Vaeille
część piąta
Nie minęło pół godziny, gdy na polance obok strumyka pojawiła się Ariel wraz z Sandorem. Rios wsiąkł gdzieś w pobliżu wioski, zostawiając Szekeresa z poleceniem dołączenia do reszty, sam natomiast miał, jak stwierdził, "sprawdzić coś ważnego". Z nieba, po którym przewijały się miarowo na przemian jasne i ciemne chmury, zaczęły spadać pojedyncze krople deszczu, zwiastujące rychłą ulewę. Wiatr poruszał delikatnie liśćmi, szeleszcząc wśród zieleni drzew. Taki właśnie spokojny, melancholijny wręcz klimat psuł trup z imponującą dziurą w plecach, leżący w kałuży własnej krwi; po Neilu zaś nie było śladu.
Jedynie chwilę oboje trwali w bezruchu, potężnie zaskoczeni widokiem. Ariel pierwsza podeszła do ciała.
Przykucnęła i obróciła je powoli, starając się nie poślizgnąć na strzępach wnętrzności walających się tu i ówdzie wokół. Twarz ofiary, choć cała we krwi, była rozpoznawalna, a kobiecie zdawała się znajoma. Rezygnując na moment z identyfikacji zwłok, dokładnie obejrzała śmiertelną ranę. "Niesamowite" było jedynym wyrażeniem, jakiego potrafiła użyć do jej opisu. Siła uderzenia wymykała się jakiejkolwiek skali - nie dało się porównać jej do czegokolwiek innego. Nawet pocisk z najlepszej katapulty nie robił czegoś takiego. Kawałki kręgosłupa, żeber i nieokreślonych bliżej wnętrzności leżały nawet parę metrów od ciała, wypchnięte na zewnątrz pod wpływem ciosu. Z rany wydobywała się jedynie niewielka strużka krwi. To co miało wypłynąć standardowo, zrobiło to już wcześniej.
Sandor z trudem przemógł się, by podejść do trupa. Również i jemu twarz wydała się znajoma. Starając się nie zwracać uwagi na resztę makabrycznego widoku, przyjrzał się jej dokładniej. Ariel tymczasem wstała i rozejrzała się uważnie dookoła, najwyraźniej przypominając sobie o nieobecności Neila. Chciała go odszukać natychmiast; różne myśli kłębiły się w jej głowie. Niestety, wszelkie widoczne ślady, nawet jeśli istniały, były skutecznie zamaskowane przez owo niesmaczne, delikatnie mówiąc, zjawisko. Poza tym to Rios pełnił zwykle rolę tropiciela, a właśnie jego tutaj brakowało. Ariel ograniczyła się zatem do zrobienia paru kroków w różne strony, rozglądając się uważnie w poszukiwaniu czegoś wyróżniającego się z brązowo-zielonego tła lasu. Nie znajdując oczywiście niczego, wróciła do oględzin ciała. Kiedy tylko podeszła do trupa, Sandor wstał błyskawicznie, nie mogąc już dłużej się powstrzymać. Przebiegł kilkanaście metrów i skrył się za szerokim pniem jednego z drzew. Dało się słyszeć odgłos gwałtownego wymiotu.
- Wiem kto to jest - oznajmił Szekeres, gdy wyszedł w końcu zza drzewa. - Widzieliśmy go w Fortar. To ten gość, z którym gadał Rios. Jak on się...?
- Alvar - przerwała Ariel, w zamyśleniu obracając w dłoni kawałek kości. - Musimy znaleźć Neila, i to szybko.
- Nie trzeba, już jestem.
Oboje natychmiast spojrzeli w kierunku, z którego dochodził głos. Na przeciwległej stronie polanki stał Cethan, spokojnie wycierając o koszulę mokre dłonie.
- Poszedłem umyć ręce nad strumieniem - dodał, widząc miny towarzyszy. Podszedł do ciała. - Nie wygląda to najlepiej, prawda?
Sandor odciągnął Ariel na stronę. Zerknął jeszcze na stojącego nad trupem Neila i, wyraźnie zdegustowany, obrzucił towarzyszkę pół gniewnym, pół zdziwionym spojrzeniem.
- O to ci chodziło? - zapytał. - Po to zostawiłaś go sam na sam z tym... jak mu tam? Kogo zresztą teraz to będzie obchodzić... - dodał półgłosem do siebie.
- Może nie dokładnie o to, ale test zaliczył - odpowiedziała spokojnie.
- Jaki znowu test?
- Widziałeś go w Gairze, pod tą ścianą, tak? Po co mielibyśmy prowadzić go do króla i narodu, gdyby okazał się być jakimś słabym biedakiem? Chciałbyś mieć kogoś takiego jako bohatera narodowego? Ja nie.
- Co jak co, ale tego się po tobie nie spodziewałem - powiedział Sandor z drwiącym uśmiechem na ustach.
Ariel nie odpowiedziała. Spokój, z jakim Neil podszedł do trupa, ta beznamiętność była czymś zupełnie innym od tego, co pokazywał przez ten jeden dzień. W sumie nie wiedziała, czego powinna się spodziewać, miała natomiast pewność, że od normalności takie zachowanie dzielił olbrzymi dystans. Przypomina może teraz nieco dawnego Neila, pomyślała, ale wciąż coś jest nie tak. On nigdy nie uciekał się do takiej brutalności, dopóki nie musiał.
Ich oczy spotkały się. Jego spojrzeniu brakowało jakiegokolwiek błysku; próżno było szukać silnego blasku sprzed paru miesięcy, a nawet jego nędznej imitacji sprzed godziny. To spojrzenie świeciło dziwną pustką, absolutnym brakiem wyrazu. Tylko pusty błękit... Wzdrygnęła się. Jaki błękit? Czy one nie były kiedyś piwne?
Cethan podszedł do niej.
- Gdzie Rios? - zapytał, wyrywając ją z odrętwienia.
