Bunt
Zapowiadał się piękny dzień. Piękny na bitwę, pomyślał Lucyfer.
Powiódł swym bystrym okiem po oddziałach, rozproszonych po obozie. Rebelianci, odziani w szare płaszcze z kapturami skrywającymi twarz, krążyli bez celu, rozmawiali z towarzyszami lub siedzieli wokół ogniska i śpiewali chórem pieśni dodające otuchy. Szykowała się wielka bitwa, taka, jakiej nikt jeszcze nie stoczył na tej ziemi.
Lucyfer, sam odziany w długi, czerwony płaszcz z gronostajami, przechadzał się po obozowisku i od czasu do czasu spoglądał z niepokojem na przyszłe pole walki. Była to wielka wyżyna, nazwana Niebiańską Wyżyną, jeśli się nie mylił. Jednak uwzględniając fakt, że mylił się rzadko - właściwie nie zdarzyło mu się to jeszcze ani razu - to można przyjąć, że wyżyna rzeczywiście była Niebiańską. Tak czy inaczej, był to teren kompletnie opustoszały. Nie było tu ani jednego drzewa, które tak bardzo lubił Stwórca, nie było jezior ani rzek, nie było nawet trawy. Tylko gołe skały. Mimo, iż była to z nazwy wyżyna, to podłoże było niemal zupełnie gładkie, co Lucyferowi wydawało się dość dziwne.
Zdawał sobie doskonale sprawę, że lepiej byłoby nie przyjmować tu walki. On sam wolał zaatakować z ukrycia, gdzieś w lasach lub w górach. Nie musiałby wtedy niepotrzebnie skazywać na śmierć swoich żołnierzy, po prostu wyrżnęliby z zasadzki wojska przeciwnika. Jednak obaj generałowie, Belial i Belzebub, argumentowali, że nie, że trzeba jak najszybciej stoczyć wojnę i mieć to z głowy, i temu podobne. Lucyfer nie miał im tego za złe, sam rozumiał, że to trwa już trochę za długo i zarówno on jak i Bóg są już zmęczeni. Pamiętał, jak jakieś pięćset lat temu wypowiedział swemu Stwórcy wojnę i odszedł. Pamiętał, jak tysiące aniołów, teraz zwanych "upadłymi" lub "diabłami", ruszyło razem z nim. Potem pamiętał już tylko krew i śmierć, wcześniej obce niebiańskim istotom.
Nie chciał walczyć. Chciał być wolny.
Wiedział, jak płonne są jego marzenia.
W obozie zaczęło szumieć. Upadli robili się niespokojni, biegali po namiotach i chwytali za broń. Nie trzeba było być geniuszem, jak Lucyfer, by zorientować się, że spowodowane jest to chmurą kurzu, którą widać było na horyzoncie. Chmura była coraz bliżej, po chwili usłyszeli, jak trzęsie się ziemia. Krzyknął, przywołując swoich generałów.
- Tak? - spytał Belial. Był to przepiękny mężczyzna, lat około dwudziestu, odziany w szary płaszcz narzucony na kolczugę pokrytą zakrzepłą krwią. Bynajmniej nie jego. W obydwu dłoniach ściskał miecze.
- Tak? - spytał Belzebub, który nie był już tak uroczy jak pierwszy generał. Nie miał na sobie szarego płaszcza, tradycyjnego odzienia bojowego diabłów, tylko szatę anielską. Jedyną różnicą było to, że krzyż na szacie Belzebuba był odwrócony. Także trzymał dwa miecze.
- Na co jeszcze czekacie? - zakrzyknął Lucyfer. - Zbiórka! Szybko! Przecież oni zaraz tu przybiegną!
Generałowie szybko wydali niezbędne rozkazy, upadli zgromadzili się przed obozem. Wszyscy z niepokojem obserwowali zbliżającą się hordę aniołów.
Ciekawe, czy Bóg zaszczycił nas swoją obecnością, pomyślał Lucyfer, stając na czele armii. Pewnie nie, siedzi w swojej twierdzy i modli się za swoich pobożnych sługusów.
Aniołowie pojawili się w zasięgu wzroku. Upadli zobaczyli tysiące istot, których piękne twarze wykrzywione były w złowieszczym grymasie. Ich błękitne ubrania, na których błyszczał złocisty krzyż, były strasznie zakurzone. Każdy wznosił swój ognisty miecz ku górze. Nad ich głowami Lucyfer dostrzegł istoty dużo bardziej niebezpieczne, skrzydlatych archaniołów, obdarzonych niemalże boską mocą. Wszyscy trzymali napięte łuki.
Zaraz posypią się strzały, pomyślał gorączkowo. Wiem, cholera, co zrobię.
Zrzucił swój królewski płaszcz i rzucił się biegiem w kierunku wrogów. Belzebub i Belial domyślali się, co chce zrobić, więc, wstrzymali upadłych.
Biegł na złamanie karku. Jego dawna anielska szata, teraz czarna, powiewała na wietrze. Rozwinął swe ciemne skrzydła i wzbił się do lotu, wzburzając tumany kurzu.
