł zalany w trupa jak każdy załapał temat i zwierzał się ze swoich problemów.
- Mieciu mój ty kochany - przytulił mężczyznę i pocałował w policzek - jak ja cię kocham. Mnie nikt nie kocha. Taki brzydki i ohydny z tymi szponami - zapłakał - kto by mnie chciał. Taki okrutny jestem i w ogóle wszyscy się mnie boją, a ja nie chcę, żeby się mnie wszyscy bali; ja chcę tylko odrobinę miłości. Tylko odrobinę... - rozpłakał się.
- Nie płacz, my cię kochamy - pocieszał go Mietek - i wcale nie jesteś taki brzydki. Ten, no, jak mu tam, a Jędrek to on dopiero brzydki jest. Ty to przy nim jesteś przystojniak.
Diabeł podniósł głowę i strzelił jeszcze jednego kielicha z plastikowego kubeczka.
- Och, Mieciu, jak ja cię kocham - znów pocałował go w policzek - kocham cię, Mieciu...
- Ten to ma dopiero ciężkie życie - zagadnął Edo - dziw, że się jeszcze nie załamał. Twardy chłop. Niech się wypłacze, ulży mu.
Diabeł nalał sobie pół kubeczka samogonu i wypił wszystko jednym haustem, po czym padł nieprzytomny na kupę siana.
Mietek leciutko go szturchnął.
- Zgon - stwierdził - odpada.
- Może my też pójdziemy spać? - zaproponował Edo.
- Dobry pomysł. Jutro skończymy z rańca beczkę i w pole.
Wszyscy trzej zapadli w błogi sen na miękkim sianie wśród przyjemnych oparów bimbru.
***
Poniedziałkowy poranek zastał naszych bohaterów tam, gdzie przed kilkoma godzinami zostawił ich wieczór. Diabeł i Mietek już nie spali i szukając plastikowego kubeczka zaczynali kolejkę.
- Edek - diabeł potrząsną staruszkiem - Edek, wstawaj, kolejka się zaczyna.
Edo jeszcze na wpół nieprzytomny wziął miarkę od diabła i wypił duszkiem. Poczuł przyjemne ciepło w gardle.
- Mietek, stworzyliśmy potwora - stwierdził oficjalnie.
Wszyscy razem roześmieli się i wypili jeszcze z pół litra bimbru, po czym rozłożyli się wygodnie na sianie.
- Chłopaki - zaczął diabeł - ja już muszę lecieć. W piekle się będą niecierpliwić, że mnie tak długo nie ma. Jeszcze jakiś parszywy demon zechce zająć moje miejsce. Muszę ich pilnować dzień i noc. - wstał i uścisnął po kolei każdego z nich - fajnie było, ale obowiązki wzywają.
Edo poszukał w stogu siana szklanej butelki po wódce i wypełnił ją bimbrem.
- Trzymaj brachu, na drogę, niech cię nie suszy - poklepał go po plecach.
- Dzięki - łza wzruszenia pojawiła się w diabelskim oku - dobrzy z was kumple.
Ociągając się opuścił kanciapę. Spojrzał jeszcze raz na swoich przyjaciół i przy asyście śmigających iskier i zapachu siarki rozpłynął się w powietrzu.
Słyszał jeszcze jak któryś z nich krzyczy: "Wpadnij jeszcze kiedyś na bimberek i pamiętaj: kochamy cię. Dla nas zawsze będziesz pięknyyyyy..."
Mądry był ten, który powiedział że prawdziwy Polak potrafi rozpić każdego, nawet diabła.
Berserker
berserker@xl.wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||