- W wiosce, miał coś sprawdzić - odparł zamiast niej Sandor, przyglądając się mu bezczelnie.
- Trzeba więc po niego pójść.
- Nie. Powiedział, żebyśmy poczekali na niego tutaj - poinformował Szekeres, nie zauważając rozkazującego tonu.
- Właśnie dlatego powinniśmy znaleźć go jak najszybciej - stwierdził Neil i ruszył ścieżką w stronę wioski, nie czekając na towarzyszy.
Sandor poszedł za nim niemal natychmiast z czystej ciekawości, intrygowała go bowiem oczywista zmiana w jego zachowaniu. Ariel stała na polanie jeszcze minutę, patrząc się nieobecnym wzrokiem w jakiś punkt pomiędzy drzewami. Zapach krwi unosił się wszędzie wokół niej, drażniąc nozdrza. Wyczuwała jednak coś więcej, coś nieuchwytnego w pierwszych chwilach, uczucie jeszcze jej nie znane, choć wywołujące mgliste skojarzenia. Potężna mieszanina emocji, tak gęsta, że niemal namacalna. Coś ginęło, coś się odradzało, coś nikło w cieniu, coś rozgrzewane było powoli życiodajnymi promieniami słonecznymi...
Otworzyła oczy. Wizja, jak również obaj mężczyźni znikli. Tylko jeden, krwawy i przygnębiający element pozostał ten sam. Wiedziała, dokąd się udali, podążyła więc w tym samym kierunku, nie spiesząc się zbytnio.
* * *
Wioskę stanowiło niewiele ponad dwadzieścia domostw, co i tak jak na te tereny było liczbą przyzwoitą. Jeśli nie licząc paru małych poletek, całą mieścinę otaczał las. Życie w takim miejscu miało swoje zalety, szczególnie dla ludzi wielbiących ponad wszystko spokój. Bardzo rzadko zaglądali tu obcy, toteż nowo przybyli natychmiast zwrócili uwagę tubylców. Jakaś dziewczynka podbiegła do nich i, ciągnąc Neila za koszulę, powiodła przez wioskę aż do ostatniego budynku, stojącego nieco na uboczu. Wśród drewnianych pół-baraków sprawiał niewyraźnie wrażenie okazalszego od pozostałych. Czasu na przyglądanie się póki co jednak nie było.
Przez sień i niewielki pokój poprowadzeni zostali do większego, sądząc po wystroju, spełniającego funkcję tyleż prowincjonalnego, co prowizorycznego salonu. Na łóżku, stojącym pod oknem, zaraz obok wiekowego kredensu, leżał mężczyzna z nieprzyjemnie wyglądającą raną w lewym boku. Żaden z trójki gości nie miał problemu z rozpoznaniem rannego. Rios Angelarde. Ariel i Sandor podeszli bliżej, zostawiając w przejściu pomiędzy pokojami Neila, który po chwili musiał usunąć się ze swego miejsca, by przepuścić idącego powoli, podpierającego się laską starca. Zza jego pleców spoglądała na zgromadzonych rudowłosa dziewczynka, ta sama, która ich tu przywiodła.
Starzec w milczeniu podał kawałek papieru Ariel. Liścik przeczytała w milczeniu, po czym przekazała go Sandorowi. Nim jednak ten zdążył na niego zerknąć, Cethan podszedł do niego i gwałtownym ruchem wyrwał świstek z jego ręki. Rzucił tylko okiem na tekst, po czym podarł papier na strzępy. Zanim Szekeres zdołał w jakikolwiek sposób zaprotestować, Neil ruszył do wyjścia. Będąc już w sieni, zerknął jeszcze na dziewczynkę wtuloną w szaty starca z laską i wyszedł, nie zamykając nawet drzwi. Ariel zareagowała dopiero po chwili, rzucając się za nim w pogoń. Sandor, zdezorientowany całą sytuacją, pozostał w domu. Dziewczynka podsunęła mu pod nogi stołek, usiadł więc. Naprzeciw niego, na krześle, zajął miejsce starzec. Podniósł rękę powoli, jakby nawet tak błahy ruch sprawiał mu trudność, i zaczął kreślić w powietrzu jakieś znaki, przeplatając je z prostymi gestami. Kiedy skończył, spojrzał na dziecko, które tłumaczyło sobie jeszcze wypowiedź w myślach. Nie trzeba było na szczęście długo czekać.
- Dziadek powiedział, że jest mu bardzo przykro, że coś takiego stało się u nas.
Sandor z nie do końca składnego tłumaczenia słusznie wywnioskował, że chodziło o Riosa.
- A co właściwie się stało? - zapytał.
Starzec gestykulował, patrząc się cały czas swemu rozmówcy w oczy. Tym razem jego wnuczka miała większe problemy z interpretacją jego wypowiedzi, zmuszeni więc byli poczekać chwilę.
- Dziadek powiedział, że przybyli tu żołnierze - odpowiedziała wreszcie dziewczynka, a po namyśle dodała - kilkudziesięciu żołnierzy. Rządził nimi... oficer trochę podobny do pana. Powiedział, że szuka kogoś, i pokazał nam... taki obrazek. Kiedy dziadek powiedział, że nie widział tego kogoś, to ten oficer zostawił nam kartkę, którą tamten pan - wskazała drzwi - podarł. Potem poszedł do tego pana - tym razem wskazała łóżko - i rozmawiał z nim chyba z pięć minut, a potem zaczęli walczyć i on go zranił, a potem wyszedł do żołnierzy i... rozkazał im wracać do... jakiegoś miasta, a sam poszedł trochę później, bo jeszcze rozmawiał z tym panem - znowu wskazała Riosa - i coś mu zabrał, i dopiero wtedy poszedł.
Dziewczynka podczas mówienia kilkakrotnie zatrzymywała się, by przypomnieć sobie jakieś słowo, często też używała w zamian nieodpowiedniego. Pomimo tego Sandorowi zrozumienie jej nie sprawiało specjalnych problemów. Miał już przed oczyma zarys przedstawionej sytuacji. Tylko jedna rzecz nie dawała mu spokoju.