Aniołowie zatrzymali się. Archanioły wystrzeliły w jego kierunku, jednak nie było istot lepiej latających niż on. Bez problemu uniknął pocisków. Wyszarpnął z pochwy miecz. Podobnie uczyniły archanioły i wszystkie, jak na komendę, rzuciły się na Lucyfera.
Z dołu zarówno upadli jak i aniołowie przyglądali się tym podniebnym wyczynom. Belzebub i Belial uznali jednak, że już czas. Tysiące diabłów zaatakowało z zapałem.
Lucyfer obserwował wszystko kątem oka. Zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele zależy od niego. Musiał unicestwić dwunastu archaniołów. Próbowali go otoczyć, on jednak wymykał się i ciął straszliwie pojedynczych wojowników. Szybko został sam na sam z potężnym, pięknie odzianym młodzieńcem.
Z młodzieńca aż tryskała nienawiść.
- No dalej - zachęcił diabeł.
Archanioł zaatakował od prawej, poziomym cięciem, które z pewnością miało pozbawić przeciwnika głowy. Lucyfer nie próbował nawet parować, zanurkował pod ostrzem. Siła ciosu ustawiła młodzieńca tyłem do upadłego. Uderzył prosto w głowę, trochę powyżej skrzydeł.
Krew trysnęła obficie, jednak diabeł nie widział już tego. Atakował Niebiańskie Zastępy z powietrza, ciskając w nich ogniste kule lub bezlitośnie kąsając mieczem.
Bitwa skończyła się równie szybko, jak się zaczęła. Można było z czystym sumieniem powiedzieć, że zwycięstwo należy do diabłów. Krążyli po polu bitwy, dobijając rannych lub zbierając trofea. Inni głośno skandowali zwycięstwo, machając wzniesionymi mieczami. Lucyfera niepokoiła tylko jedna rzecz.
Zwycięzców pozostało około dwudziestu.
Nagle jeden z aniołów, leżących martwo tuż przy jego nogach, podniósł się z trudem. Już doskoczyli do niego upadli, już wznieśli miecze, kiedy powstrzymał ich gest władcy.
- Może ma coś ciekawego do powiedzenia, skoro wstał, zamiast udawać umarlaka - stwierdził Lucyfer.
- Mam dla ciebie wiadomość, zdrajco - powiedział wśród absolutnej ciszy eks-umarły. Rzucił zwinięty arkusz pod nogi arcydiabła. - Mój Pan rozkazał mi dać ci to, gdybyśmy przegrali.
Wszyscy w skupieniu patrzyli na zrolowany kawałek papieru, gładzony przez wiatr. Anioł, cały ociekający krwią, zarówno swoją jak i cudzą, w międzyczasie wyzionął ducha. Nikt nie zwrócił na to szczególnej uwagi.
- Jeśli chcesz znać moje zdanie - powiedział Belzebub, kładąc dłoń na ramieniu Lucyfera - to wydaje mi się, że to jakiś podstęp.
- Zgadzam się z moim przedmówcą - powiedział Belial, podnosząc arkusz. - Gdyby Bóg zakładał przegraną, to wiedziałby, że wszystkich pozarzynamy, nie dawałby takich świstków. Gdyby liczył na wygraną, nie trudziłby się pisaniem liścików.
- Po pierwsze, nie wiadomo czy to jest list - powiedział Szatan. - To może być nawet czar, jedna z boskich sztuczek Stwórcy, zaklęta w papier. Po drugie, Bóg przewidział wszystko, co tu się stało. To inteligentny gracz...
- Wysłał żołnierzy na pewną śmierć? - przerwał któryś z niższych oficerów, stojących w tłumie. - To bez sensu...
- Zamilcz - Lucyfer skierował swoje przenikliwe spojrzenie na upadłego i ten natychmiast zamilkł. - Nie znam w tym momencie zamiarów Boga. I nigdy ich nie poznam, jeśli...
Wypowiedziawszy te słowa, wziął z rąk Beliala zwój i zdecydowanym ruchem go rozwinął.
Nie bardzo rozumiał, co się stało. Nagle twarze upadłych aniołów zaczęły się rozmazywać, w końcu zlały się w jedno. Twardy grunt robił się coraz miększy, a jego myśli zaczęła wypełniać słodka ciemność. Po chwili wszystko minęło, pozostał tylko tępy ból na całym ciele.
Rozejrzał się nerwowo. Za ramiona podtrzymywali go dwaj aniołowie. Przed nim stało dwóch następnych, odzianych w ciężkie, płytowe zbroje. Trzymali halabardy tak, aby zasłaniały schody wiodące w górę, znajdujące się za strażnikami. Aniołowie puścili go, upadł z trzaskiem na podłogę. Kiedy spróbował się podnieść, ktoś kopnął go w brzuch.
"Dość - usłyszał głos, który nie dobiegał z żadnego kierunku, tylko rozbrzmiewał w jego głowie. - Zostawcie go."
Słudzy, jak zawsze posłuszni swemu panu, zostawili Lucyfera i odeszli.
"Wy też odejdźcie."
Strażnicy opuścili halabardy i zbliżyli się do upadłego, zamierzając odebrać mu miecz.
"Zostawcie."