- Jak nazywał się ten oficer? - zapytał.
Starzec zamyślił się, a potem zwrócił się do swojej wnuczki. Ta pobiegła do mniejszego pokoju, wracając po chwili z kawałkiem papieru i ociosanym na kształt walca węglem. Po chwili na kartce widniało imię i nazwisko: Zoltan Szekeres.
* * *
Ariel dogoniła Neila kilkaset metrów za wioską. Złapała go za ramię, dysząc lekko. Gdy odwrócił się, spojrzała wymownie w jego oczy. Stali tak dłuższą chwilę, być może czekając na coś szczególnego, co mogłoby zmienić sytuację, w jakiej się znaleźli. Nic się jednak nie działo. Korony drzew szumiały lekko, muskane przez spokojny wiatr. Niewielkie chmury płynęły powoli po niebie. Spodziewany deszcz jak na razie wstrzymywał się z nawiedzeniem doliny. Jakiś ptak usiadł na gałęzi zawieszonej w poprzek ścieżki tuż nad głowami ludzi. Pokręcił łebkiem, niby to rozglądając się wokół, i zaczął świergotać radośnie. Gdzieś z oddali odpowiedziały mu podobne dźwięki.
- Dokładnie jak wtedy przed Akademią - szepnął Neil.
Ariel nie okazała zdumienia, uśmiechnęła się tylko, nadal patrząc mu w oczy.
- Dotrzymasz więc obietnicy? - zapytała równie cicho, wtulając się w jego ramiona.
- Tak. Dziękuję - dodał, obejmując ją. - Gdyby nie ty, pewnie wciąż niczego bym nie pamiętał.
Pozwolili sobie na chwilę ciszy, przerywaną tylko jazgotem leśnych ptaków konwersujących w najlepsze. Mimo całej radości, Ariel wciąż czuła jakąś nieprawidłowość. Wciąż coś było nie tak, jak być powinno. Kiedy godzinę temu zostawiła go na polanie sam na sam ze śledzącym ich nieudolnie Alvarem, miała poważne wątpliwości, czy postąpiła słusznie. Co do zamiarów niedoszłego, martwego już zabójcy była pewna. Wtedy, gdy Neil nieomal zmienił jej głowę w płonącą pochodnię, wpadła nagle na ten dziwny pomysł, który w tamtym jednym momencie wydał się jej dobrym. Coś, co kiedyś, jeszcze w Magrat, wspominał jej znajomy lekarz. Terapia wstrząsowa. Pomagała podobno w niektórych przypadkach utraty pamięci. Potem wracała na polanę w pośpiechu, ganiąc siebie za idiotyczną decyzję. Kiedy jednak zobaczyła efekt, przeraziła się. Mogła się tylko domyślać, co zaszło podczas jej nieobecności. Gdy zobaczyła Cethana chwilę później, pierwsze wrażenie mówiło jej, że "terapia" pomogła. Mimo to wciąż czegoś brakowało. Uchwyciła to na moment na tamtej polance, wśród woni krwi, w ciemnoczerwonej kałuży - coś ulotnego, niewidocznego. Teraz wyczuwała dokładnie to samo, lecz nadal nie potrafiła w żaden sposób określić tego, co sprawiało, że mężczyzna obejmujący ją nie wydawał się być zupełnie sobą.
- Muszę iść - odezwał się w końcu Neil, puszczając ją. - Wracajcie do kraju sami.
- Nie ma mowy.
- Mamy tu jeszcze z Zoltanem parę spraw do załatwienia. Proszę, wracajcie do kraju bez nas. Za dwa, trzy tygodnie zrobi się tu nieciekawie.
- Gdzie Zoltan czeka na ciebie? - zapytała, przypominając sobie treść podartej notatki. Nie było tego wiele, raptem parę słów: "Za dwa tygodnie w wiadomym miejscu - Zoltan".
- O nie, tego ci nie powiem - odparł Neil, uśmiechając się pod nosem. - Przyrzekam, wrócę najszybciej, jak tylko będę mógł, tylko wróćcie do kraju, dobrze?
Ariel chciała zaprotestować, nie powiedziała jednak ani słowa.
- Przecież wiesz, że cię nie okłamię, prawda? - chciał się upewnić, lecz nie otrzymał odpowiedzi. - Do widzenia - pożegnał się i odszedł w swoim kierunku.
Chciała powiedzieć mu coś, lecz słowa nie przeszły jej przez gardło. Coś zupełnie nienaturalnego przemawiało głosem Cethana, a ona nie mogła tego nie zauważyć. Bardzo zdziwiła ją ta sztuczność, gdyż biła od niej oczywista nieszczerość. Zupełnie jakby... Odrzuciła natychmiast tę myśl. Odwróciła się i udała w kierunku wioski.
* * *
W domu, oprócz Riosa naturalnie, zastała tylko Sandora wyglądającego bez żadnego celu przez okno, który, pogrążony we własnych myślach, nie zauważył jej wejścia. Zostawiła go zatem w spokoju, domyślając się, co mogło go gryźć, i usiadła przy łóżku. Obejrzała ranę - lekkie cięcie mieczem, jakby napastnik nie chciał zabić, a jedynie obezwładnić przeciwnika.
Nie miała pojęcia, z jakiego powodu doszło do tak ostrej, dosłownie i w przenośni, wymiany zdań. O ile Sandora można było posądzić o gwałtowność i brak rozwagi, o tyle Zoltan niczym nie zasłużył sobie na takie epitety. Poznała go jakieś cztery lata temu, i zawsze jawił się jako człowiek opanowany, pewny swych zamierzeń i celów. Liczył się jednak z ludźmi i potrafił przedłożyć racje innych przed własne. Wielu uważało go za niezastąpionego, być może dlatego, że nigdy nie miał ochoty piąć się po szczeblach kadry oficerskiej. Pomimo tego i młodego wieku - niespełna trzydziestu lat - w określonych kręgach miał wyrobioną opinię. Nie bez znaczenia wydawał się również fakt, iż jego ojciec i dziadek także służyli w syllurskiej armii. Można by rzec, że miał wojsko we krwi, a takie slogany podobały się rządzącym.
Jego działania od zawsze cechował upór godny lepszej sprawy, jak również lojalność, której nikt jednak wcześniej tak naprawdę nie sprawdzał, choćby wydając absurdalne rozkazy. Ich zadanie takie właśnie było - niedorzeczne. Zabić króla Brennu. Operację ponoć dopracowano w najmniejszych szczegółach i nic nie miało prawa pójść źle. Mimo to zamach na władcę, jakby nie patrzeć, jest zawsze diabelnie trudny. Wszelkie środki im potrzebne dostali jeszcze przed wyruszeniem z kraju, na miejscu nawiązali odpowiednie kontakty. Coś jednak poszło nie po ich myśli. Neil i Zoltan zrobili, co do nich należało, ale podczas ucieczki sprawy niespodziewanie się skomplikowały. Ariel mogła się jedynie domyślać biegu wydarzeń po zabójstwie monarchy. Doszła do wniosku, że plany starych jak świat tuneli pod zamkiem nie były dokładne i w którymś momencie uciekający mogli trafić na element, o którego istnieniu nie mieli pojęcia; to niestety nie tłumaczyło ich zniknięcia - nie znalazł ich nikt. Znaleziono natomiast całą resztę ich grupy pod Królewskim Wzgórzem.
Odetchnęła głęboko. Nie miała ochoty przypominać sobie tamtego dnia.
Szukanie dwóch osób przez trzy po całym kraju wydawało się kompletnie bezsensowne. Każdy miał jednak swoją motywację. Rios może i traktował całą sprawę bardziej przedmiotowo, nie wplątując przy tym żadnych niepotrzebnych emocji, lecz, jak sam powiedział, chciał mieć poczucie dobrze spełnionego obowiązku. A mogli przecież wrócić do Sylluru. Wszak nie oni zawinili. Wykonywali tylko złe rozkazy i nikt nie miałby prawa mieć do nich pretensji. Nie wrócili mimo wszystko, zostali w Brennie. Teraz jednak Neil prosił o zaniechanie prób zakończenia misji.
"Gdyby to wyglądało inaczej... wiedziałabym co robić", pomyślała Ariel. Rios ponad wszelką wątpliwość przez co najmniej parę najbliższych dni nie będzie się nigdzie wybierał. Sandor natomiast...
- To był Zoltan - powiedział znienacka Szekeres, wciąż wyglądając przez okno. Ariel westchnęła cicho. Wolała, żeby o tym nie wiedział. Kiwnęła w odpowiedzi głową, nie zwracając uwagi, że nie mógł tego zobaczyć.
- Wiesz dokąd się udali? - zapytała, mając nadzieję, że dowiedział się od miejscowych więcej niż ona.
- Wilser - odpowiedział powoli.
Wilser było niewielkim księstwem na północny zachód od Vaeille. Swoją suwerenność zachowało tylko i wyłącznie dzięki swej nieosiągalności. Z północy, wschodu i południa otaczały je bagna ciężkie do przebycia nawet dla pojedynczego piechura, o armii lub chociaż o oddziale żołnierzy nie wspominając. Na zachodzie znajdowało się co prawda morze, lecz Mgła, w innych miejscach pozwalająca na spokojną żeglugę nawet trzydzieści kilometrów od brzegu, na krańcach księstwa podchodziła aż do lądu, uniemożliwiając dopłynięcie z któregokolwiek z portów w Brennie lub Syllurze. To wszystko wcale nie oznaczało, że państewko było nie do zdobycia. Jego status określano raczej jako "nie warte wysiłku", całkiem zresztą słusznie.
Całe księstwo składało się ze stolicy o tej samej nazwie i z kilku wiosek rolniczych, które żywiło całą ludność państwa. Wilser nie było jednak zupełnie samowystarczalne - nawet nie licząc surowców takich jak rudy żelaza czy złoto, wciąż brakowało choćby drewna, drzew bowiem w księstwie było jak na lekarstwo. Dlatego też zjawisko takie jak handel pomiędzy Wilser a Brennem istniało, choć obie strony starały się ograniczyć je do minimum.
Ostatnim interesującym faktem było to, że księstwo zwało się tak jedynie nominalnie. Na tym niewielkim w sumie kawałku ziemi udało się bowiem zorganizować socjalną utopię. Od niemal siedmiuset lat, od kiedy Wilser zastosowało politykę izolacji, każdy człowiek był tam równy drugiemu nie tylko na papierze, lecz również w rzeczywistości. Naturalnie podstawowa forma władzy istniała, ale tylko po to, by dopilnować porządku i przestrzegania prawa, choć interwencje w tych sprawach nie były właściwie potrzebne, oraz sterylności narodu. Kierowano się prostą zasadą - cudzoziemcy nie mieli prawa przebywać w granicach księstwa dłużej niż jedną dobę. Dlatego właśnie Ariel miała wątpliwości co do słów Sandora.
- Jesteś pewien? - zapytała.
- Dobrze usłyszałaś. Idą do Wilser.
Oboje odwrócili się, słysząc głos Riosa, który najwyraźniej nie był już nieprzytomny i wyraził chęć włączenia się do rozmowy. Wsparł się teraz na łokciach, pół leżąc, pół siedząc na łóżku. Po jego minie dało się wyczuć, że rana daje mu się we znaki, choć starał się tego nie pokazywać.
- Dziękuję, wszystko w porządku - dodał, uprzedzając pytania. - Wygląda na to, że nasi przyjaciele kombinowali pod naszymi nosami już od jakiegoś czasu.