Diabeł został sam.
"Zapraszam do góry, Lucyferze. Będziesz jedyną żyjącą osobą, która pozna moje oblicze."
- O, nie! - krzyknął Szatan w stronę schodów. - To ty przyjdź do mnie!
Tak też i się stało. Schody rozbłysły światłem tak jasnym i intensywnym, że musiał przesłonić oczy. Jednocześnie nienaturalny blask zdawał się dochodzić z każdej strony, nie było nawet najmniejszego cienia. To nie dzieje się naprawdę - pomyślał rozpaczliwie, kładąc się na podłodze w pozycji embrionalnej.
Dudniące kroki wypełniły całą salę. Muszę być gotowy, zaświtało mu w głowie. Wstał i wyszarpnął miecz z pochwy.
Światło, choć wydawało się to niemożliwe, robiło się coraz jaśniejsze. Łzy spływały mu po policzkach. Z trudem dostrzegł postać, stojącą w blasku i będącą, jak wówczas pomyślał, esencją tego blasku.
Potem wszystko się skończyło, światło znikło. Zamiast tego na schodach stał potężny mężczyzna odziany w biały płaszcz. Kaptur zasłaniał całą twarz.
Lucyfer nie tracił czasu. Skoczył, unosząc broń. Zawahał się, przyłożył tylko ostrze do piersi stojącego przed nim.
Stwórcy.
Poderwał miecz do góry, strącając kaptur.
Zdziwił się, ponieważ patrzył na niego staruszek o łagodnych, niemalże kobiecych rysach, i ciepłych oczach. Gęste, siwe włosy miał krótko przystrzyżone. Uśmiechnął się serdecznie, jak ojciec na widok ukochanego syna.
- Miło, że wpadłeś. Cieszyłbym się jeszcze bardziej, gdyby było to z własnej woli, a nie pod wpływem mojego listu.
- Ty jesteś Bogiem?! - ryknął Szatan.
- A czego się spodziewałeś? - zapytał cierpko Pan. - Gromowładnego osiłka?
Lucyfer przyłożył mu szpic ostrza go gardła.
- Nieważne - powiedział, nad wyraz pewny siebie. - Teraz jesteś w mojej mocy. Poddaj się, nie masz szans.
- Dobrze.
Arcydiabeł zamrugał.
- Co?! Jaja sobie robisz?!
- Nie - pokiwał głową Bóg, mimo uwierającego w szyję przedmiotu. - Z chęcią oddałbym ci to wszystko, gdybym był pewny, że dobrze byś tym zarządzał.
- Znasz mnie przecież.
- Znam. Królestwa Niebieskiego jednak nie dostaniesz.
Upadły powoli tracił cierpliwość.
- Dość tych twoich gierek, stary - powiedział, wykrzywiając usta. - Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale ten miecz należał kiedyś do ciebie. Wykradłem ci go, kiedy odchodziłem. Wiesz chyba, że to jedyna broń mogąca pozbawić cię życia. Nie oddasz mi Nieba, to je sobie sam wezmę. Mam dość błąkania się po tym chorym świecie, nie chcę też wracać do niewoli...
Staruszek, mimo że w dość kłopotliwej sytuacji, jednak nie tracił pogody ducha.
- Aż tak ci było źle u mnie?
Po chwili dodał:
- Zrozum. Tu panują inne zasady, niż twoje. Nie oddam ci mojego Królestwa, ale mogę stworzyć dla ciebie inne.
- Inne? - ucieszył się Lucyfer. - To wspaniale. Będę miał swoją krainę, zarządzaną według moich reguł.
- Jest jeden haczyk - powiedział Bóg. - Musisz się zgodzić na przymusową obecność ludzi.
- Ludzi? - zdziwił się Szatan. - Tych twoich zabawek?
- Tak. Za parę lat zbuntują się przeciwko mnie, za co karą będzie wypędzenie z Raju. Tu zaczyna się twoja rola, mój drogi. Stworzysz sam specjalne miejsce, gdzie będą torturowane dusze grzeszników, występujących przeciwko prawu życia. Stworzysz też inne miejsce, gdzie twoi najgorliwsi wyznawcy wśród ludzi będą przemieniani w diabły. To wszystko, czego od ciebie wymagam.
- Świetnie - zatarł ręce arcydiabeł. - Tylko po co to wszystko? Dlaczego musi istnieć Piekło i Niebo, nie może być tylko Raj?
- Zawsze znajdą się tacy jak ty - westchnął Stwórca. - Poza tym, musi być jakiś porządek na tym świecie, prawda?
Przedstawiciele dwóch różnych filozofii i światopoglądów odeszli w swoje strony. Szatan do nowo stworzonego Królestwa Upadłych, Bóg do swojej Samotni Na Szczycie. Lubił tam przesiadywać, lubił planować dzieje wszechświatów, lubił oglądać poczynania ludzi. Spojrzał na grupkę ludzi, oddzielonych przez czas i przestrzeń, jednak mających wspólny cel.
Tak, piszą "Dyabelską Antologyę" - pomyślał - To może być ciekawe... Spójrzmy...
Willow
wyllow@poczta.fm
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||