- Ariel, gdzie jest Wilser? Ile dni drogi? - zapytał Sandor.
"Osiem dni powinno chyba wystarczyć", przeliczyła szybko w myślach.
- Na północny zachód od Vaeille. Stąd mniej więcej dwa tygodnie - skłamała, mając nadzieję, że Rios zorientuje się w jej zamiarach. Nie rozczarowała się. Nie zareagował w ogóle. - Wiem o co ci chodzi, ale nie wybieramy się tam.
Szekeres spojrzał na nią w wystarczająco wymowny sposób.
- Najdalej za tydzień rozpocznie się wojna - kontynuowała - i nie ma sensu ich szukać. Armia zrobi to za nas.
- Nie chrzań! Tyle czasu nic nie robili, a teraz ma się im spieszyć? Mam gdzieś, że ty się tam nie wybierasz! Ja idę! - odkrzyknął w odpowiedzi.
- Dobrze, a co ty możesz zrobić sam jeden? - odezwał się Rios. Uwaga była celna jak zawsze. Sandor zamilkł, nie znajdując żadnej riposty. Wyszedł z pokoju, a następnie z domu, z trudem powstrzymując się od wybuchu.
- Chyba cię nie rozumiem. Czemu nagle zmieniłaś zdanie? - rozpoczął Angelarde, kiedy tylko Szekeres wyszedł.
- Neil mnie o to poprosił - odparła. W jednej chwili zauważyła, jak głupi był to powód. Nic już nie wydawało się jej tak pewne jak jeszcze parę minut temu. - Cholera - dodała niechcący na głos. Rios uśmiechnął się pod nosem.
- To by się nawet zgadzało. Nasz drogi Neil nabył najwyraźniej podczas ostatnich trzech tygodni parę ciekawych umiejętności.
- To znaczy?
- Choćby sztukę delikatnej sugestii, nie szukając daleko - odpowiedział. Przez słaby uśmiech na jego twarzy Ariel nie potraktowała jego słów poważnie. Widząc to, zreflektował się. - Mówię poważnie. Ludzie robią dokładnie to, czego od nich zażąda. Zoltan wspominał coś o tym podczas naszego... spotkania.
- Co dokładnie mówił?
- Wspominał jeszcze, że szykują niespodziankę. Nic ponadto.
- Masz pojęcie o co mu chodziło?
- Jeszcze nie - odparł krótko.
Ariel podeszła do okna, z którego rozciągał się widok na całą wioskę i otaczający ją las. Na niebie powoli raz jeszcze zbierały się chmury zwiastujące deszcz. Wiatr wzmógł się nieco, sądząc po koronach drzew, lecz tu, na dole, powietrze stało niemal nieruchomo.
Sprawy zaczęły się komplikować. Szczególnie zastanawiało ją, że Zoltan przybył tu z oddziałem żołnierzy na sto procent nie z armii syllurskiej, o czym dowiedziała się od jakiejś kobiety z wioski. Poza tym zostawił tu wiadomość dla Neila, mimo iż nie mógł wiedzieć, że podróżował razem z nimi. Wieści z Gairy nie miały prawa rozchodzić się aż tak szybko, skądś indziej musiał zatem wiedzieć o jego, a przy okazji i ich położeniu. Swoimi wątpliwościami nie miała jednak zamiaru dzielić się z kompanami.
To, co powiedziała Sandorowi, w gruncie rzeczy nie mijało się z prawdą. Rzeczywiście w tym momencie podążanie za Neilem i Zoltanem nie miało większego sensu. Skoro dali sobie nawzajem dwa tygodnie na dotarcie do Wilser, mieli zapewne w planach jakąś okrężną trasę, najprawdopodobniej zahaczającą celowo o dodatkowe miasta lub inne lokacje. Może Lergand, może Dogres, może Randar, może nawet Vaeille. Nie można również było zaczekać na nich na miejscu, gdyż zgodnie z tamtejszym prawem musiałaby wynieść się stamtąd w ciągu jednej doby. Dlatego też szukanie ich równało się w tym momencie z szukaniem igły w stogu siana. Zostawały tylko dwie opcje - dłuższy pobyt tutaj lub powrót do kraju. Co najmniej niezręcznie byłoby jednak opuścić rannego towarzysza.
- O mnie nie musisz się martwić - przerwał jej rozmyślania Rios, jakby czytając w jej myślach. - Tutejsi mieszkańcy nie odmówią mi raczej gościny, a poza tym mój dawny znajomy może przybyć tu lada dzień, a kto wie, może nawet jeszcze dzisiaj. Jeśli chcesz wracać, wracaj i nie miej mnie na względzie. Poradzę sobie. Na twoim miejscu bardziej przejmowałbym się Sandorem.
- A ja nie - rzuciła. - On sam nigdzie się nie wybierze.
Nie miała pojęcia, jak bardzo się myliła. W tym samym czasie Sandor podążał już ścieżką mającą go doprowadzić, według wieśniaków, do Południowego Traktu.
* * *
Cisza panująca w lesie w połączeniu z niemal nieprzeniknionymi ciemnościami okrywającymi ziemie pod nieobecność księżyca, skrytego gdzieś w bezpiecznym miejscu za niewidocznymi chmurami, dawała niesamowity efekt. Każdy, nawet najmniejszy dźwięk uszy wyolbrzymiały do poziomu potężnego hałasu. Tej nocy, zdawałoby się, nikt nie śmiał psuć tej atmosfery, nawet wszędobylskie zwykle o tej porze sowy. Prawie nikt. Dwoje ludzi poruszało się bezszelestnie wąską ścieżką wydeptaną prawdopodobnie przez zwierzęta ciągnące do wodopoju. Normalni ludzie potrzebowaliby zapewne źródła światła, lecz oni potrafili obyć się bez niego. Podążali miarowym, szybkim krokiem w kierunku małej polany, znajdującej się nieopodal niewielkiego strumyka, jedynego źródła wody w najbliższej okolicy.
W pewnym momencie zza ciężkich chmur wyjrzał księżyc, rzucając nieco światła na okolicę. Stało się to akurat w momencie, gdy dwoje podróżników dotarło do polany. Przy akompaniamencie zupełnej ciszy nad zmasakrowanym ciałem stanęła młoda dziewczyna i mający nie więcej niż czternaście lat chłopak w potężnie znoszonych ubraniach. Oboje srebrnowłosi. Dla postronnego, nieświadomego zarazem obserwatora mógłby to być widok zadziwiający, szczególnie o tej porze. Gdy ostatnie promienie padły, tuż przed ponownym zapadnięciem ciemności, na olbrzymią dziurę w klatce piersiowej trupa, chłopak aż gwizdnął pod nosem. Dziewczyna wyciągnęła zza koszuli złoty medalion. Kiedy tylko go otworzyła, na polanę padło fioletowe światło, co prawda słabe, lecz wystarczające na dokładne przyjrzenie się denatowi.
- Fachowa robota - mruknął pod nosem Christian.
Lan nie miała najmniejszej ochoty spojrzeć na niego z jakąkolwiek oznaką dezaprobaty, o słownej reprymendzie nawet nie wspominając. O ile jej odczucia były podobne, o tyle nie lubiła się zwykle z nimi afiszować, dlatego też zachowanie gówniarza, jak go w myślach określała, czasami denerwowało ją nad wyraz. Zdarzało się jej też mu współczuć, choć nawet przed samą sobą niechętnie się do tego przyznawała. Obdarzenie go mocą Aniołów w jego wieku uważała za co najmniej lekkomyślne.
Eksperyment niedawny, biorąc pod uwagę jej poczucie czasu, przeprowadzony jakieś pięćdziesiąt lat temu, powiódł się niemal w stu procentach. Niemal. Psychika właściwie jeszcze dziecka została prawdopodobnie bezpowrotnie skrzywiona. Bez autorytetów chłopak wykształcił sobie specyficzny stosunek do wartości moralnych i estetycznych, a dokładniej ujmując jego brak - absolutne zero zahamowań. Może właśnie dlatego stanowił dla Najwyższego Kapłana tak cenny nabytek. Spojrzała na niego. Ten pogwizdujący teraz cicho "gówniarz" miał sześćdziesiąt parę lat.
Lan przesunęła medalion w stronę głowy trupa i zaklęła cicho, gdy tylko ujrzała jego twarz. "Idiota", pomyślała. Odkąd pamiętała, zachowywał się tak samo. O Hernanie Alvarze w każdym momencie można było powiedzieć, że nie jest sobą, a to z jednego prostego powodu. Do tego człowieka jak do żadnego innego pasowało popularne określenie "dwulicowy drań". Miał dwie prawie niezależne od siebie osobowości - z miłego, uczynnego, inteligentnego architekta potrafił zmienić się w jednej chwili w mściwego zabójcę, przy czym nie sposób było stwierdzić, która z nich jest tą prawdziwą. Dzięki kontraktom na ludzkie życia w Karnanie Zachodnim dorobił się fortuny, nie wykluczając jednak olbrzymiej pomocy ze strony szczęścia i ślepego losu. Alvar nigdy bowiem nie był choćby w połowie tak dobrym zabójcą co architektem. Teraz zaś ponad wszelką wątpliwość był martwy. Nie żałowała go ani trochę. Miał wobec niej dług wdzięczności, więc udawał, że go spłaca, w istocie zajmując się własnymi sprawami. Trudno powiedzieć, jakich korzyści oczekiwał z tej akcji. W każdym razie niczego nie zyskał.
Dziewczynę bardziej niż śmierć Alvara martwiła dziura w jego klatce piersiowej. Oczywiście nikt z tej trójki, która uciekła wczoraj z Gairy wraz z Cethanem, nie mógł zadać takiego ciosu. Nie spodziewała się również, by Baltazar lub Soaren dali radę dotrzeć tu tak szybko. Zresztą oni nie ratowaliby życia Neilowi; na pewno nie mieliby nic przeciwko jego śmierci. Inni Aniołowie także nie mogli się pojawić tutaj tak szybko. Zostawał zatem tylko sam Neil. Tego obawiała się najbardziej. Nawet jej własna siła przy jego mocy była niczym. Dlatego Bóg chciał go z powrotem. Cethan ze swoim niestabilnym umysłem stanowił zdecydowanie za duże zagrożenie, by mógł żyć. Należało go jak najszybciej pozbawić mocy, a na to był tylko jeden sposób. Niestety, Bóg miał co do niego inne plany. Lan często z tego powodu nazywała go, naturalnie tylko w myślach, ignorantem. Nie wystarczył mu poziom kontroli, jaki posiadał już teraz. On chciał więcej, a zachłanność może zgubić nawet nieśmiertelnego. Do całkowitej realizacji swych marzeń potrzebował kogoś z praktycznie nieograniczoną potęgą. Potrzebował Neila.
Drugi Mesjasz miał być najdoskonalszym dziełem Boga. Stwórca długo czekał na kogoś z wystarczającym potencjałem. Gdy już znalazł kandydata, pojawiły się pierwsze problemy. Psychika wybrańca należało poddać modyfikacjom. Mesjasz musiał być posłuszny, nie mógł mieć też własnego zadania, choć niezbędnym okazało się pozostawienie części świadomości. Ta właśnie część stała się źródłem awarii maszyny, której tryby ruszyły dwa dni po zamachu w Vaeille. Dokładnie tydzień po rozpoczęciu eksperymentu wydarzyło się coś, czego Bóg nie przewidział. Jego twór zaatakował go i uciekł. Stwórca nikogo o szczegółach nie poinformował, wydał natomiast rozkaz sprowadzenia Drugiego Mesjasza do Nieba, by móc dokończyć rozpoczętą pracę.
Neil Cethan był Drugim Mesjaszem. Kiedyś istniał również Pierwszy, lecz Lan nie wiedziała o nim nic oprócz tego, że zginął. Zbuntował się tak samo jak jego następca, lecz został pokonany ponoć w wielkiej bitwie, w której zginęli wszyscy ówcześni Aniołowie. Działo się to ponad osiemset lat temu. Tak przedstawiały się jedyne informacje, jakie na ten temat podał Bóg swoim Aniołom.
- Jeszcze się nie napatrzyłaś? - zapytał nagle Christian znudzonym głosem.
Lan nie odpowiedziała. Wstała i zamknęła oczy. Wyłączyła wszystkie zmysły, by móc się lepiej skoncentrować. Zanim jej umysł zdążył na dobre rozpocząć poszukiwania, uderzył ją silny sygnał z relatywnie bliskiej odległości, około kilometr od miejsca, w którym się znajdowała. Dziewczyna otrząsnęła się, powracając do normalnego stanu.
- Idziemy, mały. Wygląda na to, że nasz przyjaciel jednak do czegoś się przydał - powiedziała i ruszyła w kierunku wioski. Christian wzruszył obojętnie ramionami i poszedł za nią.
* * *
Ariel już niemal usnęła siedząc na stołku przy rannym towarzyszu, gdy za oknem mignęły dwie postacie. Nie zareagowała w żaden sposób. Dopiero w tej wiosce zdała sobie sprawę, jak bardzo tak naprawdę jest zmęczona. Nie miała już ochoty na cokolwiek, a tym bardziej na długą wędrówkę do rodzinnego miasta w Syllurze. Sandor nie wrócił i wiedziała już, gdzie mógł się udać. Przeklinała go w duchu, ale postanowiła go nie szukać. Będzie miał doskonałą okazję do nauki na własnych błędach.
Do pokoju weszła do pokoju rudowłosa dziewczynka, a za nią dwaj srebrnowłosi mężczyźni. Obu Ariel już widziała - po raz pierwszy jakiś tydzień wcześniej gdzieś na leśnych bezdrożach doliny Harras, zaś jeden z nich, długowłosy, ubezpieczał ich ucieczkę w Gairze. Mimo ciekawości nie poruszyła się.
- To są twoi znajomi? - zapytała Riosa.
- Tak. Soaren, Baltazar, Ariel, poznajcie się.
- Miło mi - powiedział Baltazar, zaś Soaren ograniczył się tylko do dość nieszczerego uśmiechu. Ariel odwzajemniła się tym samym. - No no, ktoś cię nieźle sieknął - rzucił, widząc u Angelarde'a odsłoniętą ranę w lewym boku.
- Dziękuję, już mi lepiej - odparł Rios.
- Po co wysłałeś drugi sygnał? - zapytał nagle Soaren.
- Drugi sygnał? - Rios wyglądał na szczerze zdziwionego. - Nie było żadnego drugiego sygnału... a przynajmniej nie ja go wysyłałem.
- Więc kto?
- Nie mam pojęcia.
- Przepraszam, czy ktoś może powiedzieć mi, o co właściwie chodzi? - wtrąciła się Ariel.
- Ariel, tak? Nie ma sensu opowiadać ci całej historii, bo... - rozpoczął Baltazar, lecz Soaren przerwał mu w pół słowa.
- Nie ma sensu, bo zwykły człowiek, taki jak ty, wie trochę za mało i wtajemniczanie go zajęłoby zdecydowanie za dużo czasu. Dlatego też sugerowałbym ci opuszczenie tej wioski natychmiast.
Ariel nie zadała sobie trudu, by odpowiedzieć słownie. Uśmiechnęła się tylko lekceważąco, nie mając najmniejszego zamiaru stąd wychodzić.
- Tak właśnie myślałem - stwierdził Soaren. Błyskawicznym ruchem przytknął dłoń do piersi niczego nie spodziewającej się kobiety. - Do widzenia - rzucił jeszcze i zamknął oczy. Ariel w jednej chwili rozpłynęła się w powietrzu.
Pojawiła się na wąskiej, niewidocznej ze względu na porę, lecz wyczuwalnej pod stopami ścieżce. Ciemności całkowicie uniemożliwiały orientację w terenie. Wyciągnęła rękę przed siebie i obróciła się wokół własnej osi. Wymacała w ten sposób parę drzew obok siebie. W takich warunkach nie dało rady iść gdziekolwiek, dlatego też Ariel usiadła ostrożnie, oparła się o jeden z pni i zamknęła oczy, nie próbując nawet rozpalić ogniska. Usnęła chwilę później.
* * *
Soaren raz po raz podchodził do okna i rozglądał się nerwowo. Oczywistym było, że drugi sygnał, nie nadany przez Riosa, musiał być znakiem dla ich rywali. Lada chwili mógł zatem zjawić się któryś z Aniołów. Soaren teraz na to właśnie liczył - należało wyjaśnić sobie nawzajem parę spraw. Miał nadzieję, że uda się uzyskać jakieś porozumienie bez wiedzy i ingerencji Boga i Szatana. Uśmiechnął się sam do siebie. Bóg i Szatan. Straszliwie nieadekwatne imiona. Kiedyś, w Starym Świecie, jeszcze przed Końcem Świata, Bóg i Szatan byli prawdziwie potężni. Ci obecni byli, i są nadal, tylko żałosnymi uzurpatorami, jeden z nich zresztą częściowo wbrew własnej woli. Nawet swych żołnierzy nazwali Aniołami, na podobieństwo starego porządku. Żałosne, doprawdy. Soaren wiele dałby za możliwość unormowania tego wszystkiego raz na zawsze, ale od niego samego zależało tyle, co nic. Co innego Lan... Ona miała kiedyś taką szansę, ale ją zmarnowała. Teraz nawet tego nie pamięta. Bóg się o to postarał.
Neil Cethan, Drugi Mesjasz. Jego poprzednik nie dysponował nawet połową jego mocy. Kiedy tylko nauczy się kontrolować ją całkowicie, będzie panem życia i śmierci dla wszystkich ludzi. To właśnie miał być idealny plan tego idioty, nazywającego siebie Bogiem. Niepokonana, bezwolna kukiełka, która miała być w jego władaniu. Teraz jego "kukiełka" zapewne wywoła to, czemu miała w pierwotnych zamierzeniach zapobiec. Historia po kilku tysiącach lat może zatoczyć koło. Tyle że tym razem nie będzie już komu ratować ludzkości.
Baltazar siedział na tym samym stołku, na którym jeszcze kwadrans wcześniej siedziała Ariel i wpatrywał się w podłogę. Biorąc pod uwagę szczątkowe wyjaśnienia Riosa na temat swej rany, szybko wywnioskował, że drugi sygnał był autorstwa Zoltana. Nie dość, że zabrał nadajnik Angelarde'owi, do czego ten niechętnie się przyznał, to przybył na czele oddziału Straży Krzyżowej, a więc musiał być na usługach Najwyższego Kapłana, zaś powiązanie tej osoby z Aniołami i Bogiem było już czymś oczywistym.
Drzwi wejściowe zostały otwarte gwałtownie, zwiastując nadejście oczekiwanych przybyszów. Do pokoju weszła tylko Lan; Christian musiał stać gdzieś na zewnątrz. Dziewczyna jedynie na chwilę uległa zaskoczeniu. Jej włosy, dotąd brązowe, stały się srebrne. Zacisnęła lekko pięści i ugięła nogi w kolanach, przygotowana na atak. Soaren, widząc jej reakcję, podniósł ręce do góry.
- Stój, poczekaj! - krzyknął, chcąc uprzedzić jakiekolwiek działanie z jej strony. Dał jednocześnie ledwo widoczny znak Baltazarowi, który za chwilę również stał z rękami podniesionymi do góry. - Tym razem powinniśmy rozwiązać to trochę inaczej.
- Co masz na myśli? - zapytała, kierując otwarte dłonie w ich kierunku. Mogła zrobić teraz z nimi wszystko; nie zdążyliby uniknąć ciosu.
- Nie wydaje ci się dziwnym zbiegiem okoliczności nasze spotkanie tutaj?
- Mów dalej.
- Ktoś to bardzo sprytnie zaaranżował. Były dwa sygnały. Pierwszy był nasz, ale drugi nadano do wszystkich, tak abyście i wy go odebrali. Mieliście kogoś, kto miałby nadajnik?
Lan nie odpowiedziała, nie wiedząc, iż obaj znali już tożsamość drugiego nadawcy.
- To wszystko? - syknęła.
- Nie - odpowiedział spokojnie Soaren. - Możesz powiedzieć Bogu, żeby zapomniał o Drugim Mesjaszu. Po amnezji nie ma już śladu. Jeszcze parę dni, może tygodni, i Cethan będzie poza jakąkolwiek kontrolą.
- Wy o tym wiecie, ja o tym wiem, ale Jego przekonać nie da rady - stwierdziła z nieco mniejszą agresją w głosie.
- A więc zgodzisz się ze mną, że trzeba coś z tym zrobić jak najszybciej tylko się da.
- Co konkretnie masz na myśli?
- Dobrze wiesz co - odparł krótko.
Lan opuściła dłonie, a chwilę później to samo zrobili Soaren i Baltazar. Stali we trójkę naprzeciw siebie, próbując przeniknąć swe myśli samym tylko wzrokiem. Rios przyglądał się tej scenie ze stoickim spokojem, zdając sobie sprawę, że dalsza historia Neila nie będzie już z nim związana.
- Czy to jest propozycja? - dziewczyna przerwała wreszcie ciszę.
- To już zależy od ciebie - rzucił Soaren, czekając na odpowiedź.
Żaden z obecnych w izbie nie mógł widzieć Christiana siedzącego nieruchomo pod oknem od strony lasu, podsłuchującego ich rozmowę. Chłopak jeszcze minutę temu miał zamiar wejść do domu razem z Lan, lecz wiedziony nagłym przeczuciem postanowił zostać na zewnątrz. Kiedy wyczuł nagłą aktywność dziewczyny tuż po jej wejściu do izby, odszedł na kilkanaście metrów od budynku, spodziewając się walki, jednak w miarę upływu kolejnych sekund ciekawość zaczęła brać górę. Teraz zaś, gdy usłyszał jej odpowiedź na ostatnie pytanie, uśmiechnął się szyderczo sam do siebie.
- Poczekaj, ja cię jeszcze urządzę - szepnął.
Nie czekając ani chwili dłużej, udał się w kierunku, z którego przyszedł wraz z Lan. Wedle jego własnych, raczej niedokładnych kalkulacji, przy odrobinie szczęścia powinien być z powrotem w Gairze w ciągu dwóch dni. Nie miał prawa przepuścić takiej okazji - wszak szansa na zobaczenie reakcji Najwyższego Kapłana na te rewelacje mogła się już nigdy nie powtórzyć.
* * *
Trzy tygodnie mijały właśnie od czasu udanego zamachu na króla Brennu. Państwo praktycznie przestało istnieć, pogrążone w chaosie. Młody książę zagrożonego królestwa, Maxim, musiał stawić czoło poddanym niegdyś jego ojcu hrabiom, chcącym zagarnąć władzę dla siebie. Viedmar, monarcha panujący w Syllurze, wyczekiwał na odpowiedni moment, lecz oczywistym było, że zaatakuje w ciągu najbliższych dni. Już wkrótce Brenn miał przestać istnieć, podpalany ogniem wojny domowej, tratowany przez wojska sąsiada. Nastały czasy nieustannej walki, kiedy łąki, lasy, rzeki, miasta musiały przesiąknąć krwią.
[XI/XII.2003]
Scooter Fox
scooter_fox@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||